niedziela, 3 września 2006

Lot 93

“Lot 93” to przeniesienie na ekran historii, którą dokładnie zna cały świat. To prawie dokumentalna opowieść o tym, co wydarzyło się w samolocie linii United Airlines, który jako jedyny porwany w dniu 11 września 2001 przez islamskich terrorystów nie doleciał do celu - rozbił się na polach Pensylwanii, zamiast planowo uderzyć w Biały Dom. Jak wiemy, i o czym przypomina nam się w pierwszej części filmu, trzy pozostałe samoloty wypełniły swoją misję. Dwa idealnie – uderzyły w dwie wieże WTC, trzeci prawie idealnie – nadszarpnął budynki Pentagonu. A czwarty właśnie, będący nieożywionym bohaterem filmu, dzięki odwadze, determinacji i woli walki pasażerów, co prawda rozbił się, ale nie zniszczył serca państwa amerykańskiego, czyli siedziby Prezydenta G.W.Busha, którego zresztą i tak szczęśliwym trafem nie było w tym czasie na miejscu, bo był zajęty czytaniem bajek dzieciom, w jakimś bodaj florydzkim, przedszkolu.

Film ma wyraźny podział – bardzo statyczna i dosyć nużąca część pierwsza, czyli relacje z wież kontrolnych, poszczególnych lotnisk, z których startowały owe wspomniane samoloty. Masa cyfr, określających przeróżne charakterystyki, jakie podaje się w przypadku prowadzenia lotów. Nic nam one specjalnie nie mówią, a cała ta sytuacja służy jedynie przedstawieniu chaosu jaki zaczyna się rodzić w kolejnych sztabach dowodzenia lotami, także wojskowym, i stopniowym jego opanowywaniu, czego finałem jest zamknięcie przestrzeni powietrznej dla wszelkich cywilnych linii nad całymi USA.
Poza tym – ten przydługawy wstęp pozwala nam oczami kontrolerów lotu zobaczyć ów tragiczny poranek z ich perspektywy. Z początku obserwujemy rutynową codzienną pracę. Następnie widzimy jak zaczynają być zdezorientowani kolejnymi zniknięciami samolotów z tras przelotów i później jakie znajdują tego wytłumaczenie z relacji CNN w telewizji. I pomału, także za pomocą podsłuchu rozmów, sytuacja znajduje swe przerażające wyjaśnienie.

Jak dla mnie, ta techniczna sekwencja jest zdecydowanie za długa i miałam wrażenie, że służy trochę jako wypełniacz filmu, bo przecież część druga - akcja w samolocie, próba przejecia sterów, najpierw przez terrorystów, a później przez pasażerów samolotu nie trwała tak bardzo długo, na pewno nie 100 minut.

Podobało mi się, że reżyser P. Greengrass przedstawia obie strony konfliktu w miarę obiektywnie. Tak jakby tam był w środku samolotu i sfilmował na żywo całe to zdarzenie. Nawet kamera drży i trzęsie się w sposób naturalny, tak właśnie, jakby operatorem był pasażer lotu 93.

Reżyser nie zieje nienawiścią do terrorystów, ani nie robi z dzielnych pasażerów stawiających im opór wielkich narodowych bohaterów. Oni się po prostu i po męsku bronią przed napaścią. Liczą, że może uda im się przeżyć. Co prawda, już z telefonów do rodzin usłyszeli o wczesniejszych atakach na WTC i Pentagon, czyli już wiedzą, że TO porwanie nie jest porwaniem dla okupu lecz jest to akcja samobójcza. Ale tak naprawdę nie znaja celu uderzenia, nie domyślają się, że jest nim Biały Dom. Tak do końca, nie wie o tym nikt. Ci dzielni Amerykanie są prawie pewni, że zginą, więc nic nie tracą, jeśli spróbują udaremnić osiągnięcie celu terrorystom. Chwała im za odwagę i za zdroworozsądkowe myślenie.

Są oczywiście bardzo wzruszajace sceny, gdy ludzie zaczynają dzwonić do rodzin, przyjaciół, żegnają się z nimi, wyznają im jeszcze po raz ostatni, a może niektórzy po raz pierwszy(?), miłość.

