piątek, 7 listopada 2025

W imię - reż. M. Szumowska


Niestety, film zdecydowanie słabszy od poprzednich dokonań pani reżyser. Najwyżej sobie cenię "33 sceny z życia". Nie będę się wielce rozpisywać, bo emocje już dawno wybrzmiały, opowiem tylko o kilku scenach, które mnie urzekły.
Na przykład ta, gdy Adam, czyli ksiądz (A. Chyra) i Szczepan,wiejski chłopak (M. Kościukiewicz) ganiają po polu kukurydzy - sama w sobie świetna, takie zaintonowanie ludzkiej zwierzęcości, upewnienie się w swoich popędach i radość jaką można z tego faktu odczuć. Może i dobrze, że była niedokończona, ja bym jednak ją pociągnęła dalej, bo udało się zbudować świetne napięcie i nagle ... wielkie nic, a byłaby bardziej fascynująca, ekscytująca a i dla samych bohaterów bezpieczniejsza, gdyby ją
jednak jakoś stosownie wykończono. No bo przecież, przyznajcie - uprawianie seksu przez mężczyzn, czy choćby tylko przytulanie się w samochodzie, na poboczu publicznej drogi,  z czym mamy do czynienia kilka scen dalej jest o wiele bardziej ryzykowne, wręcz grozi śmiercią lub kalectwem. No, ewentualnie... w przypadku księdza zsyłką na jeszcze głębszą prowincję. Pole dojrzałej kukurydzy, szczególnie dla facetów, wydaje się o ileż bardziej bezpieczne, choć oczywiście nie tak komfortowe, jak
samochodowe fotele.

Genialna była sekwencja upijania się Adama, a taniec z portretem papieża(niestety, nie był to Jan Paweł II) - boski. Piękny symbol umęczenia księży celibatem i tym obsesyjnym sztucznym wyjaławianiem ich z seksualności. Tak jakby życie w celibacie było mniej absorbujące od życia w miłości i partnerstwie. Przecież ci niewyżyci, za przeproszeniem, księża o niczym innym nie myślą tylko o seksie, jak zresztą każdy przeciętny człowiek, podobno. Byliby żonaci - problem mieliby, choćby po części, z
głowy. Wiadomo, w przypadku miłości homoseksualnej sprawa się komplikuje bardziej, ale trudno, geje w cywilu też nie mają lekko.

Ważna, choć mocno łopatologiczna, jest  rozmowa Adama z siostrą ("nie jestem pedofilem tylko pedałem", "człowiek potrzebuje się przytulić do drugiego człowieka). Ale dobrze, że ona jest, i może dobrze, że taka prosta i czytelna, bo jestem przekonana, że co najmniej 70 % społeczeństwa myli pedofila z pedałem (na szczęście termin "podolog" nie jest jeszcze dość rozpowszechniony, bo ludzie by całkiem pogłupieli).

Co by tu jeszcze pochwalić? Wiadomo - Chyra, jak zawsze na poziomie, Simlat także; bardzo ciekawy, Schuchardt (apeluję o zmianę nazwiska, żartuję, ale ono jest takie trudne)- przyciągająca oko uroda. Maja Ostaszewska - jako uwodząca księdza znudzona mężatka, poprawna. Epizod O.Łukaszewicza - świetny - ta emanująca fałszem mowa biskupa. Kościukiewicz - hm, nie mam jakichś wielkich słów zachwytu, zrobił dobrze co mu kazano, podejrzewam, że trochę podcięto mu tu skrzydła. Są dwie, trzy sceny homoerotyczne, owszem, nawet nagie, ale takie jakieś bez wyrazu (ach, to pole kukurydzy! To by było coś!) czasem warto pamiętać, że czym mniej widać, tym widać więcej.

Jak wiemy, albo jak nam usiłowano wmówić, film jest o samotności księdza, jego wyobcowaniu, ale nie oszukujmy się, dlaczego on jest samotny i wyobcowany, a przez to nieszczęśliwy i unieszczęśliwiający innych? Bo mu nie wolno założyć rodziny, nie wolno mu kochać nikogo oprócz Jezusa (uwaga! Jezus to facet!?), nie wolno mu mieć legalnych dzieci, nie wolno mu być spełnionym w każdym aspekcie człowiekiem, mężczyzną i ojcem (ale gdy grzeszy - wtedy się go tłumaczy, że, no jak!  przecież ksiądz to też człowiek, ale jako pośrednik między bogiem a wierzącym jest nadczłowiekiem), a jeśli mu się tego zachce (być mężczyzną), musi się kryć, albo w polu wysokiej kukurydzy, albo w klasztorze - scena wieńcząca film - samo sedno.

Dźwięk, jak zwykle w polskim filmie, beznadziejny, słyszalność i zrozumienie tekstów wypowiadanych przez młodych amatorów aktorów prawie zerowa. Dźwięk, niedorobiony, makabryczny, to naczelna techniczna wada polskiego kina. Wynika z braku wykształcenia dźwiękowców, czy z mizernego sprzętu?

Podsumowując - nie jest źle, ale mogło być zdecydowanie lepiej, no właśnie - mogło bardziej zdecydowanie i odważniej, dramatyczniej, bo film wielce nie zaskakuje ani wielce nie porusza, obrazuje to o czym i tak wiemy, albo czego się domyślamy, a na tle bezczelności kościoła jest zbyt subtelny i mało określony, jego intencje są rozmyte, a może ich wcale nie ma. Ale chwała pani Małgośce, że go zrobiła. Wreszcie, ktoś, oczywiście - kobieta!,  przetarła szlaki dla tematu "świętej krowy"(olaboga! ksiądz - jest sexy! a czasem nawet gej!), bo żaden reżyser-facet jakoś się jeszcze na ten temat nie skusił. Był kiedyś taki pan Markiz de Sade, którego jedną z książek z mnichami w roli głównej, nie pamiętam już tytułu, czytałam kiedyś, kiedyś dawno, w poczuciu, że jest ona wytworem jego perwersyjnej fantazji. Jak się okazuje, nawet kilka wieków po nim, życie często prześciga fikcję (ot, weźmy chociaż obrazki z polskie misji chrześcijańskiej na pogańskiej kiedyś Dominikanie).

07.12.2020 


środa, 27 grudnia 2017

Wołyń - reż. Wojtek Smarzowski, zwany przez wielbicieli "Smarzolem"



Nie podważam wartości historycznej czy faktograficznej filmu, ani potrzeby jego nakręcenia, szczególnie dla młodych ludzi, których rodzice nie wysłuchiwali opowieści jak to z rzezią na Ukrainie było od swoich przodków i nie mogli jej podać dalej, swoim dzieciom. Podejrzewam, że gdyby nie było kina, internetu, pisma, a byłaby rzeź, pamięć o niej i tak by przetrwała, właśnie w tych opowieściach czy pieśniach bitewno-wojennych. Jak to drzewiej bywało. Ale mamy XXI wiek i dobrze się stało, że nakręcono film o Wołyniu, tak samo, jak dobrze się stało, że powstało "Pokłosie". Tylko, tak jak byłam pewna, że Pasikowski jest w sam raz reżyserem dla historii o Jedwabnem, tak mam wątpliwości, czy aby Smarzowski powinien się zabrać za Wołyń. Ale - skoro nikt inny nie miał odwagi, czy chęci...

Moim zdaniem Smarzol poszedł na łatwiznę (co zdarza mu się nie pierwszy raz), wybierając na głównego bohatera filmu, młodziutką matkę Polkę, przewijającą się przez cała akcję z dzieciątkiem na ręku. Wiadomo, że taki zabieg jeszcze bardziej wznieci polską widownię i wzbudzi nacjonalistyczne nastroje. Wystarczy sobie poczytać komentarze w miejscach, w których recenzuje się ten film . Paradoksalnie Wojtek zarzeka się, że jego celem, było między innymi wystąpienie przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi i wszyscy entuzjaści tego filmu tak mówią, że taki jest przekaz. Ale życie pokazuje co innego. Polacy w dużej mierze, i często, wytykają drzazgę w oku innych, nie widząc belki w swoim. Pamiętamy, z jakim oburzeniem i nienawiścią spotkali się twórcy "Pokłosia"? Jak Kali ukraść krowę - jest ok. Ale jak Kalemu ukraść krowę, to ojojoj.
Wracając do głównej bohaterki, matki Polki z dzieciątkiem na ręku. Ta kobieta jest po prostu nudna. Cały czas ta sama mina, strach na twarzy wykrzywionej niemym krzykiem. A propos, w tym miejscu ukłony dla Wojtka, że w odróżnieniu od Róży, Zosia już nie krzyczy wniebogłosy, w zamian raczymy się całkiem dobrą ścieżką dźwiękową. Nikt już nie może zarzucić Smarzowskiemu, że się powtarza.

