środa, 24 maja 2006

Moja droga Wendy

To miała być podobno jedna z części trylogii amerykańskiej Larsa Von Triera. Napisał on do tego filmu scenariusz, ale za kamerę zaprosił Thomasa Vinterberga ("Festen" czy "Wszystko dla miłości" z J. Phoenixem). W roli głównej Jamie Bell, znowu, jako syn górnika, tym razem w małej amerykańskiej mieścinie. I podobnie jak Billy Elliot, nie ma zamiaru iść w ślady ojca. Ale, niestety nie z powodów zamiłowań artystycznych, tylko dlatego,że "bo nie!".
Dick nie ma matki, namiastkę jej uczuć czy opieki i troski daje mu czarna niania Clarabell - osoba, która zawsze w niego wierzy i powtarza, że przyjdzie dzień, kiedy zrobi on coś dla świata. Ta kobieta, wbrew pozorom, miała duży wpływ na życie chłopca.

Dick nie zalicza sam siebie do osób, którym powiodło się w życiu. Jest nieśmiały, czuje sie niepewnie i samotnie. Pewnego razu zostaje właścicielem niedużego pistoletu i oto zaczyna się opowieść o miłości do Wendy - tak pieszczotliwie nazywa, i tak też traktuje, obiekt swej namiętności.
Miłość, jak to miłość - sprawia, że chłopak nabiera pewności siebie, zaczyna czuć swoją wartość, a także wielki przypływ sił i postanawia pomóc innym. Zaraża fascynacją bronią palną rówieśników, podobnie jak on wyalienowanych z życia. Zaczynają oni stanowić jedność, bractwo, mające swoje tajemne miejsce spotkań, swoje sekrety, rytuały, obrzędy, znaki, zaklęcia - jak np. to, że nigdy nie będą strzelać poza swoją kryjówką. Każdy z nich, bowiem, zdobywa jakiś pistolet. Ćwiczą celność strzału, studiują rodzaje ran postrzałowch itd. Jednym słowem zabawa całą gębą. Uważają się przy tym za pacyfistów, a broń ma ich tylko w tym utwierdzać.
Ale niebawem przekonają sie, że broń to nie jest zabawka, a zabawy bronią nie kończą się dobrze. No i raczej trudno być pacyfistą, gdy ma się gnata pod ręką.

"Moja droga Wendy" to taka swoista artystyczna odpowiedź na "Zabawy z bronią" Michaela Moore'a. Oczywiście, to moja interpretacja, bo nie przypuszczam, żeby taki zamiar mieli twórcy filmu. W stonowany, spokojny sposób, bez nadmiernego dydaktyzmu, w formie niewinnego wręcz z początku filmu przygodowego dla młodzieży, pokazuje i ostrzega czym jest broń, jaka z niej "femme fatale", jak potrafi rozkochać w sobie, sprawić, że mężczyzna poczuje się silny, bezpieczny i taki...męski, stopniowo się od niej uzależnia, nie może bez niej żyć i nawet jeśli czuje, że źle przez nią skończy - nie może się uwolnić.

czwartek, 27 kwietnia 2006

Kawa i papierosy

Cudowne, ożywcze kino. Lekkie jak piórko, ale wiadomo, że to co lekkim się wydaje, rodzi sie bólach i pocie. Podobno Jarmusch "Kawę i papierosy" pił i palił przez prawie 17 lat, żeby w końcu zaprosić nas na spotkanie przy "Kawie i papierosach". Jestem tak tym filmem zachwycona, jak również "Nocą na Ziemi", że ośmielę sie nieśmiało porównać Jarmuscha, autora mistrzowskich opowiadań filmowych do Antoniego Czechowa - arcymistrza krótkiej formy w literaturze. Pewnie to trochę na wyrost, z krzywdą dla Antoniego, ale tak mi się to towarzystwo jakoś nasunęło.

Podoba mi się, że reżyser ma pomysły. W "Nocy na ziemi" wymyślił, abyśmy przejechali się o tej samej porze z nocnymi taksówkarzami i ich pasażerami w różnych miastach świata. A w "Kawie i papierosach" podsłuchujemy z kolei, w okolicach pory lunchu, krótkie dialogi, przeważnie dwuosobowe, przy kawie ( rzadko herbacie) i papierosie w przeróżnych lokalach/kawiarniach Ameryki.
Dialogi nie są krótkie z tej przyczyny, że Jim Jarmusch postanowił w czasie tylu a tylu minut zmieścić tyle a tyle nowelek filmowych. Nie, ludzie po prostu nie mają sobie wiele do powiedzenia. Czasem do tych rozmów wtrącają się osoby trzecie. I wtedy bywa dość zabawnie (Steve Buscemi czy Bill Murray), albo i poważnie - jak np. w miniaturze "Kuzynki" (świetna podwójna rola Cate Blanchett).

