niedziela, 27 stycznia 2008

Funny Games

"Funny Games" to trzeci film z tzw. „austriackiej trylogii” (pozostałe to „Siódmy kontynent” i „Benny’s Video”), w której M.Haneke rozprawia się z mieszczańską, układną mentalnością swego narodu. Z tych samych pobudek, zresztą, sfilmował parę lat później powieść swej rodaczki E.. Jelinek pt. „Pianistka”.

Jak to u Haneke bywa, i w „Funny Games” nie brakuje mocnych, prowokacyjnych, szokujących scen. Film zrobiony jest wg zasad rasowego thrillera. Mamy noże, strzelby, które w swoim czasie ranią i strzelają. No i wszystko, co by mogło pomóc wyjść bohaterom z opresji, jest zepsute. A opowieść otwiera obraz sielanki na łonie natury. Trzyosobowa rodzina, może nie tak atrakcyjna wizualnie, jak to bywa w produkcjach amerykańskich: matka, ojciec w średnim wieku i ich 10letni syn przyjeżdżają na weekend nad jezioro. Ledwo zdążą się rozpakować i poumawiać na wieczornego grilla z sąsiadami, odwiedzają ich Obcy. Niestety, nie w sensie – przybysze z innej planety, a ludzie - czyli dwóch kulturalnych i, wydawałoby się, przyjaźnie nastawionych młodzieńców, którzy w imieniu sąsiadki proszą o pożyczenie jajek.
Z czasem okazuje się, że dobre maniery, białe rękawiczki i przyzwoity wygląd to pozory. Reżyser wraz z nieproszonymi gośćmi rozpoczynają z nami i gospodarzami domu inteligentną, ale przewrotną, okrutną i „zabawną” grę. "Zabawną" – bo młodzieńcy, jak i z pewnością niektórzy widzowie, czerpią wiele przyjemności i radości z uciesznych i wyszukanych monologów oprawców oraz psychicznych tortur jakimi raczą pojmaną rodzinę. Haneke nie szokuje spektakularnymi aktami cielesnego znęcania- takie na dłuższą metę przestają oddziaływać na widza. Najbardziej sugestywnie i przerażająco działa na nas metodyczne, niespieszne, z uśmiechem na ustach, wypełnianie kolejnych punktów planu bezsensownej, bez żadnego konkretnego powodu, nie licząc sadystycznej przyjemności, zagłady niczemu winnej rodziny.

Czy „Funny Games” wpisuje się swym przesłaniem w tak charakterystyczną dla Haneke wizję osamotnionego człowieka, postępujący u niego brak wrażliwości, do jakiego prowadzi poczucie wyalienowania wskutek niemożności nawiązania porozumienia między ludźmi? Myślę, że także. Sygnał tego mamy na samym wstępie.  Czołówka filmu, jak na jego tytuł przystało, zaczyna się też od zabawy. Małżeństwo, jadąc samochodem, puszcza sobie nawzajem taśmy z muzyką poważną i odgaduje kompozytorów oraz tytuły utworów. Po chwili włączają radio i ta muzyczna idylla zostaje zakłócona przez współczesne rytmy, bliskie tylko młodym ludziom, jakiegoś death metalu. Jak wiemy – muzyka, to jeden z najbardziej „widocznych” elementów dzielących pokolenia.
I dalej, to już mamy istny ocean samotności. Każdy z członków rodziny związany, sterroryzowany, upokorzony przez okrutników musi samotnie zmagać się ze wstydem, strachem, upodleniem i własną bezsilnością.
A gracze – zabawowicze, czyż to nie z poczucia beznadziei, własnej marności, maskowanego wyrafinowanym okrucieństwem i czarnym humorem, zdecydowali się na bezsensowny marsz śmierci po tej krainie szczęścia położonej nad jeziorem, do której nie mając wstępu, musieli się wkraść fortelem i zniszczyć to, czego nie dane było im doświadczyć?

