piątek, 10 lutego 2012

Róża - reż. W. Smarzowski

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś o Mazurach i Mazurkach, nie liczcie na film Smarzowskiego „Róża z Mazur”. Tak brzmiał pierwotny tytuł filmu, ale reżyser zrezygnował z drugiej części, tak jakby czuł, że Mazury niewiele tu mają do rzeczy. Gwałty są przypisane każdej ziemi ogarniętej wojną i wojennym bezprawiem. Ba, bywa, że są częścią strategii wojennej służącej wynarodowieniu pewnych nacji, tak jak na Bałkanach, gdzie Serbowie metodycznie gwałcili bośniackie muzułmanki, by te rodziły serbskie pacholęta.  Gwałty bywają wliczone w poczet łupów wojennych, mają być nagrodą dla jurnych chłopaków, za ich pot i krew na polach bitewnych. Chociaż ostatnio już coś się ruszyło w tym temacie i zaliczono je do zbrodni wojennych,  ciekawe ile skazanych doczekają skrzywdzone kobiety. Kobietami nikt się specjalnie nie przejmuje w czasach pokoju, a  co dopiero w czasach usankcjonowanego bezprawia, czy w czasach, gdy owo prawo rodzi się w wielkich bólach. Tak więc gwałty podjudzonych wojenką mężczyzn na bogu ducha winnych kobietach, nie są żadnym objawieniem.  Nowością natomiast w w filmie Smarzowskiego jest ich nagromadzenie i sposób pokazania. Smarzowski nie oddaje się im długimi kadrami, lecz tak jak na gwałt przystało pokazuje je wieloma skomasowanymi bardzo krótkimi ujęciami (dobry montaż), zbliżeniami, ogromną rolę odgrywa dźwięk, głównie krzyk.  Częstotliwość gwałcenia dochodzi do takiego progu, że w pewnej chwili znieczula  - co za dużo, to niezdrowo.  I o zgrozo,  są sceny, kiedy Smarzowski osiąga w swym tragizmie efekt niemal komiczny, nie wiem czy zamierzony, czy po prostu tak się w tym gwałceniu rozochocił, stracił orientację i wyczucie smaku.  Że przywołam tu scenę taśmowych gwałtów w mazurskim miasteczku. Tak, gwałcenie na akord!  Tego jeszcze w kinie nie było. Kobiety leżą równo w rządku, na nich ruscy żołdacy, a za nimi przytupując ze zniecierpliwienia czeka kolejny  rządek ruskiego chłopa żądny harców na polsko-mazurskich kobietach. Po tych "wspaniałościach"  zostajemy natychmiast poprowadzeni kamerą na wielgachną piłę ręczną, która rżnie (rękami Tadeusza i córki Róży) wielki pień drzewny. „Wielkie rżnięcie na Mazurach”? Ludzie, tak się nie robi, zero subtelności!
A już szczytem niesmaku było znęcanie się (reżysera) nad Różą, jako chorą na raka macicy.  Najpierw musieliśmy słuchać jej krzyku jako poniewieranej, a gdy już miała przy sobie męskie, tadeuszowe ramię do obrony, to Smarzowski zesłał na nią chorobę, i znowu wyła z bólu (też trochę za dużo scen ginekologicznych było).  Szkoda, że tak wytrawny reżyser za jakiego uchodzi, nie wpadł  na pomysł, że najgłośniej krzyczy cisza.
Nagromadzenie ohydy z jednej strony (Ruscy plus Polacy komuniści plus polscy repatrianci – prości ale podli), a z drugiej bezgraniczna słodycz, delikatność, dobroć  i szlachetność ze strony żołnierza AK. Propagandzie prostej jak cep, kiedyś prosowieckiej, teraz antysowieckiej mówię NIE!