Wspaniałą, zabawną niespodzianką jest udział w filmie znanych ludzi - muzycy, aktorzy także - którzy grają pod swoimi imionami nazwiskami, jakby samych siebie w wyimaginowanych sytuacjach. I tak mamy tu m.in. duet Jack White i Meg White (zespół White Stripes), Iggy Pop i Tom Waits czy Alfred Molina i Steve Coogan. Nawiasem mówiąc, to właśnie z nimi filmiki najbardziej polubiłam ("Jack pokazuje Meg cewkę Tesli", "Gdzieś w Kalifornii" i "Kuzyni").
Ale tak w gruncie rzeczy, to wszystkie są świetne, bardzo trudno jest wyróżnić najlepszy. Historie są dowcipne, zabawne, ale zabarwione goryczą,która pozostawia w nas jakiś smutny osad.I jakże są prawdziwe. Ileż to razy spotykamy sie z ludźmi, np. "na kawie", pełni nadziei, że będzie to extra wydarzenie, że nagadamy sie za wszystkie czasy, albo i pomilczymy nieuciążliwie w przyjażni, co jest chyba najtrudniejsze - być ze sobą i nerwowo nie trajkotać. A tu znowu okazuje się, że nić porozumienia i zrozumienia między ludźmi jest bardzo trudno zawiązać. Ot, choćby z tego, miedzy innymi powodu, że gdy jesteśmy młodzi, każdy żyje swoimi sprawami, skupiony jest na swojej osobie, swoich dążeniach. Gdy jesteśmy już starsi, mamy czas i chętnie posłuchalibyśmy już co ma do powiedzenia o świecie i sobie ten drugi, ale cóż - starość nie radość, bywa że zasypiamy znużeni podczas rozmowy - kapitalna ostatnia miniatura zamykająca całość!
Zwykle nasze pospieszne, albo obowiązkowe spotkania kończą się z ulgą i bywa smutkiem, że znowu udało sie tylko wypić zdrowie, stukając sie filiżanką lub plastikowym kubkiem z kawą, przypalając kolejnego papierosa, który świetnie pomaga przykryć nerwowość i powierzchowność kontaktów między ludźmi, nawet sobie bliskimi, czy to z powodu więzi rodzinnych czy zawodowych.

Ale oczywiście, nie tylko o to chodzi w piciu kawy i paleniu papierosow, a o co, to juz każdy, który UŻYWA, wie sam...
Ja w nałóg papierosowy pogrążam się coraz bardziej wmawiajac sobie, że pozwala mi jaśniej myśleć, uspokoić się, wyciszyć, stłumić głód, zwieńczyć posiłek i tak jak w filmie - nawiązać rozmowę, przybliżyć kontakt, zająć ręce - to takie totalne chodzenie na łatwiznę, przyznaję. Moja wina, moja wina, moja wielka wina. Kary - mam nadzieję, nie dostąpię.

piątek, 31 marca 2006

Przystań

1/ Przystań rybacka, żeglarska, promowa.
2/ Przystań życiowa (przenośnie)
3/ Tryb rozkazujacy, druga osoba liczby pojedynczej, czasownika "przystawać - zatrzymywać się na chwile".
Dokładnie te trzy znaczenia niesie w sobie film J. Hryniaka, jego debiut fabularny, z roku 1997. Niedawno widziałam drugi film, w kolejności tworzenia, tego reżysera - "Trzeci", który zachęcił mnie by przyjrzeć sie "Przystani".