Mnie by się bardziej podobało i bardziej by mi zaimponował jako scenarzysta, gdyby bohaterem Wołynia był na przykład młody Ukrainiec (mógłby być ten, który się zakochał w Zosi - bardzo ładny chłopak), niewinny, naiwny, wierzący w miłość, dobro, uczciwość itd., mający jako takie układy z polskimi sąsiadami, który jednak pod wpływem cerkwi, polityki (wojna, Armia Czerwona - jej uczestnictwo na ziemiach ukraińskich, Bandera), ale również buty i pychy tychże polskich sąsiadów (którą wykazujemy się nieustannie w czasach współczesnych także) młodzieniec zmienia się, twardnieje, przechodzi metamorfozę, może niekoniecznie o 180 stopni. Może mieć do końca filmu wątpliwości, niech się męczy, albo i nie. No, w każdym razie, dobrze by było, zobaczyć jak ten nacjonalizm rodzi się w tych czasach na tej Ukrainie. A nie, że spada z nieba. Brakowało mi trochę wyjaśnienia dlaczego Ukraińcy tak poszli za Banderą. To były przeokrutne czasy, ale i bardzo ciekawe, pod względem historycznym. I w tym także przypadku sprawdza się siła chińskiego przekleństwa "obyś żył w ciekawych czasach".

Jak może już wiadomo, nie cenię sobie Smarzowskiego jako reżysera, może inaczej, nie jako reżysera, bo filmy to on umie robić, wie jak chwycić za serce i podbrzusze polskiego widza, czyli jak go uwieść, ale artysta z niego żaden. Jego filmy są jak cep, proste w budowie i mocno walą w łeb. Emocje jakie przekazuje są zero-jedynkowe, żadnych niuansów, albo ktoś dobry, szlachetny (Polacy - Tadeusz w "Róży" to chodzący ideał, biedna Zosia z dzieckiem także - nawet ratuje małego Żyda!), albo zły i głupi(na pewno Rosjanie, wieśniacy, komuna, policja). Niczego, co by pozostawiło widza (przynajmniej takiego jak ja) z niepewnością, wątpliwością, po prostu uczuciami różnorodnymi.

Aktorstwo - tylko Jakubik mógł się wykazać. Miał sporo emocji do przekazania. Aktorka grająca Zosię miała za zadanie ładnie i wzruszająco wyglądać, na początku filmu, a potem robić tylko wystraszone miny.
Jej twarzy nie splamiły żadne inny grymasy. Nie mogę powiedzieć, czy jest dobrą aktorką, raczej nie dano jej pola do popisu.

Podobało mi się zakończenie filmu. Scen rzezi nie było aż tak dużo, na szczęście, dało się wytrzymać, tym bardziej, że nie były one zaskoczeniem, mówi się o nich od lat, a ostatnio, przed premierą bardzo. A poza tym nasz obecny świat -  środki przekazu, codziennie, bez przerwy bombardują nas takimi obrazami. Raziło mnie trochę przedstawienie krajobrazu po rzezi, te porozwalane członki, wybebeszone brzuchy (scena, gdy Zosia zachodzi do rodziców swojego ukochanego Ukraińca, a tam na kanapie, prawdopodobnie polscy (?)goście, siedzi para ludzi z kiszkami na wierzchu. Na Boga takich scen, nie oglądało się nawet w filmach o konflikcie między Hutu a Tutsi w Rwandzie. To było moim zdaniem niepotrzebne. O wiele więcej, przynajmniej w moim przypadku, reżyser osiągnie, gdy opowie o rzezi w sposób bardziej subtelny. Np. niedawno widziałam film "Cudowny dzień" tyczący konfliktu na Bałkanach. Tam scena mordu etnicznego wyrażona jest opustoszałym domostwem, poprzewracanymi meblami w pokoju, i widokiem nóg powieszonych rodziców małego chłopca. On na szczęście tego nie widzi. Widzą to wolontariusze z Zachodu, którzy pomagają chłopakowi szukać piłki i w tym celu weszli do tego domu. A chłopiec jest przekonany, że rodzice żyją, że wyjechali do innego miasta (bo jego oddali dziadkowi). Wiemy to, czego on nie wie. I teraz widz do końca filmu pozostaje z tą myślą, co to będzie jak ten chłopak dowie się w końcu jak zginęli jego rodzice.

Po takich scenach, jakimi nas darzy w swoich filmach Smarzol, pozostaje tylko złość, nienawiść, pogarda - sceny bardziej subtelnie wyrażające przemoc, paradoksalnie mocniej, ale i dłużej bolą. Ale nad nimi trzeba się więcej napracować, jako scenarzysta, reżyser, czy aktor.
Oczywiście, każdy w kinie szuka czegoś innego, jedni dużej dawki adrenaliny, uderzenia w łeb - dla nich filmy Smarzola są ok. Drudzy - wątpią, szukają odpowiedzi, na różne pytania, a przy jej braku smutnie konstatują, cytuję: "Wiem, że nic nie wiem".
PS. Jako uzupełnienie jeszcze jeden cytat, znaleziony w sieci:
„To historia bez bohaterów, po której wychodzi się z kina z poczuciem krzywdy i chęcią skopania jakiegoś Ukraińca” napisał jakiś dziennikarz. Krótko i bez ogródek.  Przeczytałam tuż po napisaniu tego co wyżej.

środa, 11 maja 2016

Kraina miodu i krwi - reż. Angelina Jolie

No cóż, kiedy Jolie zabierała się za ten film, było sporo szumu wokół jej przedsięwzięcia. Pisało się nawet, że premiera filmu może być zagrożona ze względu na wściekłość Serbów, których przedstawia w bardzo niekorzystnym świetle. Przypuszczam, że bardziej chodziło o zabieg marketingowy, niż o faktyczne zagrożenie.
Jolie stara się opowiedzieć amerykańskiemu widzowi, na czym polegał konflikt narodów byłej Jugosławii, skupiając się na trudnej, niedozwolonej w czasie wojny, miłości, miedzy Serbem a muzułmanką, czyli przedstawicielami dwóch wrogich obozów. Na początku nawet wydaje się to trochę wzruszające. Niestety, po pewnym czasie, robi się nudno, widz (czyli ja) czekając na zakończenie tego niebezpiecznego związku, głowi się w jaki sposób ono nastąpi.

Film ma być ładny, mimo, że o wojnie. Jolie usiłuje pokazać, zadać pytanie, czy podczas wojny, a dokładnie czystek etnicznych, jakie miały miejsce na Bałkanach pod koniec XX wieku, można ocalić człowieczeństwo. Daniel, główny bohater daje przykład, że można się o to było przynajmniej postarać. Nie zabija, na ten przykład, snajperskim strzałem byłych znajomych Bośniaków. Dba o swoją kobietę, chroni ją przed gwałtami swoich podwładnych. Pewnego dnia nawet ubiera Alję w eleganckie ciuchy i wiezie do zdemolowanej galerii w Sarajewie, gdzie wiszą jej obrazy (Alja przed wojną była dość cenioną malarką) - to było strasznie sztuczne. Mamy kilka eleganckich scen erotycznych. Stylowy taniec nagiej Alji z Danielem w mundurze, w malowniczej izbie i z malowniczymi cieniami ich postaci na ścianie. Doceniam ten trud, ale jego efekt jest mało autentyczny. Bardziej niż emocje bohaterów, czuje się wysiłek Jolie, żeby było ładnie, godnie, na przekór wojnie.

Z utęsknieniem wyczekiwałam końca filmu. Mimo, że reżyserka oszczędza widzowi typowych mocnych scen przemocy, bardziej skupia się na aktach upokarzania muzułmanów przez Serbów. Dla osłody, od czasu do czasu raczy nas ekranową poezją, tytułowym miodem, który jak to na wojnie miesza się często z krwią.

Widać i czuć, że Jolie, niczym pilna uczennica stara się napisać bardzo dobre wypracowanie na temat wojny bałkańskiej, największej w Europie po II wojnie światowej. Robi to z przejęciem i zaangażowaniem, chcąc przybliżyć problem amerykańskiemu widzowi (i nie tylko amerykańskiemu, podejrzewam, że wielu Europejczykom także). Rzuca m.in. parę zdań, ustami ojca głównego bohatera, serbskiego generała, tłumaczącemu synowi temat genezę nienawiści Serbów do Bośniaków. Wzmiankuje o błękitnych hełmach nadzorujących oblężenie Sarajewa. Coś tam przebąkuje o niechęci prezydenta Clintona do do interwencji. Rzuca nazwą Srebrenica, a jakże. 

