środa, 11 maja 2016

Kraina miodu i krwi - reż. Angelina Jolie

No cóż, kiedy Jolie zabierała się za ten film, było sporo szumu wokół jej przedsięwzięcia. Pisało się nawet, że premiera filmu może być zagrożona ze względu na wściekłość Serbów, których przedstawia w bardzo niekorzystnym świetle. Przypuszczam, że bardziej chodziło o zabieg marketingowy, niż o faktyczne zagrożenie.
Jolie stara się opowiedzieć amerykańskiemu widzowi, na czym polegał konflikt narodów byłej Jugosławii, skupiając się na trudnej, niedozwolonej w czasie wojny, miłości, miedzy Serbem a muzułmanką, czyli przedstawicielami dwóch wrogich obozów. Na początku nawet wydaje się to trochę wzruszające. Niestety, po pewnym czasie, robi się nudno, widz (czyli ja) czekając na zakończenie tego niebezpiecznego związku, głowi się w jaki sposób ono nastąpi.

Film ma być ładny, mimo, że o wojnie. Jolie usiłuje pokazać, zadać pytanie, czy podczas wojny, a dokładnie czystek etnicznych, jakie miały miejsce na Bałkanach pod koniec XX wieku, można ocalić człowieczeństwo. Daniel, główny bohater daje przykład, że można się o to było przynajmniej postarać. Nie zabija, na ten przykład, snajperskim strzałem byłych znajomych Bośniaków. Dba o swoją kobietę, chroni ją przed gwałtami swoich podwładnych. Pewnego dnia nawet ubiera Alję w eleganckie ciuchy i wiezie do zdemolowanej galerii w Sarajewie, gdzie wiszą jej obrazy (Alja przed wojną była dość cenioną malarką) - to było strasznie sztuczne. Mamy kilka eleganckich scen erotycznych. Stylowy taniec nagiej Alji z Danielem w mundurze, w malowniczej izbie i z malowniczymi cieniami ich postaci na ścianie. Doceniam ten trud, ale jego efekt jest mało autentyczny. Bardziej niż emocje bohaterów, czuje się wysiłek Jolie, żeby było ładnie, godnie, na przekór wojnie.

Z utęsknieniem wyczekiwałam końca filmu. Mimo, że reżyserka oszczędza widzowi typowych mocnych scen przemocy, bardziej skupia się na aktach upokarzania muzułmanów przez Serbów. Dla osłody, od czasu do czasu raczy nas ekranową poezją, tytułowym miodem, który jak to na wojnie miesza się często z krwią.

Widać i czuć, że Jolie, niczym pilna uczennica stara się napisać bardzo dobre wypracowanie na temat wojny bałkańskiej, największej w Europie po II wojnie światowej. Robi to z przejęciem i zaangażowaniem, chcąc przybliżyć problem amerykańskiemu widzowi (i nie tylko amerykańskiemu, podejrzewam, że wielu Europejczykom także). Rzuca m.in. parę zdań, ustami ojca głównego bohatera, serbskiego generała, tłumaczącemu synowi temat genezę nienawiści Serbów do Bośniaków. Wzmiankuje o błękitnych hełmach nadzorujących oblężenie Sarajewa. Coś tam przebąkuje o niechęci prezydenta Clintona do do interwencji. Rzuca nazwą Srebrenica, a jakże. 

Jednym słowem, Jolie daje nam do obejrzenia pracę, wyglądającą na solidnie wykonaną, starającą się dotknąć wielu zagadnień, niestety, absolutnie nie chwytającą za serce.

wtorek, 10 maja 2016

Strach na wróble - reż. Jerry Schatzberg

To jeden z filmów, który mogłabym zaliczyć do przysłowiowej dziesiątki filmów, które kocham i powracam do nich, gdy tylko nadarzy się okazja. Nie muszę go oglądać w całości, mogę choćby kawałek i jestem szczęśliwa.