Przystań jako miejsce, odnosi się bezpośrednio do akcji filmu. Karolina (Maja Ostaszewska), główna bohaterka, mieszka w małym miasteczku, niedaleko jeziora, które jest ulubionym miejscem jej wycieczek rowerowych. Tam może wyciszyć się po pracy (ma etat świetliczanki w szkole podstawowej), tam może spokojnie pomyśleć i pomarzyć, zapewne o miłości i ciekawym życiu. Marzenia bardzo zwyczajne, typowe dla każdej młodej dziewczyny. Jak trudno je zrealizować, przekona się już niebawem.
Pewnego dnia spotyka, w bardzo ciekawy, romantyczny sposób - co jeszcze bardziej pobudza jej pragnienia - przystojnego Jana (Rafał Królikowski). Czyżby to był ten, z którym będzie mogła zawinąć do życiowej przystani? Wydaje się, że tak, że oboje są o tym przekonani. Choć znają się tak krótko. Jeden czy dwa dni po wspólnym wieczorze w kinie, Jan wyjeżdża z miasteczka. Jakiś kurs szkoleniowy, na którym tu był, właśnie się kończy. Prosi Karolinę o numer telefonu. Marzenia rozkwitają. Tym bardziej, że już nazajutrz Jan dzwoni i zaprasza dziewczynę do siebie, do Warszawy. Obiecuje nawet znaleźc jej pracę w stolicy. Czyż mogło ja spotkać wieksze szczęście? Żeby zrobić na Janie wieksze wrażenie, postanawia nawet zmienić fryzurę.
Jedzie, jedzie pełna obaw, ale i nadziei. Może Jan ją pokocha, tak jak ona czuje, że mogłaby pokochać jego. Tylko dlaczego na miejsce spotkanie wybrał akurat ekskluzywny (jak na Warszawę) hotel? Ale, pojawia się mały problem - nauczycielka w pociągu spotyka swojego ulubionego podopiecznego ze świetlicy, Szymka (Tomasz Popławski).

Szymek jest jednym z bohaterów drugiego motywu filmu - przyjaźni. Karolina ma bliską koleżankę Jolę, z którą dzieli wynajmowany pokój. Jola to typowa prowincjonalna gwiazdeczka, która rozpaczliwie poszukuje miłości, i nie jest w tych poszukiwaniach tak wybredna jak Karolina.
Ale Karolina tak naprawdę głebokim uczuciem przyjaźni darzy dwóch mężczyzn z miasteczka - dyrektora szkoły (Jan Machulski) w wieku przedemerytalnym i właśnie Szymka w "mężczyznę" wieku szkolnym. To właśnie jego spotyka, ku swemu utrapieniu, w pociągu. Jednak opiekuje sie chłopcem, mimo, że jedzie na randkę swego życia.

No i na tym by trzeba skończyć opowieść o fabule, która z biegiem czasu, staje się coraz bardziej interesująca i zaskakująca. Czy spełni się sen Karoliny o zawinięciu do przystani? To zdanie pytające to nie jest moja "górnolotna" figura stylistyczna - Karolinę bowiem często nawiedza dosyć męczący sen o przejażdżce łodką po jeziorze i niemocy dobicia do starej przystani właśnie. Znamy takie sny, takie niby nic, gdzieś chcemy dotrzeć, dojechać, a nie możemy...jak to strasznie męczy. Na pocieszenie, te sekwencje ze snem są pieknie sfilmowane, tak trochę w kolorze sepii, w stylu starych zdjęc z albumu babuni. Bo i stroje pań na łódce są też sprzed lat.
No więc, czy sen o znalezieniu przystani zakończy sie w końcu pomyślnie? Jeśli tak, to gdzie ona się znajdzie?
Czy Karolina już będzie musiała posłuchać rady swego dyrektora, jej opiekuna duchowego, który tuż przed śmiercią powiedział: " Zmieniaj zycie, ale jeśli zauważysz, że życie zaczyna zmieniać Ciebie - PRZYSTAŃ".




Muszę jeszcze koniecznie odnotować świetną, małą, ale jakże znaczącą, także dla bohaterki filmu, rolę Marka Perepeczko. Gra tu miejskiego lumpa, cynicznego, acz sprawiającego wrażenie sympatycznego, wydrwigrosza. Przelatuje przez ekran jak meteor, udowadniając, że naprawdę zmarnowano jego talent w Polsce. No i Kora nam miga uśmiechając się do Karoliny przed warszawskim hotelem, ogolona niczym Sinead O'Connor. Takie fajny miły wtręt.

Dużym atutem tego ciekawego, moim zdaniem, filmu jest jego kolorystyka - barwy są dość intensywne, wysycone, a światło często takie jak przed zachodem słońca w pogodny jesienny dzień. Zresztą - z jesienią kojarzy się także nastrój nostalgii, melancholi, tęsknoty jaki unosi się w oczekiwaniu kolejnego lata (kolejnych nadziei), po tym które się przed chwilą skończyło.