Jednym słowem, Jolie daje nam do obejrzenia pracę, wyglądającą na solidnie wykonaną, starającą się dotknąć wielu zagadnień, niestety, absolutnie nie chwytającą za serce.

wtorek, 10 maja 2016

Strach na wróble - reż. Jerry Schatzberg

To jeden z filmów, który mogłabym zaliczyć do przysłowiowej dziesiątki filmów, które kocham i powracam do nich, gdy tylko nadarzy się okazja. Nie muszę go oglądać w całości, mogę choćby kawałek i jestem szczęśliwa.

Jednym z powodów, dla którego warto zobaczyć ten film, jest m.in. aktorski duet A. Pacino - G.Hackman. Jakże wspaniale i przekonywująco, wzruszająco a przy tym wszystkim zabawnie, i ani odrobinę nieckliwie, ukazali oni przyjaźń mężczyzn, których drogi zetknęły się zupełnie przypadkowo - podczas powrotu z długiej włóczęgi do miejsc, gdzie chcieliby już osiąść na dłużej. Reprezentują oni dwie bardzo odmienne postawy życiowe. Max (G. Hackman) wszelkie problemy rozwiązuje pięścią, "Lione" (A. Pacino) zaś żartem, bo jak twierdzi - "ludzie, jeśli się śmieję, to przechodzi im ochota na kłótnie".

Mężczyźni, podczas wspólnej podróży uczą się wiele od siebie nawzajem, ich postawy przenikają się, każdy z nich przekonuje się, że nie ma jednej recepty na życie.
Piękny film o bolesnym późnym dojrzewaniu i o jednej z najważniejszych cech człowieka - o odpowiedzialności, za czyny i słowa.

A końcowa scena z fontanną miażdży (emocjonalnie) i zachwyca (wizualnie), choćby tylko dla niej warto na ten film popatrzeć - pozostanie w pamięci na zawsze. 







czwartek, 16 stycznia 2014

Prisoners (Labirynt) - reż. Denis Villeneuve

Ojcze nasz,
któryś jest w niebie:
święć się imię Twoje,
przyjdź Królestwo Twoje,
bądź wola Twoja jako w niebie,
tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego
daj nam dzisiaj.
I odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
I nie wódź nas na pokuszenie,
ale nas zbaw ode złego.Amen.
Każdy szanujący się katolik z dziada pradziada zna tę modlitwę. Jeden odklepuje ją bezmyślnie, bo to się Bogu należy, jak za przeproszeniem, psu zupa. Drugi zaś odmawia ją bardziej refleksyjnie, starając się na co dzień zasłużyć u Boga na odpuszczenie grzechów i grzeszków, odpuszczając winy swoim winowajcom, choć to nie jest takie proste. Życie czasem ludzi przerasta, stawiając ich przed nie lada dylematami, próbami odporności na ból, rozpacz, wystawiając ich wiarę na nieludzkie wręcz doświadczenia. Tak jak np. Keller Dover (Hugh Jackman), prowincjonalny stolarz, przykładny mąż i ojciec dwójki dzieci. 

Otóż, pewnego dnia, pobożny (a przynajmniej sprawiający takie wrażenie) bohater, po odmówieniu "Ojcze nasz" i jednoczesnym zabiciu w towarzystwie młodocianego syna niewinnej sarenki oraz skonsumowaniu jej na kolację w towarzystwie sąsiadów, nagle i niespodziewanie ma możliwość przekonania się, że jego ulubione powiedzenie - "pragnij tego co najlepsze, ale spodziewaj się najgorszego" jest jak najbardziej zasadne. Jego córka, wraz z córką przyjaciół, zostaje porwana. Podejrzenie (nieudowodnione) pada na opóźnionego w rozwoju młodego mężczyznę, mieszkającego z ciotką w domu za miasteczkiem. Oszalały z rozpaczy Kelly porywa chłopaka, więzi go w starej rodzinnej, niezamieszkanej posiadłości, chcąc wymusić torturami zeznania o miejscu ukrywania dziewczynek.
W proceder wciąga małżeństwo sąsiadów. Jego żona, na szczęście (w nieszczęściu), otumaniona przez leki, leży po całych dniach w łóżku. Nie muszę chyba dodawać, że tortury prowadzone są w tajemnicy i w taki sposób, żeby podejrzany mocno cierpiał, ale nie na tyle, by umrzeć. Znęcania takiego nie powstydziłyby się nawet służby specjalne w Guantanamo (począwszy od  zastraszania psychicznego po wyrafinowane naprzemienne kąpiele typu lód - ukrop. 
W chwilach największego zwątpienia i zmęczenia oraz dla dodania sobie otuchy, Dover posiłkuje się.. . oczywiście modlitwą "Ojcze nasz". Głos mu więźnie na chwilę w gardle, przy słowach, "odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy...", po czym naprawdę bez zachwytu, ale jednak ogarnięty obsesją myśli,  że to właśnie ten chłopak wie, gdzie znajduje się porwana córka, kontynuuje swoje przesłuchanie. I bardzo nienawidzi lokalnego detektywa Loki'ego, który prowadząc śledztwo w sprawie, nabiera podejrzenia wobec niego, zrozpaczonego ojca, że zachowuje się on dokładnie samo, jak porywacz jego córki - uprowadza, więzi, i torturuje.
Widz, oczywiście nie śmie oceniać Dovera, choć słowa potępienia ma na końcu języka, bo przecież nie wie, jak by się sam zachował w takiej sytuacji. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że podobnie.

No i tak, przez 2 i pół godziny, bez cienia znużenia, towarzyszymy obłędowi jaki ogarnia nawzajem ludzi w labiryntach ich psychiki i zawirowaniach życia. No właśnie, polski tytuł to "Labirynt" - od biedy, można go zaakceptować, ale bardziej trafny jest jednak oryginalny "Prisoners"". Mamy bowiem na ekranie paradę więźniów, w sensie dosłownym, czyli fizycznym, jak i mentalnym - więźniów swoich obsesji, przeżytych traum, lęków, leków (i innych polepszaczy życia, patrz wstęp notki) przymusów moralnych, zawodowych, wszyscy tu są, albo stają lub staną się więźniami.

Jako, że jestem sceptykiem w kwestii całkowitego porozumienia i nadzwyczajnego zbliżenia świata przeżyć, uczuć i emocji kobiety i mężczyzny, za bardzo ważny uważam w filmie wątek możliwości rozpadu więzi małżeńskich w momencie utraty dziecka. Pamiętam, mój szok, gdy po raz pierwszy przeczytałam o takim przypadku wiele lat temu, w reportażu opisującym losy rodziców dziecka, które też zostało porwane (a działo się to w jednym z większych miast Wielkopolski), a następnie po wielu dniach odnalezione martwe, już nie napiszę, jak zabite i w jakich warunkach. Będąc, bowiem bardzo młodą i jeszcze bardziej naiwną dziewczyną, wierzyłam w nadorzyrodzoną moc miłości, która jest w stanie przezwyciężyć wszystkie przeciwności i nieszczęścia. Niestety, miłość miłością, a życie życiem, relacje między rodzicami ulegaja rozchwianiu, bo sposób radzenia sobie z rozpaczą nie jest jednakowy,a wręcz jest skrajnie różny, i każdy obstaje przy swoim (we wspomnianym przypadku z reportażu matka chciała jak najszybciej się wyciszyć, a ojciec szukał zemsty).
 Przy okazji, polecam wspaniały film "W kręgu miłości", który bardzo dobitnie, a jednocześnie w sposób naprawdę poruszający ukazuje rozpad pięknej miłości i osobność światów męskiego i kobiecego w obliczu utraty ukochanego dziecka. 

Jakie jeszcze plusy mają "Więźniowie"? Oczywiście - obsada. Rewelacyjny Jake Gyllenhaal jako detektyw Loki. Życzyłabym każdej jednostce policyjnej na świecie takiego detektywa - oddany sprawie, baczny obserwator,  żaden podejrzany ruch nie ujdzie jego uwagi. Poza tym, uczciwy, z poświęceniem, a nawet narażeniem życia, badający każdy trop (nie tak jak nasi fachowcy, a może krętacze, którzy guzik na samochodzie Papały "przeoczyli"). No i... jaki ładny on ci jest!   Szczególnie, gdy się uśmiecha (taki by nie musiał dwa razy prosić o pokazanie dokumentów), co prawda rzadko to robi, śledząc bezustannie ciężkie kryminalne sprawy, wiadomo!  Ba, nabawił się wręcz nerwowego tiku - mrugające powieki. Ale to mu nawet dodaje uroku.  Jak to mówią...  ładnemu ze wszystkim ładnie... Ale mówiąc już poważnie - Lokiego możemy oceniać tylko jako pracownika policji, natomiast nie wiemy jakim jest człowiekiem, nie wiemy skąd pochodzi, co go ukształtowało, jak żyje prywatnie. Może dlatego właśnie tak ciekawe jest zakończenie filmu, całkiem nie takie jednoznaczne jak się niektórym może wydawać. Ten film ma to do siebie, że nie możemy, albo nie mamy prawa, oceniać żadnego z bohaterów. I tego też powinniśmy się trzymać w życiu.