Ale jest też inna bardzo piękna, refleksyjna scena, gdy wszysycy w trwodze i w różnych intencjach, także Arabowie, modlą do się do swoich Bogów. Samolot wypełnia jedna wielka modlitwa, w dwóch różnych językach.
Żaden Bóg nie ulitowal się nad swoimi wiernymi. Może ich odwagę i swoiste męczeństwo wynagrodzi im po śmierci? Na pewno z takim przeświadczeniem wszystkim, i Amerykanom i muzułmanom, było lżej umierać.

wtorek, 29 sierpnia 2006

Dowód

Do zobaczenia filmu zachęciły mnie nazwiska panów - A.Hopkins i J. Gyllenhaal. G. Paltrow już trochę mniej - ta aktorka nigdy mnie nie poraziła swoim warsztatem czy urokiem, nawet w Oskarowym "Zakochanym Szekspirze". Nota bene, autorstwa tego samego reżysera, co "Dowodu" - Johna Maddena. Może liczył on na kolejnego Oskara, biorąc do głównej roli kobiecej właśnie Paltrow? :-)

No cóż, oglądanie tego filmu potraktowałam jako pokutę za grzechy. Nudy! Nawet Hopkins jako "tatuńcio - wariatuńcio" nie uratował sytuacji. Było go zresztą tyle co kot napłakał. Pojawił się kilka razy na moment, ale nawet i to wystarczyło, żeby go podziwiać - ma piękny siwy zarost i naprawdę nieźle prezentuje się jako genialny matematyk, ojciec równie uzdolnionej córki Cathy (G. Paltrow), popadający na stare lata w lekki obłęd.

Początkowo wydaje się, że przewodnim motywem filmu będzie właśnie problem geniuszu, który bardzo często w jakimś momencie istnienia spotyka się z szaleństwem. I może, gdyby ten temat pociągnięto dalej, dosadniej i wyraźniej, mógłby to być naprawdę ciekawy film. Na pewno nie tej klasy co "Piękny umysł", bo i zamiary, czy ambicje twórców "Dowodu", podejrzewam, nie były na miarę tamtego dzieła. Niestety, po chwili widzimy, że te dwa filmy łączy tylko i wyłącznie postać matematyka naukowca - odkrywcy, nic więcej. A akcja skupia się głównie na relacjach rodzic-dziecko, w których ten pierwszy naznaczony jest geniuszem i ewentualnych obciążeniach jakie się z tym wiążą dla potomstwa.

Z biegiem fabuły okazuje się, że Cathy, córka matematyczka, z nadziejami na wielką realizację w tej dziedzinie, która jednak rezygnuje ze studiów, by opiekować się zniedołężniałym ojcem, ma siostrę Claire, absolutne swoje przeciwieństwo. Claire to dosyć sprytna i obrotna osóbka, albo osoba zdrowo myśląca, jak by to powiedzieli inni, dająca w porę nogę z domu i umywająca od wszelkich kłopotów ręce. Po śmierci ojca przyjeżdża tylko by zrobić porządek z majątkiem i siostrą, której ciągle wmawia, że ma zadatki na chorobę psychiczną jak ich ojciec. Co dla Cathy jest tym bardziej bolesne, bo sama podejrzewa, że po ojcu wraz genem geniuszu odziedziczyła gen obłędu.. Możemy się w tym miejscu zastanowić, droga której z sióstr była słuszna. I jaką cenę płaci się za bezgraniczne poświęcenie, czy warto ryzykować, by w rezultacie miłość ustąpiła nienawiści?

Film na pewno zyskałby na atrakcyjności, gdybyśmy mogli poobserwować jak pracuje genialny umysł. Niestety, bohater matematyk swoje najbardziej płodne lata ma już dawno za sobą (podobno optymalny wiek na największe osiągnięcia życiowe to 23 wiosny). A my tylko patrzymy z pewną dozą zażenowania na jego zmagania z cieniem własnego fenomenu. I sami już nie wiemy, czy bardziej współczuć nieporadnej córce, oddanej w sposób zupełnie irracjonalny ojcu, która zmarnowała przynajmniej na jakiś czas swój talent i kawałek własnego młodego życia, czy ojcu, który tak by jeszcze chciał być twórcą, a już nie może.

Obraz nie dosyć, że smutny, to jeszcze nudny. Bez środka ciężkości. W rezultacie już naprawdę nie wiemy, o co autorom chodzi, po co zrobili ten film. "Dowód" nie wnosi nic nowego i kompletnie nie porusza nas w sprawach znanych i ważnych - jak np. geniusz i szaleństwo w jednym, obawa przed geniuszem i chorobą psychiczną jego potomków, czy cena poświęcenia się dla bliskiej kochanej osoby. Jak widać po tej wyliczance -można się w filmie doszukać niezłej kolekcji dramatów ludzkich, tylko dlaczego było tak drętwo?

