piątek, 8 czerwca 2012

Ki - reż. Leszek Dawid

Ki, Go, Pio, Dor, Anto, Miko - Kinga operuje skrótami, to są imiona jej najbliższych przyjaciółek i syna "Pio", męża i innych -  ekonomia wysiłku,  oszczędność czasu, skróty,  I nie ma się co dziwić, jest na wskroś współczesną zabieganą dziewczyną, a nawet matką, która mając dziecko, nie ma zamiaru z niczego rezygnować. Jedyne z czego rezygnuje, to z męża, gdyż ten, jak Ki zaraz na wstępie jemu, i widzom, obwieszcza - jest nikim. I trudno się dziwić tym słowom, skoro Anto, nie pracując zawodowo, nie chce się zająć dzieckiem, podczas gdy Ki szuka, a czasem nawet i chwyta się, jakiejkolwiek pracy.

Ki chce być niezależna, chce mieć pieniądze, chce mieć przy sobie syna, a o tę niezależność bardzo ciężko, kiedy się jest matką wychowującą w pojedynkę dziecko. Ki radzi sobie jak umie, często niczym kukułka podrzucająca syna na przechowanie każdemu, kto się jej nawinie pod rękę. Niestety, to nie zjednuje jej przyjaciół, wszyscy czują się przez nią osaczeni i wykorzystywani.

Oj, nie za bardzo budujący obraz polskiego mężczyzny jawi się w filmie pana Leszka Dawida. Anto (mąż), Miko współlokator Ki -samotnik alpinista - to faceci, którzy nie potrafią, lub nie chcą - w przypadku Miko - zbudować związku, z tym, że Miko (naprawdę lubię Adama Woronowicza) w odróżnieniu od Anto, jest przynajmniej odpowiedzialny i nie płodzi dzieci. W międzyczasie przez ekran przewija się para sympatycznych, uśmiechniętych i przyjaznych gejów. Oj, nie mają biedne Polki z kim budować rodziny, nie mają się na kim oprzeć, a samej jednak, bez pomocy mamy, teściowej czy niani jest ciężko. Tym bardziej, gdy na każdym kroku czyha opieka społeczna, chętna na przejęcie dziecka z rąk bezrobotnej matki. Bo największym problemem Ki nie jest brak męskiego ramienia, ale brak pracy i pieniędzy, które załatwiłyby jej wszystkie kłopoty, a przede wszystkim jeden najważniejszy - opiekę dla syna.

 "Ki" nie otwiera żadnych drzwi, jest w miarę poprawnie, ale niezbyt interesująco, opowiedzianą historią o dziewczynie, która żadnej pracy się nie boi. No tak, przez ok 1,5 godziny towarzyszymy bowiem Ki w poszukiwaniu roboty i podrzucaniu syna znajomym. Cały film dźwiga na barkach Roma Gąsiorowska jako Ki, niestety, momentami daje się odczuć, że ciężar jest dość duży. Czasem doskoczy, by jej, z powodzeniem, pomóc, jakiś mężczyzna,  a to Adam Woronowicz, a to Krzysztof Globisz czy Krzysztof Ogłoza. Roma naprawdę się stara, w końcu wytrzymałam do końca filmu, ale niestety nie poczułam większej sympatii do Ki.  A szkoda, bo to pomogłyby bardziej pozytywnej ocenie, choć doceniam w pełni jej desperację, zdecydowaną postawę, by macierzyństwo nie odarło jej z radości życia.
Ki jest dzielna, ale czasem bezczelna, cyniczna, no i co tu dużo ukrywać bywa strasznie naiwna (np. gdy próbuje zostać artystką filmową), na co z pewnością miała wpływ także dzieje jej dzieciństwa, ona również wychowywała się bez ojca. Ciągle jest dużym, niedopieszczonym, hardym dzieckiem,  nie potrafiącym odwrócić koła historii, która tak bardzo lubi się powtarzać.

Co mi się w filmie najbardziej podobało to kostiumy (Dorota Roqueplo), które bardzo trafnie określały Ki - bogactwo kolorów, duża fantazja, luz kontrolowany - ona taka dokładnie była. Mimo kłopotów, mimo samotności, braku miłości i wsparcia, braku jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa. Jedyne co państwo może jej zapewnić to odebranie dziecka i umieszczenie go w domu opieki społecznej.  Nie dowiadujemy się jak zakończy się jej walka o syna, czy znajdzie pracę, może jakiegoś mężczyznę, zdolnego nie tylko do kochania ale i odpowiedzialności, oby się udało. I oby skończyło się to także powiększeniem rodziny, wszak ojczyzna czeka na nowych obywateli. Niestety, tylko czeka, nie stając nawet frontem do ludzi, którzy mogliby się o to postarać.

poniedziałek, 21 maja 2012

Świnki - reż. R. Gliński

Były sobie świnki trzy, Tomek, Marta i Łukasz „Ciemnym” zwany. A dlaczego, pan reżyser, tak brzydko przezywa dzieci? Jak się okazuje, to nie pan reżyser, a ludowe porzekadło, tak dzieci nazwało. A dlatego, że te dzieci bardzo brzydko bawią się z dorosłymi. I nie robią tego z dobrego serca, czy pod przymusem, a za pieniążki lub w zamian za atrakcyjne przedmioty, na których brak narzekają , np. rajstopy, komórka, buciki itd. Znamy? Znamy! "Galerianki" Katarzyny Rosłaniec, zrobione w tym samym roku, co "Świnki", rok wcześniej powstał "Luksus" krótki film Jarosława Sztandery, a jescze wcześniej, bo w 2005 roku, dokumentalista Sylwester Latkowski nakręcił "Pedofilów". Oto kilka tytułów filmów z ostatnich lat, które zajęły się przykrym tematem prostytucji małolatów w przeobrażonej, kapitalistycznej Polsce. Tym razem, Robert Gliński, w odróżnieniu od kolegów, akcję filmu  przeniósł z Warszawy do małego miasteczka na polsko-niemieckim pograniczu. Czas akcji obejmuje moment wejścia Polski do Układu z Schengen, czyli, chciałoby się powiedzieć, dla zainteresowanych procederem handlu usługami seksualnymi - "hulaj dusza, piekła nie ma!".  Czy rzeczywiście? Chyba nie musimy czekać na koniec filmu, żeby poznać odpowiedź.

Mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Niby Robert Gliński, świetny reżyser, mający na swoim koncie takie filmy jak "Benek" (bardzo polecam - również jak radzić sobie w kapitaliźmie, ale, na uczciwą modłę), "Wróżby kumaka", "Wszystko co najważniejsze". Reżyser poniekąd wyspecjalizowany, a przynajmniej znający się na temacie trudnych dzieci, trudnego dzieciństwa, a nie przekonuje, tak jak choćby w "Cześć, Tereska!" czy "Niedzielne igraszki".  Niby film z ambicją, misją,  pochyleniem się nad dziećmi, czyli tymi, którzy często zaniedbani, samotni, odsunięci na bok, czy to przez zapracowanych rodziców, czy przez państwo,  nie za bardzo dbające o tych którzy nie przynoszą bezpośredniego zysku.  Czy da się jeszcze powiedzieć coś więcej, czego byśmy jeszcze nie wiedzieli, odpowiadając na pytanie, skąd bierze się w kraju nad Wisłą, w przypadku "Świnek" konkretnie nad Odrą, dziecięca prostytucja? Na jednym oddechu można wyrecytować, że z biedy, rozbuhanego konsumpcjonizmu, braku perspektyw w życiu młodych ludzi, braku troski rodziców, którzy za mało uwagi poświęcają swoim dzieciom, gonitwy za pieniądzem, że - co najważniejsze -  wszyscy wolą "mieć" niż "być" - wiadomo, temat przeorany wzdłuż i wszerz, niczego już się nie da odkryć, można jedynie zaskoczyć formą, pomysłem na fabułę, zaskakującym scenariuszem, jakąś świetną aktorską kreacją, dokładnie tym, czego brakuje filmowi Glińskiego, tak mi się przynajmniej wydaje.

Tego rodzaju film, by porwać widza, nie może być schematyczny czy łopatologiczny. Koronnym i wręcz karykaturalnym tego przykładem, jest scena na Polach Lednicy, młodzież kiwająca się z wyciągniętymi ramionami, w rytm kościelnych pieśni, a później scena w dyskotece i tak samo potrząsane ręce w górze jak na zjeździe katolickim. I to rozgraniczenie, że jedni się bawią tam, są cacy, a drudzy tu i są "be".  A przecież,  jedno nie wyklucza drugiego - ta sama młodzież, może spędzać, i spędza, czas na Lednicy i w dyskotece. Tomek, główny bohater, wcześniej, gdy jeszcze nie jest skażony prostytucją, jedzie na Lednicę, a nie uzyskując finansowego wsparcia ze strony księdza (chłopak marzy o telskopie dla szkoły), idzie do dyskoteki i wpada w bagno, odwraca się od kościoła. Zgadza się, tak to działa u dzieci, modlą się do pana Boga o nowy komputer, a jeśli on nie spadnie im z nieba, wtedy są pewni, że Boga nie ma i odwracają się do niego plecami. Zgadzam się z przekazem, który reżyser nam wysyła, kościół nie jest prawdzwiym moralnym czy duchowym wsparciem dla młodych, kościół to celebra i rytuał, ale czy trzeba tę myśl wykopywać szpadlem? A poza tym ileż to młodych, bez żadnych egzystencjalnych problmów łączy Lednice z dyskoteką, bo tak jest wygodniej, panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek i wszyscy są happy.

Z założenia scenariusz jest dobry, pokazuje jak niewinny, porządny z gruntu chłopak znieczula się i twardnieje. Nikt go nie rozumie, matka pielęgniarka haruje by zarobić na życie, ojciec za darmo trenuje podwórkowych piłkarzy, a jemu marzy się teleskop. Nawet ulubiony nauczyciel nie może mu pomóc, a co dopiero ksiądz, który zajęty jest głównie nauczaniem pieśni i rytualnego tańca.  A już całkiem źle się dzieje, gdy Tomek poznaje Martę. Takie samo chucherko jak on, ale za to z jakimi potrzebami i jakim życiowym doświadczeniem. Martyna, to jedna z wschodzących gwiazdek miejskiej dyskoteki "Zodiak". Czyż to nie przeznaczenie? Tomek bujający w obłokach, astronom in spe, odnajduje swoją miłość w Zodiaku.  Jak tu się nie zakochać? Zakochuje się ślepo w dziewczynce (ale, niestety, bardziej sie tego domyślamy, niż jest ot zagrane), a ta postanawia to wykorzystać i spełniać swoje marzenia, bynajmniej nie romantyczne, o pocałunkach pod księżycem, a  ot zwyczajne, przyziemne, takie sobie zachcianki.  Zaczyna od licówek na  zęby, bo wie, że bez białych zębów to dziewczyna dziś przyszłości nie ma. No i Tomek nie ma wyjścia, musi się wziąć do roboty, żeby ukochanej zrobić przyjemność i zapewnić powodzenie w życiu.  A jakąż on robote znajdzie w tej mieścinie? Pomaga jak może miejscowym kombinatorom, handlarzom, ale oni trochę mało płacą, a licówki to  nie tania inwestycja. Tomek jest zdesperowany. Do diaska, (on zaklnie inaczej), co za podłe życie, nie może spełnić żadnego marzenia, najpierw byl teleskop, teraz miłość! No bo, niestety, do ich spełnienia potrzebne są tylko pieniądze. A o te trochę trudno. Postanawia więc wejść w mroczny interes, tym bardziej, że widzi, iż podoba się mężczyznom. A jego kumpel "Ciemny", trochę starszy, zaczyna już wypadać z interesu, więc dlaczego by nie miał wskoczyć w jego miejsce.

 Jaka szkoda, wzdychamy w duchu, że Tomek nie marzy o dobrych ocenach na świadectwie, byłoby mu znacznie łatwiej, albo o prawdziwej miłości i skromnej dziewczynie, a nie pazernej, wymalowanej siksie z dyskoteki. Ale takie to już jest  to życie, że ani ocenami, ani szarą dziewczyną nikomu w miasteczku nie zaimponuje. Tomek (w swoim mniemaniu) nie ma wyjścia, musi zacząć się świnić. I tu, przy okazji, zastanawia mnie pewna niekonsekwencja - tytuł filmu brzmi "Świnki", czyli jak tłumaczy Ciemny Tomkowi, tak określa się puszczalskie dziewczęta, którym płaci się za "razy" (ile razy wyświadczą daną przysługę klientowi), a film skupia się raczej na puszczalskich chłopcach, czy ich także nazywa się świnkami?