Druga ważna i dobra rola to Keller Dover w kreacji Hugh Jackmana. Zupełne przeciwieństwo opanowanego (zazwyczaj, bo raz nerwy puszczają) Lokiego. Tak jak żona Dovera, która by nie czuć bólu, całymi dniami leży bez czucia w łóżku, tak jej mąż nie może wytrwać bez ruchu ani minuty. Rola zdecydowanie wyczerpująca fizycznie, bardzo wyrazista, dynamiczna mimika twarzy, gwałtowne ruchy ciała. Podczas, gdy Gyllenahaal pracuje oszczędnie, kamienne oblicze, wymowne milczenie,  ruch gałek ocznych, jedynie tik powiek daje sygnał, że nerwy są prawdopodobnie z nadszarpnięte.
Byłabym niewdzięczna, gdybym nie zauważyła w tych kilku słowach o seansie, postaci Paula Dano - jak zawsze w swoim żywiole. No i Melissa Leo - jako jego ciotka. Dobra charakteryzacja.  Maria Bello, Terrence Howard. Viola Davis (pamiętamy "Służące" prawda?). Jest naprawdę dobrze, w ich towarzystwie można zapomnieć o całym świecie i przeniknąć przez ekran, być tam gdzie oni.

Do uświetnienia klimatu tej dość ponurej opowieści, przyczyniają się też w ogromnym stopniu zdjęcia R. Deakinsa (och! jego niezapomniane "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda"). A nie ma on łatwo. Smętne, małe prowincjonalne miasteczko, na tle jesiennej szarugi, nie jest raczej wdzięcznym obiektem do filmowania, niełatwo takimi pejzażami zachwycić przeciętnego widza. Ale za to świetnie pomagają budować klimat rozpaczy, beznadziei życia człowieka, któremu dla dodanie otuchy i poczucia sensu zaleca się wiarę w Boga.  Mniejsza o wiarę w człowieka, kto by się nim przejmował?  Trzeba się pomodlić "Ojcze nasz...." i robić swoje. 



9/10

czwartek, 5 grudnia 2013

U niej w domu - reż. Francois Ozon


F. Ozon należy do reżyserów, którzy każdym swoim kolejnym filmem, mniej („Ricky”) lub bardziej pozytywnie, jak np. „U niej w domu”, zaskakują. „Dans la Maison” wyróżnia  bardzo  oryginalny pomysł na scenariusz. Fikcja literacka przeplata się z rzeczywistością, a granice między nimi zacierają się do tego stopnia, że tracimy orientację, co jest prawdą a co dziełem wyobraźni. Tym bardziej, że głównym bohaterem jest młody, dojrzewający chłopak o przeróżnych niezaspokojonych potrzebach, i mam na myśli nie tylko te ze sfery seksualnej, ale także np. socjalnej, z czym wiąże się takie a nie inne poczucia własnej wartości, a w związku z tym wybujałość marzeń i ambicji.

W pewnej szkole nauczyciel języka francuskiego zadaje swoim uczniom wypracowanie na temat „Mój ostatni weekend”. Oczywiście, znając poziom intelektualny i obszar zainteresowań swoich podopiecznych nie spodziewa się wiele po pracach, które przyszło mu sprawdzać w jeden  z wieczorów, mogących być przecież wieczorem poświęconym żonie, prowadzącej galerię sztuki współczesnej (żona i jej praca to też fascynujący wątek tego filmu). Nagle! w jakież wpada zdumienie, nieomal zachwyt, gdy trafia na bardzo nietypową pracę.   O dziwo, nie jest to kolejny opis typowych czynności typowego nastolatka w spędzającego typowy weekend. Uczeń, Claude (w tej roli bardzo obiecujący 24-latek Ernst Umhauer), zwierza się wręcz ze spełnienia swego skrytego marzenia, a mianowicie przekroczenia progu domu jednej z rodzin francuskiej middle class, który miał przyjemność do pory tylko obserwować z pozycji ławeczki umieszczonej na wprost jego okien. Marzenie to łatwo było mu spełnić,  jako że dom należy do rodziców jednego z kolegów Claude’a -  Rafa, mającego olbrzymie problemy z matematyką. Claude postanawia zostać jego przyjacielem, wcześniej przyjmując funkcję korepetytora. I tak oto wślizguje się w rodzinę Rafa, zostaje przyjacielem jej wszystkich członków, umiejętnie wychodząc naprzeciw i spełniając ich potrzeby.   
A przy okazji zdobywa zainteresowanie i fachową opiekę nauczyciela francuskiego, pana Germain (świetny i znany F. Luchini). Nauczyciel z niecierpliwością czeka na każdy kolejny odcinek wypracowania – relacji z penetracji domostwa pani Esther Artole (matka kolegi), bo nie ukrywajmy, że jednak ona, była głównym (choć nie od początku w pełni uświadomionym) obiektem zainteresowania i obserwacji młodego kandydata na pisarza – Claude’a. 

Podglądactwo, ciekawość świata innych ludzi, ich życia, jako główny napęd działalności aktywnego i biernego zaangażowania człowieka, nie tylko w sztukę. Po to czytamy książki, oglądamy filmy, fotografie, by poznać świat drugiego, innego, człowieka, a przy okazji samego siebie. Ciekawość, gdyby nie ona, nadal siedzielibyśmy na drzewie i zajadali jego liście na obiad.  Ciekawość i chęć odmiany, zerwania z rutyną i nudą, sprawia, że czasem ktoś tak szary, jak nauczyciel szkoły średniej, jest gotowy zaryzykować swoją posadę i zdecydować się na małe szaleństwo.  Zresztą nie tylko on.

Akcję na ekranie można odebrać także dosłownie, likwidując granice między fikcją a rzeczywistością, przyjmując, że wszystko co opisuje Claude w swoich cyklicznych wypracowaniach, przeznaczonych tylko dla nauczyciela, jest prawdą,  otrzymamy piękną opowieść o kreacji, nie tylko literackiej, ale przede wszystkim swojego życia i o odwadze z jaką ją należy czynić.

Poza tym, film zawiera cennych, dla jednych oczywistych, dla innych odkrywczych, uwag, porad względem pisania, budowania napięcia fabuły,  relacji między bohaterami, w końcu wyboru stylu, konwencji, który ostatecznie decyduje o gatunku dzieła. Te uwagi, ważne dla przyszłego literata, można sobie wziąć do serca także dla siebie osobiście, w podjęciu kierunku naszego własnego marszu przez życie, jego kreacji.  Czy zechcemy je przeżywać na przykład, jako dramat i każde wydarzenie, nawet to najbłahsze, i najśmieszniejsze ujmiemy w nawias tragedii (patrz np. dział życia pt. „obraza uczuć religijnych, patriotycznych, rodzicielskich, zawodowych etc.). Czy na odwrót, ścieżkę pod wiatr, ewentualne przeciwności losu, potraktujemy jako czarną komedię, groteskę, żart, czy farsę, bo czyż warto inaczej traktować życie w obliczu jego chwilowości, chwiejności, marności i nieuchronnej skończoności?

Komu „U niej w domu” może przypaść do gustu? Ludziom z wyobraźnią na pewno.
Myślę, że niejeden z was, uprzyjemniał sobie czas oczekiwania, czy to na pociąg, autobus, albo na narzeczoną czy narzeczonego w kawiarni,  patrzeniem na otaczających ludzi i rozmyślaniem kim są, skąd przyszli, dokąd idą, czy są szczęśliwi, czy kochają, zdradzają, może kogoś zabili, kogoś okradli, coś wygrali, lub przegrali, że chcielibyśmy choć na chwilę wejść w ich skórę,  do ich domów, zobaczyć jak żyją, może ciekawiej od nas? Jednym słowem snuliśmy przeróżne fikcje, po czym przerywaliśmy, być może w najciekawszym momencie (bo pociąg nadjechał, mało ciekawy narzeczony przyszedł na randkę), wracając do swego życia, nie zdając sobie sprawy, że pan czy pani z przeciwka zerkają na nas i urozmaicają sobie swoją rutynę fantazjowaniem na nasz temat. :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Bejbi blues - reż. K. Rosłaniec