Jednym z powodów, dla którego warto zobaczyć ten film, jest m.in. aktorski duet A. Pacino - G.Hackman. Jakże wspaniale i przekonywująco, wzruszająco a przy tym wszystkim zabawnie, i ani odrobinę nieckliwie, ukazali oni przyjaźń mężczyzn, których drogi zetknęły się zupełnie przypadkowo - podczas powrotu z długiej włóczęgi do miejsc, gdzie chcieliby już osiąść na dłużej. Reprezentują oni dwie bardzo odmienne postawy życiowe. Max (G. Hackman) wszelkie problemy rozwiązuje pięścią, "Lione" (A. Pacino) zaś żartem, bo jak twierdzi - "ludzie, jeśli się śmieję, to przechodzi im ochota na kłótnie".

Mężczyźni, podczas wspólnej podróży uczą się wiele od siebie nawzajem, ich postawy przenikają się, każdy z nich przekonuje się, że nie ma jednej recepty na życie.
Piękny film o bolesnym późnym dojrzewaniu i o jednej z najważniejszych cech człowieka - o odpowiedzialności, za czyny i słowa.

A końcowa scena z fontanną miażdży (emocjonalnie) i zachwyca (wizualnie), choćby tylko dla niej warto na ten film popatrzeć - pozostanie w pamięci na zawsze. 







czwartek, 16 stycznia 2014

Prisoners (Labirynt) - reż. Denis Villeneuve

Ojcze nasz,
któryś jest w niebie:
święć się imię Twoje,
przyjdź Królestwo Twoje,
bądź wola Twoja jako w niebie,
tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego
daj nam dzisiaj.
I odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
I nie wódź nas na pokuszenie,
ale nas zbaw ode złego.Amen.
Każdy szanujący się katolik z dziada pradziada zna tę modlitwę. Jeden odklepuje ją bezmyślnie, bo to się Bogu należy, jak za przeproszeniem, psu zupa. Drugi zaś odmawia ją bardziej refleksyjnie, starając się na co dzień zasłużyć u Boga na odpuszczenie grzechów i grzeszków, odpuszczając winy swoim winowajcom, choć to nie jest takie proste. Życie czasem ludzi przerasta, stawiając ich przed nie lada dylematami, próbami odporności na ból, rozpacz, wystawiając ich wiarę na nieludzkie wręcz doświadczenia. Tak jak np. Keller Dover (Hugh Jackman), prowincjonalny stolarz, przykładny mąż i ojciec dwójki dzieci. 

Otóż, pewnego dnia, pobożny (a przynajmniej sprawiający takie wrażenie) bohater, po odmówieniu "Ojcze nasz" i jednoczesnym zabiciu w towarzystwie młodocianego syna niewinnej sarenki oraz skonsumowaniu jej na kolację w towarzystwie sąsiadów, nagle i niespodziewanie ma możliwość przekonania się, że jego ulubione powiedzenie - "pragnij tego co najlepsze, ale spodziewaj się najgorszego" jest jak najbardziej zasadne. Jego córka, wraz z córką przyjaciół, zostaje porwana. Podejrzenie (nieudowodnione) pada na opóźnionego w rozwoju młodego mężczyznę, mieszkającego z ciotką w domu za miasteczkiem. Oszalały z rozpaczy Kelly porywa chłopaka, więzi go w starej rodzinnej, niezamieszkanej posiadłości, chcąc wymusić torturami zeznania o miejscu ukrywania dziewczynek.
W proceder wciąga małżeństwo sąsiadów. Jego żona, na szczęście (w nieszczęściu), otumaniona przez leki, leży po całych dniach w łóżku. Nie muszę chyba dodawać, że tortury prowadzone są w tajemnicy i w taki sposób, żeby podejrzany mocno cierpiał, ale nie na tyle, by umrzeć. Znęcania takiego nie powstydziłyby się nawet służby specjalne w Guantanamo (począwszy od  zastraszania psychicznego po wyrafinowane naprzemienne kąpiele typu lód - ukrop. 
W chwilach największego zwątpienia i zmęczenia oraz dla dodania sobie otuchy, Dover posiłkuje się.. . oczywiście modlitwą "Ojcze nasz". Głos mu więźnie na chwilę w gardle, przy słowach, "odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy...", po czym naprawdę bez zachwytu, ale jednak ogarnięty obsesją myśli,  że to właśnie ten chłopak wie, gdzie znajduje się porwana córka, kontynuuje swoje przesłuchanie. I bardzo nienawidzi lokalnego detektywa Loki'ego, który prowadząc śledztwo w sprawie, nabiera podejrzenia wobec niego, zrozpaczonego ojca, że zachowuje się on dokładnie samo, jak porywacz jego córki - uprowadza, więzi, i torturuje.
Widz, oczywiście nie śmie oceniać Dovera, choć słowa potępienia ma na końcu języka, bo przecież nie wie, jak by się sam zachował w takiej sytuacji. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że podobnie.