Tragizm Tomka polega na tym, że w gruncie rzeczy, nie musiał tego robić. Ma intelektualny potencjał. Ma dom, matkę, ojca... Właśnie, ojciec. Zatrzymam się przy nim na chwilę. Ojciec, czy to nie on ponosi największą winę za upadek syna? Otrzymuje mnóstwo sygnałów, że z chłopakiem dzieje się coś podejrzanego. I tu mamy wzrocowy przykład,  szereg przykładów, na co rodzic powinien zwrócić uwagę w prowadzeniu sie dzieciaka. Tomek, zarabiający dotychczas grosze u miejscowych "przedsiębiorców", nagle dysponuje dużą gotówką, nocuje poza domem, któregoś dnia pojawia się zatroskany zachowaniem Tomka nauczyciel, Niemiec (a więc nie wszyscy Niemcy są źli), chce porozmawiać na jego temat, niestety, zostaje wyproszony z domu. Ojciec, zamiast być zaniepokojony tymi zdarzeniami,  wyraża dumę, że chłopak jakoś sobie radzi w życiu, a on ma święty spokój, może trenować grupkę obcych dzieciaków i patrzeć w telewizor.

A sam Tomek?  Może,  gdyby wzniósł się ponad  szarą rzeczywistość miasteczka, szarą, dlatego szukającą odbicia od dna w pospolitym tanim blichtrze, może wtedy, jego życie potoczyłoby się inaczej, a jego marzenia spełniłyby się? Może nie od razu, za pstryknięciem palców, jak sobie tego życzył, a za kilka lat.  Niestety, nie miał nikogo, kto by z nim porozmawiał (rola matki ograniczała się tylko do zaganiania do szkoły i kościoła, o ojcu już wspominałam), uzmysłowił mu pewne rzeczy, uczulił go na konsekwencje pewnych czynów.  Inne pytanie -  czy Tomek by posłuchał? Młodość ma to do siebie, że jest niecierpliwa oraz durna.

Dlaczego, skoro tyle pytań oraz niniejszy tekst zrodził ten film, mój stosunek do niego jest chłodny? Bo "Świnki" są przewidywalne, od samego początku wiadomo jak przebiegnie akcja, i jak się skończy.  Mnie się kojarzyły z "Luksusem" i  okazało się, że zupełnie słusznie. Poza tym, mało przekonują i wzruszają. Może mają na to wpływ braki w scenariuszu, jego schematyczność, może gra aktorska?  Młody Garbacz w zasadzie nie jest zły, ale jakoś nie porywa. Ujmuje wątłością ciała, kojarzącą się z niewinnością, duże ciemne oczy w chudej twarzyczce też  robią wrażenie. Są sceny, w których zagrał fajnie, np. scena w wannie, ale w sumie pozostawia obojętnym wobec swej posatci, a nawet irytuje, prowokuje do riposty "chciałeś, gówniarzu, głupi byłeś, to masz". Nawet wtedy, gdy oddaje część zarobionych pieniędzy matce, by ta pokryła swój dług, nie wzrusza, spełnia się w tym momencie nasze kolejne przewidywanie co do fabuły, na taką dokładnie scenę przecież czekaliśmy.  Obawiam się, że bardziej przejął mnie los drugoplanowego Ciemnego, tylko nie wiem, czy to zasługa samego aktora (D. Furmaniaka), czy jego postaci (jakże podłego pochodzenia), który w wieku 18 lat wkracza, paradoksalnie, w smugę cienia, taki fach!  A może zabrakło  kreacji aktorskiej, ciągnącej za sobą cały film,  na miarę tej Z. Zamachowskiego w "Cześć Tereska", albo w "Luksusie"?

"Świnki" reklamuje się na okładce w wersji dvd jako film "mocniejszy od "Galerianek" - Hmm, może są i mocniejsze, czytaj:  "bardziej drastyczne", ale czy przez to bardziej przejmujące? Tego bym nie powiedziała. Wg mnie, debiutantka Rosłaniec nie wypada gorzej od  doświadczonego reżysera.

niedziela, 13 maja 2012

Elena - reż. A. Zwiagincew

Podobno największym problemem Rosjanek (a może nawet i samej Rosji) są Rosjanie. Mężczyźni. . Połowa z nich to alkoholicy albo infantylni "wieczni chłopcy", rozkoszni "Piotrusie Panowie, którzy nigdy nie wezmą za nic odpowiedzialności, nie będą gotowi założyć rodziny.  A jeśli już zdecydują się na ten desperacki krok i wejdą w ten święty związek, to nie będą potrafili, albo chcieli, go utrzymać. A to, że same kobiety, matki, żony, kochanki są za ten stan rzeczy, po części, same sobie winne (po  części, bo po drugiej części winna jest Matuszka Rossija i jej lata takiej, a nie innej historii  - patrz "homo soveticus") ukazuje m.in. najnowszy film, trzeci z kolei, Andrieja Zwiagincewa - "Elena".

Tak jak tytuły filmów reżysera są bardzo lakoniczne, "Powrót", "Wygnanie", "Elena",  tak treść, przekaz, ich jest bardzo głęboki, zastanawiający i mimo wszystko uniwersalny, choć tak mocno osadzony w rosyjskich realiach.
Tytułowa "Elena" jest żoną, ale przede wszystkim matką i babcią. Zastanowiło mnie, dlaczego właśnie takie imię nadali swej bohaterce twórcy filmu. Bardzo pokrótce, by uniknąć historyczno-religijno merytorycznych pułapek, Elena/Helena to najważniejsza święta w prawosławnym ikonostasie. Pochodziła z nizin (tak jak filmowa Elena), była córką oberżysty. Pewnego dnia złapała pana Boga za nogi, bo poślubiła cesarza Constantinusa Chlorusa. Prawie jak Elena z Moskwy, która będąc jeszcze młodą o ponętnych kształtach pielęgniarką, poślubiła bogatego emerytowanego podopiecznego, który trafił na oddział chirurgiczny z ostrym atakiem wyrostka robaczkowego. Od tej pory poczuła się i zaczęła żyć niczym cesarzowa św. Helena z Bitynii. Obie Heleny miały synów, Święta o imieniu Konstantyn, filmowa - Sierioża. I obie były z nimi bardzo zżyte. I na tym podobieństwa między Helenami się kończą. Konstantyn wynosi bowiem matkę na piedestał, natomiast Sierioża matkę z piedestału zrzuca.