Powiem jedno -  tak żenującego filmu dawno nie widziałam, a to ze względu na potworną dykcję aktorki (?) pani Berus. Jeśli ona gra i tak samo połyka słowa w "Nieulotne", to ja bardzo dziękuję za ten film. Ta kobieta, jeśli wypowiada zdanie zawierające ponad trzy słowa, nie można jej kompletnie zrozumieć. I pomyśleć, że  taka osoba otrzymuje nagrody aktorskie na polskich festiwalach. Jurorom proponuję przegląd filmoteki polskiej ze starszych lat, wtedy może zrozumieją, że częścią dobrego aktorstwa jest nie tylko mimika, ruch ciała, ale także sprawne poruszanie aparatem mowy. Zresztą nie tylko ona ma kłopot z wyraźnym mówieniem, jej młodzi koledzy również. Jeden wielki bełkot, także jeśli chodzi o wymowę ideo. Nie wiem, czy pani Rosłaniec chciała robić tani film, czy dobry. Na scenariuszu także postanowiła zaoszczędzić, pisząc go sama, zapewne na kolanie. Nie kupuję pomysłu, że nastolatki, w dodatku z gatunku hipster, sprawiają sobie świadomie dzieci, bo nie chcą być samotne, czują się niekochane i nie zaopiekowane. Bo jeśli samotność dokucza, z tym się zgodzę, że jest to zjawisko powszechne, to prędzej zakochają się w pierwszym lepszym facecie, jaki się nimi zainteresuje, czy nawinie pod rękę, pójdą z nim do łóżka, ale ludzie! nie po to, żeby z nim mieć dziecko, tylko po to by poczuć jakąkolwiek bliskość, choćby jej najmniejszą i najmizerniejszą namiastkę. A już zakończenie, jakie wymyśliła autorka wprawiło mnie w osłupienie. Przecież, nic wcześniej nie wskazywało, że ta filmowa Natalia jest  aż taką idiotką, żeby zamiast dziecko zostawić w domu na łóżku (synek miał kilka miesiecy, najwyżej by się posikał, albo pokupkał), spakowała je do torby i zostawiła w schowku na dworcu? Nie, nie kupuję tego pomysłu, jest to akt rozpaczy wyobraźni reżyserki, chęć zakończenia filmu zajebiście mocnym akcentem, bo wcześniej był trochę jednak nudny.

Rozumiem że u podłoża realizacji dzieła były ambicje (wszak wcześniej widziałam "Galerianki", które dobrze rokowały na przyszłość), by pokazać samotność, wszystkich: rodziców, matek, które nie są już matkami, a wręcz konkurentkami w wyścigu o pożądanie chłopaków swych córek, no i córek, dzieci w ogóle. Czy wszystkiemu winien jest pieniądz i konsumpcjonizm,  także w wersji dla ubogich, ktorzy mogą realizować się jak nie w sprzętach czy luksusuwych mieszkaniach, to chociaż w modnych ciuchach z secondhandów?  Największą namiętnością Natalii jest wygląd, także jej małego synka, którego od urodzenia prowadza po agencjah fotograficznych. Czy winna jest ta potworna próżnia umysłowa, emocjonalna, współczesnych nastolatków, i ich rodziców. Jeśli tak, to jak się ma jedno do drugiego, co jest najpierw? Czy pieniądz, czy próżnia? Ten film nie udziela na to pytanie odpowiedzi. Jedno jest jasne, świat zaludniają w większości jednak głupcy, ale na szczęście, natura, żeby przetrwać, dba o ich samoeliminację. Tego mamy dowód w zakończeniu filmu? 

sobota, 30 listopada 2013

Papusza - reż. J. Kos-Krauze, K. Krauze

Kayah w pewnym mini wywiadzie w telewizji (tak, tak nie jestem snobką i nie ukrywam, że telewizor posiadam i nawet go lubię jako okno na świat, i często włączam, ale tylko na wybrane programy), powiedziała, że żałuje, iż filmowe małżeństwo Krauze nie obsadziło jej w tytułowej roli swego najnowszego filmu, o Cygance - poetce, która ośmieliła się nauczyć czytać, a działo się to jeszcze w okresie międzywojnia, kiedy Cyganie nie mogli, ale i nie chcieli, do szkół (teraz może już chcą, ale nie zawsze są tam mile widziani). A przecież jedna bogata Madame przetrzegała Papuszę, żeby się zastanowiła, czy na pewno nie chce być analfabetką, bo mądre kobiety mają gorzej. Przestroga zresztą aktualna do dziś, gdyby nie XXI wiek i kontrola ze strony organizacji humanitarnych, to taki np.kościół (też społeczność ultra patriarchalna) paliłby chętnie te niepokorne baby na stosach, jako czarownice i wysłannice diabła, które zaburzają ich słodkie i miłe życie.

Wracając do filmu, ja też żałuję, jak tylko zobaczyłam i wysłuchałam Kayah (wraz z Elżbietą Towarnicką)  "Kicy Bidy i Bokha" w teledysku promującym "Papuszę", że ta świetna piosenkarka nie mogła się sprawdzić jako aktorka. Kto wie, może gdyby zaśpiewała na ekranie, tak jak tylko ona to potrafi, "Papusza" zdobyłaby serca wszystkich, bez wyjątku, widzów. A i wygląd, przecież ma jak Cyganicha. No szkoda,  choć nie jestem pewna, czy mimo wszystko, zdołałaby aż tak zawojować ekran w obliczu tego, że film jest zlepkiem obrazków-faktów z życia poetki. Tak po prawdzie, nie dane nam jest przeżyć głęboko jej tragedii, bowiem w momencie, gdy już coś zaczyna między nią a widzem iskrzyć, pach! scena jest gwałtownie urwana, widzimy ciemność, z której po kilku sekundach zaczyna się wyłaniać kolejny obraz, zupełnie oderwany (pod względem czasu czy tematu) od poprzedniej. A jak tak liczyłam, że będzie to piękna, w tradycyjnym stylu opowieść, podanie o życiu Cyganki, która chciała być wolna, swobodnie przekraczać zakazane granice, ukazać fascynację, piękno życia swej społeczności, a jednocześnie pozostając jej wierną.  Zaraz, zaraz wolna? To ona nie była wolna? Przecież w naszym postrzeganiu nomadzi Europy wydają  się być najbardziej wyzwolonym narodem naszego kontynentu - te tabory, swobodne wędrówki, taniec, śpiew, legendarna niechęć do stałej pracy itp, itd. Jak się okazuje, nic nie jest takie piękne jak nam się wydaje, pozorna wolność, to ułuda. Cyganie wydają się być niewolnikami swojej tradycji, sami mentalnie izolują się od reszty.  Z pewnych względów, jest to zrozumiałe i ma sens, chcą zachować swoją tożsamość, żyć po swojemu, wg swoich praw, a jeśli nie chcą, to tak czy tak, płacą czasem sporą cenę  za samo to, że istnieją (zobaczcie film "To tylko wiatr").
Ale na szczęście, w blokach, czy w taborach, zawsze tak samo pięknie grają i śpiewają. Czego mamy dowód także w filmie - scena w mieście, na podwórku między starymi kamienicami, w których osiedlili się na stałe i pieśń w wykonaniu grupy mężczyzn, aż żal było, że takich utworów nie było więcej w filmie, że nie zrobiono musicalu z historii Papuszy. No właśnie! A może znajdzie się ktoś chętny?

Takie, a nie inne podejście do tematu, uczynienie zeń kalejdoskopu z najważniejszych fragmentów życia poetki, bez skupienia się większego na poezji, jej emocjach, i jej postrzeganiu świata, jest sporą wadą filmu. Mamy kilka mocnych momentów chwytających za serce, tyczących głównie niespełnienia się w miłości, całej trójki bohaterów, zarówno dwóch mężczyzn - Wajsa, Ficowskiego jak i Papuszy, ale one jakoś umykają, trzeba je wyłuskiwać już po seansie, dla usprawiedliwienia, że film jest jednak dobry. W pewnej chwili zauważamy, że Papusza znika z ekranu jako główna bohaterka, a na plan pierwszy wysuwa się jej mąż, Dionizy Wajs (najlepsza rola filmu - Z. Waleryś). To jego postać i jego uczucia, jako odtrąconego męża (czy można zakochać się w starszym o jakieś 20 lat wujku?), ale ciągle wiernego i lojalnego wobec wyklętej małżonki, wydają się najważniejsze.  Ale zaraz przywołujemy się do porządku, przypominając sobie tytuł filmu. Papusza, Lalka, Bronisława - kobieta wyklęta, czy może być coś bardziej niesprawiedliwego, być niezrozumianym i przeklętym, przez tych, których się kocha, których nie chce się opuścić. Woli się być czarną owcą wśród swoich, niż maskotką, białym misiem, chwilową uciechą dla obcych.

