sobota, 20 października 2012

Papierowy żołnierz - reż. Aleksiej German jr.

"My jesteśmy najlepsi w silnikach, Stany (Zjednoczone) wyprzedzają nas w informatyce i komunikacji" - szczera, acz nieco ryzykowna, konstatacja na temat konkurencji, jednego z pracowników radzieckiego kosmodromu. "Papierowy żołnierz" to smutny krajobraz ZSRR z czasów zimnej wojny z USA, której jednym z pól bitwy (oprócz wyścigu zbrojeń i zdobywania wpływów politycznych na świecie) był wyścig w podboju kosmosu. Doktor Daniła Pokrowskij (świetny i równie przystojny aktor gruzińskiego pochodzenia Merab Ninidze)  pracuje nad kondycją i zdrowiem pierwszego człowieka,  który wyleci w kosmos. Czuje w związku z tym olbrzymią odpowiedzialność, zżera go pionierska samotność.  Na stres nakłada się także rozłąka z piękną żoną, również lekarką, pracującą w Moskwie oraz opresyjna miłość kochanki Wiery, no i,  delikatnie mówiąc, spartańskie warunki pracy - badania i przygotowania do lotu odbywają się na kazachskim głuchym stepie.
 Jakiż straszny, przytłaczający, rozdźwięk panuje między marzeniami o potędze, nie tylko na globie ziemskim, państwa radzieckiego i zmanipulowanego odpowiednią propagandą narodu a rzeczywistością w jakiej żyje on na codzień. Walka z USA o światową palmę pierwszeństwa zarówno w zbrojeniu armii jak i budowaniu rakiet kosztuje. A przecież nie trafiło na bogatego. Zaledwie kilkanaście lat wcześniej ZSRR wykrwawił się, dosłownie i w przenośni, w II wojnie światowej. Fakt ten stawia USA od razu, z marszu, na lepszej pozycji. Tylko oszczędzając i zaniżając poziom życia przeciętnych obywateli, ZSRR może sobie pozwolić na luksus, czy kaprys, zdobywania kosmosu. Kazachski kosmodrom, tak jak i reszta Sojuzu, prezentuje się nadzwyczaj ubogo i szaro. Na szczęście są ludzie, to oni stanowią prawdziwe piękno tego kraju. To ich zapał, ambicje, patriotyzm, sprawiają, że robią dobrą minę do tej nierównej gry, dzięki czemu wpisują się na wieki w historię lotów kosmicznych.  Wśród nich pojawia się oczywiście Gagarin, główny podopieczny doktora. Po kilku latach, także w formie pośmiertnego pomnika.

"Papierowy żołnierz" nie przypomina w niczym produkcyjniaka wypuszczonego z państwowego studia filmowego ku chwale ojczyzny.  I takim nie jest. Choć formalnie, trzeba przyznać, że ktoś, kto nie zna daty jego produkcji (2008) może mieć wrażenie, że film  był nakręcony w latach jego akcji (zdjęcia, klimat, muzyka, gra aktorów). Wręcz przeciwnie, obraz ZSRR z czasów jego największych osiągnięć, przesycony jest bezgranicznym smutkiem i melancholią, przeczuciem zbliżającej się nieuchronnie klęski,  osobistym niespełnieniem radzieckiej inteligencji. Która podzielona, na pracującą na chwałę reżimu i na błądzącą swoimi ścieżkami, czuje się zagubiona i nieszczęśliwa (spotkania na podmoskiewskiej daczy) choć dzielnie nadrabia miną, przywołując na pociechę acz z nutą goryczy, fragmenty z  klasyka, piewcy tragicznego rozdźwięku między marzeniami a rzeczywistością, "Wujaszka Wani" A. Czechowa. Jak by nie było kolegi po fachu Daniły Pokrowskiego, również lekarza.

W tle filmu pojawia się ballada Bułata Okudżawy "Papierowy żołnierzyk", której słowa, jak myślę są jedną z  inspiracji dla jego scenarzystów. Mogą one być metaforą imperialistycznych zapędów ZSRR, który porywając się z przysłowiową motyką na słońce (w tym konkretnym przypadku raczej na Księżyc), przysporzył może i chwałę narodowi, ale ludziom szczęścia trochę mniej, jeśli w ogóle.

Mnie, wielką miłośniczkę kina naszych wschodnich sąsiadów, bardzo ten obraz zadowolił (jest kilka absolutnie genialnych scen- np. ostatnia z szalikami, albo na poły oniryczne spotkania Daniły z rodzicami, czy  przyjaźń kobiet, które kochały tego samego mężczyznę). Nastroił nie tylko melancholijnie, ale i po trosze nostalgicznie. Nie żebym tęskniła za komuną, co to to nie, ale natychmiast po seansie, oddałam się narkotycznemu przesłuchaniu utworów śpiewanych starego, cudownego Bułata Okudżawy, dziwiąc się, jak mogłam o nim zapomnieć. Kończąc przytoczę zwrotki "Papierowego żołnierzyka".