Pytanie tylko, czy oni oboje, i i Elena i jej syn, zdają sobie z tego sprawę, że matka powodowana  głupią miłością do syna i wnuków,  czynem jakiego się dopuści w imię fałszywie pojętego dobra dzieci, utraciła coś istotnego - wartość dla człowieka najważniejszą - godność, uczciwość, honor, cześć, sumienie, skoro dla niej najważniejszą sprawą, określającą istotę człowieczeństwa nie są wyżej wymienione przymioty, a jest nią kasa, pełna lodówka, brzuch zapełniony smakołykami z eksluzywnych sklepów, szerokoekranowa plazma, ćwierkająca gromadka dzieci spłodzonych z nudy w szarości życia, a wszystko to w mieszkaniu w najlepszej dzielnicy Moskwy. Nie ma nic łatwiejszego, każdy, nawet przysłowiowy "głupi" to potrafi, od bezmyślnego płodzenia dzieci, od bezkrytycznego zachwytu nad nimi, bezwarunkowej ich ochrony itp.  O wiele trudniej jest je wychować na prawych ludzi, odpowiedzialnych za swoje czyny, nie przed Bogiem, ale przed samym sobą i własnym sumieniem. No właśnie, Bóg. Mamy w filmie scenę, gdy Elena, stojąc w obliczu śmierci swego męża, bogatego emeryta, mogącego  zapewnić utrzymanie nie tylko jej, ale także jej synowi-obibokowi, poczciwej ale nierozgarniętej synowej oraz wnukom, udaje się do cerkwi, by zapalić świecę w intencji zdrowia męża. Jak się za chwilę okaże, nie o zdrowie jej chodzi, a o gest, ten zwyczajowy rytuał ludzi w potrzebie, nie tyle wierzących w Boga, co podtrzymujących się na duchu świadomością jego istnienia.

Elena -  matka, opoka, źródło życia...  czy może być coś szlachetniejszego i czystszego od źródła? Przynajmniej tak być powinno. Porusza się ona w dwóch światach. Jeden to nowa Moskwy, śródmiejska, bogata, drugi - Moskwa na uboczu, uboga, z dalekiego przedmieścia, z którego Elena pochodzi. Kobieta przekracza płynnie wszystkie granice, także moralne, pozostając zawsze zwierzęciem, matką samicą z instynktem obronnym swoich małych, choćby zbliżały się one już do 30-tki. To ona, niczym Bóg, lekceważąc wolę umierającego męża o sprawiedliwym, w obliczu prawa i sumienia, podziale majątku, dokonuje wyboru, kto ma żyć, komu przydzielić schedę po zmarłym. Łamie wiele przykazań nie tyle boskich, ale zwyczajnie ludzkich, tych tyczących przyzwoitości, sprawiedliwości, uczciwości. Dzięki swej decyzji uratowała wnuka, osiedlowego chuligana i zabijakę, przed wojskiem, zapewniła swojemu dziecku i wnukom mnóstwo beztroskich wieczorów przed telewizorem. Czy wiele ją to kosztowało? A jaką wartość ma życie starca stojącym nad grobem?   Liczą się młode. Zadbała o testament, który pozwolił na dalszy pasożytniczy tryb życia rodziny jej syna, obarczonego trójką dzieci, nie oddała tego co się należy, córce męża, Katii, samotnej hedonistki, nie mającej zamiaru ani wychodzić za mąż, ani tym bardziej płodzić dzieci. Niestety, Elena, nie zadała sobie pytania, co się stanie, gdy pieniądze się skończą. Wraz z ich końcem skończy się przecież jej wartość dla dzieci.
A najgorsze jest w tym obrazie świętej jakoby matki, zdolnej do największych poświeceń dla swych dzieci, jest to, że tak naprawdę nie ma w tym portrecie Boga, o którego się przecież tak dobijali antykomuniści, tego sprawiedliwego sędziego, wnikliwie wpatrującego się w życie maluczkich, nagradzającego dobrych i szlachetnych, a karzącego złych i przewrotnych. I nie na Sądzie Ostatecznym, a tu i teraz na Ziemi, by ludziom chciało się żyć i czynić dobro (ulubiony zwrot duchownych) dla innych ludzi.

Chciałoby się na zakończenie filmu ze smutkiem spytać: "naprawdę nic się nie stało"? Gdzie jest Bóg? Powiało grozą. Umarł bogaty starzec, który nie wiadomo jak, czy aby uczciwie, dorobił się swego wielkiego majątku. Jego córka, hedonistka, nikomu nie potrzebna,  prawdopodobnie także niedługo bez jego pieniędzy się wykończy. Przed ekranem telewizora oraz monitorem komputera, pozostała Elena, matka i babcia, wraz z gromadką młodych, która z pewnością zrobi wszystko co w jej mocy by dalej utrzymać nierobów, jakich sobie wychowała na swoim łonie. Pytanie -  długo potrwa ta sielanka? Odpowiedź jest prosta - dopóki wystarczy kasy. A później znowu zrobi się jakąś przewałkę. Jak w życiu. A może jakąś kolejną rewolucję i znowu nastąpi kolejny podział kasy, której największa część przypadnie zwycięzcy. Co na to Bóg? Póki co, milczy. A może go nie ma?

wtorek, 17 kwietnia 2012

Martha Marcy May Marlene - reż. S. Durkin


Sekta, z czym mi się kojarzy? Niekoniecznie z religią. Kojarzy mi się przede wszystkim z uzależnianiem i, co za tym idzie, z wykorzystywaniem uzależnionych.  Wystarczy mieć minimum wiedzy psychologicznej o osobowościach podatnych na uzależnienie, np. pesymizm, brak odporności psychicznej na stres, brak umiejętności radzenia sobie w sytuacjach ekstremalnych nie wspominając już o problemach dnia codziennego itp. Jeśli do tego dodać jeszcze samotność, czy poczucie osamotnienia, poczucie wykluczenia ze środowiska, w którym się żyje – mamy rysunek delikwenta (czyli tak po prawdzie większości z nas),  którego za pomocą pewnych zabiegów manipulacyjnych, typu stworzenia pozorów bezpieczeństwa i zaopiekowania, zainteresowania, pozornego wzmocnienia jego ego, można od siebie uzależnić społecznie, tworząc grupę podobnych  osób i obejmując nad nią przywództwo. 

Dla wzmocnienia swej przywódczej pozycji dobrze jest obstawić się jakimiś księgami, sprawiać wrażenie erudyty, mędrca, człowieka posiadającego swoją filozofię, może nawet religię, boga, a najlepiej to nim zostać. Jeden bóg więcej, jeden mniej, co to ma za znaczenie.   