 "Papusza" na pewno jest ciekawą, pięknie sfilmowaną (wielkie oklaski na stojąco dla operatorów Ptaka i Staronia) dokumentacją, obrazem życia Cyganów na przestrzeni dziejów XX wieku, ale jak dla mnie - trochę mi za mało w nim Papuszy w Papuszy. To znaczy, ona jest obecna, są jej narodziny, jej samodzielna edukacja, żenujące zrękowiny z wujem, czasy wojny, gdzieś tam dochodzą echa eksterminacji Żydów i Romów przez Hitlera, jest socjalizm, osiedlenie w blokach, edukacja syna w szkole, ale gdzieś tam w tym tyglu historycznych dziejów ona sama, jako wrażliwa dziewczyna i kobieta się gubi. Jest tylko jedna scena, odzwierciedlająca wielkość jej talentu  - wizyta Ficowskiego u Tuwima. Chyba czegoś innego spodziewałam się po tym filmie, być może jakichś większych uniesień. Może autentycznego zainteresowania jej twórczością. Może moje oczekiwania były zbyt osobiste, zbyt sentymentalne. Nie wiem, w każdym razie tuż po seansie czułam wielki niedosyt, mimo sporych estetycznych wrażeń jakie otrzymałam ze strony Jana Kantego Pawluśkiewicza i wspomnianych już operatorów.  Niby niczego formalnie nie brakowało, no właśnie, formalnie, może było zbyt formalnie. Miałam wrażenie, że aktorom nie dane było rozwinąć skrzydeł, jakby wszystkim na planie założono kaganiec w imię poprawności, nie urażenia nikogo z żadnej ze strony. Wydaje mi się, że za bardzo liczyłam choć na odrobinę szaleństwa, ale chyba mi się nie dziwcie, skoro poszłam na film o życiu szalonej Cyganki?

sobota, 19 października 2013

Drogówka - reż. Wojciech Smarzowski

Wielkie mi co, puszyć się i opowiadać w czasach rozkwitu dziennikarstwa śledczego, o korupcjach, na temat których trąbi się o każdej porze dnia i nocy w telewizji, prasie, radio. Więcej emocji niż "Drogówka" wzbudzają Fakty TVN czy inne bieżące wiadomości albo Superwizjery, bo przynajmniej bohaterowie doniesień są autentyczni, a zdjęcia prawdziwe. Kościelna komisja majątkowa i prawnik Marek jakiśtam, - było. Posłowie i ich immunitety, księża, lekarze chleją na potęgę, przekraczając prędkości na drogach wolniejszego i szybszego ruchu, korumpując ubogich policjantów drogówki - stare jak świat. Policja gwałci na posterunkach pracy - było - ho, ho, jak dawno - pamiętacie Palikota z plastikowym penisem, walczącym, by wreszcie naród zrozumiał, że komenda policja to nie świątynia przestrzegania prawa. Zresztą jak już doskonale wiemy, nie ma żadnych przybytków świętości, nawet tych bożych, wszędzie zepsucie, rozpusta, mamona, fałsz, hipokryzja, samo zło.

Naprawdę, nie rozumiem, co ludzi podnieca w filmach Wojtka Smarzowskiego. Dla mnie jest to cwaniak, który wie jak zmanipulować gawiedź (wielkie sorry dla jego wielbicieli), by biła mu brawo. Zapluty taplający się w bagnie prl-owski albo RP-owski wieśniak; głupawy i skorumpowany, najpierw milicjant, a teraz policjant; czy wreszcie zdziczały ruski żołnierz posuwający się z frontem przez całe 4 lata na Zachód w celu, czyżby tylko  gwałcenia polskich kobiet (?). Tak a propos tego ostatniego - czekam teraz na film o "dobrodziejach" Polski - kulturalnym Niemcu, a może o przebiegłych współczesnych Amerykanach, którzy na bieżąco dymają nasz kraj i to na własne jego życzenie, bo ten tak spragniony bogatych przyjaciół gotów jest na każde kiwniecie palcem USA robić na klęczkach wszystko, co wielki pan zza oceanu każe za każdą niespełnioną obietnicę.  Wracając do tematu, skończyliśmy na prymitywnym Ruskim, Polacy lubią tego chłopca do bicia, tak samo jak lubią pośmiać się z policji. Tylko, że kawały o policji to zazwyczaj odgrzewane kotlety są. I takim też jest film Smarzowskiego. Śmierdzący odgrzewany kotlet w sosie wydzielin fizjologicznych.  Jak wspomniałam, nie sztuka zrobić film, na podstawie korupcyjnych doniesień z ostatnich kilku, czy kilkunastu lat. Zebrać je wszystkie do kupy, zasygnalizować ich obecność za pomocą szybkich ujęć z komórki, wiążąc je postaciami zapijaczonych, zarzyganych i obsmarowanych spermą policjantów oraz ich dziwek, nawet jeśli są nimi także ich własne żony. Publika to kupi z wielkimi oklaskami. Wstyd i żenada.  A przede wszystkim nuda. Czy kogoś jeszcze w dzisiejszych czasach podniecają cycki, seks oralny? No chyba, że z połykiem kawała penisa. Tu się Smarzowski popisał. Brawo! jedyny ożywczy moment w filmie.

Smarzowski zna się doskonale na robocie filmowej, jest zręczny, inteligentny, wie jak bez większego wysiłku trafić w oczekiwania szerokiej publiczności, tzw. targetu, czyli tych, którzy nie lubią za wiele myśleć w kinie, dostają to na co czekają - mocne wrażenia podane w bardzo niewybredny sposób. Jego widzowie, to typowi mięsożercy, lubiący krwistego befsztyka, połykają go szybko, z apetytem, mlaskają, klepiąc się po brzuchu, rozpływają się w rozkoszy, niektórzy nawet czasem popierdując. Konsumują bez minimum refleksji, że zjadają istotę kiedyś żyjącą, jakąś bądź co bądź ofiarę, czy to wielosetnego systemu (czy to feudalnego, czy komunistycznego) gnębiącego chłopa i umniejszającego jego wartość jako człowieka, który się odbija temuż chłopu do dnia dzisiejszego; czy to wojny (wyobraźcie sobie Polacy, że Rosjanin tak, jak te gwałcone przez niego kobiety - też jest ofiarą wojny, systemu w którym przyszło im żyć przez wieki, ten prosty czasem prymitywny człowiek - czyjś ojciec i mąż, syn i brat, został  wepchnięty w jej tryby na wiele lat, zdziczał potraktowany nie jak człowiek, a jak mięso armatnie); czy nieudolnego systemu prawnego, stworzonego przez tych "na górze", który nie chce pamiętać, bo mu tak wygodnie, że ryba psuje się od głowy - najpierw trzeba wyleczyć prokuraturę i cały system sprawiedliwości. Łatwo śmiać się z maluczkich. Łatwo, ale i wstyd.
Ludzie mówią, że Smarzowski jest odważny. Jaki tam on odważny. Odważni to są dziennikarze śledczy, dzięki którym Smarzowski może bezpiecznie napomykać o aferach, które ujawnili. 
Mam nadzieję, ze w najnowszym filmie "mistrza",  "Pod mocnym aniołem", będzie nieco mniej kurew, kurw, chujów, pizd, spermy, rzygów, ogólnie mniej bagna i ludzkich wydzielin, w których tak  lubi nurzać się reżyser, a więcej człowieka.

Smarzowski podejmuje ważne tematy, ale wolałabym, żeby jego filmy prowokowała bardziej do przemyśleń nad człowiekiem i jego umiejscowieniem w historii,  systemach jakich przyszło im żyć, nad destrukcyjnym działaniem tychże. Żeby były przyjmowane w grobowej ciszy, a nie z hura - oklaskami, żeby nie były takie oczywiste, żeby trzeba było sporo się namyśleć zanim napisze coś w jego temacie, żeby postaci z jego filmów nie były takie jak dotychczas -  płaskie, jednowymiarowe, czarno-białe, albo plugawe, albo święte. Wtedy będę go mogła nazwać mistrzem. 