No i tak, przez 2 i pół godziny, bez cienia znużenia, towarzyszymy obłędowi jaki ogarnia nawzajem ludzi w labiryntach ich psychiki i zawirowaniach życia. No właśnie, polski tytuł to "Labirynt" - od biedy, można go zaakceptować, ale bardziej trafny jest jednak oryginalny "Prisoners"". Mamy bowiem na ekranie paradę więźniów, w sensie dosłownym, czyli fizycznym, jak i mentalnym - więźniów swoich obsesji, przeżytych traum, lęków, leków (i innych polepszaczy życia, patrz wstęp notki) przymusów moralnych, zawodowych, wszyscy tu są, albo stają lub staną się więźniami.

Jako, że jestem sceptykiem w kwestii całkowitego porozumienia i nadzwyczajnego zbliżenia świata przeżyć, uczuć i emocji kobiety i mężczyzny, za bardzo ważny uważam w filmie wątek możliwości rozpadu więzi małżeńskich w momencie utraty dziecka. Pamiętam, mój szok, gdy po raz pierwszy przeczytałam o takim przypadku wiele lat temu, w reportażu opisującym losy rodziców dziecka, które też zostało porwane (a działo się to w jednym z większych miast Wielkopolski), a następnie po wielu dniach odnalezione martwe, już nie napiszę, jak zabite i w jakich warunkach. Będąc, bowiem bardzo młodą i jeszcze bardziej naiwną dziewczyną, wierzyłam w nadorzyrodzoną moc miłości, która jest w stanie przezwyciężyć wszystkie przeciwności i nieszczęścia. Niestety, miłość miłością, a życie życiem, relacje między rodzicami ulegaja rozchwianiu, bo sposób radzenia sobie z rozpaczą nie jest jednakowy,a wręcz jest skrajnie różny, i każdy obstaje przy swoim (we wspomnianym przypadku z reportażu matka chciała jak najszybciej się wyciszyć, a ojciec szukał zemsty).
 Przy okazji, polecam wspaniały film "W kręgu miłości", który bardzo dobitnie, a jednocześnie w sposób naprawdę poruszający ukazuje rozpad pięknej miłości i osobność światów męskiego i kobiecego w obliczu utraty ukochanego dziecka. 

Jakie jeszcze plusy mają "Więźniowie"? Oczywiście - obsada. Rewelacyjny Jake Gyllenhaal jako detektyw Loki. Życzyłabym każdej jednostce policyjnej na świecie takiego detektywa - oddany sprawie, baczny obserwator,  żaden podejrzany ruch nie ujdzie jego uwagi. Poza tym, uczciwy, z poświęceniem, a nawet narażeniem życia, badający każdy trop (nie tak jak nasi fachowcy, a może krętacze, którzy guzik na samochodzie Papały "przeoczyli"). No i... jaki ładny on ci jest!   Szczególnie, gdy się uśmiecha (taki by nie musiał dwa razy prosić o pokazanie dokumentów), co prawda rzadko to robi, śledząc bezustannie ciężkie kryminalne sprawy, wiadomo!  Ba, nabawił się wręcz nerwowego tiku - mrugające powieki. Ale to mu nawet dodaje uroku.  Jak to mówią...  ładnemu ze wszystkim ładnie... Ale mówiąc już poważnie - Lokiego możemy oceniać tylko jako pracownika policji, natomiast nie wiemy jakim jest człowiekiem, nie wiemy skąd pochodzi, co go ukształtowało, jak żyje prywatnie. Może dlatego właśnie tak ciekawe jest zakończenie filmu, całkiem nie takie jednoznaczne jak się niektórym może wydawać. Ten film ma to do siebie, że nie możemy, albo nie mamy prawa, oceniać żadnego z bohaterów. I tego też powinniśmy się trzymać w życiu.