środa, 29 marca 2006

T. Capote + P.S. Hoffman = Oskar

Wielkie brawa dla P.S.Hoffmana za postać Trumana Capote'a! Mam nadzieję, że ten piękny sukces, ta spełniona modlitwa "daj mi Boże Oskara", którą zapewne niejeden aktor odmawia w cichości ducha, nie będzie powodem dla niego do powtórzenia słów Capote'a zamykających z goryczą film:
"Więcej jest łez uronionych z powodu spełnionych modlitw, niż z niespełnionych". /z nieukończonej powieści "Answered Prayers"/

Nie, nie - jestem pewna, że tak się nie stanie. A jeśli pojawią się kiedyś łzy u Hoffmana, to tylko radości. Ten aktor, do tej pory przeważnie drugoplanowy, udowodnił światu, a nieprzekonanych do niego upewnił w swym błędzie, że jest znakomity, że potrafi zagrać najbardziej skryte i skomplikowane uczucia ludzkie.
Bo taki nam się jawi Jego Capote - pokręcony (mówiąc kolokwialnie) i nieodgadniony.

Poznajemy go, gdy jak to zwykle, bryluje, albo raczej błaznuje, na przyjęciu, wygłasza różne mniej lub bardziej ważne kwestie tyczące literatury, bądź pracy twórczej pisarza. Obwieszcza rozbawionemu towarzystwu, które nie wiadomo czy bardziej podśmiechuje się z jego poglądów czy sposobu bycia, że on - Truman Capote, jest zawsze uczciwy, bo wiadomo jaki procent jego własnych doświadczeń jest w książkach, które pisze. Ale - na obecnym etapie jego życia, a więc w wieku ok. 39 lat (czyli tyle ile ma Hoffman), jego biografia, jak mówi, staje się nudna. Czuje się wypalony?

Zaczyna więc szukać tematów z życia innych ludzi. Trafia w gazecie na wiadomość o morderstwie: 4-osobowa rodzinie ginie we własnym domu. To może być inspirujące. Postanawia jechać na miejsce zbrodni. Zabiera ze sobą swoją przyjaciółkę Harper Lee - również pisarkę, autorkę wchodzącego na rynek "Zabić drozda' - jedyną osobę z którą do końca i do bólu bywa szczery.

I tak oto rozpoczyna się jego przygoda ze złem, a także podróż w głąb samego siebie. Oficjalnie, spotkania z więźniem Perry Smithem - jednym z morderców, tym bardziej inteligentnym, co niestety nie znaczy lepszym jako człowiek - nazywa tylko "pracą". Broni albo boi przyznać się do ewentualnej przyjaźni, fascynacji, także obserwacji samego siebie, w spotkaniu ze złem. Okazuje się bowiem, że Perry jest mu bardzo bliski, prawie jak brat. Capote mówi: "czuję, jakbysmy wychowali sie w tym samym domu, tylko ja wyszedłem z niego drzwiami frontowymi, a Perry tylnymi". Zrozumiał, że przy mniej sprzyjających warunkach, na skutek takiego a nie innego pochodzenia czy wychowania, mógłby siedzieć obok jego celi. Ale nie siedzi, i czy to znaczy, że jest od niego lepszy?

Najdziwniejsze jest to, że Capote od początku do końca pozostaje dla nas postacią nieodgadnioną. Gdy już, już wydaje nam się, że jednak pokochał Perry'ego, może jak brata, a może jak mężczyzna mężczyznę, nagle dzieje się coś, co uświadamia nam, że nie - on faktycznie tylko pracuje nad swoją nową książką, a jego jedyną miłością jest myśl, że oto stanie się prekursorem nowego gatunku literackiego - powieści dokumentalnej, która zapoczątkuje rozwój tzw. "literatury faktu".
I znowu, za chwilę, gdy jesteśmy już przekonani prawie na 100% - jaki to z niego zimny i nieczuły drań, widzimy go płaczącego przy rozstaniu z mordercami, tuż przed egzekucją. Ale czy to są prawdziwe, szczere łzy, sami już nie wiemy... Zresztą chyba i on, Truman Capote, czuje się zagubiony w swoich uczuciach - gdy po wykonaniu wyroku na mordercach rozmawia z przyjaciółką, skarżąc się, że naprawdę nie mógł nic zrobic, żeby ich uratować - ona przypomina mu: "A czy naprawdę tego chciałeś?"?

Doprawdy Capote bywa czasem przerażajacy, wydaje się, że nie ma w nim żadnych ciepłych odruchów. Jest tylko zimna krew w dążeniu do celu, i czasem namiastka, przebłysk uczucia, do którego chciałby być zdolny, a może by nawet mógł być, gdyby sam takiego uczucia doświadczył, gdy tego najbardziej potrzebował i od osoby, która chciał kochać, czyli od matki.

Tym bardziej, na tle historii Capote'a i Perry'go Smitha nabierają znaczenia jedyne słowa podziękowania, które Hoffman jako spełniony aktor i syn wygłosił po otrzymaniu Oskara w kierunku swojej matki, obecnej na gali.