Jedna sprawa, jednak, została rozstrzygnięta w filmie. :-) Pytanie dlaczego kobiety tak rzadko zostają wybitnymi jednostkami w nauce czy sztuce itp.- ano dlatego, że zbyt oddane są swoim bliskim, gotowe dla ich szczęścia i sukcesów złożyć na ołtarzu ofiar nawet swój geniusz. /Żeby choć za to były docenione./ Jeśli ktoś nie wierzy w ten kobiecy altruizm, dowód znajdzie w "Dowodzie" :-)

czwartek, 24 sierpnia 2006

"Odważny" Johnny

Gdzies tam przemykają informacje, że Depp ma, chyba ze strony matki, indiańskie korzenie. Jeśli ktoś niedowierza, to po "Odważnym" nie będzie miał już wątpliwości. To autorski film aktora, do którego napisał scenariusz, posiłkując się powieścią Gregory’ego Mac Donalda pod tym samym tytułem. Wyreżyserował go i zagrał główną rolę – Raphaela, Indianina z pochodzenia, który wraz z żoną i dwójką dzieci egzystuje na osiedlu u stóp góry śmieci i złomu.
To pierwszy i ostatni, jak na razie film, przy realizacji którego Depp stanął za kamerą. Bo to film zrodzony z potrzeby serca. Depp, osoba bardzo bogata, także materialnie, nie zapomina o swoich przodkach, tych, będących kiedyś dawno gospodarzami ziemi, nazwanej przez białego człowieka Ameryką. Kiedyś oddychali oni czystym powietrzem, żyli i obcowali bezpośrednio z naturą, pili krystaliczną wodę itd. A teraz, zepchnięci siłą przez najeźdźców, na kompletny margines, na śmietnisko życia - dosłownie, wegetują z dnia na dzień, żywiąc się odpadami ze stołu białego człowieka. Mieszkają jak psy, w budach, nie mają pracy, nie mają co jeść i nie mają co ze sobą począć. Szczególnie mężczyźni, jako ci do których należy obowiązek utrzymania rodziny, bardzo źle znoszą taki stan rzeczy. Piją, rozbijają sie o parę groszy, a później siedzą w więzieniach, wychodzą z nich i tak na okrągło. Raphael, czyli Johnny Depp właśnie, postanawia już z tym wreszcie skończyć i zapewnić godny byt swojej rodzinie. Droga ku temu nie może być normalna, bo przecież jego egzystencja taka nie jest. Postanawia sprzedać swoje ciało zepsutym białym ludziom, którzy chcą się zabawić, badając i obserwując, zapewne z rozkoszą, ile bólu człowiek jest w stanie wytrzymać.

"Odważny" - to film bardzo prosty i szczery. Depp, jego twórca, nie sili się na patetyzm, nie robi z Indian cierpiętników, opowiada w sposób jak najbardziej jasny i naturalny o ich losie, a właściwie braku tego losu we współczesnej Ameryce. -- Raphael idzie na śmierć, a w tym samym czasie buldożery zaczynają burzyć śmietniskowe miasteczko osadników. Ale nie ma tu jakiś krzyków rozpaczy, czy głośnych słów oskarżeń rzucanych z ekranu. Ot, człowiek człowiekowi zgotował taki los. Jednak - czujemy ten niemy wyrzut. Bo biały jest wiecznie nienasycony, tak jak w "Odważnym", gotów wydać 50 tysięcy dolarów na to, by jeszcze jako stary, niedołężny i obżarty (Marlon Brando- taka rola) jeszcze coś poczuć napawając się śmiercią człowieka.

Domyślam się, że film nie znalazł aplauzu w Stanach. Mam wrażenie, że w ogóle jest jakoś ogólnie niedoceniany. Może temat za smutny. Może z powodu braku widowiskowej akcji. Jest może nieco momentami naiwny, jak baśń niosąca w nieskomplikowanym przekazie najprostsze prawdy - o miłości, rodzinie, poświęceniu, ojcostwie i wiążącej się z nim odpowiedzialności, o honorze i godności, i potrzebie spełniania marzeń, i o cenie jaką się za to wszystko płaci.