A najważniejsze, to stworzenie ścisłego kanonu zasad i obyczajów jakie mają panować w grupie czyli sekcie i bezwzględnie ich przestrzegać, a jedną z głównych uczynić bezwzględne posłuszeństwo wobec przywódcy.  Osoba uzależniona od grupy i jej przywódcy (celowo nie używam tu słowa „guru”, gdyż kojarzy się ono m.in z buddyzmem, do którego mam wielki szacunek, zaznaczam - bez uzależnienia) w miarę pogłębiania się choroby, rezygnuje z wcześniejszych aktywności życiowych (jeśli takie posiadała), wypada z ról społecznych jakie dotychczas pełniła, np. utrata pracy, usunięcie ze szkoły, rezygnacja z życia rodzinnego, zainteresowań. Z czasem, w miarę jak przywódca grupy utwierdza swą gromadkę w swojej boskości, może dochodzić do kryminalizacji takiej grupy, co jeszcze bardziej ją scala i uzależnia jej członków wzajemnie od siebie – strzeżenie wspólnej tajemnicy, strach przed jej ujawnieniem i odpowiedzialnością karną. 
 Bardzo ważne jest przy tym wszystkim zachowanie pozorów, że poddani są wolni i sami decydują o swej przynależności do grupy, że mogą ją opuścić, choć tak faktycznie nie mogą, bo albo są już tak silnie uzależnieni, albo paraliżuje ich strach, albo będą przez grupę ścigani.
A ci, którzy ewentualnie się wyłamią, będą chcieli wyjść z uzależnienia, tak jak Martha, tytułowa bohaterka filmu Durkina, niech wiedzą, że tak jak każdy uzależniony podczas odwyku, czekają ich niesamowite męki i nie uda im się odzyskać  mentalnej wolności bez pomocy osób bliskich i specjalistów psychiatrów i psychoterapeutów.

Film zaczyna się jak klasyczny thriller. Martha (Elizabeth Olsen) tuż nad ranem ucieka z farmy, gdzie żyje z grupą młodych ludzi i ich przywódcą Patrickiem (John Hawkes). Ścigana, biegnie przez las, w końcu dociera do miasteczka. Zmęczona, wystraszona dzwoni do jakiejś kobiety, jak się za chwilę okaże, do starszej siostry. Nie potrafi dokładnie określić miejsca gdzie się znajduje. Nie stanowi to jednak przeszkody dla Lucy (Sarah Paulson), która po kilku godzinach dociera do uciekinierki i zabiera ją do swego pięknego, dużego, świetnie wyposażonego domu letniego na jeziorem, gdzie akurat spędza urlop z dopiero co poślubionym mężem Tedem (Hugh Dancy). Gnębiona poczuciem winy, że po śmierci matki nie zajęła się dostatecznie siostrą, postanawia nadrobić zaległości i zaopiekować się Marthy, której nie widziała dwa lata. Bo tyle czasu minęło, odkąd nieszczęsna Martha opuściła dom po śmierci matki, bez powiadomienia gdzie się udaje i gdzie mieszka. Martha była idealną kandydatką na członka sekty – samotna (matka zmarła, starsza siostra była jeszcze za mało dojrzała, by mogły stanowić dla siebie wsparcie), co skwapliwe wykorzystał wspomniany Patrick, dając jej schronie w swej komunie, bez prawa komunikowania się z nikim z zewnątrz. I nie wiadomo jak długo by ta dziewczyna wegetowała pod „opieką” Patricka, spełniając wobec niego i kilku pozostałych mężczyzn, wszelkie posługi, na czele z seksualnymi, gdyby nie pewne wydarzenia, do jakich sekta pod wpływem Patricka się posunęła.  Ale o tym „sza”, bo myślę, że co niektórzy w obecnej dobie rozkwitu wszelkiego kalibru sekciarstwa, zdecydują się na seans i zobaczą ten film. Z pewnością nie wzbogacą swej wiedzy w temacie, ale myślę, że nie będą żałować decyzji.

No bo, „Martha Marcy May Marlene” (pisane bez przecinków! bo to nie jest wyliczanka) jest sprawnym debiutem fabularnym Amerykanina Seana Durkina. Napisałabym „bardzo sprawnym’, gdyby film skrócił o jakieś 15-20 minut. Wtedy mielibyśmy do czynienia z trzymającym mocno w napięciu, od początku do końca, thrillerem społeczno - psychologicznym. A tak, otrzymaliśmy dość ciekawe studium początków wychodzenia z uzależnienia. 

Po ucieczce z komuny ta nieszczęśliwa dziewczyna znowu jest pod czyjąś opieką! Znowu jest od kogoś zależna, znowu od mężczyzny – to Ted, mąż siostry, ją utrzymuje, to pod jego dachem śpi i je jego jedzenie, co  zresztą w chwili gniewu jej wymawia. Czyli jej status osoby zależnej czy uzależnionej,  nie zmienia się tak bardzo.  A sprawa wolności mentalnej też nie jest tak oczywista. Będąc teraz pod opieką siostry i jej męża, nie może wyzwolić się od obrazu i strachu przed Patrickiem. To właśnie jego bardzo często widzi zamiast Teda, czy innych mężczyzn w otoczeniu (kulminacyjna scena wybuchu szału  na przyjęciu). 

Tak, trzeba przyznać, dobrym i fundamentalnym, zabiegiem formalnym, urozmaicającym seans, jest mieszanie się rzeczywistości, czasów, w psychice Marthy. Podczas codziennych czynności, do których próbuje wdrożyć ją siostra, Martha widzi obrazy z pobytu gdy była na farmie, często odzywa się do siostry czy Teda tak, jakby była ciałem z tamtymi ludźmi. Martha, a wraz z nią i my, tracimy orientację kto jest kim, czy dziewczyna nie jest zagrożona? Czy zamiast Teda nie pojawił się w domu czy okolicy Patrick? Oprócz celowego wzrostu napięcia, być może otrzymujemy także sygnał, iż obaj panowie, ich role w rodzinach, niewiele się różnią?  Obaj są zresztą do siebie także fizycznie bardzo podobni (Hugh Dancy i John Hawkes). Wszyscy, i my, i ci na ekranie, czujemy podskórnie jakieś zagrożenie.