Druga ważna i dobra rola to Keller Dover w kreacji Hugh Jackmana. Zupełne przeciwieństwo opanowanego (zazwyczaj, bo raz nerwy puszczają) Lokiego. Tak jak żona Dovera, która by nie czuć bólu, całymi dniami leży bez czucia w łóżku, tak jej mąż nie może wytrwać bez ruchu ani minuty. Rola zdecydowanie wyczerpująca fizycznie, bardzo wyrazista, dynamiczna mimika twarzy, gwałtowne ruchy ciała. Podczas, gdy Gyllenahaal pracuje oszczędnie, kamienne oblicze, wymowne milczenie,  ruch gałek ocznych, jedynie tik powiek daje sygnał, że nerwy są prawdopodobnie z nadszarpnięte.
Byłabym niewdzięczna, gdybym nie zauważyła w tych kilku słowach o seansie, postaci Paula Dano - jak zawsze w swoim żywiole. No i Melissa Leo - jako jego ciotka. Dobra charakteryzacja.  Maria Bello, Terrence Howard. Viola Davis (pamiętamy "Służące" prawda?). Jest naprawdę dobrze, w ich towarzystwie można zapomnieć o całym świecie i przeniknąć przez ekran, być tam gdzie oni.

Do uświetnienia klimatu tej dość ponurej opowieści, przyczyniają się też w ogromnym stopniu zdjęcia R. Deakinsa (och! jego niezapomniane "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda"). A nie ma on łatwo. Smętne, małe prowincjonalne miasteczko, na tle jesiennej szarugi, nie jest raczej wdzięcznym obiektem do filmowania, niełatwo takimi pejzażami zachwycić przeciętnego widza. Ale za to świetnie pomagają budować klimat rozpaczy, beznadziei życia człowieka, któremu dla dodanie otuchy i poczucia sensu zaleca się wiarę w Boga.  Mniejsza o wiarę w człowieka, kto by się nim przejmował?  Trzeba się pomodlić "Ojcze nasz...." i robić swoje. 



9/10

czwartek, 5 grudnia 2013

U niej w domu - reż. Francois Ozon


F. Ozon należy do reżyserów, którzy każdym swoim kolejnym filmem, mniej („Ricky”) lub bardziej pozytywnie, jak np. „U niej w domu”, zaskakują. „Dans la Maison” wyróżnia  bardzo  oryginalny pomysł na scenariusz. Fikcja literacka przeplata się z rzeczywistością, a granice między nimi zacierają się do tego stopnia, że tracimy orientację, co jest prawdą a co dziełem wyobraźni. Tym bardziej, że głównym bohaterem jest młody, dojrzewający chłopak o przeróżnych niezaspokojonych potrzebach, i mam na myśli nie tylko te ze sfery seksualnej, ale także np. socjalnej, z czym wiąże się takie a nie inne poczucia własnej wartości, a w związku z tym wybujałość marzeń i ambicji.