        Raz pewien żołnierz sobie żył,
        odważny i zawzięty,
        lecz cóż?... zabawką tylko był,
        z papieru był wycięty.

        Choć zmieniać świat i zwalczać zło
        niezmiennie był gotowy,
        lecz nad łóżeczkiem wisiał, bo
        był tylko papierowy.

        Pod kule chętnie by, jak w dym,
        szedł za was bez namowy,
        i mieliśmy sto pociech z nim -
        był przecież papierowy.

        I nigdy mu nie zwierzał sztab
        tajemnic swych wojskowych.
        A czemu tak? Dlaczego tak,
        że był on papierowy.

        Wyzywał los, w pogardzie miał
        tchórzliwych maruderów,
        i "Ognia! Ognia!" ciągle łkał,
        choć przecież był z papieru.

        Niejeden wódz już w ogniu znikł,
        niejeden szeregowy...
        I poszedł w ogień...
        Zginął w mig
        nasz żołnierz papierowy.




wtorek, 18 września 2012

Akacje - reż. Pablo Giorgelli

Kino  drogi w najlepszym stylu. Bez pretensji do bycia wielkim , podobnie jak bezpretensjonalni są bohaterowie filmu. On, Ruben - kierowca ciężarówki. Ona, Jacinta - matka kilkumiesięcznej córki, Anahi. Oboje samotni. Spotykają się przy okazji podróży do Buenos Aires. On przewozi dwie wielkie naczepy załadowane pniami, sądząc po tytule, akacji. Ona, z pochodzenia Paragwajka pragnie skorzystać z okazji i zabrać się się do stolicy Argentyny w poszukiwaniu pracy.  Niby lakoniczna informacja, a ileż mówi nam o tych dwojga. Możemy sądzić, że są odważni, twardzi, niezłomni. Aczkolwiek, jak się dalej okaże, bardzo wrażliwi i delikatni, przypominający te kwitnące kiedyś akacje, przewożone teraz setki kilometrów przez ciężarówkę.

Początkowo, Ruben i Jacinta patrzą na siebie z nieufnością.  Na szczęście jedzie z nimi malutka, przesłodka, Anahi. To ona wyznacza rytm podróży (karmienie, przewijanie), katalizuje akcję filmu, także akcje serc mężczyzny i kobiety.  To za jej sprawą atmosfera między nimi ulega ociepleniu, serca zaczynają bić intensywniej, a w ciasnej kabinie oprócz  nic nie znaczącej bliskości ciał,  pojawia się wiele znacząca, a może i obiecująca, bliskość dusz.

Zaczyna się od papierosa. Niezapomniana, zwyczajnie prosta, ale jakże przepięknie zagrana przez Germana de Silva i Hebe Duarte,  scena. Kierowca ma ochotę zapalić w czasie jazdy. W końcu należy mu się, on tu jest panem, ciężko pracuje, by dowieźć całą trójkę do celu. Po kilku dymkach i spojrzeniach na uśmiechniętą Anahi i nie uśmiechniętą jej matkę,  gasi papierosa. Od tego momentu zacznie palić na postojach. Krótko i węzłowato, ale jakże wiele mówi (do czego by on sam na pewno się nie przyznał) ta scena o Rubenie - prosty, zniszczony codzienną harówą facet, a ile w nim wrażliwości, czułości i troski o drugiego człowieka. Lody zostają przełamane, podróż staje się okazją do poczucia i przeżycia tego, czego tym obojgu ludziom w życiu brak najbardziej. Także nadziei.

Siła tego filmu tkwi w opowieści o chwili, bez kontekstu przeszłości i przyszłości.  Liczy się radość wspólnego trwania, nawet jeśli jest to tylko moment w perspektywie życia – on wzmocni na przyszłość, tym bardziej jeśli nie przyjdzie jej dzielić razem.  A może przyjdzie. Kto wie, nie ważne.  Oczekiwanie, przecież, jest najsłodsze.

„Akacje” to film dla widzów lubiących kontemplować,  a to kiepski krajobraz za oknem ciężarówki, a to drzewo stojące przy drodze, a już najbardziej dla lubiących wpatrywać się, tak jak ja, w ludzkie oblicza. W końcu, prawie 80 minut nie robimy nic innego, tylko obserwujemy najmniejsze drgnienia mięśni twarzy Rubena i Jacinty, by z ich ruchu  odgadnąć to, co dzieje się w głowach i sercach obojga..