P.S. Hoffman równie doskonale dokonuje obserwacji Capote'a, i dzieli sie z nami jej wynikami, jak sam Capote poddaje obserwacji Perry'ego Smitha. I tak jak Capote zapewnia Perry'ego, że pisze książkę, by ludzie nie uważali go za potwora, tak samo Hoffman ukazuje nam pisarza z "ludzką twarzą" - bowiem nie czujemy do niego specjalnej sympatii jako do czlowieka, ale potrafimy mu współczuć i rozumiemy oraz nie dziwimy się, że wraz z książką "Z zimną krwią" jego życie, jako pisarza, zamarło.

Truman Capote chyba w najśmielszych marzeniach, nie spodziewał się, że literatura faktu osiągnie taki rozwój. Historie kryminalne, historie obyczajowe, typu walka ze śmiertelną chorobą, handel ciążą, walka z kalectwem itp. - a także opowieści o sławnych postaciach, i ich najsekretniejszych uczuciach produkują się taśmowo i sprzedają dzisiaj jak świeże bułeczki. Także w filmowej wersji. Ku satysfakcji oferujących, jak i kupujących.
Z tym, że rzadko która z tych opowieści ma nalepkę HQ, jak ta z tytułem "Capote".

środa, 15 marca 2006

Amator

13 marca br. minęła 10 rocznica śmierci, jednego z naszych największych reżyserów, cieszącym się również uznaniem w świecie. Krzysztof Kieślowki.
JEGO filmy się pamięta - przemyślane, głębokie, zaanagażowane, robione "po coś",jednym słowem - bardzo mądre. Bo Kieślowski intelektualistą kina jest. Spotkanie z niejednym jego filmem jest spotkaniem bardzo osobistym, tak intymnym, że nawet trudno się na jego temat głębiej wypowiadać, w obawie utraty wspólnej tajemnicy jaką się ma z kimś najbliższym ("Niebieski", 'Czerwony" np.)

"AMATOR"
Film z 1979. Dzieło sztuki. Zawsze żywe, aktualne i dotkliwe. Skondensowana opowieść o narodzinach filmowca, być może w przyszłości artysty, i wszelkich tego konskewencjach.
Filip Mosz (J.Stuhr) z okazji narodzin dziecka kupuje kamerę. Jeszcze nie wie, jak ten czyn zmieni, a nawet w pewnym sensie - zburzy, jego dotychczasowe życie. Dzięki kamerze pozna, nie tylko otaczający go świat, ludzi, ale również samego siebie. Przekona się, co dla niego jest najważniejsze. A na pewno nie jest to, jak mu się dotychczas wydawało święty spokój. Pozna radość tworzenia filmów. Narazie są to reportaże z życia zakładu, w którym pracuje, z życia miasteczka, gdzie mieszka.
Ale pozna również smak odpowiedzialności za swoją twórczość, za ludzi i sytuacje, które w taki czy inny sposób przedstawia. Pozna złożoność i kolory życia, a na pewno jest ich wiele, nie tylko czarny i biały. No i motyw, który odwiecznie przewija się biografiach ludzi sztuki - jak trudno pogodzić, przynajmniej na początku drogi artystycznej, dom rodzinny, który w zamierzeniu ma być dla nich przystanią, a staje się, co tu dużo mówić - czasem piekłem. I tak na dobrą sprawę, nie ma tu winnych. Jeden kocha drugiego (co jest najbardziej smutne), tylko okazuje się, że przez życie każdy chce iść jednak po swojemu, oddzielną ścieżką. Bo jednak samorealizacja jest w życiu najważniejsza i najbardziej potrzebna - ona daje człowiekowi pełnię szczęścia.
Lektura obowiązkowa każdego, kto chce robić film, a może sztukę w ogóle. Podstawowe zasady, które kandydat na filmowca musi zapamiętać: Pasja. Koniec ze świętym spokojem. Nie opowiadaj o tym, czego oczekują od ciebie, tylko o tym co ci w duszy gra. Odpowiedzialność - za ludzi, bo do nich przemawiasz i o nich opowiadasz. A w związku z tym problem wolności - powinieneś być wolny, ale czy to jest możliwe?
A więc co cię czeka: niepokój, poczucie winy i rozdarcie.
Ale pamiętaj - jeśli będziesz dobry, ludzie będą przez chwilę szczęśliwi, dzięki Tobie. Ty czasem też... Warto? Warto.

wtorek, 28 lutego 2006

Smutek "Brokeback Mountain"