W pewnej szkole nauczyciel języka francuskiego zadaje swoim uczniom wypracowanie na temat „Mój ostatni weekend”. Oczywiście, znając poziom intelektualny i obszar zainteresowań swoich podopiecznych nie spodziewa się wiele po pracach, które przyszło mu sprawdzać w jeden  z wieczorów, mogących być przecież wieczorem poświęconym żonie, prowadzącej galerię sztuki współczesnej (żona i jej praca to też fascynujący wątek tego filmu). Nagle! w jakież wpada zdumienie, nieomal zachwyt, gdy trafia na bardzo nietypową pracę.   O dziwo, nie jest to kolejny opis typowych czynności typowego nastolatka w spędzającego typowy weekend. Uczeń, Claude (w tej roli bardzo obiecujący 24-latek Ernst Umhauer), zwierza się wręcz ze spełnienia swego skrytego marzenia, a mianowicie przekroczenia progu domu jednej z rodzin francuskiej middle class, który miał przyjemność do pory tylko obserwować z pozycji ławeczki umieszczonej na wprost jego okien. Marzenie to łatwo było mu spełnić,  jako że dom należy do rodziców jednego z kolegów Claude’a -  Rafa, mającego olbrzymie problemy z matematyką. Claude postanawia zostać jego przyjacielem, wcześniej przyjmując funkcję korepetytora. I tak oto wślizguje się w rodzinę Rafa, zostaje przyjacielem jej wszystkich członków, umiejętnie wychodząc naprzeciw i spełniając ich potrzeby.   
A przy okazji zdobywa zainteresowanie i fachową opiekę nauczyciela francuskiego, pana Germain (świetny i znany F. Luchini). Nauczyciel z niecierpliwością czeka na każdy kolejny odcinek wypracowania – relacji z penetracji domostwa pani Esther Artole (matka kolegi), bo nie ukrywajmy, że jednak ona, była głównym (choć nie od początku w pełni uświadomionym) obiektem zainteresowania i obserwacji młodego kandydata na pisarza – Claude’a. 

Podglądactwo, ciekawość świata innych ludzi, ich życia, jako główny napęd działalności aktywnego i biernego zaangażowania człowieka, nie tylko w sztukę. Po to czytamy książki, oglądamy filmy, fotografie, by poznać świat drugiego, innego, człowieka, a przy okazji samego siebie. Ciekawość, gdyby nie ona, nadal siedzielibyśmy na drzewie i zajadali jego liście na obiad.  Ciekawość i chęć odmiany, zerwania z rutyną i nudą, sprawia, że czasem ktoś tak szary, jak nauczyciel szkoły średniej, jest gotowy zaryzykować swoją posadę i zdecydować się na małe szaleństwo.  Zresztą nie tylko on.

Akcję na ekranie można odebrać także dosłownie, likwidując granice między fikcją a rzeczywistością, przyjmując, że wszystko co opisuje Claude w swoich cyklicznych wypracowaniach, przeznaczonych tylko dla nauczyciela, jest prawdą,  otrzymamy piękną opowieść o kreacji, nie tylko literackiej, ale przede wszystkim swojego życia i o odwadze z jaką ją należy czynić.

Poza tym, film zawiera cennych, dla jednych oczywistych, dla innych odkrywczych, uwag, porad względem pisania, budowania napięcia fabuły,  relacji między bohaterami, w końcu wyboru stylu, konwencji, który ostatecznie decyduje o gatunku dzieła. Te uwagi, ważne dla przyszłego literata, można sobie wziąć do serca także dla siebie osobiście, w podjęciu kierunku naszego własnego marszu przez życie, jego kreacji.  Czy zechcemy je przeżywać na przykład, jako dramat i każde wydarzenie, nawet to najbłahsze, i najśmieszniejsze ujmiemy w nawias tragedii (patrz np. dział życia pt. „obraza uczuć religijnych, patriotycznych, rodzicielskich, zawodowych etc.). Czy na odwrót, ścieżkę pod wiatr, ewentualne przeciwności losu, potraktujemy jako czarną komedię, groteskę, żart, czy farsę, bo czyż warto inaczej traktować życie w obliczu jego chwilowości, chwiejności, marności i nieuchronnej skończoności?