Ta  opowieść jest fajna, taka prosta, czujemy, że mogłaby się przydarzyć każdemu z nas.  Wystarczy tylko ( a raczej "aż", bo to towar deficytowy) trochę uważności,  przyjrzenie się, ujmijmy to -  każdemu „towarzyszowi podróży”, jaki się pojawia na drodze życia. Nieważne kobieta, mężczyzna, dziecko – „podróż” w gronie ludzi przyjaznych może być spełnieniem,  albo jego obietnicą.  Każdy człowiek jest jakąś zagadką, tak jak Jacinta i Ruben byli dla siebie na początku. Zależy, czy mamy czas, ochotę, czy jesteśmy gotowi, na jej rozwikłanie, na skrócenie dzielącego dystansu.  I wcale nie trzeba dużo gadać, czasem wystarczy jedna nieporadna opowieść, jakiś gest, spojrzenie... 


niedziela, 16 września 2012

Porwanie (Rapt) - reż. Lucas Belvaux

Najlepszym przyjacielem mężczyzny jest pies. Jeśli ktoś nie wierzy, niech zobaczy "Porwanie" Lucasa Belvauxa ze świetnym, i bardzo przystojnym, Yvanem Attalem w roli głównej. Attal jest mężem Charlotte Gainsbourg oraz ojcem ich trójki dzieci, więc  ktoś, kto jeszcze nie widział z nim żadnego filmu, może ten fakt zaliczyć na jego korzyść -  byle kogo by sobie przecież taka aktorka, jak Charlotte G., nie wybrała. W razie chęci naocznego przekonania się o jego talencie, tudzież uroku, polecam "Anthony'ego Zimmera" - pierwowzór amerykańskiego "Turysty" - Johnny Depp, przy całym szacunku i pamięci mojej miłości do niego - może Attalowi pięty lizać, że o dorastaniu mu do nich nie wspomnę.  A jeśli jeszcze komuś będzie mało - to proszę się pofatygować i spojrzeć na całkiem zgrabny francuski thriller "W skórze węża".

Stanislas Graff,  prezes jakiejś ważnej korporacji, jest człowiekiem światowym, bywalcem nie tylko ministerialnych gabinetów, ale również reprezentantem Francji w ważnych gospodarczych negocjacjach międzypaństwowych.  Posiada, jak na prezesa przystało, duży piękny dom z ogrodem, służbą, żoną, trzema córkami oraz ślicznym rasowym psem (na moje laikowe oko to seter, ale ręki sobie nie dam uciąć, że mam rację).  Wypasiony samochód służbowy z osobistym szoferem to oczywista oczywistość, wspominam o tym tylko z racji tej, iż pewnego pięknego poranka prezesa, wraz z samochodem, bez szofera, uprowadzono. Rzecz jasna w celu okupu.  Wiadomość o porwaniu i przesłanym rodzinie palcu prezesa natychmiast dostaje się do mediów. Rozpoczyna się festiwal wiadomości i plotek na temat życia i pożycia biznesmena. To dzięki mediom, właśnie, żona i córki, wraz z całym narodem,  mają wreszcie okazję poznać prawdziwe pasje i namiętności męża oraz ojca. O ileż łatwiej, będąc ich świadomym, znosić rodzinie ból z powodu porwania biedaka. No właśnie, biedaka - dosłownie. Bo,  jeśli jeszcze dodać fakt, że grupa korporacyjna. której Graff prezesuje, nie ma zamiaru wyłożyć ze wspólnej kasy ani  grosza na okup, będziemy mieli obraz lawiny nieszczęść jaka  go przysypała.
Ale, jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Coś się traci, by zyskać coś innego.  Czasem okazuje się, że tragedie pomagają obudzić się z letargu. Ludzie pogrążeni w dobrobycie tracą czujność, umiejętność rozpoznawania wrogów i  przyjaciół. A paradoksalnie, pierwszym człowiekiem, który szczerze interesuje się emocjami głównego bohatera, jego zainteresowaniami, a co więcej szczerze niektóre podziela,  jest szef i pomysłodawca tego całego zamieszania.
W pewnym momencie odkrywamy, że mniej chodzi o sensację i wbijanie widza w fotel pod wpływem napięcia z powodu porwania Graffa. Bardziej martwimy się o jego los w przypadku ewentualnego powrotu na łono rodziny.  Na szczęście, w razie czego - jest pies.  :)