Dużo w tym filmie pięknych obrazów, włączając w to również postać Deppa. Określenie „Ikona” urody mężczyzny XXI wieku – jak njabardziej zasłużone. To prawda – można na niego patrzeć zastygłym w zachwycie jak na obraz. Modlić się? – może niekoniecznie, ale być w podziwie nad naturą i całym zastępem ekspertów od wizerunku - owszem. Johnny Depp – to świetna robota.

Poza tym, „Odważny” rekompensuje nam smutek treści malowniczymi ujęciami gór, zachodów słońca, szamańskiego zaklinania czy w końcu bardzo oryginalnie sfilmowaną sceną, coś na kształt teatru cieni, ostatniego zbliżenia Raphaela ze swoją żoną. Nie przypominam sobie, bym coś podobnego widziała na ekranie.

Ale tak naprawdę, nie wiadomo, czy te urokliwe obrazy, dają nam pocieszenie, czy jeszcze bardziej wzmagają naszą melancholię, jaka wieje z ekranu. I jaka odbija się też w oczach Deppa na co dzień. Bo przecież to specyficzne spojrzenie aktora też ma spory udział w uwodzeniu kobiet na całej kuli ziemskiej.

No i muzyka. Iggy Pop! Cudna! Pięknie, ciekawie brzmiące instrumentarium, dźwiękowo kojarzące się z rytmami indiańskimi – ja nieomylnie rozróżniłam tylko bębny.:-) Nastrojowa, nostalgiczna, momentami niczym z filmów Kusturicy. Naprawdę - świetna. Tak jak nie przepadam z Iggy’m w jego sceniczno-płytowej twórczosci, tak uważam, że muzykę filmową robi z rewelacyjnym wyczuciem klimatu filmu i... uczuciem.
A i samego kompozytora można ujrzeć na ekranie, gdy na przyjęciu wydanym przez Raphaela, zajada wielką nogę jakiegoś zwierza. A oczy mu wychodzą z orbit, taki głodny! Pycha scenka.

Podsumowując. Zawsze uważałam Deppa za kogoś więcej niż za jakiś kanon męskiej urody, na którą można głosować, zamieszczać go w jakichś pustych i pretensjonalnych rankingach nastolatek typu – „najseksowniejszy”, „najcałuśniejszy” itp. Owszem to też, ale przede wszystkim jest to mężczyzna i odważny, myślący człowiek. Widać to także w jego filmowo-aktorskich wyborach.

wtorek, 25 lipca 2006

Kobieta Almodovara

Byłam kobietą na skraju załamania nerwowego. Jestem kobietą w kwiecie wieku, bez swego sekretu. Będą niedługo pośród ciemności błąkać się jak za życia w labiryncie namiętności. Poszukując lub żądając prawa do pożądania. Czym sobie na to wszystko zasłużyłam? A tymczasem zwiąż mnie, moje drżące ciało, uwolnij od wysokich obcasów, a opowiem ci wszystko o mojej matce i złym wychowaniu. Porozmawiaj ze mną, jak Kika albo Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy. Albo - bądź moim matadorem, tchnij jeszcze we mnie czerwoną płachtą odrobinę życia.
:-)))

niedziela, 23 lipca 2006

Respiro

Gorąca Sycylia. Małe miasteczko Lampeduza. A w nim, oprócz przeciętnych mieszkańców, pochłoniętych codzienną krzątaniną, żyje Grazia – żona i matka trójki dzieci. Jej mąż – przystojny rybak. Zapracowany po całych dniach. Ciągle na morzu, na kutrze, albo na brzegu, oporządzający zdobyty połów by był zdatny do sprzedaży. Mąż kocha żonę, ona jego chyba też. Tak, na pewno go kocha, mimo, że nie raz doskakuje mu do oczu, które nie widzą, że jest jej smutno, albo wesoło, bez niego. Dzieci, a szczególnie dwójka chłopców, kochają matkę, często są towarzyszami jej szalonych wypraw na plażę, gdzie czuje się absolutnie wolną, związaną z morzem kobietą , jej symbolem raju. Kąpie się nago. Słucha głośno muzyki z prześlicznego, jak rajska pomarańcza, radia tranzystorowego i tańcząc w objęciach wyimaginowanego partnera. Przyjaźni się z psami, a próba likwidacji jednego z nich doprowadza ją wręcz do małej rebelii – uwalnia je wszystkie, zamknięte w szopie z przeznaczeniem na rzeź. Grazia pragnie śmiać się i rozmawiać z mężczyznami, a nawet popłynąć z nimi w morze. A na dodatek jest piękna. Tak niewiele trzeba, by uznano ją za wariatkę. Zresztą podobnie by było, gdyby była stara. Miejscowa społeczność wywiera nacisk na męża Grazii, by wywiózł ją do Mediolanu na leczenie. Nie przystoi, by kobieta w tym wieku, matka, żona, żyła sobie wolna jak ptak, nieważne, że bez grzechu. Bezmierne i irracjonalne szczęście sąsiadki kłuje w oczy, a głęboki smutek nawiedzający ją czasem dla równowagi – budzi obawę. Grazia wie, że wyjazd do szpitala ją zabije. Boi się śmierci przez uduszenie. Ona chce oddychać, zachłystywać się głęboko powietrzem wilgotnym i pachnącym morzem.
Czy możemy być wolni, szczęśliwi i szaleni w swoich spełnieniach bez oskarżenia o szaleństwo?