Jak na filmowo przystało, trzeba by chyba napisać parę słów o słynnym "Brokeback Mountain". Nadarzyła się okazja, wybrałam się nawet do kina, a co tam - marne 20 zł + osóbka towarzysząca = 35 zł. A co tam, jam Polka - zastaw się, a postaw się! Dosłownie. Na sztukę nie będę sobie żałować.
Szczególnie, że lubię taką tematykę, jaką porusza Ang Lee w swoim najnowszym filmie. Nie bierze się to z zamiłowania do niezdrowej sensacji. To raczej empatia. Potrzeba, czasem przymus, ciekawość poznawania uczuć mi niedostępnych. Stąd zamiłowanie do filmu. Często wojennnego, typowo męskiego (historie więzienne), psychologicznego, opowiadającego o ludziach, którymi nie będę, nie poznam - raczej, bo w życiu nigdy nic nie wiadomo.

Jestem osobą, która nie ma uprzedzeń do ludzi w ogóle, no chyba że reprezentują skrajną głupotę, tępotę - wtedy wole omijać. I nie rozumiem, dlaczego komuś przeszkadza, że ktoś kogoś pokochał, nie robiąc mu krzywdy, a wręcz przeciwnie - uszczęśliwiając siebie nawzajem. Miłość to pozytywna energia, trzeba dbać, by jej było jak najwięcej. I "Brokeback Mountain" mi jej dostarczył, oj mnóstwo. To znaczy, tak prawdę mówiąc - zasmucił bardzo swą wymową. Ale podbudował sztuką filmową, jaka wykazał się reżyser filmu, operator zdjęć, autor muzyki no i aktorzy, aktorzy!
Niestarzy, dwudziestoparoletni - Heath Ledger i Jack Gyllenhaal, a grający jak prawdziwi wyjadacze w swoim fachu. W ciągu dwóch godzin - zmieniali się psychofizycznie przez okres ponad 20-letni i wyszło im to świetnie. Szczególnie Ledger'owi, któremu nie dodano żadnej charakteryzacji (Gyellenahaal'owi zrobiono szpakowate skronie i doczepiono takież wąsy) - grał tylko postawą ciała i wyrazem twarzy, sposobem mówienia.

To film tak subtelny, że aż strach o nim pisać. Oglądamy dwóch mężczyzn, których połączyła wspólna praca na odludziu. Samotni, zdani tylko na siebie od dłuższego czasu, zżywający się ze sobą z dnia na dzień, często zziębnięci, w końcu ulegają pokusie zbliżeniu swych ciał. Wydawałoby się, i nam i im, że to raczej jednorazowy, okazjonalny, wyskok. Niestety, okazuje się, że to prawdziwe uczucie, które spadło na nich nagle, od którego przez lata nie mogą się uwolnić, czas w tym przypadku nie goi ran. Uczucie, które zamiast uszczęśliwić, niszczy im życie. Uczucie na "niestety" a nie na "szczęście".

Największe wrażenie robi poczucie prawdopodobieństwa zaistnienia tej historii. Ci mężczyźni, żyjący na początku lat 60-tych ubiegłego wieku, to nie żadni np. zblazowani artyści, których moglibyśmy posądzić (a przy okazji - niektórzy potępić), że szukają nowych wrażeń i natchnień do uprawiania swojego poletka sztuką zwanym. Nie, to są najzwyczajniejsi faceci na świecie, prości, przeciętni kowboje, mieszkający na wsi, wynajmujący sie do robót sezonowych. Prowadzą bardzo przeciętne życie na łonie bardzo przeciętnych rodzin. I nagle dotyka ich takie niezwykłe uczucie! A przynajmniej dla jednego z nich - Ennisa, jest ono kompletnym zaskoczeniem. Bo to on zostaje uwiedziony, to nie od niego wychodzi inicjatywa, ale szybko się jej poddaje, a nawet ją przejmuje. Poznaje siebie, już wie, że to nie narzeczona Alma, będzie jego ukochanym człowiekiem.

Ale Ennis (H. Ledger) i Jack (J. Gyllenhaal) czują, że nie mogą się ujawnić światu. Wiedzą, że ich uczucie z góry skazane jest na klęskę. Jedyne co mogą, to wykradać przez długie lata ze swojego oficjalnego poukładanego, albo i nie, na pozór życia, te parę chwil szczęścia ze sobą sam na sam i tylko dla siebie na Brokeback Mountain. Ta góra faktycznie złamała im kręgosłup. Cierpią, ale jednocześnie wiedzą, że żyją.