Komu „U niej w domu” może przypaść do gustu? Ludziom z wyobraźnią na pewno.
Myślę, że niejeden z was, uprzyjemniał sobie czas oczekiwania, czy to na pociąg, autobus, albo na narzeczoną czy narzeczonego w kawiarni,  patrzeniem na otaczających ludzi i rozmyślaniem kim są, skąd przyszli, dokąd idą, czy są szczęśliwi, czy kochają, zdradzają, może kogoś zabili, kogoś okradli, coś wygrali, lub przegrali, że chcielibyśmy choć na chwilę wejść w ich skórę,  do ich domów, zobaczyć jak żyją, może ciekawiej od nas? Jednym słowem snuliśmy przeróżne fikcje, po czym przerywaliśmy, być może w najciekawszym momencie (bo pociąg nadjechał, mało ciekawy narzeczony przyszedł na randkę), wracając do swego życia, nie zdając sobie sprawy, że pan czy pani z przeciwka zerkają na nas i urozmaicają sobie swoją rutynę fantazjowaniem na nasz temat. :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Bejbi blues - reż. K. Rosłaniec

Powiem jedno -  tak żenującego filmu dawno nie widziałam, a to ze względu na potworną dykcję aktorki (?) pani Berus. Jeśli ona gra i tak samo połyka słowa w "Nieulotne", to ja bardzo dziękuję za ten film. Ta kobieta, jeśli wypowiada zdanie zawierające ponad trzy słowa, nie można jej kompletnie zrozumieć. I pomyśleć, że  taka osoba otrzymuje nagrody aktorskie na polskich festiwalach. Jurorom proponuję przegląd filmoteki polskiej ze starszych lat, wtedy może zrozumieją, że częścią dobrego aktorstwa jest nie tylko mimika, ruch ciała, ale także sprawne poruszanie aparatem mowy. Zresztą nie tylko ona ma kłopot z wyraźnym mówieniem, jej młodzi koledzy również. Jeden wielki bełkot, także jeśli chodzi o wymowę ideo. Nie wiem, czy pani Rosłaniec chciała robić tani film, czy dobry. Na scenariuszu także postanowiła zaoszczędzić, pisząc go sama, zapewne na kolanie. Nie kupuję pomysłu, że nastolatki, w dodatku z gatunku hipster, sprawiają sobie świadomie dzieci, bo nie chcą być samotne, czują się niekochane i nie zaopiekowane. Bo jeśli samotność dokucza, z tym się zgodzę, że jest to zjawisko powszechne, to prędzej zakochają się w pierwszym lepszym facecie, jaki się nimi zainteresuje, czy nawinie pod rękę, pójdą z nim do łóżka, ale ludzie! nie po to, żeby z nim mieć dziecko, tylko po to by poczuć jakąkolwiek bliskość, choćby jej najmniejszą i najmizerniejszą namiastkę. A już zakończenie, jakie wymyśliła autorka wprawiło mnie w osłupienie. Przecież, nic wcześniej nie wskazywało, że ta filmowa Natalia jest  aż taką idiotką, żeby zamiast dziecko zostawić w domu na łóżku (synek miał kilka miesiecy, najwyżej by się posikał, albo pokupkał), spakowała je do torby i zostawiła w schowku na dworcu? Nie, nie kupuję tego pomysłu, jest to akt rozpaczy wyobraźni reżyserki, chęć zakończenia filmu zajebiście mocnym akcentem, bo wcześniej był trochę jednak nudny.