Należę do widzów, którzy nie podniecają się filmami Wojtka (nie Wojciecha, tylko Wojtka, swojaka takiego)  Smarzowskiego. Wyczuwam w tym facecie fałsz i spektakularność. Nie czuję, że jego filmy są robione od serca.  Wręcz odwrotnie, on doskonale kalkuluje, jak trafić do serca młodych (i nie tylko) Polaków. A co zrobić, żeby polskiego widza zszokować, wstrząsnąć nim i mu się przypodobać? No tak, najlepiej rozbawić, i postraszyć zarazem, brudnym, zapyziałym PRL-em – polska wiocha się do tego najlepiej nadaje („Dom zły”).  A zezwierzęcony Rusek, żeby nie powiedzieć wprost świnia, to dopiero jest to („Róża”)!  A jeśli na okrasę dodać dwóch, trzech wrednych Polaczków zaprzedanych systemowi, to już jest super. A w opozycji do nich dobry żołnierz AK, który nie wiedzieć jakim sposobem otrzymał misję od umierającego żołnierza Wehrmachtu dostarczenia jego żonie Mazurce Róży zdjęcia i obrączki. I co najlepsze, mimo, że Niemcy zgwałcili i zabili  Tadeuszowi (bo na imię temu żołnierzowi AK tak właśnie było) żonę na ruinach powstańczej Warszawy (a jakże), on nie znając uczucia zemsty czy złości oraz żalu, przemierza setki kilometrów pieszo by spotkać się z Różą. Po czym roztacza nad nią opiekuńcze skrzydła niczym prawdziwy anioł, cierpliwie liżąc jej wojenne rany.  Jest jedynym człowiekiem, oprócz pastora (to jedna z nauk, o protestanckim wyznaniu Mazurów, oprócz tego, że Mazurzy to nie byli ani Polacy ani Niemcy, jaka wypływa z filmu), który traktuje ją jak człowieka, nawet nie jak kobietę, a po prostu człowieka. Chciałabym zakrzyknąć „jakie to piękne”! Ale nie mogę, nie ufam, nie wierzę. A już tym bardziej zwątpiłam, gdy nastąpiła druga część filmu, ta po śmierci Róży (chyba nie zdradzam żadnej tajemnicy, rak w takich czasach i warunkach musiał skończyć się śmiercią). Toż to prawdziwy epos na cześć pana Tadeusza. W końcu dopadają go esbecy, wtrącają do więzienia, katują po wielokroć, niczym kiedyś gwałcono Różę. Chcą przekabacić go na komucha. Oczywiście bez powodzenia. Tadeusz nie poddaje się,  na szczęście wychodzi żywy i znowu wędruje setki kilometrów w kierunku Mazur...  Miałam wrażenie, że Smarzowski, zdradził Różę dla Tadeusza. Bo oto, historia  Róży z Mazur przekształca się w hagiografię  Pana Tadeusza z Polski. Nie wiem, czy to kpina, czy jakaś niezręczność. Takiej filmowej propagandy nie powstydziliby się najlepsi jej mistrzowie  komuny.  A my jeszcze ciągle zaśmiewamy się po pachy z radzieckich produkcyjniaków.

Nie chciałabym wyjść na osobę, ba, nawet kobietę, niewrażliwą na krzywdę innych kobiet. O nie, daleka jestem od tego. Ale niestety, film Smarzowskiego, którym zachwycają się i fascynują tysiące, nie przemówił do mnie. Nie twierdzę, że przedstawił sytuacje fałszywe, że tak nie było. Jestem pewna, o czym zresztą wspominam na początku, że takich Róż były miliony, wszędzie, gwałcili je wszyscy, kto popadnie, wiadomo, samotna, opuszczona, kobieta w takich czasach to smaczny kąsek,  a już szczególnie dla zdziczałych żołnierzy, będących poza domem przez lata. Na dowód, że coś jest na rzeczy podam link do artykułu „Kobieca gehenna” http://www.polityka.pl/historia/284023,1,kobieca-gehenna.read.
Reżyser nie przemówił do mnie jako humanista.  Nie jest to film głęboki, z niuansami na temat losu człowieka, wszystko jedno skąd pochodzi. Jedyna refleksja jaką nasuwa, to stereotyp jaki tłuczemy od lat, ten o złych komuchach. Żeby było oryginalniej przeniesiony na Mazury, a żeby było mocniej i dosadniej, przedstawiony za pomocą brukania ciała kobiety.  Jego świat znowu jest jednowymiarowy, czarny, zły, głupi i prostacki. Szkoda, że zawładnął nad filmem. Jeden idealny Tadeusz, bo uważam, że to jednak jest film o nim, wiosny nie uczyni (choć reżyser i aktorzy bardzo się starali).  Bo takich ludzi po prostu nie ma.

32 komentarze:

  1. Nie widziałem jeszcze tego filmu, polskie filmy są u mnie raczej na końcu kolejki, ale widzę, że film jest szeroko dyskutowany, więc pewnie zwycięży ciekawość i niedługo obejrzę. Nawet nie oglądając filmu widać po recenzjach, że jest to film nastawiony na szokowanie, zrealizowany przez nieznającego umiaru niezbyt inteligentnego reżysera. Też uważam, że co za dużo to niezdrowo i raczej nie sądzę, że będę potrafił docenić ten film :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja z tych, co się zachwycają filmami Smarzowskiego, więc i "Różą" również. Zgadzam się z tym, że on wie jak zagrać na emocjach ludzi (pani siedząca obok mnie w kinie była cała zapłakana), ale ja to lubię jak ktoś mi na nich zagra, bo rzadko się to udaje.
    Kolega, z którym byłam w kinie odebrał "Różę" tak samo jak Ty, więc wychodzi na to, że ja jakaś naiwna jestem. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moim zdaniem masz sporo racji z tym Smarzowskim, czy też raczej... może z manierą, w którą wpada? Jak na razie mnie to jeszcze nie razi - ja nadal widzę w nim przed wszystkim bardzo sprawnego warsztatowo (i jednak inteligentnego) filmowca. Ale to niestety może się zmienić. I nieco obawiam się, że następny film Smarzowskiego, gdzie - jak on sam mówił - to będzie jeszcze większa degrengolada (ma być o alkoholikach, czy też czymś podobnym). Istnieje więc niebezpieczeństwo, że moja dotychczasowa sympatia dla jego reżyserki może mnie opuścić.
    Szkoda by było.