Przez cały film oczekujemy jakiegoś spektakularnego nieszczęścia, jakiejś kary za te potajemne spotkania, za krzywdę żon, za niepokój dzieci. Dopiero na końcu zrozumiemy, że życie tych dwojga mężczyzn z daleka od siebie było dla nich wystarczającym cierpieniem, większego im nie trzeba było. Zakończenie filmu, mogłabym zaliczyć do jednych z najpiękniejszych, najsubtelniejszych - najlepsze jakie można sobie wymarzyć dla tego filmu. Ciche, spokojne, bez słów, oszczędne w gestach i spojrzeniach, a jakże wymowne.
Rozmowa ojca z córką, jego radość z powodu jej związania się z ukochanym, pomieszana z bólem i żalem za czymś co jego ominęło - jest nadzwyczaj wyraźna.

Ten film nie krzyczy, nie oskarża, nie piętnuje, nie buntuje się, nie szuka winnych.
Z filmu wyłania się cichy, bezgraniczny smutek z powodu straconego czasu, z powodu utraconych marzeń o przeżytym wspólnie z ukochaną osobą życiu, z powodu straconych wspólnych szans. Smutek nad miałkością życia, jakie wiodło się, żeby tylko przeżyć. A jedyną przyczyną smutku jest niezawiniona, zakazana miłość, nie przystająca do ogólnie obowiązujących reguł społecznych, które tworzą przecież ludzie dla siebie samych.

Można się w treści filmu doszukiwać uogólnień (jak to niektórzy czynią), że traktuje on o miłości niedozwolonej, niewłaściwej w szerszym aspekcie. Ileż takich odmian miłości, oprócz homoseksualnej, krąży wokół nas: miłość starego mężczyzny do młodziutkiej dziewczyny; miłość dojrzałej (nazwijmy to tak) kobiety do młodego mężczyzny i na odwrót; miłość nauczyciela do uczennicy, miłość kobiety do księdza, miłość syna do matki...itd. itp. całe mnóstwo odmian miłości, które nie mogą się spełniać, i nie chodzi tylko o kontekst seksualny. Ja bym się jednak do takich uogólnień nie posuwała. Niestety - jak widać, kochać to za mało, trzeba jeszcze mieć szczęście w miłości, takie, żeby sobie znalazła odpowiedni obiekt.

Dla mnie "Brokeback Mountain" - opowiada o smutku tej jednej odmiany miłości, homoseksualnej. Tak prawdę mówiąc, czy tylko taka miłość niesie człowiekowi smutek? Każda miłość, oprócz szczęścia i sił do zycia, daje człowiekowi także chwile zwątpienia, poczucie osamotnienia, zniewolenia, taki czy inny rodzaj cierpienia. Różnica polega głównie na tym, że przy obowiązujacych powszechnie normach społeczno-moralnych w przypadku "takiej innej" miłości tracimy szansę wspólnego spełniania się w życiu. A to jest bardzo duża strata dla dwojga kochających się ludzi.I taki żal krył się w spojrzeniu Ennisa zamykającym film "Brokeback Mountain".

piątek, 24 lutego 2006

'Weiser" - piękno tajemnicy

Do tej pory znałam tylko dwa filmy Marczewskiego - "Dreszcze" i "Zmory". Oba, w takim czy innym kontekście, opowiadają o mękach, a czasem i urokach, dojrzewania. I "Weiser" nie odbiega od tej tematyki. Jest tylko jeszcze może bardziej poetycki w obrazie, muzyce, w całym przekazie opowiadanej historii, dziejącej się współcześnie, lecz wracającej około 40 lat wstecz.

Jest to film magiczny, w pełnym tego słowa znaczeniu. Na pierwszy rzut oka nie dzieje się tu wiele - mężczyzna w średnim wieku - Paweł Heller wraca po 10 latach z Niemiec do Polski, by rozpocząć w niej nowe życie. Wraz z powrotem do kraju odżywają wspomnienia z dawnych, bardzo młodych lat. I to właściwie wszystko.

Każdy z nas nosi w sobie jakąś tajemnicę z dzieciństwa, jakieś zdarzenie, jakiś obraz, niezrozumiały do końca. Wszak byliśmy tylko, a może i na szczęście, dziećmi.
Podobnie jest z Pawłem - tu dobra rola Marka Kondrata - aż mi się łezka w oku zakręciła. Wraca do kraju i od razu zaczynają go prześladować znajome skądinąd głosy, dźwięki (na które jest szczególnie wyczulony z racji swojego zawodu), sceny - jedne bardziej wyraźne i rozbudowane, drugie tylko w strzępkach, przypominające mu beztroskie lata szkolne.
Wspomnienia potęguje przypadkowe i dość drastyczne na początku, spotkanie z jednym z dawnych przyjaciół - Szymkiem (Krzysztof Globisz - też bardzo lubię). A także przelotne widzenie (a może mu się tylko wydawało?) w przedziale przejeżdżającego pociągu kobiety, która mogłaby by być Elką - dziewczynką, zaprzyjaźnioną z Dawidem .