 I o to chodzi, zarówno w przypadku filmu, jak i o sekty, której istota zasadza się na poczuciu zagrożenia i strachu. Najpierw kandydat trafia do niej, bo nie rozumie, boi się, świata i życia, później nie może z niej wyjść, bo boi się przywódcy, który czasem obiera imię Boga lub jego pośrednika.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Chodorkowski - reż. Cyril Tuschi

 "Sprytny to ten, który potrafi znaleźć wyjście z każdej trudnej sytuacji, mądry zaś ten, który potrafi ich uniknąć."  Taką oto konstatacją na swój temat, kończy film jego tytułowy bohater, człowiek, który się Putinowi nie kłaniał,  czyli Michaił Borysewicz Chodorkowski.

Kim jest ten człowiek, a może raczej kim był, Chodorkowski. Celowo użyłam  dwóch czasów, bo on, owszem, żyje, ale jakoby umarłym jest. Będąc zesłanym jak za dawnych czasów, na syberyjskie pustkowie, oddalone o ponad 5000 km od Moskwy, a do tego przewożonym co rusz z miejsca na miejsce dla dezorientacji swojej i bliskich , jest się skazanym na niebyt.  Nawet jeśliby czas, którego ma się tak dużo, przeznaczyło na pracę naukowo-twórczą (o czym zapewnia więziony), licząc, że ujrzy kiedyś światło dzienne.  Nawet jeśli, to czy po upływie kilku, kilkunastu lat, będzie się jeszcze chciało komulkolwiek sięgać w biednej Rosji do przemyśleń byłego oligarchy,  bogacza, który pewnego dnia postanowił zagrać wg swoich reguł?
O jego działalności gospodarczej (a także charytatywnej), o drodze do tytułu najbogatszego człowieka Rosji (najpierw był bank, później nafta), możemy dowiedzieć się klikając jego nazwisko w Googlach. Niemiecki film (bo że cudzoziemcy, a nie Rosjanie, kręcą filmy dokumentalne o współczesnej Rosji, jest już regułą) Cyrila Tuschi, jest próbą refleksji i zrozumienia dlaczego ktoś taki jak Chodorkowski zostaje wtrącony do syberyjskiej tiurmy, tiurmy z tradycją, z której nie ma powrotu, niczym za stalinowskich czasów.  Gdy kończy ci się jeden wyrok, dostajesz następny, nieważne, że irracjonalny, siedzisz tam, do śmierci, albo swojej, albo tego, którego stałeś się wrogiem, czyli ... ludu.  Bo władza zawsze, wszystko jedno czy nazywana po swojsku  "ludowa", czy bardziej uczenie, z grecka "demokratyczna", zawsze wyciera sobię gębę interesem ludu, czyniąc z niego przykrywkę dla  swych osobistych interesów.

Film jest serią mini wywiadów z ludźmi którzy mieli w jakikolwiek sposób do czynienia z Chodorkowskim, począwszy od matki, pierwszej żony, jego pierworodnego syna mieszkającego w USA, poprzez współwłaścicieli Jukosu, mieszkających obecnie, na wygnaniu, za granicą, aż po polityków rosyjskich, a także światowych, np. Joshka Fisher. Wywiady przetykane są zdjeciami i filmami ze spotkań z Georgem Bushem, tuż przed aresztowaniem, gdy Chodorkowki być może przemysliwał już o interesach na gruncie amerykańskim, Jukosu, połaczonego co dopiero umową fuzji z inną wielką rosyjską firmą naftową Abramowicza. Niestety, skończyło się tylko na wielkich planach bycia czwartą co do wielkości prywatną firmą wydobywczą świata.
I za co? Za brak pokory wobec batiuszki Władmira Władimirowicza? Za jego krytykę? A może za utratę instynktu samozachowawczego - Chodorkowski, jak mówi się w filmie, nie został zaaresztowany nagle i niespodziewanie, dostawał wiele sygnałów ostrzegawczych.

Zgubiła go pycha, tupet, arogancja? A może patriotyzm? Hurra-odwaga, że da radę i postawi na swoim.  A może naiwność, wiara, że świat nie pozwoli na jego niebyt? Może liczył na wielki światowy odzew? Owszem, ale przecież granice państw są nienaruszalne. Chyba nie liczył, że Amerykanie wypowiedzą Rosji wojnę w imię obrony praw człowieka? Nawet jeśli jest to człowiek od ropy. Rosja to nie Irak, nie ta skala, za duża potęga, nie ta religia... nie może posłuzyć za przykrywkę wojny w imię obrony przed religijnym terrorem.:)

A może, jak sugeruje jeden z polityków rosyjskich, chodziło Michaiłowi  Borysewiczowi tym więzieniem o zbicie kapitału politycznego do przyszłych wyborów o fotel prezydencki? Póki co, to Władimir Putin został  oficjalnie wybrany na fotel na 4 lata. I zrobiło się ciekawie. Chodorkowski (wraz z biznesowym partnerem  Płatonem Lebiediewem) odsiaduje już drugi wyrok, z grudnia 2010 roku -  13,5 roku pozbawienia wolności. Za co tym razem? Przypomnę, że pierwszy z roku 2005, opiewał na 8 lat za domniemane oszustwa podatkowe i uchylanie od płacenia podatków.   Tym razem, wyrok 13,5 lat zapadł  za rzekome przywłaszczenie 218 mln ton ropy naftowej i wypranie uzyskanych w ten sposób pieniedzy. Po czym, wyrok został łaskawie zmniejszony do 13 lat, bo jakoby ilość skradzionej ropy była mniejsza o 130 mln ton.

Przewiduje sie, że obaj panowie na wolność wyjdą w 2016 roku (na poczet ostatniego wyroku zaliczono im odsiedziane lata z pierwszego wyroku). W tym samym roku kończy sie kadencja Putina. Ano, pożyjemy, zobaczymy, kto pożyje, kto przeżyje i jak.  Podejrzewam, że Chodorskowski nie przewidział, przy całej swej inteligencji, takiego obrotu sprawy, tym bardziej, że realni przeciwnicy polityczni Putina spychani są co raz bardziej na margines życia politycznego. I może nawet już Michaił żałuje, że nie wyjechał, a mówiąc kolokwialnie, nie uciekł z kraju w odpowiednim momencie, a wcześniej, że zamarzyło mu się być niepokornym sługą rządzącego.  Słowa, które cytuję na początku, mogą świadczyć, że być może dziś, mając te doświadczenia jakie ma, nie zadarł by w tak bezczelny sposób z najważniejszą, co nie znaczy największą duchem, osobą w państwie rosyjskim.