Rozumiem, że każdy filmowiec jako artysta ma prawo do własnej wizji, ale jego wizja świata policjantów nie jest wielce odkrywcza, stara się być kurewsko zabawna, chwilami przerażająca w ukrytym pytaniu "jacy ludzie nas chronią"? I to jest dobre pytanie. Ale jak to mówią polscy biskupi tłumaczący księży pedofili - człowiek jest tylko człowiekiem, czyli tak na wszelki wypadek, miejmy to na uwadze i  pamiętajmy o maksymie "człowieku chroń się przed drugim człowiekiem (u władzy) sam, a najlepiej trzymaj się od niego z  daleka". Tym bardziej, że na złych czy nieprzychylnych policjantów, głupich i nieprzyjaznych urzędników instytucji wszelkich, także kościelnych, jesteśmy skazani - poczucie władzy degeneruje najbardziej odpornych. Tak było i jest zawsze i wszędzie. Tylko ostre sankcje karne byłyby temu w stanie przeciwdziałać, a że owe sankcje mogą ustanawiać tylko ci u władzy najwyższej.. .koło się zamyka, nikt nie ukręci bicza na siebie.

czwartek, 17 października 2013

Dziewczynka w trampkach - reż. Haifaa Al-Mansour

Pierwszy film w Arabii Saudyjskiej wyreżyserowany przez kobietę, będącej także autorką scenariusza, w dodatku wpisujący się w walkę o emancypację kobiet Bliskiego Wschodu. Wyjątkowo pogodny, łagodny, delikatny, co nie znaczy, że nie osiąga celu zwrócenia uwagi na fakt, że droga kobiet do wyzwolenia w krajach islamu jest długa, mozolna, ale nie skazana na klęskę. Muszą się tylko uzbroić w cierpliwość i robić swoje. A przede wszystkim, powinny się na tej drodze wspierać, co nie zawsze jest takie oczywiste i ma miejsce, niestety.
Nauczycielki w szkole, do której uczęszcza tytułowa dziewczynka w trampkach, Wadjda, choć same prywatnie nie do końca przestrzegając koranicznych zasad, to jednak, by nie stracić pracy,  z całą surowością pilnują, by ich podopieczne nie łamały zakazów i przestrzegały nakazów utrzymujących ich życie w tzw, czystości, czyli nie zwracały oczu w kierunku mężczyzn, nie  wspominając o spotkaniach z nimi, nie upiększały się malowaniem, nie  jeździły na rowerze, przykrywały ubranie czarną peleryną zwaną abają (mężczyźni mają białe szaty), a na głowę  zarzucały czarny szal.

Dorosła kobieta także nie ma lżej,  nie może przebywać w towarzystwie obcego mężczyzny, nie może prowadzić samochodu, na szczęście może pracować, ale do pracy musi być dowożona przez wynajętego kierowcę. Jeśli ma męża musi liczyć się z tym, że któregoś dnia oznajmi jej, iż żeni się z inną kobietą, bo na przykład obecna żona nie dała mu syna.
Ale są kobiety, które nie dają za wygraną.  Kraj nie jest zamknięty przed zdobyczami cywilizacyjnymi,  korzystają z nich głównie mężczyźni, ale kobietom też czasem coś skapnie, pod warunkiem, że czerpią ze źródła zdobyczy technicznych w zaciszu domowym (telewizor, gry wideo). Nowoczesność, także w myśleniu, zaczyna pomału przenikać do tradycji. Kobiety islamu chcą mieć prawo do samorealizacji, nie chcą żyć w fałszywym systemie patriarchatu, który jakoby dla ich dobra, zniewolił je, uprzedmiotowił, poddał całkowitej kontroli i uczynił zależnymi od mężczyzn w każdej dziedzinie życia. Chcą się uczyć, korzystać w pełni z dóbr zdobyczy cywilizacji,  chcą być samodzielne i stanowić same o sobie. I to im się na pewno uda. Tak jak się udaje kobietom Zachodu wyzwalać pomału spod dominacji mężczyzn.

Ten film jest jednym z elementów tej walki, walki nie na noże, ale na spryt, główną osią filmu są starania Wadjdi w zdobyciu sporej sumy pieniędzy na zakup "szatańskiego" roweru. Jednym ze sposobów jest duża wygrana w konkursie na recytację Koranu (sic!). Czy się jej to uda?   Być może za sprawą tak łagodnie, humorystycznie wręcz, potraktowania drażliwego tematu, film spotka się z łagodniejszą cenzurą i trafi do innych krajów muzułmańskich? Może nawet do Pakistanu, z  którego wywodzi się 16-letnia Malala Yousafzai (postrzelona przez talibów za chęć uczenia się w szkole), obecnie laureatka wielu pokojowo-wolnościowych nagród.  W tym kontekście wydaje mi się, że "Dziewczynka w trampkach" ma dużą szanse na Oskara 2014 w kategorii film nie anglojęzyczny. Ja trzymam za to kciuki. Jestem gotowa nawet złożyć w ofierze na ołtarzu naszego Wałęsę.

Chciałabym jeszcze dodać -  ostatnio trochę narzekałam na polskie tytuły, tym razem ekspertom od ich nadawania, eksperyment się udał. Oryginalny brzmi "Wadjda", czyli nic nam nie mówiące słowo, znaczące imię dziewczynki. "Dziewczynka w trampkach"  - wiedząc, że oglądamy film z Arabii Saudyjskiej, od razu dostajemy komunikat, że jego bohaterką będzie mały wywrotowiec w spódnicy, to znaczy w czarnej abaji. Tak przy okazji, słowo wywrotowiec nie ma w polskim od odpowiednika rodzaju żeńskiego? Język zdecydowanie nie nadąża za życiem. I tego samego życzę językowi kobiet islamu.

niedziela, 13 października 2013

Pragnienie miłości (Después de Lucía) - reż. Michel Franco

"Después de Lucía" czyli "Po Lucii" ("Po tym jak umarła Lucia") nie wiedzieć czemu przetłumaczone na nasze jako "Pragnienie miłości". Obawiam się, że tzw. dostosowywacze obcojęzycznych tytułów do polskiej dystrybucji nie zawsze wiedzą co robią, bo na przykład film wiedzieli "po łebkach", albo wcale. Banalne i wyświechtane "Pragnienie miłości" czyni temu filmowi olbrzymią krzywdę, ponieważ mogło być tak, że sporo potencjalnych widzów odrzuciło go ze względu na ten zużyty tytuł, posądzając go o melodramatyczną historię miłosną.
Ja sama też pewnie bym go nie zobaczyła, gdyby nie dwie pozytywne recenzje przeczytane na blogach. Skusiła mnie także meksykańsko-francuska kooprodukcja.
No i cóż, "Pragnienie miłości okazało się żadnym melodramatem o miłosnych tęsknotach, a bardziej dramatem o tym, jak się żyje ojcu i córce w żałobie po stracie najbliższej osoby, czyli żony i matki, czyli Lucii. Przy okazji reżyser i scenarzysta w jednym, Michel Franco, pokusił się o rys obyczajowy młodzieży meksykańskiej. Obyczajowość ta, nawiasem mówiąc, w niczym nie odbiega od sposobu w jaki prowadzi się nasza młodzież, podejrzewam, że także młodzież w każdym zakątku cywilizowanego świata. Głupota, przemoc, seks, bezmyślność, wszelkiego typu agresja, dręczenie, sadyzm, ogłupiające technologie, głownie telefony komórkowe, komputery, wyręczajace młodych ludzi w myśleniu, będące narzędziem nienawiści i przemocy na odległość, bez fizycznego kontaktu, co jest jeszcze gorsze niż klasyczne rodzaje konfrontacji twarzą w twarz, czy pięścią w pięść.

Jak ma sobie w tym świecie bezrefleksyjnej nienawiści poradzić dziewczyna, której matka zginęła w wypadku samochodowym, a ojciec, by zapomnieć o żonie i życiu u jej boku, po prostu wyprowadza się z dojrzewającą córką z rodzinnego miasta na prowincji do stolicy. Pozbawia ją tym samym przyjaciół, znanego środowiska, rzuca na głeboką wodę w nowej szkole (pamiętajmy - w stolicy) nie troszcząc się specjalnie, albo może raczej nie zdając sobie sprawy, czy, i jak, to przeżyje. Dla niego najważniejsze jest,  by córka się uczyła. A ona stara się go nie zawieść i nie sprawiać mu kłopotu. Wiadomo, żałoba.
Tych dwoje, ojca i córkę, łączą na oko poprawne relacje (ojciec nazywa je nawet dobrymi). dzwonią do siebie, w domu wymieniają się lakonicznymi uwagami na temat swoich codziennych zajęć, przytulają się, dotykają, jedzą wspólne posiłki. Ojciec nawet pamięta o jej urodzinach. Niestety za mało rozmawiają o tym co przeżywają, co mają w środku.  Żyją obok, każde z osobna pogrążone w swojej rozpaczy. Alejandra (tak ma na imię córka) nie tylko na skutek śmierci matki, ale także z powodu osamotnienia w nowej szkole, niezrozumienia i obojętności dorosłych i przemocy ze strony rówieśników. Z dnia na dzień popada w coraz wiekszą apatię, nie walczy, nie sprzeciwia się, nie krzyczy "krzywdzą mnie", nie buntuje, pokornie znosi każdą zniewagę i upokorzenie. Tylko jeden raz daje wyraz złości, niestety, jest oskarżona przez grono pedagogiczne o nieuzasadnioną agresję, zrzuconą na karby okresu adaptacyjnego w nowej szkole. Nikt nie jest w stanie jej pomóc, bo ona nie wyraża takiej potrzeby - na pozór jest wszystko dobrze, brak wszelkich sygnałów z jej strony, że coś się złego dzieje. A małe złośliwe szkolne hieny coraz bardziej pastwią się nad swą ofiarą.