Dawid i Ela - to dwie najważniejsze i najbardziej tajemnicze postaci wspomnień Pawła. Dawid - niepozorny z wyglądu, mający cechę, za które jest poniewierany przez cała młodzieżową męską społeczność - jest nieprzeciętny, nawet niezwykły. Posiada wiedzę i umiejętności, które chłopców przerażają i wprawiają w zachwyt jednocześnie. A poza tym - przyjaźni się z Elką. A o Elce marzy każdy z nich.

I oto - Paweł zamiast budować ze swoją obecną kobietą, Niemką, nowe życie w Nowej Polsce, oddaje się wspomnieniom. Chce rozwikłać tajemnicę pewnego tragicznego zdarzenia, które tak bardzo zaciążyło na psychice trójki przyjaciół - Szymka, Pawła i Piotra. Zostaje wręcz pochłonięty przez przeszłość. Nie może się wyzwolić z magii dzieciństwa, chce odrzeć najpiękniejsze lata z tajemnicy, chce koniecznie poznać prawdę.
Ale czy naprawdę warto? Gdy w końcu spotyka Elę (Krystyna Janda), która brutalnie uświadamia mu, że czerwień jej sukienki z ostatniego dnia ich tragicznego spotkania w gruncie rzeczy była błękitem - Paweł nie chce się z tym faktem pogodzić. Walczy o magię wspomnień dzieciństwa - w ostatniej chwili ściąga czerwony szal z głowy kobiety, odjeżdżającej pociągiem z powrotem w swoje dorosłe życie. Czy warto więc było dążyć do rozszyfrowanie tajemnicy? Pamięć ludzka jest taka zawodna? A może lepiej dać magii spokój, niech pozostanie sobą, taką jaka była kiedyś. Czyż nie jest fascynująca świadomość, że życie może być magiczne?

Film piękny, jedyny w swoim rodzaju, pełen symboli, z klimatem zadumy, nostalgii spotęgowanym przez piękną muzykę Zbigniewa Preisnera z przewodnim motywem na trąbkę, który bardzo delikatnie wzmacnia siłę i uporczywość powracających wspomnień Pawła.

Zdjęcia Krzysztofa Ptaka, również bardzo udane, choć nie tak malownicze, bo i krajobrazy nie takie urocze, jak w "Pornografii". Świetne ujęcia pod mostem, miejscem stałych zabaw chłopców, gdzie wszystko się zaczęło, i skończyło. Dźwięki, które towarzyszą tym ujęciom, są doskonale dopracowane - prawie czujemy ten dreszczyk emocji, jaki tu właśnie towarzyszy bohaterom filmu. No i parę efektów pirotechnicznych - nienajgorszych chyba mamy.
Ogólnie - jest kilka mocniejszych scen, które dobrze kontrastują z pozornym spokojem akcji, dodają jej dramatyzmu. Dzięki czemu film ma sporo emocji, nie jest monotonny, a jednocześnie nie traci na swej poetyckości.
Odnosi się wrażenie, że film jest naprawdę przemyślany, od początku do końca. Odczuwa się, że robił go ktoś tak dobry jak Wojciech Marczewski właśnie.
No i koniecznie słowa uznania dla aktorów, dorosłych - zawodowców, jak i tych niedorosłych - nieprofesjonalistów. Także tych z całkiem drugiego planu, m.in. Zbigniewa Zamachowskiego - człowiek z blizną!




Moja tajemnica z dzieciństwa. Również czasy podstawówki. Tragiczna śmierć Czarneckiego. Imienia nie będę zmyślać, zapomniałam je "na amen". Już, gdzieś o nim wspominałam. Blondyn, niczym Brad Pitt, usmiechnięta twarz, białe zęby, wypowiedziane przelotem "o! Basia". Chyba robił na mnie wrażenie. Któregoś dnia szkołą wstrząsneła wiadomość, że się powiesił. Nie pamietam żadnych rozmów z dorosłymi na ten temat, w domu, w szkole. To była dla mnie wielka tajemnica - dlaczego? Nie mogłam tego zrozumieć. Później jakoś już przestałam mysleć, ale jak widać - nie zapomniałam. Dzisiaj, mając już tzw. swoje lata, mogę znowu snuć przypuszczenia, mogę znaleźć wytłumaczenie, jedno gorsze od drugiego. Ale po co? Niech tajemnica zostanie tajemnicą, na pewno jest piękniejsza od prawdy.