sobota, 18 sierpnia 2012

Chwała dziwkom - reż. Michael Glawogger

Zamykane są stocznie, upadają kopalnie, z powierzchni ziemi znikają wszelkiej maści manufaktury, rolnicy oddają ziemię pod kolejne autostrady, a najstarszy zawód świata ciągle w rozkwicie. Nic nie zastąpi żywej kobiety.  Nawet najlepszy japoński robot , nie da mężczyźnie tego co da mu kobieta - od poczucia własności, własnej wartości, władzy, poprzez relaks i beztroskę do namiastki bliskości i ciepła, które, owszem,  można, niczym w kaloryferze odkręcić kurkiem (za opłatą), ale jakościowo, jakże od niego odbiega. 
Austriacki filmowiec, Michael Glawogger poświęcił współczesnym córom Koryntu, całą ostatnią część swoistej trylogii o człowieku walczącym o przetrwanie w dzisiejszym, przeludnionym i zindustrializowanym,  świecie. Wcześniej ukazały się "Megamiasta" (trudy przeżycia biedaków w metropoliach świata) i "Śmierć człowieka pracy" (wymierające zawody, oparte na większej lub mniejszej, sile mięśni). Taka perspektywa (ubóstwo) podejścia do tematu tłumaczy, dlaczego reżyser skupił się na fragmentarycznej działalności pań mieszkających w Tajlandii, Bangladeszu i Meksyku, a nie na przykład Holandii i jej czerwonej dzielnicy w Amsterdamie, placu Pigalle w Paryżu, czy tokijskiej dzielnicy czerwonych latarni (Shinjuku).
 "Chwała dziwkom" - co za obrazoburcze połączenie. To tak jakby uświęcać ten zawód. Tak, w niektórych krajach to jest legalny zawód, a nie proceder prowadzony za cichym przyzwoleniem  państwa, jak  bodaj w Tajlandii, znanej ze swej szerokiej, acz nieoficjalnej, oferty seksturystyki.  No, ale jak go nie uświęcać, skoro niezbędny od tysięcy lat? I służący panom tego świata – mężczyznom?

Tak jak w starożytnej Grecji, tak i obecnie, prostytucja ma różne twarze, a przynajmniej trzy. A każda z nich przypisana jest grubości portfela klientów. Ci z grubszym, w filmie na przykładzie Tajlandii, mogą sobie w wolnej chwili i w razie potrzeby zasiąść w restauracji eleganckiego hotelu (czytaj: burdelu) i przy piwku czy winku wybrać na godzinę damę serca. Wybór jest dość szeroki – kilkanaście kobiet, przeważnie młodziutkich, choć zdarzają się także zadbane 40-tki,  siedzi przed nimi na specjalnym podium i prezentuje swoje wdzięki. Szczęśliwa wybranka i podekscytowany pan, po uiszczeniu przez niego odpowiedniej opłaty, jadą windą do nieba. Jednym słowem „elegancja – Francja”. Pełna kultura. Obopólna wymiana uśmiechów, ukłonów i innych uprzejmości – niczym za dawnych czasów hetery i kurtyzany. Z tą różnicą, że w tym przypadku (pamiętajmy, że Glawogger skupia się na nizinach społecznych), raczej bez intelektualnej wymiany zdań czy poglądów w temacie sztuki czy gospodarki i polityki zagranicznej rządu.

Druga twarz – sportretowana w Bangladeszu. Kobieta nie jest zatrudniona w instytucji, ma bezpośredniego pracodawcę, czyli sutenera, który daje jej lokum, a ona w zamian dzieli się z nim zarobkiem. Co ciekawe, rolę sutenera obejmuje niekoniecznie jakiś obleśny facet. Bywa, że staje się nim rodzina z dwójką dzieci. Była prostytutka („dziwka” jakoś nie chce mi się wklepać w klawiaturę), której wdzięki ulotniły się wraz z przeżytymi wiosnami, wychodzi za mąż, rodzi dzieci i zakłada interes. O poziomie sanitarnym tego rodzaju przybytków nie ma co pisać – ciasnota, brud, brak bieżącej wody, kanalizacji itp.,  ale to absolutnie nie przeszkadza panom, zatrudnionym w okolicy TAKIEJ dzielnicy, wyskoczyć dwa razy dziennie, w czasie lunchu czy innej przerwy (np. między jednym klientem a drugim w zakładzie fryzjerskim), na małe bzykanko, jak to zabawnie ujmują. Pełna symbioza. Wszyscy są radzi. Na nic nie narzekają, nawet panie nie widzą uciążliwości w nadmiarze chętnych na relaks, wręcz przeciwnie – bywa, że wydzierają sobie ich z rąk.  Jak tu nie CHWALić takiej profesji?

Trzecia odsłona. Meksyk. Praca na własny rachunek. Na ulicy, albo wynajmuje się jakąś kanciapę, na obrzeżach miasta, staje się w drzwiach, oczywiście w odpowiednim stroju, a raczej jego braku i interes się kręci. Panowie swoimi rozklekotanymi limuzynami wożą się po dzielnicy uciech, czasem wystarczy, że się tylko napatrzą, czasem któraś dostąpi zaszczytu i zostanie wybrana na godzinę, lub dwie, zależy od zawartości portfela. Klienci nie mają szacunku do towaru, z którego wdzięków korzystają. O kobietach wyrażają się,  jak to o dziwkach, zazwyczaj bardzo wulgarnie (czego nie było w poprzednich odsłonach), wręcz pogardliwie. Ale panie, bywa, że odbiją sobie te upokorzenia w dwójnasób – rozliczając ich ze swoich usług co do sekundy, czasem ze szkodą dla męskiej przyjemności.