Rozumiem że u podłoża realizacji dzieła były ambicje (wszak wcześniej widziałam "Galerianki", które dobrze rokowały na przyszłość), by pokazać samotność, wszystkich: rodziców, matek, które nie są już matkami, a wręcz konkurentkami w wyścigu o pożądanie chłopaków swych córek, no i córek, dzieci w ogóle. Czy wszystkiemu winien jest pieniądz i konsumpcjonizm,  także w wersji dla ubogich, ktorzy mogą realizować się jak nie w sprzętach czy luksusuwych mieszkaniach, to chociaż w modnych ciuchach z secondhandów?  Największą namiętnością Natalii jest wygląd, także jej małego synka, którego od urodzenia prowadza po agencjah fotograficznych. Czy winna jest ta potworna próżnia umysłowa, emocjonalna, współczesnych nastolatków, i ich rodziców. Jeśli tak, to jak się ma jedno do drugiego, co jest najpierw? Czy pieniądz, czy próżnia? Ten film nie udziela na to pytanie odpowiedzi. Jedno jest jasne, świat zaludniają w większości jednak głupcy, ale na szczęście, natura, żeby przetrwać, dba o ich samoeliminację. Tego mamy dowód w zakończeniu filmu? 

sobota, 30 listopada 2013

Papusza - reż. J. Kos-Krauze, K. Krauze

Kayah w pewnym mini wywiadzie w telewizji (tak, tak nie jestem snobką i nie ukrywam, że telewizor posiadam i nawet go lubię jako okno na świat, i często włączam, ale tylko na wybrane programy), powiedziała, że żałuje, iż filmowe małżeństwo Krauze nie obsadziło jej w tytułowej roli swego najnowszego filmu, o Cygance - poetce, która ośmieliła się nauczyć czytać, a działo się to jeszcze w okresie międzywojnia, kiedy Cyganie nie mogli, ale i nie chcieli, do szkół (teraz może już chcą, ale nie zawsze są tam mile widziani). A przecież jedna bogata Madame przetrzegała Papuszę, żeby się zastanowiła, czy na pewno nie chce być analfabetką, bo mądre kobiety mają gorzej. Przestroga zresztą aktualna do dziś, gdyby nie XXI wiek i kontrola ze strony organizacji humanitarnych, to taki np.kościół (też społeczność ultra patriarchalna) paliłby chętnie te niepokorne baby na stosach, jako czarownice i wysłannice diabła, które zaburzają ich słodkie i miłe życie.

Wracając do filmu, ja też żałuję, jak tylko zobaczyłam i wysłuchałam Kayah (wraz z Elżbietą Towarnicką)  "Kicy Bidy i Bokha" w teledysku promującym "Papuszę", że ta świetna piosenkarka nie mogła się sprawdzić jako aktorka. Kto wie, może gdyby zaśpiewała na ekranie, tak jak tylko ona to potrafi, "Papusza" zdobyłaby serca wszystkich, bez wyjątku, widzów. A i wygląd, przecież ma jak Cyganicha. No szkoda,  choć nie jestem pewna, czy mimo wszystko, zdołałaby aż tak zawojować ekran w obliczu tego, że film jest zlepkiem obrazków-faktów z życia poetki. Tak po prawdzie, nie dane nam jest przeżyć głęboko jej tragedii, bowiem w momencie, gdy już coś zaczyna między nią a widzem iskrzyć, pach! scena jest gwałtownie urwana, widzimy ciemność, z której po kilku sekundach zaczyna się wyłaniać kolejny obraz, zupełnie oderwany (pod względem czasu czy tematu) od poprzedniej. A jak tak liczyłam, że będzie to piękna, w tradycyjnym stylu opowieść, podanie o życiu Cyganki, która chciała być wolna, swobodnie przekraczać zakazane granice, ukazać fascynację, piękno życia swej społeczności, a jednocześnie pozostając jej wierną.  Zaraz, zaraz wolna? To ona nie była wolna? Przecież w naszym postrzeganiu nomadzi Europy wydają  się być najbardziej wyzwolonym narodem naszego kontynentu - te tabory, swobodne wędrówki, taniec, śpiew, legendarna niechęć do stałej pracy itp, itd. Jak się okazuje, nic nie jest takie piękne jak nam się wydaje, pozorna wolność, to ułuda. Cyganie wydają się być niewolnikami swojej tradycji, sami mentalnie izolują się od reszty.  Z pewnych względów, jest to zrozumiałe i ma sens, chcą zachować swoją tożsamość, żyć po swojemu, wg swoich praw, a jeśli nie chcą, to tak czy tak, płacą czasem sporą cenę  za samo to, że istnieją (zobaczcie film "To tylko wiatr").
Ale na szczęście, w blokach, czy w taborach, zawsze tak samo pięknie grają i śpiewają. Czego mamy dowód także w filmie - scena w mieście, na podwórku między starymi kamienicami, w których osiedlili się na stałe i pieśń w wykonaniu grupy mężczyzn, aż żal było, że takich utworów nie było więcej w filmie, że nie zrobiono musicalu z historii Papuszy. No właśnie! A może znajdzie się ktoś chętny?