Czy Alejandra chce umrzeć? Chyba raczej nie, bo są momenty w filmie które temu zaprzeczają. Czy jej biernośc (denerwująca czasami do tego stopnia, że chciałoby się jej podpowiedzieć - "krzycz ile sił w płucach, nie bądź ofiarą!") bierze się z pustki w jej sercu, jak nastała po śmierci matki?  Podobnej, zresztą, pustki jaka panuje w sercu jej ojca? Mimo wielkiej miłości jaka ich bezsprzecznie łączy, nie potrafią sobie pomóc, boją sie rozmawiać o zmarłej Lucii, boją się rozmawiać o swym smutku, boją się płakać. Żadne z nich, ani przez moment nie uroniło jednej łzy. Chcieli być twardzielami, byli dla siebie nawzajem wzorem w tej materii? Te dwa oddzielne równoległe wątki, "Alejandra w domu" oraz "Alejandra w szkole" są jednakowo dobrze poprowadzone i jednakowo mocne i oba udowadniają, że człowiek, nieważne, młody, czy stary, jest  samotny, zarówno w środowisku jak i w rodzinie.  No, chyba, że się trochę postara i spróbuje sobie pomóc tę samotność trochę zniwelować, na przykład przez rozmowę, nie tylko o przyjemnych obojętnych sprawach, ale o i tych intymnych, czasem niewygodnych i bolesnych.

Film polecam bardzo. Ogląda się go z zainteresowaniem, z zaangażowaniem oraz rosnącym napięciem.  Z tym przerabianiem, czy przepracowywanim żałoby, skojarzył mi się z "Hesherem" - bardzo dobrym debiutem Amerykanina Spencera Sussera. Tam też była śmierć matki w wypadku samochodowym, osobna rozpacz ojca (czyli męża  zmarłej) i syna, jest też babcia, z którą, gdyby sie obydwoje dogadali, byłoby im lżej. Ale oni mieli więcej szczęścia, bo do nich któregoś dnia niespodziewanie zawitał  anioł w diabelskiej skórze, czyli Hesher. W "Pragnieniu miłości", niestety, diabeł wstępuje w ojca.

piątek, 11 października 2013

Grawitacja - reż. Alfonso Cuaron

Nazajutrz po seansie, spytałam męża, którego udało mi się wyciągnąć z pracy i namówić na kino, co mu się najbardziej spodobało w "Grawitacji". Oto jaką usłyszałam odpowiedź: "kawa z żoną przed filmem". No fajnie, pomyślałam sobie, wolałabym ją co prawda wypić w jakimś małym przytulnym lokaliku, niż w hallu przed kinem Imax, ale niech będzie, przyjmuję te słowa za dobrą monetę i wróżbę, że może znowu za rok, lud dwa wybierzemy się na kawę do kina. Ale jak się to ma do oceny filmu? Cuaron chyba by nie był zachwycony.  A ta ocena ma się podobnie do mojej opinii o "Grawitacji". Poza efektami technicznymi, udającymi przestrzeń kosmiczną, nie ma w tym filmie nic więcej. A przynajmniej ja niczego więcej ani nie dostrzegłam, ani nie poczułam. Los pani kosmonautki o męski imieniu Ryan, mnie specjalonie nie obchodził. Tym bardziej, że przeczuwałam, iż ucieczka z przerażającej przestrzeni kosmicznej musi się jej udać, w końcu reprezentuje amerykańską firmę NASA. Ta kobieta nie zdążyła sobie zaskarbić mojej sympatii, podobnie jak jej towarzysz niedoli pan Matt Kowalski, chociaż ten drugi bardzo się starał nie tylko o moja symaptię, ale i o symaptię Ryan, sypiąc dowcipamia jak z rękawa, co by umilić nam czas wspólnego pobytu w stanie nieważkości. Owszem, starano się przemycić jakieś szczątkowe informacje o ogromnym pechu życiowym Ryan, ale niestety, Bullock będąc większość czasu w skafandrze i hełmie kosmicznym nie miała okazji wzbudzić jakichś głębszych emocji (np. współczucia) na swój temat. Opowiadanie o śmierci córeczki, wydało mi się marnym i zbyt wyświechtanym chwytem na zdobycie zainteresowania. Ale, uważam, że bardzo ładnie iż realizatorzy filmu, bracia Cuaron, postawili tym razem na herosa (kosmosu) będącego kobietą. Co prawda, nie mogła się obyć bez męskiej pomocy, ale co tam, nie ma kołaczy bez współpracy, tym bardziej męsko-damskiej. Choć tym razem, mężczyzna nie służył silnym ramieniem, a bardziej duchem.

Nie obyło się także bez kilku żelaznych amerykańskich stereotypów, jeśli chodzi o kino amerykańskie traktujące o wojnie, czy kosmosie. Znowu pojawiają się źli Rosjanie. Szczątki rosyjskiego satelity (oczywiście, szpiegujacego USA) zagrażają ekipie naprawiającej telskop Hubbla. To one są przyczyną całego nieszczęścia, które zgodnie z powiedzeniem, iż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, obraca się na korzyść Ryan.

Pojawia się też opuszczona chińska stacja orbitalna Tiangong.  A jakże, Ameryka nie może zapomnieć o Chińczykach, mając u nich niebotyczny dług gospodarczy. A więc mamy kolejny grzecznościowy ukłon, tym razem w stronę państwa Środka. To ich stacja ocala życie dzielnej Ryan. To dzięki ich stacji łapie ona kontakt z Ziemią, a dokładnie z przemiłym Chińczykiem, jego psem i dzieckiem. To dzięki ich kapsule Ryan odrodzi się na nowo, wychodząc z niej (po wcześniejszym wodowaniu) niczym kolos, któremu teraz żadne nieszczęścia tej Ziemi nie będą groźne. No pięknie, Chińczycy poczują z pewnością satysfakację, w odróżnieniu od Rosjan -  znowu ukazano ich jako amatarów mocnej wódki (to już jest naprawdę nudne), której nie odpuszczają nawet w kosmosie.

No dobrze, to już wiadomo, fabuła jest bardzo kiepska. Widać jak na dłoni, że twórcy musieli ciąć koszty, sami napisali mizerny scenriusz, wynajęli dwóch aktorów, jednego tylko w 1/3, skupili się głównie na kosztach dla techników. Acha, jeszcze muzyka, oczywiście - pan Steven Price i kinooperator, bardzo dobry, rodak Cuaronów, Emmanuel Lubetzky. Co do muzyki - straszna. Jedynie na samym początku dało się wytrzymać, później, gdy Ryan walczyła z kosmicznymi śmieciami (warto zauważyć, że człowiek zaśmieca nie tylko swoją planetę) było okropnie, była pompatyczna, niesamowicie głośna, denerwująca wprost kosmicznie. Modliłam się, żeby ta Ryan jak najszybciej doleciała do Ziemi, żeby się ta męka dla moich uszu wreszcie skończyła. Jak dla mnie, kompozycje Price'a przyczyniły się w znacznym stopniu do znielubienia "Gravitacji" (ona jest także niedobra dlatego, że to przez nią dojrzałym paniom i panom opadają policzki).

Ale za to ładny był obraz. Pomijam Sandrę Bullock, bo za nią nie przepadam, ale muszę obiektywnie stwierdzić, że płynąc w stacji Sojuz w samej bieliźnie prezentowała się seksownie. Ale nagrać to się ona nie nagrała, a jeszcze mniej się nagrał Clooney (na którego tak liczył mój małżonek). No ale przecież głównym i tytułowym bohaterem jest pani Grawitacja.
Piękna, choć trochę mniej niepokojąca niż się spodziewałam, była nieskończona przestrzeń kosmiczna i widoki Ziemi jakie można z jej perspektywy oglądać. Szkoda tylko, że gdy Matt krzyczał do Ryan "widzę Ganges, jest taki piękny!" nie dane nam było tego zobaczyć. Musieliśmy mu, tak jak i Ryan, uwierzyć na słowo. No właśnie, niby były te zdjęcia Ziemi z kosmosu, ale tak naprawdę niczego znajomego nie udało mi się rozpoznać. Znowu rozczarowanie.

No i to właściwie wszystko. Kolejny spektakularny film w 3D jaki widziałam, to już drugi. I stwierdzam, że to nie jest kino dla mnie, zbyt dużo tu spekulacji, na osiągnięcie dobrego, trzy wymiarowego obrazu, a za mało treści, emocji, głębi, wspaniałych historii, które nie potrzebują tak po prawdzie efektów technicznych na miarę XXI wieku, bo potrafią obronić się same.