Ale Haneke w "Funny Games", obnaża przede wszystkim zamiłowanie człowieka do oglądania okrucieństwa. Jest na to dowód w postaci kilku scen, których teraz nie będę analizować. Każdy kto film będzie oglądał lub już widział, doskonale zda sobie z tego sprawę. Zło, śmierć, zabijanie jest bardzo medialne, ludzie rzadko sięgają po pilota od telewizora, by go nie oglądać. Szkoda, że równie rzadko zdają sobie sprawę, iż za krwawymi obrazkami w telewizji, czy prasie, kryją się prawdziwe ludzkie dramaty, w których sami nie chcieliby uczestniczyć a na dodatek by robiono z nich publiczne widowisko. I tak mi się w tej chwili nasunęła sprawa W. Milewicza, reportera polskiej telewizji, zabitego w Iraku. Superekspres zamieścił zdjęcie jego ciała na pierwszej stronie. Środowisko dziennikarskie było oburzone, a przecież ono samo w jakiejś części z takich zdjęć żyje.
Świetny film. Właśnie w USA kręci się jego remake. Ale na pewno, żaden remake nie będzie taki jak pierwowzór, ot choćby ze względu, na świeżość koncepcji owej okrutnej, może dla niektórych zabawnej, gry, jaką autor filmu prowadzi nie tylko na ekranie, ale poza nim.

A aktorstwo, jak zwykle u Haneke - PIERWSZORZĘŠDNE. Główny ciężar wzieli na siebie - Arno Frisch jako jeden z młodzieńców o imieniu Paul, i Susanne Lothar, jako żona i matka oraz zmarły niedawno Ulrich Muche jako jej mąż, także w życiu prywatnym.  Mały Stefan Clapczyński jako syn, również spisał się znakomicie.  Brawa.

Zerwany

Debiut fabularny Jacka Filipiaka. Kilka lat temu sporo mówiło się o jego dokumencie pt. „Bidul”.
Historia z życia, opowiedziana reżyserowi przez współlokatora z internatu przy technikum rolniczym, do którego razem uczęszczali. Wcześniej Mateusz, bo tak ma na imię bohater filmu (gra go bardzo dobrze Krzysztof Ciupa) , mieszkał w domu dziecka, jakiś czas w rodzinie (pożal się Boże) zastępczej, później znowu w domu dziecka, aż w końcu – z powodu błahego, ale jednak przestępstwa, trafił do poprawczaka.
Film jest bardzo wyważony w emocjach. Brutalne sceny, których przecież nie mogło zabraknąć, łagodzone są od razu momentami lirycznymi wręcz – np. Mateusz w ciężkch chwilach "urywa się" do swojej przyjaciółki brzozy, albo spotkanie na dachu z chłopakiem śpiewającym po włosku.
Zerwany” ukazuje niełatwe życie nastolatków i młodych mężczyzn (rozpiętość wieku żyjących pod jednym dachem to też problem) w powyższych placówkach, ich brutalną, ponurą codzienność, ale jednocześnie nie pozbawia nas odczucia, że są to ludzie tacy jak my wszyscy, tylko zagubieni w twardej, nieprzyjaznej rzeczywistości, której często nie mogą sprostać, a próbą jej okiełznania jest przeważnie próba siłowa.

Smutna ocena, ale bez histerii, pracy wychowawców, którzy niestety, często swym osobistym przykładem, demoralizują zamiast wychowywać, czy resocjalizować - „Krótki” – Jan Frycz, czy wychowawczyni z domu dziecka, mająca dobre chęci, wobec swych podopiecznych, ale kompletnie pozbawiona pedagogiczno-psychologicznego przygotowania.

Na szczęście, jeśli ma się odrobinę inteligencji, wszystko można przetrwać, ale niestety, blizny zostają na całe życie. Mateusz uczy się dobrze, nie daje się zgnoić starszym kolegom, zachowuje się poprawnie – co procentuje zwolnieniem go z zakładu poprawczego. Może uczyć się w normalnej szkole, ale czy będzie możliwe, aby się w niej odnalazł, czy koledzy zaakceptują kogoś z bidula, albo poprawczaka? Czy on zaakceptuje siebie, czy będzie przekonany o swojej wartości, skoro przez kilkanaście lat wpajano mu, i sam się czuł, nikomu niepotrzebny?

"Stereotyp" – dla Mateusza, który marzy, by zostać „konentatorem” sportowym, to takie trudne słowo do wymówienia, wyuczenia i zrozumienia. W końcu udaje mu się. Ale czy ludziom z zewnątrz, których Mateusz spotka na swojej drodze, uda się pokonać ten «funkcjonujący w świadomości społecznej skrótowy, uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości odnoszący się do instytucji domu dziecka i jego wychowanków, często oparty na niepełnej lub fałszywej wiedzy o nim i o nich, utrwalony jednak przez tradycję i nie ulegający zmianom; »
I czy społeczeństwo kiedyś zrozumie, że to nie dzieci w domach dziecka są złe, ale dorośli, którzy zgotowali im taki los?