    OdpowiedzUsuń
  4. Imię głównej bohaterki, pewnie też nie jest przypadkowe. Róża to kwiat. Piękny kwiat. A do tego ma kolce.
    Filmu Smarzowskiego nie oglądałem. Ale jak tylko będę miał okazję to nie omieszkam. A co do emocji wywieranych na widzu. Myślę, że tak powinno być. Powinny być emocje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Emocje w kinie to podstawa. Emocje mogą być różne, każdy jest podatny na inne. Ja oprócz czystych emocji lubię także refleksję, lubię pytać zastanawiać się "dlaczego", "z jakich powodów" itp. Na przykład, z jakich powodów ludzie ( w tym filmie Rosjanie czy POlacy, którzy nie lubią Mazurów) są tacy a nie inni... w czasie pokoju byli normalnymi, mającymi swe rodziny ludźmi, czy dobrymi sąsiadami. Niestety, Smarzowski chodzi na łatwiznę, i nie odpowiada w swoich filmach na temu podobne pytanie. W "Róży" bez zastanowienia pokazuje zdziczałych Rosjan, a dlaczego się takimi stali? A przecież, nie tylko Rosjanie są podatni na zdziczenie w warunkach ekstremalnych, jaką jest wojna, czego dowód mieliśmy niedawno na Bałkanach (masowe gwałty) czy w Iraku - Amerykanie, ich karygodne zachowanie w Abu Grhaib, czy zbójeckie zalatwienie sprawy (to też jest zdziczenie obyczajów) z Saddamem Husainem, albo Japończycy (jakaż wysoka cywilizacja!) też sobie nieźle folgowali w czasie wojen XX wieku (seksualne niewolnice z Korei i innych państw). Więc nie dajmy sobie wmawiać, że Rosjanie są wyjątkowi w tej materii... Dla mnie zawsze winnymi za wszystkie zbrodnie i gwałty II wojny na naszych ziemiach i nie tylko, będą najpierw Niemcy, to oni są pierwotną przyczyną tych nieszczęść.

    Dla mnie to co robi Smarzowski to nie jest maniera, czy styl reżyserki, to jest zwyczajne wygodnictwo i robienie filmów najprostszymi środkami pod publikę. Bo gdybyż chciał zrobić coś bardziej subtelnego emocjonalnie, refleksyjnego musiałby sie więcej wysilić i nie zdobyłby tak powszechnego uznania w naszym kraju, bo zmuszałby ludzi do myślenia, a to czasem bywa niewygodne, albo za trudne, łatwiejsze są uczucia, czy oceny, bez żadnych subtelności, łatwiej nimi operować.

    Nie widziałam jeszcze filmu Agnieszki Holland "W ciemnościach", wielu ubolewa, że to "Róża" nie startowała do Oskarów, a ja wcale (choć też mam dość tematyki zagłady żydów, którą sami poniekąd stosują wobec innych) się nie dziwię, bo już wiem, że jest on na pewno lepszy od "Róży".

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapomniałam dodać, że zainteresowanych tematyką, zbiorowych gwałtów w filmie, polecam inne filmy np. niemiecki "Kobieta w Berlinie" (może to on właśnie zainspirował Smarzowskiego? ale między nimi są miliardy km odległości), "Grbavica", albo "Gorzkie mleko". Filmy które bardziej skupiają się jednostkowym cierpieniu kobiety, konsekwencjach gwałtu, ktore zatruwa całe zycie, ciągnie się latami i przechodzi na pokolenia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Babeczko,
    a ja inaczej, zupełnie inaczej ten film widziałam. Jest dla mnie boleśnie piękny.
    Prawda, jest przemoc. Ale nie chce mi się o niej dyskutować. Ona rani, tarmosi, naturalizm nie pozwala mi odwrócić oczu (wyprzedza odruch głowy).
    Opowieść o Tadeuszu i Róży siedzi mi w głowie od tygodnia. Tak, w dodatku powiem, że to jest dla mnie film o miłości. Tak to czuję. Bardziej czuję niż mam potrzebę tłumaczyć. Może bym nie umiała.
    Dla mnie to najlepszy film Wojtka Smarzewskiego.
    (oj, co za różnica Wojciech czy Wojtek? Wszyscy uciekamy na blogach w jakieś pseudonimy, ja wolę na co dzień Ren zamiast Renaty... Norma)

    Ale uważnie przeczytałam. I w dialog nie wchodząc, uwzględniam Twoją rację.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj, na mojej stronie tworzę zakładkę rozmowy w ktorej bede publikowal rozmowy z tworcami stron i blogów o tematyce filmowej. Chcialbym Cię zaprosic do rozmowy i jej wynik opublikowac na mojej stronie. Jezeli chcesz sprawic mi przyjemnosc i udzielic mi wywiadu napisz na moje gadu 40356310
    pozdrawiam

    p.s. jestem totalnym amatorem

    http://gazetafilmowa.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie, no szczerze to nie widziałem jeszcze tego filmu...wiesz masz strasznie ciekawe podejście do filmów i do historii tam opisywanych...
    Ale masz rację. Mam dosyć tych polskich filmów "ku pokrzepieniu serc", które opowiadają o losach albo podczas wojny światowej albo komunizmu. No to jest już jakaś przesada...dobra, wiem, że dużo wycierpieliśmy i każdy powinien znać historię narodu polskiego, ale z umiarem. Po prostu reżyserzy w naszym kraju chcą zrobić dobry film... według nich "dobry" znaczy pokrzepiający, wzruszający, wzbudzający skrajne emocje i kontrowersyjny. I dlatego sięgają po motyw wojny, bo nie potrafią stworzyć dobrego filmu akcji czy komedii. I ot i cała zagadka...