środa, 24 maja 2006

Moja droga Wendy

To miała być podobno jedna z części trylogii amerykańskiej Larsa Von Triera. Napisał on do tego filmu scenariusz, ale za kamerę zaprosił Thomasa Vinterberga ("Festen" czy "Wszystko dla miłości" z J. Phoenixem). W roli głównej Jamie Bell, znowu, jako syn górnika, tym razem w małej amerykańskiej mieścinie. I podobnie jak Billy Elliot, nie ma zamiaru iść w ślady ojca. Ale, niestety nie z powodów zamiłowań artystycznych, tylko dlatego,że "bo nie!".
Dick nie ma matki, namiastkę jej uczuć czy opieki i troski daje mu czarna niania Clarabell - osoba, która zawsze w niego wierzy i powtarza, że przyjdzie dzień, kiedy zrobi on coś dla świata. Ta kobieta, wbrew pozorom, miała duży wpływ na życie chłopca.

Dick nie zalicza sam siebie do osób, którym powiodło się w życiu. Jest nieśmiały, czuje sie niepewnie i samotnie. Pewnego razu zostaje właścicielem niedużego pistoletu i oto zaczyna się opowieść o miłości do Wendy - tak pieszczotliwie nazywa, i tak też traktuje, obiekt swej namiętności.
Miłość, jak to miłość - sprawia, że chłopak nabiera pewności siebie, zaczyna czuć swoją wartość, a także wielki przypływ sił i postanawia pomóc innym. Zaraża fascynacją bronią palną rówieśników, podobnie jak on wyalienowanych z życia. Zaczynają oni stanowić jedność, bractwo, mające swoje tajemne miejsce spotkań, swoje sekrety, rytuały, obrzędy, znaki, zaklęcia - jak np. to, że nigdy nie będą strzelać poza swoją kryjówką. Każdy z nich, bowiem, zdobywa jakiś pistolet. Ćwiczą celność strzału, studiują rodzaje ran postrzałowch itd. Jednym słowem zabawa całą gębą. Uważają się przy tym za pacyfistów, a broń ma ich tylko w tym utwierdzać.
Ale niebawem przekonają sie, że broń to nie jest zabawka, a zabawy bronią nie kończą się dobrze. No i raczej trudno być pacyfistą, gdy ma się gnata pod ręką.

"Moja droga Wendy" to taka swoista artystyczna odpowiedź na "Zabawy z bronią" Michaela Moore'a. Oczywiście, to moja interpretacja, bo nie przypuszczam, żeby taki zamiar mieli twórcy filmu. W stonowany, spokojny sposób, bez nadmiernego dydaktyzmu, w formie niewinnego wręcz z początku filmu przygodowego dla młodzieży, pokazuje i ostrzega czym jest broń, jaka z niej "femme fatale", jak potrafi rozkochać w sobie, sprawić, że mężczyzna poczuje się silny, bezpieczny i taki...męski, stopniowo się od niej uzależnia, nie może bez niej żyć i nawet jeśli czuje, że źle przez nią skończy - nie może się uwolnić.

czwartek, 27 kwietnia 2006

Kawa i papierosy

Cudowne, ożywcze kino. Lekkie jak piórko, ale wiadomo, że to co lekkim się wydaje, rodzi sie bólach i pocie. Podobno Jarmusch "Kawę i papierosy" pił i palił przez prawie 17 lat, żeby w końcu zaprosić nas na spotkanie przy "Kawie i papierosach". Jestem tak tym filmem zachwycona, jak również "Nocą na Ziemi", że ośmielę sie nieśmiało porównać Jarmuscha, autora mistrzowskich opowiadań filmowych do Antoniego Czechowa - arcymistrza krótkiej formy w literaturze. Pewnie to trochę na wyrost, z krzywdą dla Antoniego, ale tak mi się to towarzystwo jakoś nasunęło.