Bardzo dobry film, tym bardziej w obecnej dobie, kiedy coraz częściej podnoszą się głosy o domach dziecka jako zupełnie nietrafionej państwowej placówce opiekuńczo-wychowaczej.

Polecam. Także ze względu na aktorstwo, niektóre role są całkiem przyzwoicie wypełnione przez wychowanków z poprawczaka.

”Czas pijanych koni" - Bahman Ghobadi

Tym razem widzimy Iran znad granicy z Irakiem. Iran w kurdyjskiej odmianie, Iran górzysty, pokryty grubym śniegiem, Iran bardzo ludziom nieprzyjazny - zimny, ponury, bez zieleni. Nawet letnią porą jest tu smutno - gdzieniegdzie rachityczne drzewka; goła, często pokryta kamieniami ziemia. Trudno się tu ludziom żyje, nie tylko ze względu na warunki naturalne. To teren ciągłych zamieszek narodowościowych. Nawet jesli już się komus trafi jakieś mizerne poletko i tak nie moze go uprawiać ze względu na miny. Źródłem utrzymania jest tu więc najczęściej, jak to na terenach przygranicznych bywa, przemyt, w który zaangażowane są całe rodziny, z dziećmi włącznie.

Reżyser bohaterem swojego filmu uczynił rodzinę, a właściwie trójkę dzieci: Ayoub, Amaneh i Madi, które najbardziej aktywnie uczestniczą w zarabianiu na życie. Domem i młodszym rodzeństwem zajmuje się starsza siostra Karim. Matka bowiem od lat nie żyje, a ojciec ginie na minie. Sytuację tej rodziny, a właściwie dzieci, pogarsza fakt, ze najstarszy, 15-letni brat jest ułomny, choruje na chorobę, która hamuje wzrost kości. Twarz ma już dorosłą, a ciało małego dziecka. Choroba, jeśli nie będzie operacyjnie leczona zakończy się śmiercią. Życie tych dzieci wypełnia od świtu do nocy ciężka, niewdzięczna, często nieopłacana praca i ...wzajemna miłość, troska o siebie nawzajem.

Chory Madi nie jest nigdy sam. Ayoub i Ameneh zabierają go często ze sobą, mimo, że jest dla nich, obiektywnie mówiąc, ciężarem. Ale nic to, przytulają go, rozmawiają z nim, dbają by mu ciepło i bezpiecznie. A przecież to są nieduże jeszcze dzieci, które same wymagałyby jeszcze opieki od rodziców. Doprawdy imponujące są te obrazy więzi rodzinnych.
W końcu Ayoub, w obliczu wyroku lekarza, że albo operacja albo śmierć Madiego, podemuje desperacką decyzję o wyprawie na bazar do Iraku, w celu sprzedaży tam muła, by w ten sposób zdobyć pieniądze na uratowanie brata. Czy mu sie to uda, czy uda się dotrzec do Iraku, czy uda się transakcja, czy suma pieniedzy będzie wystarczająca, czy.... czy? Czy się tego dowiemy? Czy to jest w filmie najważniejsze? A może lepiej nie poznac prawdy? Może lepiej pozostać nam tylko z obrazem tego twardego, zahartowanego w codziennym trudnym życiu narodu i spróbować zrozumieć jego upór i wolę oderwania się od państw w których wegetują oraz chęć życia na własny rachunek? Czy po to Bahman Ghobadi zrobił ten film? Nie, to chyba zbyt daleko posunięta interpretacja.

Film jest bardzo realistyczny, pozbawiony w zasadzie muzyki. Slyszymy tylko odgłosy akcji - jakieś rozmowy, pokrzykiwania, płacz, jeden raz śmiech - niestety nie dzieci a doktora (scena zastrzyku w pupę Madiego), niekiedy daleko, w tle jakąś pieśn. Ale przede wszystkim towarzyszy nam świszczący wiatr. Wręcz czujemy to przeszywające zimno, jakie wędrującym po górach Kurdom on przynosi. Konie mają to szczęście, że ludzie, by dodać im wigoru, rozgrzać i znieczulić na ciężary, poją je alkoholem. Stąd tytuł filmu. Ludzi znieczula tylko i wyłącznie desperacja.
Zachwyca również gra dzieci, do tego stopnia, ze mamy wrażenie, ze one nie grają tylko są sobą. A może faktycznie są?