 „Chwała dziwkom” ma swoistą piętrową strukturę. Zagłębiając się w obraz zdążamy, niczym sławny rzymski poeta, do kolejnych poziomów piekła. Początek, wydawałoby się, jest całkiem znośny, ale czym dalej tym więcej brudu, mizerii i upokorzenia. Nie możemy tego filmu odbierać jako dokumentu o obliczach prostytucji w poszczególnych, przedstawionych krajach. Film ma bohatera zbiorowego, mimo, że akcja dzieje się na różnych kontynentach. Nie ma tu żadnej indywidualnej opowieści, jakiejś konkretnej, typowej historii drogi od trudnego dzieciństwa do burdelu.  Żadnego lamentu nad losem biednych, poniżanych kobiet i dziewcząt.  Film nie jest obliczony na współczucie, czy skonfundowanie widza. Jest po prostu beznamiętnym opisem stanu rzeczy. Tak jak beznamiętny jest ton kobiet wypowiadających się do kamery. Nie biadolą, nie skarżą się na swój los. Robią to co potrafią i co do nich należy. Chyba można  zaryzykować stwierdzenie - cieszą się, że w ogóle mają pracę. Przecież za kilka, kilkanaście lat, wylecą z obiegu. Wtedy dopiero będą się martwić! 

Nie wiem, czy mimo tylu obrazów nędzy, nie tylko materialnej, można o filmie Glawoggera powiedzieć, „wstrząsający”. Chyba nie taki był zamiar reżysera, by potrząsnąć sytym i oglądającym, w wygodnym fotelu, film widzem.  Bywa, przecież, że momentami czujemy się znużeni. Ileż można słuchać niewysublimowanych opowieści o penisach czy innych narządach płciowych.  Poza tym, problem nieraz był wałkowany w innych obrazach filmowych. Dom publiczny w Tajlandii i wystawa pań na podium – żywcem z taką samą sceną mieliśmy do czynienia w „Mamucie” L. Moodyssena.  Albo,  oddzielny dokument o prostytucji w Indiach „Przeznaczone do burdelu”. Jak na tytuł „Chwała dziwkom” przystało, nie ma brutalnych, czy poniżających scen. No i nie ma żadnych psychologicznych wiwisekcji sprzedajnych kobiet.  Po prostu nuda.  Normalna robota, jak każda inna. Tak jak wspominałam, wszyscy biorący udział w tym handlu, robią wrażenie zadowolonych.  A skoro tak się rzecz ma, to chwała jej!

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Wyspa skazańców - reż. Marius Holst

Ten film boli od pierwszej minuty, gdy patrzymy na zmarznięte, przykurczone sylwetki chłopców, stojących na redzie statku wiodącego ich ku samotnej wyspie, leżącej na tle wzburzonego morza.  Pierwsze zimne kadry  przyprawiają o dreszcze niepokoju, przepowiadając, poetycką historią o zranionym wielorybie, mękę jaka czeka wywiezionych na odległą norweską wyspę Bastoy, gdzie wpadną w sidła chrześcijańskiej resocjalizacji początków XX wieku. Jeśli ją przeżyją, moga już iść tylko do nieba, bo piekło mieli na ziemi.  Dzieciak, który przykładowo ukradł coś z kościoła jest na kilka, kilkanaście lat izolowany od społeczeństwa w kompletnej głuszy i zapomnieniu, pod opieką cynicznych zwyrodnialców i bandytów, którzy zamiast "wychowywać", powinni siedzieć w więzieniu.

Na czym polega przywracanie do społeczeństwa chłopców, pochodzących z najgłębszych nizin społecznych, którym powinęła się noga? Otóż, jak powiada sam wielebny dyrektor ośrodka, chodzi o wykształcenie w osadzonych prawdziwie chrześcijańskich cech i wszczepienie wiary w miłosiernego Boga.  Prawdziwie chrześcijańskie cechy, to oczywiście pokora i bezwzględne posłuszeństwo wobec zwierzchników. A jak je najszybciej i najskuteczniej zaszczepić? Rzecz jasna za pomocą bata, głodu, chłodu, pracy ponad siły, w poniżeniu i brukaniu godności ludzkiej. Dyrektor wraz ze swym sztabem pedagogicznym odnoszą na tym polu znaczne sukcesy - chłopcy bez szemrania chodzą jak w szwajcarskim zegarku. Wszystko idealnie gra, dopóki na wyspie nie pojawi się Erling czyli C-19. C-19 zaprzyjaźnia się z C-1 (Olav). Oj, niedobrze - nie chodzi przecież o to, jak w przypadku każdej tyranii, by ludzi się lubili, to może zwiastować koniec władzy.  Erling, były chłopiec okrętowy, jest zdecydowany na ucieczkę, choć na zdrowy rozum, wydaje się ona niemożliwa. Jeśli nawet uda mu się odpłynąć na starej łódce, to albo szybko zgarnie go jakaś jednostka morska powiadomiona o jego oddaleniu, albo polegnie w zmaganiu z morzem. Jednak C-19 to natura buntownicza, nie wyobraża sobie życia w tym odosobnieniu bez marzenia o osiągnięciu wolności. I to nie za kilka, czy kilkanaście lat, w zależności od widzi mi się opiekunów, ale natychmiast. Podejmuje więc odpowiednie kroki, by swe zamiary urzeczywistnić. Jak się można domyślić, nie będzie łatwo. Musi przechytrzyć nie tylko grono pedagogiczne, ale także niektórych swoich, zawistnych, czy wystraszonych, rówieśników.