Podoba mi się, że reżyser ma pomysły. W "Nocy na ziemi" wymyślił, abyśmy przejechali się o tej samej porze z nocnymi taksówkarzami i ich pasażerami w różnych miastach świata. A w "Kawie i papierosach" podsłuchujemy z kolei, w okolicach pory lunchu, krótkie dialogi, przeważnie dwuosobowe, przy kawie ( rzadko herbacie) i papierosie w przeróżnych lokalach/kawiarniach Ameryki.
Dialogi nie są krótkie z tej przyczyny, że Jim Jarmusch postanowił w czasie tylu a tylu minut zmieścić tyle a tyle nowelek filmowych. Nie, ludzie po prostu nie mają sobie wiele do powiedzenia. Czasem do tych rozmów wtrącają się osoby trzecie. I wtedy bywa dość zabawnie (Steve Buscemi czy Bill Murray), albo i poważnie - jak np. w miniaturze "Kuzynki" (świetna podwójna rola Cate Blanchett).

Wspaniałą, zabawną niespodzianką jest udział w filmie znanych ludzi - muzycy, aktorzy także - którzy grają pod swoimi imionami nazwiskami, jakby samych siebie w wyimaginowanych sytuacjach. I tak mamy tu m.in. duet Jack White i Meg White (zespół White Stripes), Iggy Pop i Tom Waits czy Alfred Molina i Steve Coogan. Nawiasem mówiąc, to właśnie z nimi filmiki najbardziej polubiłam ("Jack pokazuje Meg cewkę Tesli", "Gdzieś w Kalifornii" i "Kuzyni").
Ale tak w gruncie rzeczy, to wszystkie są świetne, bardzo trudno jest wyróżnić najlepszy. Historie są dowcipne, zabawne, ale zabarwione goryczą,która pozostawia w nas jakiś smutny osad.I jakże są prawdziwe. Ileż to razy spotykamy sie z ludźmi, np. "na kawie", pełni nadziei, że będzie to extra wydarzenie, że nagadamy sie za wszystkie czasy, albo i pomilczymy nieuciążliwie w przyjażni, co jest chyba najtrudniejsze - być ze sobą i nerwowo nie trajkotać. A tu znowu okazuje się, że nić porozumienia i zrozumienia między ludźmi jest bardzo trudno zawiązać. Ot, choćby z tego, miedzy innymi powodu, że gdy jesteśmy młodzi, każdy żyje swoimi sprawami, skupiony jest na swojej osobie, swoich dążeniach. Gdy jesteśmy już starsi, mamy czas i chętnie posłuchalibyśmy już co ma do powiedzenia o świecie i sobie ten drugi, ale cóż - starość nie radość, bywa że zasypiamy znużeni podczas rozmowy - kapitalna ostatnia miniatura zamykająca całość!
Zwykle nasze pospieszne, albo obowiązkowe spotkania kończą się z ulgą i bywa smutkiem, że znowu udało sie tylko wypić zdrowie, stukając sie filiżanką lub plastikowym kubkiem z kawą, przypalając kolejnego papierosa, który świetnie pomaga przykryć nerwowość i powierzchowność kontaktów między ludźmi, nawet sobie bliskimi, czy to z powodu więzi rodzinnych czy zawodowych.

Ale oczywiście, nie tylko o to chodzi w piciu kawy i paleniu papierosow, a o co, to juz każdy, który UŻYWA, wie sam...
Ja w nałóg papierosowy pogrążam się coraz bardziej wmawiajac sobie, że pozwala mi jaśniej myśleć, uspokoić się, wyciszyć, stłumić głód, zwieńczyć posiłek i tak jak w filmie - nawiązać rozmowę, przybliżyć kontakt, zająć ręce - to takie totalne chodzenie na łatwiznę, przyznaję. Moja wina, moja wina, moja wielka wina. Kary - mam nadzieję, nie dostąpię.