Film, mimo smutnych treści, obrazu beznadziejnego życia tego górskiego ludu znad granicy irańsko-irackiej, jednak mnie nie zdołował. Wręcz przeciwnie wyniosłam z niego dużo pogody. Dały mi ją te zapracowane od świtu do nocy dzieci, które w całym tym dorosłym zatraceniu się w ciężkiej i niebezpiecznej pracy, nie zapominają że są ludźmi, znajdują czas na ciepłe odruchy serca. Godnie odbierają ciosy losu, bywa też i tradycji, popłakując czasem cichutko, co nie znaczy że bezwiednie mu się poddają. Jest w tym filmie mimo wszystko jakaś nadzieja, a na pewno jest nią miłość i wzajemne oddanie, jakie panuje w tej rodzinie - bazie, która umacnia w walce o byt, jaka się tam dzień w dzień toczy.
Polecam film ciekawym co w innej niz nasza trawie piszczy, i także cierpliwym - nie ma tu zbyt rozwinietej akcji, film jak mowię jest bardzo realistyczny, niczym dokument z paru dni z życia irańskich Kurdów i ich dzieci.

Kolory raju czyli Majid Majidi też o miłości

To drugi film Majida Majidiego, po „Deszczu”, jaki miałam niekłamaną przyjemność oglądać. Może będę trochę w zbyt podniesionym nastroju pisząc o tym filmie, ale co ja poradzę, że w taki stan ducha on mnie wprowadził? Bo z filmami tego reżysera tak już chyba jest, że albo od razu zniechęcają, albo zachwycają swoją urodą – obrazu, dźwięku, a przede wszystkim poetyckością, subtelnością przekazu o najprostszych ale i najważniejszych wartościach życia.

 „Kolory raju” również opowiadają o miłości, ale tym razem w sercu małego niewidomego chłopca, jaką żywi do całego świata i ludzi, a przede wszystkim swojej rodziny i rodzinnej wioski. Malec nie widzi, ale całym sobą, wszystkimi pozostałymi zmysłami – węchem, dotykiem, słuchem chłonie piękno otaczającego świata. W przeciwieństwie do „Deszczu” – ten świat, irańskie wiejskie, górskie pejzaże to istny raj – bajecznie kolorowy, świetlisty, ciepły, rozbuchany zapachami, odgłosami przyrody – śpiewem ptaków, szumem traw, zbóż, drzew, rzeki, a także pracujących wokół ludzi. I szczerze żałujemy, że mały Mohammed nie może z nami dzielić tych wspaniałych wrażeń wzrokowych. Ale chłopak ma za to nad nami inną przewagę – jego wrażliwość w połączeniu z nadzwyczajnym słuchem sprawia, że rozumie mowę ptaków.

Film ma zdecydowanie wyraźną ścieżką dźwiękową, dzięki temu odbieramy otoczenie na sposób małego bohatera opowieści. Początkowo Mohammed jest szczęśliwy – nareszcie ma to, czego tak bardzo brakowało mu w mieście. Ale z czasem, w sercu chłopca zaczyna gościć smutek, bo tak bardzo kochając świat i ludzi sam czuje się przez nich, a nawet Boga, niekochany, odrzucony, niepotrzebny z powodu swego kalectwa.

Szczególnie brakuje mu miłości ojca, który jest biednym, złamanym przez życie wieśniakiem, wdowcem, pragnącym poślubić kolejną kobietę i bojącym się, że niewidomy syn będzie ku temu przeszkodą. Przed rodziną narzeczonej nie przyznaje się do ułomnego potomka i postanawia pozbyć się go z domu. Wysyła go parę wiosek dalej do stolarza na naukę fachu. Czy to będzie na pewno trafna decyzja? Przecież nie jest tak, że ojciec nie kocha swego dziecka. Czy strach przed samotnością i starością może być tak wielki?  Czy warto się go pozbyć, wypierając się syna i miłości do niego? Przecież relacje rodzice-dzieci to podstawa, gdy są zaburzone, życie nie może być pełnowartościowe. Czy ojciec to zrozumie, czy dojrzeje by przewartościować swoje cele i czy obędzie się bez bólu, bez kary za krzywdę jaką uczynił dziecku i całej rodzinie? Głównie babci chłopca, a swej matce, która wnuka uwielbiała?