    OdpowiedzUsuń
  10. Tamaryszku, i ja, tak jak ty mnie, nie chcę cię odwodzić od Twoich odczuć co do najnowszego filmu Wojtka Smarzowskiego (przy okazji - formą "Wojtek" reżyser posługuje się oficjalnie, nie na blogu, a prowadzi takowyż? I niech mu będzie, ale to też o czymś świadczy. Roman Polański, czy Agnieszka Holland, czy Andrzej Wajda nie mieli tego rodzaju potrzeby). Właściwie, to tylko ci pozazdrościć, że dałaś się uwieść temu filmowi ( dobre emocje są na wagę złota) , jak zresztą większość widzów - reżyser osiągnął swój cel. Miło się czyta, że są jednak filmy polskie, które urzekają Polaków. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy - ja? Wywiad? jestem za skromna. :)

    transcendental, Mariusz - wpadnijcie tu jeszcze, po zobaczeniu filmu. jestem ciekawa waszych wrażeń i opinii. Czy w ogóle znajdę u kogoś podobne do moich? Jeszcze nie czytałam żadnych recenzji, oprócz Logosa Amicusa, a ta minimalnie, tyciu, tyciu, oscyluje w kierunku mojej, jest pochwalna, ale umiarkowanie... :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Może zainteresuje Cię rozmowa, jaka rozwinęła się (przyznaję - lekko burzliwie ;) ) pod wpisem tamaryszka o "Róży":

    http://tamaryszek.wordpress.com/2012/02/15/tak-sie-zlozylo-ze-jestem-i-patrze/

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Przeczytałam. :) Nadal nie zmieniam zdania. W całej tej dyskusji ciągle bliżej mi do Ciebie niż do dziewczyn. Z tym, że ty ten film oceniasz jako bardzo dobry film (czy może nawet lepiej), a ja jako średnie patrzydło i produkcyjniak na cześć dobrego i jedynie słusznego Polaka. Czytając recenzję i niektóre komentarze utwierdzałam się w tym jeszcze bardziej - np. ta pogarda wobec prostego chłopa spod Wilna.
    Bawią mnie pewne osądy, jakimi pokrętnymi ścieżkami chodzą. Jeszcze niedawno nienawidzono i pomstowano na Skolimowskiego, że w bardzo niekorzystnym świetle przedstawił mazurską wieś (ta okutana chustą chłopka jadąca na rowerze), ale ci sami ludzie byli zachwyceni obrazem wieśniakami w Domu Złym.

    LA napisałeś:
    "Ukazując tylko uśmiechnięte twarze bohaterów i romantyczne widoczki – zafałszowujemy (przepraszam za to słowo, ale tak to odbieram) rzeczywistość jaką ukazuje Smarzowski na ekranie, a tym samym charakter samego filmu." No właśnie, dla mnie te sceny były takie typowe, pod widza - romantyczna przejażdżka po jeziorze, swobodna jazda na rowerze z rozwianym włosem, w tym przypadku chyba chustą, nieporadna recytacja Tadeusza na łożu śmierci Róży - naprawdę, dzieciak z gimanzjum jakby mu kazali zilustrować miłość, wymyśliłby takie sceny. Dla mnie o wiele bardziej wiarygodnym byłoby, gdyby Tadeusz musiał z czegoś zrezygnować na rzecz Róży, gdyby musiał się jakoś zmienić, a on nie - on początku do końca jest świętym Tadeuszem zesłanym przez Boga grzesznej Agacie (jkaby nie było zyjącej kiedyś z Niemcem, którego naród tak ukrzywdził przecież tego świętego). Naprawdę, bardziej polubiłam tego prostego chłopa granego przez Braciaka, który nie mogł sobie poradzić z krzywdą jaka jegogo i żonę spotkała, niż tego świętego Tadeusza.
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Róża nie "żyła" tylko z Niemcem, ona "żyła" także z Rosjaninem. Jakoś mało w niej widziałem tej romantyczności - w której podobno się zanurzyła zakochując się w Tadeuszu.

    OdpowiedzUsuń
  15. W sumie, to nie mam nic przeciwko, niech sobie żyła z kim chciała, tym bardziej, że była wojna, a to czas szczególny (może liczyła na jakąś opiekę ze strony Rosjan, niczym Kobiety z Berlina w roku 1945? Mówiłam, że podejrzewam u Smarzowskiego inspirację tym filmem?). Zaznaczyłam wątek męża Niemca, by uwypuklić wspaniałomyślność Tadeusza, który mimo gwałtu i śmierci żony z rąk Niemców, nie czuje do nich urazy, wręcz przeciwnie,przemierza samotnie w ten niebezpieczny czas, setki kilometrów pieszo, by zonie jednego z nich, Róży, dostarczyć zdjęcie i obrączkę, a w konsekwencji zacząć u niej mieszkać. Celowo nie napisałam "żyć z nią", by ktokolwiek nie podejrzewał go (jako świętego) o splamienie się stosunkiem seksualnym z tą kobietą, czy jakimkolwiek innym zbliżeniem fizycznym.

