
Film bardzo oryginalnie, tak po młodzieżowemu, przy ostrej rockowej muzyczce (Metallica, Motorhead) bez patosu i zadęcia, ukazuje problem straty, czy utraty, a dokładniej, jak ją przeżyć i dać żyć innym. Oczywiście, strata stracie nierówna i jej pojęcie jest bardzo względne. Dla jednego, tak jak dla tego dziwnego gościa Heshera, traumatyczną stratą będzie utrata jądra, dla innego, matki, żony etc. Ważne, by się w tym poczuciu straty samemu nie zatracić.
Pamiętam, jakie wrażenie wywarła na mnie wiadomość (było to już dosyć dawno), że małżeństwo, które straciło syna, w dość nietypowy sposób (też tragiczny) rozwiodło się. Jakże byłam zdziwiona, zaskoczona tym faktem. Naiwna myślałam, że takie zdarzenie jak utrata najbliższej osoby musi scalić poszkodowanych, a okazuje się, że niekoniecznie. Bardzo często dochodzi do zasklepienia się w swoim bólu, w pretensjach do losu, do świata, do siebie nawzajem, w końcu następuje izolacja i rozpad więzi.
Tutaj, na szczęście rodzinę dało się uratować, choć była o włos od katastrofy. Uratował ją Hesher, facet, za którego, sądząc po wyglądzie i zachowaniu, nikt by nie dał złamanego grosza.
Właśnie. Postać Heshera wywoływała u mnie bardzo mieszane uczucia. Moim zdaniem autorzy przedobrzyli w obrzydzaniu jej wizerunku. Bardzo często miałam odczucie jej małej wiarygodności. Nie wiem, może dlatego, że zachowanie tego młodego człowieka, była bardzo nierówne i niekonsekwentne. Raz mu łzy stawały w oczach, gdy rozmawiał z osamotnioną przez, pogrążonych w bólu syna i wnuczka, babcią. A zaraz potem, cynicznie niszczył pierwsze uczucia młodego TJ'a do pewnej ślicznej kasjerki z supermarketu (wielbiciel Natalie Portman będą zadowoleni, bo to ona ją gra). A jeszcze kiedy indziej, naraża go na kryminał, by zaraz potem uratować mu życie. No tak, Hesher, prawdopodobnie był niezrównoważony psychicznie, dlatego tak postępował, ale najgorsze, ja musiałam sobie to wszystko jakoś tłumaczyć, usprawiedliwiać, a przecież, powinnam być przekonana o jego autentyczności, której często brakowało mi w przypadku tego bohatera. Mimo, świetnej obsady – Joseph Gordon-Levitt w końcu sroce spod ogona nie wyskoczył (ma przecież na swoim koncie bardzo dobrą, i trudną, rolę w „Złym dotyku” (Mysterious Skin). Tu, wydaje mi się, że się nie do końca odnalazł. I to nie ze swej winy, robił co mu kazali i tyle. Hesher spada na ekran nie wiadomo skąd, nie znamy jego przeszłości, drażni swym zachowaniem, domyślamy się, co prawda, że ma w sobie pokłady dobroci, które zostały kiedyś jakimis wydarzeniami przysypane, ale nie są jeszcze ubite, udaje się je od czasu do czasu wydobyć na świało dzienne. A szczególne ku temu właściwości ma babcia (świetna, charyzmatyczna Piper Laurie, pamiętacie serial „Miasteczko Tween Peaks”?) , której w przeżywaniu swej rozpaczy mężczyźni (jeden duży i drugi mały), w ogólnie nie zauważają. To z nią Hesher znajduje wspólny język, to on podaje jej tabletki od bólu, to on uczy ją jak palić papierosy przeciwbólowe (!).
Hesher zjawia się w tej rodzinie, niczym anioł stróż w diabelskiej skórze, niczym posłaniec z niebios (a może z piekieł – kto wie?, dalszych losów rodziny nie dane nam jest poznać), jest zawsze w odpowiednim czasie i miejscu, by czynić swą misję. A może tak miało być, może Hesher do końca miał zostać obcym, może nie było nam (ani filmowej rodzinie) dane polubić go, przywiązywać się do niego, by wolny mógł iść dalej i czynić swą powinność. Bądźmy więc czujni, nasz anioł stróż, może czasem pochodzić z grona aniołów buntowników.
"Życie jest jak spacer w deszczu, możesz się przed nim schować, albo po prostu zmoknąć" - ulubione powiedzenie babci, przyjaciółki Heshera. Mnie się podoba!