Na początku oglądamy więc raj, albo prawie raj, czy zobaczymy także piekło?

sobota, 26 stycznia 2008

Deszcz / Baran czyli Majid Majidi o miłości

Jeden z piękniejszych filmów o miłości i oddaniu.  A  jego początek wcale tego nie wróży. Widzimy bowiem jakąś zapyziałą, niechlujną budowę jednego z bloków osiedla mieszkaniowego w Teheranie. Pełno tu biednych robotnikow – uchodźców afgańskich, znajdujących w Iranie schronienie przed terrorem talibów, którzy doszli do władzy po napadzie i wyniszczeniu kraju przez wojska radzieckie w roku 1979.
Afgańczykami - budowlańcami zarządza niejaki Memar, Irańczyk. Jego pomocnikiem jest młody chłopak – Kurd o imieniu Lateef. Oczywiście wszyscy Afgańczycy pracują na czarno, gdy więc przyjeżdża inspekcja plac budowy nagle cudownie pustoszeje i okazuje się, że blok buduje zaledwie paru Irańczyków.

Jednak, nie zawsze jest tak cudownie. Pewnego dnia jeden z uchodźców spada, łamie sobie nogę. Do pracy w swoim zastępstwie przysyła syna, który bardzo działa na nerwy Lateefowi. „Wygryza” go bowiem z fuchy kucharza i zaopatrzeniowca w żywność dla robotników. Młody Afgańczyk świetnie spisuje się w swojej roli. Lateef nie cierpi go, z każdym dniem coraz bardziej. Śledzi, czyhając na każdą okazję, by zrobić mu jakąś złośliwość. Jest jak młody kogut, szukający na każdym kroku zaczepki, także z dorosłymi robotnikami. Jakież jest jego zdumienie, gdy pewnego razu znienawidzony chłopak, którego nadal bez przerwy podgląda, rozczesuje długie włosy, upina je w koczek i przykrywa szczelnie czapką i szalikiem. Afgańczyk okazuje się Afganką. Uczucia Lateefa obracają się o 180 st. Niechęć zamienia się w wielką, delikatną miłość, przepełnioną bezgranicznym oddaniem, opiekuńczością i chęcią pomocy dziewczynie, której imienia nawet nie zna. Nie może się do niej zbliżyć, bo nie może jej zdradzić – dziewczyna na budowie, w otoczeniu mężczyzn – hańba. Ale mimo to, zawsze jest na miejscu, gdy grozi jej jakakolwiek przykrość.

Zaznaczam, że tylko widz i Lateef znają tajemnicę Baran – bo takie jest imię młodej Afganki. Dla wszystkich pozostałych herbatę i posiłki nadal przygotowuje chłopak. A więc odkąd Lateef już wie, że ten cichy, skromny, słaby fizycznie chłopak jest urodziwą dziewczyną, czuje wstyd i zaczyna dbać o swoje zachowanie i swój wygląd. Do pracy ubiera elegancką czerwoną koszulę i na kazdym kroku stara się być pomocny Baran, uważając, by prawda o jej przebraniu nie wyszła na jaw.

Niestety, ktoregoś dnia inspektorzy budowlani zaskakują Baran na budowie. Ratuje się ona ucieczką. Oczywiście Lateef to zauważa i spieszy jej na pomoc. Baran udaje się uciec, ale wiadomo, że jej powrót na budowę jest już niemożliwy. A Lateef trafia do aresztu. Kontakt miedzy nimi się urywa. Od tego momentu, po wyjściu chłopaka z więzienia, jesteśmy świadkami jego wędrówki w poszukiwaniu śladów dziewczyny.

Na tym skończę zarys fabuły. Różnie będą się toczyły poszukiwania Lateefa. Raz będzie się oddalał od niej, raz przybliżał. Będzie zdobywał o niej informacje, będzie jej pomagał z różnym skutkiem, ale zawsze anonimowo. Baran nie dowie się, jak bardzo Lateef się o nią martwi i troszczy. Nieważne, że czasem zostanie wykorzystany przez ludzi, do których jego pomoc nie była skierowana. Wszystkie przeciwności losu znosi spokojnie i godnie. Jest zatopiony w miłości, z niej czerpie wielką siłę i spokój.