Co prawda Chodorkowski pociesza się, że nigdy nie czuł się tak wolny jak w więzieniu, dopiero tam pojął jak bardzo był zniewolony przez pieniądz, który nie pozwalał mu być sobą, obligował jego sądy i poglądy. Być może...  ale dziś nie dosyć, że nie ma wolności, a przynajmniej tej fizycznej,  nie ma także przyjaciół, wszyscy się od niego odwrócili, dawni współpracownicy złorzeczą, że przez niego musieli udać sie na banicję, nie mogą wrócić do ojczyzny, gdzie czekają na nich wypielęgnowane i wychuchane jak za dawnych czasów, piękne posesje, które obecnie zamieszkują byłe żony, ewentualnie dozorcy.  Jeden z nich (współwłaścicieli Jukosu) nawet mówi wprost, bez ogródek, w wielkim uniesieniu, że gdyby teraz spotkał Michaiła naplułby mu w twarz. Bardziej spokojny stosunek ma pierwsza żona Chodorkowskiego i jego syn, który sam się dziwi swemu spokojowi w takiej sytuacji, gdy nie może zobaczyć ojca (a błagał go na kilka przed aresztowaniem, by został u niego w Stanach).

Nikt nie płacze, nie rozpacza, nie żałuje tego człowieka, pewnie w duchu myślą sobie "ma to, na co sobie zasłużył". Dodam, że realizatorzy filmu w ogóle nie wspominają o drugiej żonie i jej dzieciach z Chodorkowskim.  Nie rozumiem dlaczego, bo tego nie wyjaśniają, czy nie potrafią do niej dotrzeć, a jest przecież na każdej rozprawie, czy raczej jej postać i postawa nie wpisuje sie w koncepcję filmu, który ma pokazać przyjazną obojętność wobec bohatera, a nie zażartą walkę o niego. A może takiej walki po prostu nie ma. Może tak ma być, że to widzowie bardziej niż jego bliscy, którzy już poniekąd i jakkolwiek to okrutnie brzmi, przyzwyczaili się do danej sytuacji, wzruszają się losem więźnia? 

Jeśli chodzi o mnie, czułam bardziej niedowierzanie i zdziwienie niż podziw nad dziejami Chodorkowskiego. Jak dziecko chciał poczuć smak wolności, wyzwolić się z personalno-politycznych uzależnień, zachowując jednocześnie status jednego z pierwszej dziesiątki najbogatszych ludzi świata? Czy to może wzruszać? Co najwyżej ramiona. Ale mimo wszystko żal człowieka, mówi się przecież, że pięknie jest zachować w sobie naiwność dziecka. Pięknie, ale czasem może być i niebezpiecznie.

Czeski błąd - reż. Jan Hřebejk

Film zaczyna się pytaniem "czy większymi głupkami byliśmy przed aksamitną rewolucją, czy po"? I to są właśnie Czesi, za to ich kocham. Pytanie nie do pomyślenia w polskim filmie rozrachunkowym (teczki!), bo do takich "Czeski błąd" należy. Jeśli już by jakieś miało paść, toz pewnością brzmiało by ono: 'Kiedy byliśmy większymi bohaterami, przed 1989 czy po...? ". I dlatego czasem mam dość pyszałkowatości Polaków. Nie, nie powiem, że ich nie kocham, bo to rodzina.

Bardzo  przyzwoity film, o ludzkiej nieprzyzwoitości, słabości, która prędzej czy później da znać o sobie w życiu każdego z nas. Nie ma ludzi bez skazy, wielcy bohaterowie pojawiają się tylko w bajkach, głównie propagandowych. A kto wie, czy największą odwagą ze wszystkich odwag, i najbardziej niedocenianą, nie jest przyznanie się do swojego tchórzostwa.

Oryginalny tytuł filmu brzmi "Róża Kawasakiho". Prawda, że brzmi tajemniczo?
Kawasakiho, artysta malarz, stracił żonę słynnym zamachu w tokijskim metrze w 1995 roku (rozpylenie sarinu, gazu bojowego przez sektę, ktorej nazwą nie warto sobie zaprzątać głowy). Z rozpaczy emigruje do Szwecji. gdzie zaprzyjaźnia się z innym emigrantem, Czechem, niepokornym Borkiem, zmuszonym do opuszczenia swej ojczyzny na skutek działalności innego, ale pokornego Czecha, kolegi ze studiów, Pavla. Poznając ich trudną historię, po raz pierwszy, po wielu latach twórczej niemocy, sięga po pędzel, tusz i maluje dla zdrajcy Pavla czarną różę. Jest ona dla nich trzech, dla Kawasakiho (który jako jedyny z nich stracił bliską osobę), Borka i  Pavla, symbolem pojednania z tragiczną przeszłością i  przejściem ponad nią  do teraźniejszości. To nie jest łatwe, ale od czego są papierosy? Piękne.


sobota, 10 marca 2012

Wierna kopia. Zapiski z Toskanii - reż. Abbas Kiarostami

Uwaga, uwaga! Abbas Kiarostami, klasyk irańskiego kina, reżyseruje w Europie! Do współpracy zaprosił jedną z najjaśniejszych gwiazd kina europejskiego - Juliette Binoche i, być może, przyszłą wschodzącą gwiazdą - Williama Schimella, który tuż po debiucie kinowym u Irańczyka, zagra u Haneke'go w jego najnowszej produkcji "Amour". Już trzymam za niego (i oczywiście za film także) kciuki. Ten 60-letni aktor, o którym poza tym, że (jak się gdzieś w sieci przebąkuje) dobrze włada swym barytonem, nie wiemy nic, ma olbrzymią szansę zdobycia dużej popularności i uznania także w świecie filmu.
Kiarostami, będący także autorem scenariusza, zajął się tym razem problemem powielania, powtarzalności.  Rewelacyjny pomysł na scenariusz, taki, o którym nie powiemy tuż na wejściu "to już było!".  Miejsce na akcję filmu trafione w 10-tkę. Nie tylko dlatego, że Toskania jest naturalną kopalnią dla mistrzów kopiowania, nie tylko dziel sztuki, ale zachowań czy ludzkich upodobań - któż nie chciałby spacerować po wąskich uroczych uliczkach toskańskich miasteczek, marząc o przytulnym toskańskim domku z  małą winniczką za płotem, czy chociażby ślubie z nocą poślubną w zacisznym toskańskim pensjonaciku.