Takie, a nie inne podejście do tematu, uczynienie zeń kalejdoskopu z najważniejszych fragmentów życia poetki, bez skupienia się większego na poezji, jej emocjach, i jej postrzeganiu świata, jest sporą wadą filmu. Mamy kilka mocnych momentów chwytających za serce, tyczących głównie niespełnienia się w miłości, całej trójki bohaterów, zarówno dwóch mężczyzn - Wajsa, Ficowskiego jak i Papuszy, ale one jakoś umykają, trzeba je wyłuskiwać już po seansie, dla usprawiedliwienia, że film jest jednak dobry. W pewnej chwili zauważamy, że Papusza znika z ekranu jako główna bohaterka, a na plan pierwszy wysuwa się jej mąż, Dionizy Wajs (najlepsza rola filmu - Z. Waleryś). To jego postać i jego uczucia, jako odtrąconego męża (czy można zakochać się w starszym o jakieś 20 lat wujku?), ale ciągle wiernego i lojalnego wobec wyklętej małżonki, wydają się najważniejsze.  Ale zaraz przywołujemy się do porządku, przypominając sobie tytuł filmu. Papusza, Lalka, Bronisława - kobieta wyklęta, czy może być coś bardziej niesprawiedliwego, być niezrozumianym i przeklętym, przez tych, których się kocha, których nie chce się opuścić. Woli się być czarną owcą wśród swoich, niż maskotką, białym misiem, chwilową uciechą dla obcych.

 "Papusza" na pewno jest ciekawą, pięknie sfilmowaną (wielkie oklaski na stojąco dla operatorów Ptaka i Staronia) dokumentacją, obrazem życia Cyganów na przestrzeni dziejów XX wieku, ale jak dla mnie - trochę mi za mało w nim Papuszy w Papuszy. To znaczy, ona jest obecna, są jej narodziny, jej samodzielna edukacja, żenujące zrękowiny z wujem, czasy wojny, gdzieś tam dochodzą echa eksterminacji Żydów i Romów przez Hitlera, jest socjalizm, osiedlenie w blokach, edukacja syna w szkole, ale gdzieś tam w tym tyglu historycznych dziejów ona sama, jako wrażliwa dziewczyna i kobieta się gubi. Jest tylko jedna scena, odzwierciedlająca wielkość jej talentu  - wizyta Ficowskiego u Tuwima. Chyba czegoś innego spodziewałam się po tym filmie, być może jakichś większych uniesień. Może autentycznego zainteresowania jej twórczością. Może moje oczekiwania były zbyt osobiste, zbyt sentymentalne. Nie wiem, w każdym razie tuż po seansie czułam wielki niedosyt, mimo sporych estetycznych wrażeń jakie otrzymałam ze strony Jana Kantego Pawluśkiewicza i wspomnianych już operatorów.  Niby niczego formalnie nie brakowało, no właśnie, formalnie, może było zbyt formalnie. Miałam wrażenie, że aktorom nie dane było rozwinąć skrzydeł, jakby wszystkim na planie założono kaganiec w imię poprawności, nie urażenia nikogo z żadnej ze strony. Wydaje mi się, że za bardzo liczyłam choć na odrobinę szaleństwa, ale chyba mi się nie dziwcie, skoro poszłam na film o życiu szalonej Cyganki?