    Tak jak pisałam u tamaryszka, ja w tym filmie nie widzę wielkiej miłości, jej uniesień, widzę co najwyżej przyjaźń, współpracę, wzajemną pomoc, ktore miały szansę przerodzic sie w przywiązanie. Róża miała chatę, a Tadeusz miał silne ręce oraz szacunek do kobiet (zapewne odebrał staranne wychowanie w tym względzie). Jeśli Smarzowski twierdzi, że zrobił film o miłości, to niech bierze przykład z Tarantino, który nie ma takich ambicji, nie dorabia do swych filmów górnolotnych teorii, robi dość inteligentne filmy o mordobiciu, cieszy nimi jak dziecko i dobrze, chwała mu za to, ma swych wielbicieli (nawet mnie jeśli chodzi tylko o pewne tytuły). :)

    OdpowiedzUsuń
  16. W ramach przygotowań przed obejrzeniem "Róży" zaliczyłem ostatnio "Film zły", to znaczy "Dom zły" Smarzowskiego. Przeczytałem Twoją obszerną recenzję "Domu złego", zaskoczyło mnie to, że piszesz tak dużo, a mimo to oceniasz ten film raczej chłodno. W większości się z Tobą zgadzam, aktorzy nie zawiedli, ale film mi się nie podobał, tak jak Ty uważam, że jest to film "ubogi, jednostronny, płaski", a do tego jeszcze nudny i przewidywalny. Po tym filmie mam coraz mniejszą ochotę na oglądanie "Róży". Dodam jeszcze, że wcześniejszy film Smarzowskiego "Wesele" nawet mi się podobał, ale "Film zły", to znaczy "Dom zły" mnie totalnie rozczarował.

    OdpowiedzUsuń
  17. Byłam ostatnio w kinie, ale zamiast "Róży" obejrzałam "Dziewczynę z tatuażem", więc bezpośrednio o filmie się nie wypowiem :)

    Ale: jestem bardzo wrażliwa na gwałty. Wszelkie. Zarówno damskie jak i męskie. Ponieważ jestem kobietą, te pierwsze napaści odbieram praktycznie personalnie. Nie mogę, nie chcę na to patrzeć. (Trochę jak nastolatka w kinie na horrorze - oglądam te sceny przez palce rąk, którymi zasłaniam oczy.) I właśnie. W szwedzkiej wersji "Dziewczyny z tatuażem" gwałt zadany bohaterce zrobił na mnie wielkie wrażenie (chociaż to nie jest dobre określenie, ale innego jakoś nie mogę znaleźć). Bałam się, współczułam, zastanawiałam się co ten facet jej zrobi, dlaczego to robi, itd. Tę wersję widziałam jakiś czas temu, ale ta scena (jedna jedyna!) utkwiła mi w pamięci, z pełną ostrością detali, na długo (do tego stopnia, że oglądając fincherowski film, byłam w stanie na bieżąco zanalizować różnice w ujęciu tematu - gwałtu konkretnie). Zmierzam do tego, że wystarczy mi jeden taki "akcent" w filmie - nie potrzebuje szafowania gwałtem, przedstawiania go na ileś sposobów, z kilku punktów widzenia czy sześciu kamer. Po Twojej recenzji mam wrażenie, że do tego dzieło Smarzowskiego się sprowadza. Nie lubię kiedy wszystko mam podane na tacy. Jeszcze bardziej działają na mnie te gwałty "za drzwiami" właśnie - kiedy moja wyobraźnia ma pole do popisu, aż się sama sobie dziwię, bo wyobrażam sobie rzeczy przeokropne. I o to w tym chodzi. Lubię kiedy docenia się moją inteligencje. Szkoda, że filmowcy zapominają, że widz nie jest pół-debilem, któremu jak się nie powie "gwałt analny", to nie zajarzy co się dzieje na ekranie. Szkoda, że polski reżyser tego nie rozumie (po hollywoodzkich szmirach mogę się tego spodziewać).

    Widziałam "Kobietę w Berlinie" Maxa Färberböcka - tam masowe gwałty na niemieckich kobietach były pokazane, ale w sposób "subtelny", "nienachalny" - to miały być emocje, a nie widowisko.

    OdpowiedzUsuń
  18. No właśnie, "Kobieta w Berlinie" - podobny temat, ale zupełnie inny film. Nie wiem, ale jak jakoś podskórnie wyczuwałam, że niemiecki reżyser (ten od przepieknego "Aimee i Jaguar') z większym szacunkiem podchodzi do kobiety. Mimo, że też była scena potwornego jej poniżenia (na przykład po gwałcie splunięcie na twarz). Ale nie czułam takiego wewnętrznego buntu przeciw tym scenom, jak w "Róży", gdzie kobieta wyje jak zwierzę, czy groteskowy gwałt zbiorowy. To nie było subtelne. Tak jak wspominam w recenzji, nagłosniej krzyczy cisza, tak też najmocniejsze są sceny niepokazane, a zasugerowane, które -tu też mamy podobne zdanie - działają na naszą wyobraźnię, a ta kreuje je wg naszych potrzeb, naszej wrażliwości, czy stopnia lęku.

    Jeżeli chodzi o poziom subtelności w pokazywaniu drastycznych scen, to z "Różą" kojarzy mi się "Pasja" Gibsona.