W filmie nie ma ani grama erotyzmu. Zero fizycznego pożądania. Lateef nawet nie muśnie szaty dziewczyny. Jedynym kontaktem z nią, jest jej spinka z pojednyczym włosem, jaką chłopak znajduje na budowie, w miejscu, gdzie Baran karmiła gołębie. A uwieńczeniem jego uczucia będzie ich wzajemne spojrzenie zakończone opuszczeniem części burki na twarz Afganki, zgodnie z obyczajem – obcy mężczyzna nie ma prawa patrzeć w oczy obcej kobiecie.

Ten film roztkliwia, jak wiersz pisany przez zakochanego po raz pierwszy w życiu młodego mężczyznę. Opowiada o łagodności i wyciszeniu jakie zaczyna się rodzić pod wpływem miłości w jego sercu, o wielkiej potrzebie czynienia dobra, o rodzeniu się umiejętności wybaczania ludzkim ułomnościom, o potrzebie mówienia prawdy (scena łapania „stopa” na kule inwalidzkie), o pokorze z jaką trzeba znosić przeciwności losu – jednym słowem –jesteśmy świadkami jak miłość uszlachetnia młodego człowieka. I nawet jeśli się kiedyś z takich czy innych powodów skończy, a krople deszczu zmyją jej ostatnie wspomnienie – można mieć nadzieję, że i tak pozostawi w sercu swój ślad, człowiek będzie już lepszy.

Wyrazy podziwu dla reżysera i scenarzysty Majida Majidiego („Kolory raju”, "Ojciec") oraz dla aktora, który wcielił się w rolę Lateefa – Hosseina Abediniego (ciut, ciut przypominał Gaela Garcię Bernala).  Jego film to mistrzostwo w zobrazowaniu jak rodzi się miłość i czym ona jest. Tym bardziej, że tak mało słów padło w tym filmie. Osadza się on przede wszystkim na spojrzeniu, geście, zbliżeniu twarzy, przedmiotów, surowych, kontrastujących z tym goracym uczuciem, zdjęciach – zimna szara budowa, później zimna, rwąca rzeka, kamienne domki, surowe krajobrazy – na ich tle zakochana twarz Lateefa.
Sztuką nie lada jest pokazać wiarygodnie miłość bez najmniejszego choćby zbliżenia fizycznego, oddać najczystsze pierwsze uczucia, które towarzyszą jej narodzinom.

Głosy niewinności - Innocent Voices

Film Luisa Manodki’ego porusza bardzo bolesny i niestety ciągle aktulany temat – wykorzystywania dzieci przez dorosłych do prowadzenia swoich wojen. Reżyser bardzo taktownie, aczkolwiek dobitnie porusza się w tej materii. Nie epatuje nadmiernie przemocą. Tzn. ona jest. W końcu to film o wojnie. Ale bez nurzania się w wizualnych efektach – bez krwi, bez rozrywanych części ciała itp. (np. zobaczcie jak rozwiązana jest scena rozstrzeliwania małych świeżoupieczonych partyzantów).

Od razu, na początku filmu, za pomocą napisów, zostajemy skrótowo poinformowani, o jaką wojnę w Salvadorze chodzi (1980 rok) i które z mocarstw macza w niej palce (szkolenie, pomoc zbrojna). Chyba nie trudno się domyslić? I nic nie poradzę, że w tej kwestii (rozniecania czy podniecania wojen domowych w różnych atrakcyjnych z jakichś powodów zakątkach globu) – owo mocarstwo urasta już do rangi stereotypu – samo sobie na to zapracowało. I na tym koniec. Nie zostajemy już więcej wprowadzani w żadne polityczne tajniki. Bo i po co? Dzieciom, a to z ich perspektywy oglądamy okrutną rzeczywistość, i tak wszystko jedno, kto z kim walczy, nie rozumieją jeszcze polityki, ale niestety, polityka – czy tego chcą czy nie – kradnie i niszczy im dzieciństwo, czasem całe życie.