"Wyspa skazańców" trzyma w napięciu nie tylko ze względu na, co prawda ograny, ale zawsze atrakcyjny, temat:  ucieczka czy bunt w więzieniu. Tym razem chodzi o poprawczak, ale w takich warunkach wiele się od więzienia nie różni.  Mnie ten film urzekł (tak urzekł, mimo strasznej scenerii), ze względu na piękną, fascynującą, ciągle ewoluującą,  umacniającą się przyjaźń C-1 z C-19. Żeby przyjaźń mogła przetrwać w tak urągających człowieczeństwu warunkach, trzeba niezwykłego hartu ducha i szlachetnego charakteru, o których to istnienie czasem nawet siebie nie posądzamy, dopóki nie przyjdzie się sprawdzić (tak jak C-1).  A jeśli takowe się ma, to trzeba mocno się starać, żeby ich nie złamać, nie dostosować się do narzuconej przez otoczenie podłości. I to tyle. Nie ma co więcej się rozpisywać - molestowanie nieletnich, głodzenie, wykorzystywanie na wszelkie możliwe sposoby, w końcu bunt podopiecznych, te sprawy są jak najbardziej oczywiste w historiach o miejscach odosobnienia, nad którymi nikt praktycznie nie ma kontroli. Ktoś powie, phi! wszystko można wymyślić. Jasne, ale wiemy, że życie pisze najlepsze scenariusze, więc po co wymyślać?

Oczywiście, zaślepione środowiska prokościelne zawsze mogą podciągnąć tego rodzaju obrazy, jako jeszcze jeden z oręźy walki z kościołem.  Ale przecież każdy rozsądny człowiek wie, że takie rzeczy zdarzają się także w świeckich  placówkach. Wiadomo - władza absolutna deprawuje jak nic na świecie. Chodzi tylko to, że od instytucji wychowawczych mieniących się chrześcijańskimi wymaga się nieco więcej. W imię wymachiwanych haseł, jakimi chcą naprawiać ludzi, powinni spojrzeć najpierw na siebie. Oczywiście, akcja filmu dzieje się 100 lat temu, ale podejrzewam, że mentalność ludzka wiele się nie zmieniła w tej kwestii.

 "Wyspę skazańców" ogląda się świetnie, mimo przewidywalności głównego zarysu akcji. Niuanse i związane z nimi niespodzianki tkwią w szczegółach, w pewnych nieoczekiwanych reakcjach bohaterów. Film wyróżnia rewelacyjne aktorstwo, nie tylko głównego tuza obsady Stellana Skarsgarda, czy Kristoffera Jonera, ale takżę młodych aktorów na których czele stoją: odtwórca roli króla wyspy, C-19 - Benjamin Helstad i Trond Nilssen (C-1). Zdjęcia utrzymane w tonacji bieli i czerni z domieszką szaroniebieskiego uwydatniają atmosferę przygnębienia i beznadziei, jaka panuje na wyspie. A i muzyka nie pozostaje w tej kwestii w tyle. Jednym słowem - rzecz dla tych, którzy, tak jak ja, bez popitki łykają w kinie wszystko co skandynawskie.
Poza tym, lubiący historie oparte na faktach, a tym bardziej historie tragiczne, z małą domieszką optymizmu ( ta filmowa opowieść jest dowodem, że co najmniej jeden ze skazańców na pewno przetrwał, bo ją opowiedział) -  też powinni być z seansu zadowoleni. :)

