środa, 6 marca 2013

Miłość - reż. Michael Haneke

Chyba nie ma bardziej wyświechtanego słowa od „miłość”. No może jeszcze jest jedno, „kocham ”.  Można je sobie i swym ukochanym powtarzać i wyznawać setki razy na godzinę, to łatwe, ale prawdziwy sprawdzian uczuć przyjdzie wtedy, gdy „miłość” trzeba będzie uzupełnić słowem, i czynem, takim jak „lojalność”, „odpowiedzialność”, „obowiązkowość”, „trwanie”. Ba, więcej, czasem może nawet i "śmierć" w połączeniu z "obdarzeniem".
W czasach, gdy medycyna potrafi utrzymać człowieka przy życiu przez długie lata, nawet wtedy, gdy nie przejawia on widocznych oznak życia  - nie rusza się, nie mówi, nie je, nie pije samodzielnie itd. i ma dosyć całym sobą wegetacji na poziomie warzywa, a nie jest w stanie popełnić samobójstwa, uważam, że prawdziwym dowodem miłości jest pomoc takiemu najbliższemu w zejściu z tego świata. Wspominałam już o tym, przy okazji filmu „W stronę morza” A. Amenabara. Nie liczy się wtedy bezduszne prawo, takież same zasady religijne, sumienie, najważniejsza wszak jest ukochana osoba i jej szczęście. Jak to w miłości.
Oglądając najnowsze dzieło Hanekego cały czas miałam wrażenie, że zrobił on film instruktażowy, dla tych, których czeka obcowanie z człowiekiem nie tylko starym, ale i niedołężnym, z dnia na dzień unieruchomianym w coraz większym stopniu przez chorobę. A może zrobił on sobie, i swym bliskim, "Miłością"  prezent na 70 urodziny? W końcu w tym wieku, nawet przy najlepszej kondycji, od czasu do czasu czuje się na plecach oddech śmierci. 

Mężu, żono, jeśli los obdarzył cię umierającym przez lata współmałżonkiem, a masz jeszcze na tyle sił fizycznych jak i psychicznych oraz środków materialnych, by uczynić to umieranie bardziej godnym, zrób to. Myślę, że nie ma nic lepszego, a może nawet piękniejszego, dla śmiertelnie chorego w chwilach grozy i lęku przed nieznanym , czy fizycznego bólu, od dotyku dłoni kochanej osoby. A ty Osobo, daj sobie,  przy tej całej codziennej monotonnej i ciężkiej krzątaninie, przyzwolenie na chwilę zniecierpliwienia czy złości, w końcu też jesteś człowiekiem.

Córko, synu, dziecko -  jeśli nie możesz odciążyć starego rodzica w opiece nad chorym współmałżonkiem, a czujesz się wobowiązku odwiedzin domu rodzinnego, nie płacz, nie biadol nad losem chorej matki (ojca), pomóż jej opiekunowi, choćby dobrym pogodnym słowem wyrażającym satysfakcję z tego jak sobie świetnie radzi.

Młody człowieku, jeśli jesteś tak jak ten, w filmie, utalentowany pianista, związany z osobą tak bardzo chorą jak Anna, która była jego nauczycielką gry na fortepianie, odwiedź ją, ale nie użalaj się nad jej sytuacją, nie zauważaj, jaka jest smutna i biedna. Raczej rozwesel, opowiedz jakąś anegdotkę, tyczącą waszych wspólnych więzi. Ludzie chorzy nie lubią i nie chcą litości, wstydzą się swej ułomności, na każdym kroku chcą udowadniać, że jeszcze całkiem nie odeszli od świata żywych, warto im w tym pomóc.

Bardzo ważne w przypadku obłożnie chorego są pieniądze. Georges na szczęście je ma. To one są dla niego najlepszą pomocą w opiece nad żoną (pielęgniarki, sąsiedzkie przysługi). Gdyby nie zasobny portfel,  Anna musiałaby umierać w przytułku dla starców. Warto oszczędzać na starość.  A jeśli los będzie łaskawy i utrzyma nas długo w sprawności, a może pozwoli umrzeć nagle, to wcześniej będziemy mogli, jeśli zdążymy, przeznaczyć te oszczędności na jakieś podróże, na przykład.