    @ Mariusz - o "Domie złym" fakt, dużo tego, widać musiałam, bo czułam się taka osamotniona w odbiorze tego filmu. Nikt nie rozumiał dlaczego taki zajebisty film mi sie nie podobał. "Wesele" owszem, tak ładnie pachniało nowością. :)
    Ale Różę zobacz, może na dvd, żeby mieć swoje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  19. może zacznę od tego, że też nie lubię Domu Złego (Wesele tak, to kapitalna farsa z świetnym scenariuszem) , ale że Róża jest filmem wybitnym, nie mam wątpliwości.
    Pokazywanie gwałtów subtelnie? Jak można pokazywać tak ofensywną, obrzydliwą ideę w sposób subtelny i po co to w ogóle robić? Swoją drogą , przed seansem naczytałem się mnóstwo takich podobnych histerycznych recenzji (mimo, że piszesz, że nie podniecasz się Smarzowskim: z recenzji wynika dokładnie na odwrót) , że jakie to straszne, że się oglądac nie da, że przełamuje granicem a tego śmiego. Tymczasem to co zobaczyłem w kinie wyglądało zupełnie inaczej: 80% filmu (lub więcej) to wyciszony, intymny film o spotkaniu dwóch ludzi poharatanych przez życie i minioną wojnę, którzy chcą już teraz tylko trochę spokoju i normalności. Gwałty są w tle tego wszystkiego, w dodatku pokazywane na szybkim montażu i często mają miejsce poza kadrem (zbiorowy gwałt jest na pewno wyjątkiem, ale nie widzę tu efekciarstwa, robienie z czegoś takiego artystycznych subtelności byłoby bardzo nie w porządku wobec prawdy historycznej). a że słychać krzyki Róży, widać szamotaniny ("wyje jak zwierzę"? co to za określenie w ogóle w stosunku do ofiary?) to chyba nie jest dziwne?
    A jeszcze co do tych polskich, nie polskich wątków? Polacy również są przedstawiani jako źli, zdradzający, czy gwałcący. Gwałt/zdrada/zło nie ma tu żadnego munduru czy ideologii. To film o parze ludzi (nikt nie wymachuje ich narodowością przed nosem przez cały fim), którym zdarzyło się mieszkać na Mazurach i chcieli spokoju po wojnie. I ktoś tego ich życzenia wyraźnie nie uszanował. Film znakomicie oddaje napięcie tych czasów (czasem Tadeusz wraca do domu i nie dzieje się nic, czasem znienacka pojawia się atak). Nikt tu nie jest idealny zresztą (Taduesz nie jest opanowanym aniołem, potrafi łatwo zabić przeciwnika z nienawiścią w oczach), to po prostu ludzie doprowadzeni do ostateczności. Nie wyszedłem z kina wstrząśnięty, widzialem subtelną historię ludzi, którzy stanęli ponad gwałty i ideologie. Tyle ode mnie, polecam swojego bloga :) Pozdrawiam:) www.xmuza.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  20. szymalan - "Pokazywanie gwałtów subtelnie? " - można, uwierz mi. Nie wiem, czy wyraziłam pretensję, że Smarzowski nie jest subtelny, raczej chodziło mi o sposób w jaki znęca się nad Różą, że za dużo tu wrzasku, za dużo ginekologii i fizjologii, za mało dyskrecji.
    Tak, też zaznaczałam, że Smarzowski jest oryginalny w sposobie ukazania drastycznych scen, szybki montaz, skomasowane krótkie, zbliżone ujęcia, no i ten dźwięk - krzyk, trzask wybijnaych szyb, itp. To robiło wrażenie, było mocne, panowie wzdychali na sali, kobiety łkały. Jak na Pasji Gibsona. Niektórzy tak lubią, ja wolę jeśli gwałt się sugeruje, dając pole do popisu wyobraźni widza. Taka Grbavica, takie "Zycie ukryte w słowach", taki "jak być kochaną" ani jednej sceny gwałtu, a jakie wrażenie.
    Widziałam mnostwo filmów z gwałtami w rolach głównych, możesz mi wierzyć, nie odżegnuję się od tej tematyki, to nie jest tak, że mnie takie sceny gorszą, po prostu wrażliwość Smarzowskiego nie jest moją wrażliwością i tyle. Nic na to nie poradze.

    Co do intymności, owszem było takich parę scen, niestety inne je przyćmiły, przynajmniej u mnie.

    Przepraszam, jesli uraziłam twoją wrażliwość okresleniem "wyła jak zwierzę", niestety, tak to odebrałam, może nie jest ono najładniejsze, ale dobrze oddaje charakter dźwieków jakie wydobywała Róża, - pretensje do reżysera nie do mnie wnoś. :)