 Punktem wyjścia do opowieści jest wieczór autorski Jamesa Millera, angielskiego pisarza, autora książki "Wierna kopia. Zapiski z Toskanii". Jak sam mówi, wolałby inny tytuł, ale musiał ulec specom od marketingu i dystrybucji. Na spotkaniu pojawiła się właścicielka sklepu z antykami, nazwana po prostu Elle/ Ona. Niestety, towarzyszy jej głodny syn, w związku z czym opuszcza ona salę, prosząc organizatora wieczoru o przekazanie pisarzowi jej numeru telefonu, z zapewnieniem, że Brytyjczyk będzie zainteresowany, z racji jej profesji, rozmową z nią.
 I rzeczywiście, tak się dzieje, pisarz dysponuje kilkoma godzinami do wyjazdu z Włoch, zagospodarowuje je więc, ulegając owej intrygującej propozycji Włoszki, która tak naprawdę okazuje się Francuzką. Dochodzi do spotkania, wyjazdu poza miasto, wymiany kilku uwag na temat książki, z czasem temat rozmowy zostaje poszerzony o sprawy życiowe, wychowania dzieci, aż po problemy małżeńskie. Okazuje się, iż nie na próżno Kiarostami nie nadał imienia głównej bohaterce filmu, jest Ona bowiem kopią milionów kobiet na świecie, borykających się z samotnością, a może raczej z poczuciem samotności w małżeństwie, czy w ogóle w związku.
 Podobne problemy zauważa w swym małżeństwie James. Dochodzi do tego, i to jest kapitalne, że już sami nie wiemy, czy na ekranie oglądamy oryginał, czyli czy są oni małżeństwem, które postanowiło spotkać się i pogadać w Toskanii, przy okazji promocji książki, (bo tylko wtedy Miller ma czas). Czy pisarz oraz Elle kopiują swe małżeństwa, biorąc udział w grze, odtwarzając role małżonków, których problemy pokrywają się w ich rzeczywistym życiu.  Po prostu mistrzostwo świata - tak wymyśleć scenariusz, i tak go zagrać (wielkie brawa dla tej pary!), by widz nie był do końca pewny, czy ogląda oryginał czy kopię. Niesamowita precyzja ( z podobną mieliśmy ostatnio do czynienia w dziele innego Irańczyka, Fahradiego w "Rozstaniu"),  dbałość by najmniejsza nawet scena miała swój wyraz, będąc kolejnym klockiem idealnie dobranym w budowaniu wieży melancholii,  z powodu przemijania, nieuchronności zmian i różnic jakie niesie przynależność do płci.

Musimy bowiem pamiętać o najważniejszym, mimo, że należymy do tego samego gatunku, jesteśmy ludźmi, kopiami swych oryginałów - przodków, ale mężczyzna i kobieta w stosunku do siebie, to ciągle dwa oryginały, które nigdy nie staną się swymi kopiami. Może warto o tym pamiętać, zdaje się mówić, Kiarostami, wywodzący sie z kultury, gdzie ów podział między płciami jest wyjątkowo mocno zaznaczony. Może warto pamiętać i pogodzić się ze słabościami obu stron, być bardziej dla nich wyrozumiałym, a wtedy może poczucie osamotnienia będzie mniejsze? Konkretny przykład, jeśli mężczyzna przysypia po powrocie z pracy, to nie myśl kobieto, że on cię nie kocha, czy ma kochankę, on jest po prostu zmęczony. Albo, gdy nie chwali twoich wystrzałowych klipsów w uszach, które założyłaś tylko dla niego, to nie znaczy, że on cię nie kocha, czy nie zauważa, że jesteś piękna - on kocha i widzi, ale nie zwracając uwagi na szczegły, nie rozumie, że to z powodu właśnie tych nowych klipsów. I nie martwmy się kobiety, jeśli jedynym problemem naszego małżeństwa, jest praca waszego męża, którą traktuje jak kochankę. Wiśta wio, łatwo powiedzieć, nie martw się, nie smuć i nie płacz... skoro nam pewne gesty są potrzebne do życia jak powietrze.  Ale czy faktycznie jest to nieosiągalne, może zamiast gniewać się, że mąż przysnął w dzień rocznicy,  położyć się obok niego?  Albo, gdy gdy ty leżysz (niczym Elle) na hotelowym łóżku rozmarzona wspomnieniami poślubnej nocy sprzed 15-tu lat,  a on w tym czasie obserwuje w skupieniu swoją twarz, odbijającą się w lustrze wiszącym nad pisuarem, nie załamuj się, mimo, że to tak tragicznie smutne, żyj i ciesz się kopią swoich dziewczęcych marzeń! 

Film Kiarostamiego jest naszpikowany wieloma życiowymi mądrościami, zawartymi w zwyczajnych opowieściach, jakie snują, spacerujac po toskańskim miasteczku, Elle i James.  Dla mnie jedną z ważniejszych jest pochwała prostoty, radości z życia, bedącego czasem marną kopią oryginału, jaki chcielibyśmy posiadać. Bo czy nie szkoda czasu, by żyć ciągle w dążeniu do niego, do doskonałości, nieosiągalnego ideału - co ilustruje w filmie świetna opowieść o Marie, siostrze Elle (jąkający się mąż). Może lepiej być prostym człowiekiem, choć o to też trudno i zadowolić się kopią (także życia), czasem może i nie tak doskonałą, ale czasem bywa, że piękną jak oryginał i cieszyć się nią, bez lęku, że stracimy coś cennego. Co z tego, że ktoś sięga wyżyn, będąc ciągle niezadowolonym z tego co może mieć, i tak wszyscy umrzemy (w filmie opowieść o beztrosce i mądrości dzieci).  I tu dochodzimy do kwestii najważniejszej, wszystko w życiu, tak jak i w sztuce, zależy od tego jak i z jakimi intencjami na nie spojrzymy (scena z małżeństwem, które interpertuje pomnik na rynku miasteczka).

Film "Wierna kopia. Zapiski z Toskanii" polecam, a jakże by inaczej, mimo że nie jest za bardzo optymistyczny. Z każdego kadru przebija ogromny smutek,  jesteśmy zdani na życie w otoczeniu podróbek, które zastępują nam często marzenia, ale przecież tak jak wspomniałam na końcu, wszystko zależy od spojrzenia i nastawienia, można żyć w pustce i smucić się brakiem oryginału, można też radować się samym dążeniem do niego,  ale można również cieszyć się z posiadania kopii. Wybór należy do nas.
Tak czy siak,  jestem pewna, że wielu, wielu widzów zakończy oglądanie westchnieniem, iż zobaczyli wierną kopię swojego życia.