„Głosy niewinności” to świetny film, budzący prawdziwy, żywy protest przeciwko tak niehumanitarnym praktykom, jak wcielanie małych chłopców w szeregi armii, wywołujący nienawiść do mężczyzn, którzy kaleczą ich psychiczne, bez skrupułów zabierają synów matkom, często nawet bez możliwości pożegnania się, wychowują ich na przyszłych, równych sobie twardych i bez sumienia żołnierzy. Doprawdy trudno pojąć takie moralne bestialstwo.

Ale jednocześnie – to film bardzo ciepły, nie pozbawiony humorystycznych momentów, jasny i pogodny – bo jednak, gdzieś tam, między jedną strzelaniną a drugą, między kolejnym polowaniem dorosłych, uzbrojonych po zęby facetów na chłopców w krótkich spodenkach a atakiem na bezbronnego duchownego czy idące po ulicy dziewczyny – jest miejsce na pierwszą szkolną miłość, na chłopięce zabawy w szofera, na przyjęcie urodzinowe, na zajadanie się pysznymi owocami mango prosto z drzewa czy na gonitwy chłopaków po blaszanych dachach pokrywających ich nędzne rodzinne domki z dykty.
Rozpacz i strach co rusz miesza się z pierwszymi miłosnymi uniesieniami, świst kul koło ucha czasem zastępuje piękna partyzancka pieśń, widok rozjuszonych mężczyzn w mundurach łagodzi po chwili kojąca perspektywa leniwie płynącej rzeki między pełnymi zieleni brzegami. A konary starego, dostojnego mangowca dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa jakiego zabrakło im ze strony ojców, którzy albo już zginęli, albo jeszcze walczą, albo uciekli do Stanów.

Trzeba by jeszcze podkreślić aktorstwo, szczególnie małego Carlosa Padilla. Ten uroczy chłopiec bardzo dojrzale zbudował postać swego rówieśnika, zagubionego między naturalnym chłopięcym, a męskim światem, do którego zbyt wcześnie przywołuje go rzeczywistość.
Jego matkę, gra piękna Chilijka Leonor Varela (kiedyś serialowa Cleopatra), tu o trochę przygaszonej ubóstwem i wojną urodzie, ale mimo wszystko, uszlachetnia ona oraz jej filmowa postać, film.
W rolę księdza wcielil się Hiszpan Daniel G. Cacho, który u Almodovara w „Złym wychowaniu” zagrał księdza Manolo. Nieduża rola – ale bardzo znamienna, nawet przełomowa dla fabuły. Poza tym same nieznane nazwiska. Należą się ukłony za trafny casting.
Spotkałam się z zarzutami, że zakończenie filmu takie nieco amerykańskie, dosłownie i w przenośni. Może i tak, ale przyznam szczerze, że tym razem odetchnęłam z ulgą, że takie właśnie jest.  Zresztą - dzięki takiemu zakończeniu mamy tę opowieść z życia jednego z wielu salvadorskich chłopców, którzy mieli nieszczęście urodzić się na 11 lat przed wojną domową w swoim kraju.

Pytając o miłość - Ask the Dust

Hm, mam co do tego filmu, jak to się ładnie mówi, ambiwalentne odczucia. Owszem, podobał mi się, nie żeby do szaleństwa, ale miło się na to patrzyło. Jest to bardzo spokojna opowieść z lat 30-tych dziejąca się w Los Angeles. Czas kryzysu, ale jednocześnie wielkich pragnień i nadziei, na lepsze życie. Opowieść ma wątki autobiograficzne, snuje ją bowiem pisarz Arturo Bandini czyli alter-ego autora powieści, Johna Fante, pod tym samym tytułem, wg ktorej reżyser filmu, Robert Towne, napisał scenariusz.