piątek, 10 sierpnia 2012

Pan Zemsta - reż. Chan-wook Park

Wyobraź sobie, że jesteś młodym głuchoniemym Koreańczykiem. Miałeś trochę szczęścia, bo urodziłeś się nie na Północy kraju, a na Południu. Mieszkasz w Seulu, do którego prawdopodobnie przybyłeś w poszukiwaniu pracy . Władze lokalowe miasta przydzieliły cię nędzne jednoizbowe  mieszkanko gdzieś na obrzeżach stolicy. Zajmujesz je z siostrą, jedynym ukochanym człowiekiem jaki ci pozostał na Ziemi. Masz co prawda przyjaciółkę, ale siostra jest najważniejsza. Jest ciężko chora na nerki, musi mieć przeszczep, żeby przeżyć.  Postanowiłeś, że oddasz jej swoją nerkę. Niestety, wiele cię z siostrą łączy, oprócz grupy krwi. Trzeba czekać na nerkę od obcego dawcy. A to już niemało kosztuje. A właśnie dzień wcześniej straciłeś pracę, marną bo marną, ale dawała jakąś nadzieję na przeżycie, przede wszystkim siostry. Zdesperowany, postanawiasz sprzedać swoją  nerkę handlarzom organów, by mieć kwotę potrzebną na operację siostry. Nie jest to jakiś problem, z jedną nerką można całkiem dobrze funkcjonować, a ogłoszenia szukających chętnych do sprzedaży organów rozlepiane są w różnych miejskich przybytkach, do których trafiają biedni ludzie, np. toaletach. Niestety, w swojej naiwności, zaślepiony rozpaczą nie bierzesz pod uwagę, że możesz trafić na oszustów. …. czy mam dalej wyliczać? Może tylko jeszcze wspomną, że doprowadzony do ostateczności, porywasz córkę byłego pracodawcy.  Jeśli sobie nie możesz aż tylu nieszczęść dotykających cię jednocześnie (a zapewniam, że wymienione to tylko ich mały fragment) wyobrazić,  zobacz film Chan-wook Parka. A wtedy zrozumiesz bezsilność, gniew, rozpacz, szukanie sprawiedliwości na własną rękę, w końcu zobojętnienie na swój własny los – wszystko co popycha człowieka do zemsty i poczujesz solidarność z tymi, którzy ją wymierzają.

 Ryu, bo tak nazywa się główny bohater, jest tylko małym kołem napędowym machiny zemsty, jaką za chwilę nieświadomie uruchomi. Trybik raz ruszony nakręca spiralę, w którą wplątuje się coraz więcej ludzi, a może nawet organizacji.  W filmie mamy motyw  ugrupowania terrorystycznego, którego myśli gorliwą orędowniczką jest kochanka Ryu. Motyw zlekceważony zarówno przez niektóre postaci filmu (policjant i biznesmen będący pierwotnym obiektem zemsty), jak i widzów, który mogą go uważać  za niepotrzebny, wydumany, wtrącony przez reżysera „od czapy”, bez widocznego powodu, li tylko dla urozmaicenia akcji. Ja uważam, że nic w przyrodzie nie dzieje się bez przyczyny, dlaczego więc Chan-wook Park miałby sobie nim zaprzątać głowę bez takowej? Bezsilność, rozpacz, chęć odwetu za doznane krzywdy, to źródło walki, np. Palestyńczyków z Izraelem, zwanej terroryzmem. Oczywiście terroryzm ma różne twarze, ale to już temat na inny film (np. Baader-Meinhof).

W „Panu Zemście” mamy więcej dziwnych, zagadkowych postaci, nie tylko wojującą ideologicznie przyjaciółkę  Ryu. Zalicza się do nich tajemniczy kaleka, który także, choć nieświadomie, ale jednak, przyczynia się do zguby biednego Ryu. Być może jest on uosobieniem złośliwego fatum, którego ręka dosięga w najmniej oczekiwanym momencie. A może po prostu, jest on przesłaniem myśli o poszanowaniu każdego człowieka, nawet tego którego w  pysze lub zajęci naszą krzątaniną wokół swoich spraw, nie zauważamy.  Bo tak naprawdę, czyż nasze życie nie zależy od gwiazdy pod którą się urodzimy?  Od ludzi jakich spotkamy na swej drodze, od przypadku który prowadzi nas ku  kolejnemu przypadkowi, od losu, łaskawego albo nie?

 „Jesteś dobrym człowiekiem, chyba rozumiesz, dlaczego muszę cię zabić?”  taką kwestię słyszy w pewnym momencie bohater filmu z ust ojca porwanej dziewczynki– czy to nie ironia losu, jego szyderczy chichot? Tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę postać policyjnego detektywa, którego życie jest zaprzeczeniem życia Ryu. Gdyby miał mniej szczęścia, mógłby skończyć podobnie jak on  marnie. Policjant ma córkę z dokładnie taką samą śmiertelną chorobą jak siostra Ryu. Ma jednak zdecydowanie  więcej szczęścia w życiu (jest zdrowy, ma dobrze płatną pracę, ma żonę, może inne dzieci),  a przecież  z gruntu  jest zdecydowanie mniej uczciwy od przestępcy, którego ściga. Tak, ten poczciwy Ryu (patrz początek filmu)  w końcu został przestępcą, którego, bez znajomości jego historii od podstaw i zrozumienia pobudek bądź co bądź kryminalnej działalności, zdecydowanie byśmy potępili.  