    Piszesz: "jeszcze co do tych polskich, nie polskich wątków? Polacy również są przedstawiani jako źli, zdradzający, czy gwałcący. " - oczywiście, ale zapomniałeś dodać, ze ci wszyscy źli są komuchami, a tylko jeden Tadeusz AKowiec jest dobry, a że zabija wroga? święci też to czynili za wiarę, takie zabijanie przecież nie jest złem jest dobrem. :)
    Największe pretensje do reżysera mam nie o te nieszczęsne gwałty, niech sobie je poakzał jak chciał czy umiał, czy wykalkulował, ale własnie o tę jednowymiarowośc filmu, brak humanistycznego podejścia do człowieka, mamy obraz zła, ale nie mamy pokuszenia się o odpowiedź dlaczego, ale o tym, jak także o tym, że wszyscy na wojnie są źli (oprócz Tadeusza, oczywiście) też już pisałam.
    Dzieki za pozdrowienia i zaproszenie. :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Różnica tematów. Grbavica nie jest filmem o gwałcie, jest filmem o tym co dzieje się po gwałcie (skądinąd znakomitym filmem, zgadzam się). "Róża" jest osadzona w centrum czasów absolutnie nieludzkich. Robienie z tego metafor takich jak w Grbavicy (że scena gwałtu pojawia się w zasadzie jako odżycie starych wspomnień w scenie zabawy z dzieckiem), byłoby historycznym fałszerstwem i nie miałoby sensu. Gwałt jest tu i teraz, ktoś gwałci kobietę w czasie rzeczywistym na ekranie, tak jakby to się dzialo w czasie rzeczywistym w realu. A że ludzie wdzychają, czy płaczą przy oglądaniu tego, to co w tym złego? :) To naturalne ludzkie emocje, człowiek identyfikuje się z bohaterem, jeśli film jest dobry i tego warty.

    Tym bardziej, że ja dalej uważam, że intymności jest tam więcej niż przemocy. Zgadza się, jest tam ta pierwsza scena z pola bitwy (ok , mocna), ale potem? Potem się właściwie nic ciężkiego nie dzieje. On idzie, wchodzi do domu, długo spędzają czas, nieufnie patrzą sobie w oczy, on jej pomaga, coś tam koszą, czy orzą na polu. Te love się długo i bardzo subtelnie rozwija. Gwałty są później tylko przerywnikiem, anomalią w życiu bohaterów, która nie powinna mieć w ogóle miejsca, a jednak ma bo takie są po prostu czasy.

    co do Akowca: Ale czy ktoś wymachuje chorągiewką akowca przez cały film? Czy ten film jest w jakimś sensie manifestem antykomunistycznym? Przecież już jest po wojnie, teraz Taduesz jest zwykłym facetem, wrakiem, który dużo przeżył i spotkał kobietę. Poza tym czy zabjanie wroga (po zakończeniu działań wojennych!) jest ..dobrem? hmm w cywilizowanym świecie to chyba nie, prawda? W sensie: gdyby dzisiaj prawo zezwalało na zabicie każdego kto nam się nie podoba, to chyba nie byłby to świat przyjazny i poukładany, tylko jakaś totalna anarchia :)

    Jest w filmie Smarzowskiego obraz zła i jest odpowiedź skąd się to zło wzięło: po wojnie świat oszalał, ożywiły się najgorsze instynkty, a byle pretekst w rodzaju nacjonalizmów służył za umożliwienie sobie gwałtów, czy rozbojów na innych, słabszych. Krajobraz z "Róży" to krajobraz postpokalipsy , w którym trzeba jakoś sprobować utrzymać pozory normalnego człowieczeństwa, co próbują robić główni bohaterowie. Jak Taduesz, którego wojna nie złamała, ale w desperacji walczy z oprawcami Róży, i jak Róża, która mimo przemocy jakiej doświadcza, znajduje siłę aby kochac swojego obrońcę. Może proste, ale chyba o to chodziło, a genialni aktorzy wynoszą to ponad westernowe proste figurki :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Żywot świętego Tadeusza. Amen.

    OdpowiedzUsuń
  23. Babka Filmowa - drastyczność tego filmu ma właśnie takie przesłanie, które wyśmiewasz. Obejrzysz sobie film "Kobieta w Berlinie", "Die Große Not" etc. Mój ojciec był na Mazurach po 1945 roku (Babka Filmowa nie była i dlatego plecie bzdury)- i z języka rosyjskiego zapamiętał tylko te słowa "Jobi paka tjopła!" Z zacisza wygodnego mieszkania, z pełnym brzuchem i w wygodnym fotelu przed PC można pisać takie bzdury jak Babka Filmowa. Kobieto! - przeczytaj sobie wywiad z Profesorem Józefem-Arno Włodarskim "Co się działo na Mazurach w 1945 r.) w "Morskim Dodatku" do GW z4-5 lutego 2012...

    OdpowiedzUsuń
  24. Anonimowy arcyznawco i mędrcu, zalecam przeczytanie jeszcze raz, z uważnością i ZROZUMIENIEM, tego co napisałam w notce o filmie, a także komentarze pod notką.

    OdpowiedzUsuń
  25. Do Anonimowy Feb 22, 2012 12:58 AM

    Po wejściu bolszewików szerzyły się gwałty, pożogi, śmierć i rabunek na terenie całej Polski, nie tylko Mazur. Cierpieli wszyscy, nie tylko Mazurzy. Polaki także gwałcono, a Polaków wywożono na Sybir, zabijano i zakopywano w lesie, aby zatrzeć ślady.