Tytuł dzieła wskazuje, że jest to romans. I owszem, jest, ale nie tylko. To także historia ludzi, którzy będąc imigrantami na amerykańskiej ziemi nie czuli się tam od początku dobrze. Arturo Bandini – jest z pochodzenia Włochem i od najmłodszych lat oczuwał na własnej skórze, że nie wszystkim się to podobało. Camilla znajduje się w jeszcze gorszej sytuacji – jest Meksykanką.
Oboje przyjechali do LA w konkretnym celu. Arturo chce w sepcyficznej atmosferze tego miasta poszukać natchnienia do pisania książek, a może i znaleźć miłość. Camilla – nie owija w bawełnę, że chodzi o jej zmianę nazwiska na brzmiące bardziej z angielska i polepszenie sobie dzięki temu swej sytuacji. Oboje są poranieni niesprawiedliwością społeczną, nietolerancją, poczuciem niższej wartości. I oboje, mimo, że od pierwszego wejrzenia przypadli sobie do gustu, ranią się nawzajem, tak jakby nie mogli żyć bez poniżania siebie i innych. I tak się toczy ten romans, na przemian, raz rozkosz raz ból. I wszystko byłoby fajnie, tylko, że jakoś trochę w ospałym rytmie (stąd ta moja mała ambiwalencja). Może dlatego, że Arturo nie czuje się zbyt pewnie jako zdobywca damskich serc, jest niedoświadczony i nieśmiały w tej materii.
Ale może tak ma być, niespieszno, by odwrócić naszą uwagę od romansu i skierowac ją na tło społeczne.

Film mogę z czystym sumieniem polecić cierpliwym, którzy lubują się w filmie z brakiem akcji oraz adoratorom Salmy Hayek – wygląda tu naprawdę ponętnie, nawet jako biedna kelnerka na przedmieściach Los Angeles. No i wielbcielki (są tu takie?) Colina Farrella będą zadowolone. Jeśli kogoś onegdaj zauroczył w „Aniołach z Ameryki” Justin Kirk będzie miał okazję przypomnieć go sobie. Ma tu niedużą rólkę, również początkującego pisarza, ale z angielskim nazwiskiem, które tak bardzo podoba się Camilli. Kirk nie czaruje już tak jak u Nicholsa, ale zawsze miło spotkac kogoś, kto dostarczył nam kiedyś pozytywnych wrażeń.

Ja prawdę mówiąc, „Pytając o miłość” zobaczyłam dla Farrella. Muszę przyznać, że pieknie wpisał się w rolę zakompleksionegoWłocha, którego Camilla bierze początkowo za Meksykanina, swego rodaka. W ogóle, wydaje mi się, ze film zyskuje głównie dzięki aktorom. Duet Farrell i Hayek nie tylko pięknie wygląda, ale także dobrze gra. Mniej doświadczeni aktorzy, na pewno nie udźwignęli by tego zadania, by pokazać nie tylko skomplikowaną miłość, ale także dołującą atmosferę lat 30-tych w LA. Dołącza do nich Donald Sutherland, wcielajacy się w upadłego pisarza alkoholika (znowu pisarz – widać LA był Mekką nie tylko dla marzących o karierze aktorskiej). Ma on dosłownie może ze 2-3 krótkie wejścia na plan, ale to wystarczy by odezwał się w nim dawny mistrz.

Film z pewnoscią nie zalicza się do kasowych i efektownych, ale ma w sobie to „coś”, co zatrzymuje przed ekranem i chyba go się zapamięta, choćby w urywkach.

Zresztą, tak jak gdzieś wyczytałam (chyba Stopklatka,  powieść zwróciła uwagę Charlesa Bukowskiego, to dzięki niemu zdobyła popularność, może zacytuję:

Dzieło Johna Fante nie było wydawane przez dziesiątki lat, aż do momentu, gdy Charles Bukowski znalazł "Ask the Dust" na półkach biblioteki publicznej w Los Angeles. W 1980 roku Bukowski zażądał od swego wydawcy, Black Sparrow Press, wznowienia publikacji powieści Johna Fante, uzależniając od tego własną, dalszą współpracę z wydawnictwem. Napisał również przedmowę, która doprowadziła do ponownego odkrycia i docenienia dorobku pisarza:
„Musimy wracać do przedrewolucyjnych pisarzy rosyjskich, by odnaleźć jakieś ryzyko, jakąś pasję.. a tutaj oto mamy człowieka, który nie boi się uczuć. Czytając, zatrzymałem się na chwilę. Byłem jak człowiek, który znalazł złoto na miejskim śmietniku. Odłożyłem książkę na stolik… To była historia o szczęściu i przeznaczeniu, o rzadkiej, naturalnej odwadze, napisana prosto z serca” – napisał Bukowski w 1980 roku."


Coś w tym jest, bo czego jak czego, ale szczerości, nie oszczędzającej samego siebie, autorowi "Ask the Dust" na pewno nie brakuje.