„Jesteś dobrym człowiekiem,  chyba rozumiesz, że muszę cię zabić” – ja, tak samo dobry, jak ty, muszę cię zabić. Bezsens zemsty, która dla wielu staje się sensem życia. Czy znajdzie się ktoś, kto przerwie łańcuch nienawiści, kto nadstawi drugi policzek, znajdując ukojenie w przebaczeniu? Pytanie retoryczne. Jak to mówią, największy spokój osiąga się po śmierci, może dlatego ludziom doszczętnie złamanym, pragnącym zemsty, tak do niej spieszno, póki tchu i życia wystarczy.  
Film piękny.

piątek, 3 sierpnia 2012

Piękno - reż. Oliver Hermanus

Kilkuosobowe towarzystwo panów białej rasy w średnim wieku spotyka się na odludnej farmie, by świadczyć sobie wzajemnie i w tajemnicy przed całym światem ( a szczególnie przed prowincjonalną społecznością RPA, której są członkami) usługi homo/seksualne. Świętym oburzeniem płoną, gdy jeden z nich przyprowadza na seksimprezę czarnego młodzieńca, wyrzucają ich obu. Jak oświadcza jeden z wtajemniczonych   – oni przecież nie są ciotami!  A już tym bardziej ciotami korzystającymi z powabów czarnuchów. Nie, wg ich mniemania oni są poważ/a/nymi obywatelami apartheidu, prowadzącymi swe mniejsze czy większe interesy, mieszkającymi wraz ze swymi białymi żonami i dziećmi w dużych przestronnych domach, a ich okazjonalne homoseksualne orgie w ścisłym gronie to tylko takie niewinne kaprysy prawdziwych białych mężczyzn.

Niestety (a dlaczego "niestety", to się okaże) jeden z grona tychże panów, Francois van Heerden, wśród bliskich znajomych posiada istne cacuszko – Christian Roodt jest synem zaprzyjaźnionej rodziny, do tego stopnia, że chłopak mówi do niego per „wujku”.  Gdy Christian wyrósł na pięknego młodego mężczyznę, wujek zaczyna go pożądać. Oczywiście, tak by nikt się tego nie domyślił. Pożądanie przybiera wręcz chorobliwe rozmiary. Życie wujka zdominowane jest pragnieniem zdobycia, jeśli nie uczucia, to choćby ciała chłopca, choćby na chwilę, wszystko jedno jakim kosztem. Mężczyzna nie cofnie się przed największym świństwem, żeby tylko posiąść obiekt swego pożądania.

Piękno z reguły kojarzy się pozytywnie,  daje przyjemne odczucia, a piękni ludzie mają  duże fory w życiu, Ale piękno  bywa obiektem pożądania (i nie chodzi tylko o piękno ożywione, np. mogą to być też dzieła sztuki) i wtedy robi się niebezpiecznie.  Rodzi wiele to groźnych i niewygodnych sytuacji. Piękno pożądane ma moc niszczącą. Siła niszczenie zwraca się nie tylko ku przedmiotowi pożądania, ale i ku tym, którzy spalają się w ogniu pragnienia. Dlatego piękni ludzie mają gorzej, bo pożądanie zazwyczaj nie zdąży pozwolić dojść do głosu miłości.  

Film „Piękno”, młodego reżysera z RPA, Olivera Hermanusa, jest także obrazem obyczajowych przemian dwóch ostatnich pokoleń w zakresie jawności orientacji seksualnej. Francois van Heerden, należy do tego pokolenia, któremu nie mieściło się w głowie (wstyd, ostracyzm) by ujawniać swe prawdziwe skłonności seksualne. Życie w ukryciu rodziło  wiele frustracji, zaburzeń psychicznych, których fałszywy wstyd, także nie pozwolił leczyć (scena gdy van Heerden opowiada mimochodem o swoich problemach z nerwami interniście i nie chce żadnej pomocy). Homoseksualiści zawierali małżeństwa mieszane bez miłości, dla zamydlenia oczu,  traktowane były raczej jako jeszcze jedna forma biznesu, a nie jako prawdziwy związek.
I następne pokolenie, do którego należy Christian – wychowane  w jawności, bez potrzeby ukrywania się ze swymi uczuciami (oczywiście mowa tu tylko o niektórych krajach), żyjące w zgodzie ze swą prawdziwą orientacją seksualną. Widać różnicę między tymi pokoleniami – młodzi szczęście mają wypisane na twarzy, a ci w średnim  wieku – mogą tylko im zazdrościć.  
  
Film Hermanusa ogląda się dobrze, mimo pewnych dłużyzn, zwłaszcza na początku filmu. Odtwórca głownej roli Deon Lotz – idealnie zagrał sfrustrowanego, znerwicowanego w średnim wieku mężczyznę, opętanego pożądaniem do pięknego młodzieńca. Napięcia jakie budują twórcy tego obrazu, wraz z rozkręcaniem się fabuły, nie powstydził by się sam Hitchcock. Mimo, że podejrzewamy do czego ona zmierza, jednak cały czas niczego nie możemy być pewni, także zakończenia.  Każdy sam dopowie sobie, czy piękno fizyczne  w relacjach międzyludzkich uszlachetnia czy raczej niszczy.