    OdpowiedzUsuń
  26. W moich oczach Smarzowski tez stracil wiele choc bylem jego wielkim fanem. Moim zdaniem poszedl na latwizne wybierajac taki temat i nie pokazal tu niczego osobliwego. Mialem wrazenie ze ogladam film dokumentalny o okrucienstwach wojny. Ten film mogl byc nakrecony przez wielu ludzi, kazdy mogl to zrobic a ja chcialem zobaczyc Smarzowskiego. Poza tym przyznam, ze jestem bardzo zmeczony takimi polskimi filmami. Wyjechalem z Polski 20 lat temu i nigdy nie tesknilem za tego typu kinematografia choc uwielbiam mroczne i meczace filmy (np. Lynch, Bergman). Typowy polski dramat, zaczyna sie zle a konczy jeszcze gorzej. Cos jak "Kobieta Samotna" Agnieszki Holland. Po latach mieszkania z dala od takiej rzeczywistosci lub wciaz zywych wspomnien, te dwa filmy przypomnialy mi dlaczego nie tesknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, czasem zerkam, jakie kluczowe słowo najczęsciej przekierowuje guglających na mojego bloga. Otóż są to takie słowa jak "gwałt", "Róża gwałty", "Gwałty na Mazurach", "na co chorowała Róża" itp. I to dokładnie przewidział Smarzowski, mało kto oprze się pokusie filmu o masowych gwałtach, a jeszcze jeśli do tego dodać "Ruski" to już Polacy są w siódmym niebie. Dziwię się, a właściwie to nie, że wszyscy pieją z zachwytu nad tym filmem, niektórzy włączają go już nawet w kanon klasyki polskiego kina. A przecież, tak jak piszesz, cóż tu osobliwego mamy, wszyscy bohaterowie zagrani na jednej nucie - Róża męczennica, Tadeusz święty, Ruscy diabli, reszta to czyściec. A przecież, życie takie proste nie jest. O wiele bardziej inteligentny, wygrany na różnych nutach, jest film o podobnej tematyce "Kobieta z Berlina".
      Zasmuciły mnie twoje słowa, że nie tęsknisz za ojczyzną, w domyśle "za Polakami". trochę się nie dziwię, cóż... bez przerwy tylko rozdrapujemy ropiejące rany, szukamy jedności w nienawiści, ciągle te nienawiści podsycając; jarają nas tylko klęski, nasze męczeństwo, a najwiekszą radość dają niepowodzenia innych, najlepiej sąsiadów, itd. itd.
      Ja też lubię mroczne ciężkie kino, nie omijam żadnych tematów, ale "Róża" mnie normalnie zniesmaczyła. Jej bohaterowie to marionetki, którymi reżyser manipuluje znając doskonale oczekiwania widza. żadnego zaskoczenia, bo przecież nie jest nim uczucie, jakiemu ulega tych dwoje.
      Nie zgadzam się z Tobą tylko w jednej kwestii, "Kobieta samotna" mimo tragicznego wydźwięku jest świetnym filmem - jedna z najlepszych kreacji Lindy, niczego nie ujmując pani Chwalibóg. :)

      Usuń
  27. Babko filmowa, z ust mi to wyjęłaś. Już myślałam, że jestem jedyną osobą na tym padole, która ma podobne zdanie. Smarzowski to efekciarz, który wydaje się, a w przypadku Róży na pewno, wręcz nie czuć sedna tego o czym robi film. Nie wierzę, nie ufam, nie wstrząsnał mną ten banał.

    A i cieszę się, że ktoś wymienił tu "Kobietę samotną", miałam podobne skojarzenie, w związku z zamiarem reżysera osiągnięcia podobnego efektu beznadziei i rozpaczy - zamiaru nieudolnego, bo "Kobiecie..." "Róża" nie dorasta do napisów początkowych.
    Nawet aktorzy w Rózy nie ratują sytuacji. Choć Edward Linde Lubaszenko wart jest tutaj obejrzenia.

    agma

    OdpowiedzUsuń
  28. Tak,(zręczny) efekciarz to dobre słowo na określenie działalności Smarzowskiego. Dokładnie, a do tego poprawny rzemieślnik - tym zdobywa tak powszechny poklask sobie ludzi. Miałam podobne wrażenia, brak wiary w szlachetne pobudki robienia tego filmu, jak i pozostałych. Ludzie są tak bardzo przewidywalni w swych emocjach, wielu manipulatorów, potrafi świetnie to wykorzystać, by osiągnąć swój cel.
    Masz rację, nawet tak dobrzy aktorzy, jak Kulesza czy Dorociński, nie ratują tu sytuacji. O dziwo, o wiele lepiej wypadają ci z drugiego planu, jak wspomniany przez ciebie Edward Linde Lubaszenko w roli księdza, czy Jacek Braciak w roli repatrianta.
    Dziękuję ci bardzo za komentarz, jak dobrze wiedzieć, że człowiek nie jest samotny, choćby w swej opinii o "Róży". :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Świat wartości,który wybrało pokolenie AK, a od którego odwróciły się ateistyczne Niemcy i Sowiety naprawdę istnieje miła Pani, mimo,że chyba trudno to Pani przyjąć do wiadomości. Polska była w tej wojnie moralnie niezbrukana, niestety do dziś mamy problem na skutek braku rozliczenia z komuną z trzeźwą oceną własnej historii."Róża" pod każdym względem jest filmem wybitnym, z jednej strony całkowicie uniwersalnym a z drugiej bardzo w tym chorym kraju potrzebnym,tak mało wciąż wiemy o naszych polskich losach-dla wszystkich, którzy edukację historii zakończyli na II wojnie światowej ( większość), to lektura obowiązkowa, która uświadamia, w jakim punkcie właściwie aktualnie jesteśmy.

    OdpowiedzUsuń