Tak się składa, że w filmie „Miłość” bardzo ważną rolę spełnia muzyka, tak jak i w wielu pozostałych filmach reżysera , np. „Funny Games”. Z tą różnicą, że w FG muzyka oddziela pokolenia, a w „Miłości” je łączy.  Może dlatego, że jest wiecznie żywa, czyli klasyczna. Jak już wspomniałam, Anne, główna bohaterka jest nauczycielką gry na fortepianie, podobnie jak kiedyś była nią Isabelle Huppert, grająca jej córkę Eve, a odtwarzająca 11 lat wcześniej, tytułową rolę „Pianistki” w pierwszym filmie, który przyniósł Hanekemu światową sławę. Taki małe mrugnięcie okiem do widza z jego strony? A może wskazówka, że stosunki między kobietami były kiedyś raczej chłodne. Co też można wywnioskować z relacji jakie zachodzą między Evą a jej rodzicami obecnie –zamiast ciepła (opowieści przy łóżku chorej o akcjach nieruchomości na giełdzie) głównie mało konstruktywna krytyka. A może jest to po prostu brak umiejętności, niezdarność poruszania się w nowej nieznanej sytuacji?

Media , drugi łącznik chyba wszystkich filmów Haneke’go.  I w „Miłości” są obecne. Głównie radio. Płyną z niego aktualne wiadomości ze świata. Poza tym,  małżonkowie czytają na bieżąco gazety. Lecz wraz z rozwojem choroby Anne, wojny, kryzysy, wystawy, koncerty obchodzą ich coraz mniej i mniej.  Z czasem ich świat ogranicza się  do łóżka  Anny.  Georges coraz bardziej rozumie żonę, jej sprzeciw i niezgodę na taką wegetację i próbę zagłodzenia się na śmierć, tym bardziej, że i jego siły zaczynają opuszczać. Decyzja co  wybrać -  miłość do życia czy do żony - przychodzi nagle.  Ale jej spełnienie jest bardzo skrupulatne i przemyślane – scena z gołębiem. Miłość do życia równoważy się z miłością do żony. Dowód miłości jaki daje żonie jest tym bardziej cenny.

Wielkie dzięki dla pary aktorów, Emmanuelle Riva i Jean Louis Trintignant -  ciągle zachwycacie.

29 komentarzy:

  1. Może dlatego, że sam przeżyłem chorobę i umieranie Mamy, film był dla mnie porażający, bo przypomniał trudne i akumulujące się emocje. Szalenie trudne jest wsparcie w takich chwilach, bo na gwałtowne emocje chętnie reagujemy gwałtownie, tymczasem chorym i ich opiekunom w takim czasie takie gwałtowności wypada odpuszczać. Raz, drugi, trzeci, pięćdziesiąty. Tyle, że każdy ma swoją wytrzymałość. Wszyscy jesteśmy ludźmi. O ile więc nie można oczekiwać od każdego zwykłego Człowieka poświęcenia herosa, to stykając się z takimi sytuacjami i emocjami, warto sobie przypomnieć ten film i uświadamiać, skąd wynikają i że to wszystko jest usprawiedliwione bólem. Film - ciężki, zapewne będzie mało popularny, ale mimo to polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, warto ten film zapamiętać i te emocje, uczucia, jakie targały jego bohaterami. Każdy kiedyś w życiu znajdzie się w jakiejś podobnej sytuacji pokazanej w filmie, na miejscu, ktoregoś z bohaterów. A to dziecka, małżonka, sąsiada, znajomego, przyjaciela, ucznia...
      Każdy jest człowiekiem, niedoskonałym, mającym swe ograniczenia, raz nam puszczą nerwy, a raz wykażemy się sercem. Są też ludzie, tak jak np. ci sąsiedzi, wykorzystują, a może nie umieją nic innego, jak tylko zarobić na drobnych przysługach. Ale to nie jest naganne, robią to co potrafią. Haneke bardzo mocno akcentuje, nie tylko rolę miłości, ale i pieniądza dla zapewnienia godnego umierania.
      Film nie jest optymistyczny na pierwszy rzut oka, ale na drugi - owszem, jest. Anne miała szczęście w nieszczęściu - nie umierała wśród obcych, miała najbliższą osobę przy sobie, ktora kochała ją ponad życie.

      Usuń
  2. Dużo ludzi zarzuca temu filmowi, że jest bezuczuciowy. Dla mnie jest to śmieszne - przecież miłość to nie tylko pocałunki, namiętne wyznania... tak jak napisałaś - w pewnym momencie trzeba zrobić ten krok i uwolnić ukochaną osobę od cierpienia. Bardzo przeżyłam film, na pewno jest dobrą lekcją empatii. Aż sama nie wiem, co jeszcze mogę dopisać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten film bezuczuciowy?, też nie rozumiem, jak można ten tak oceniać. Przecież pocałunki, gorące słowa, ekstatyczne uniesienia to nie milość, a namiętność, ktora zazwyczaj tak szybko mija jak przychodzi, a jeszcze szybciej, gdy pojawią się jakieś życiowe trudności. Miłość to dokładnie to co nam pokazuje Haneke, bycie ze sobą na dobre i złe, empatia i wyobraźnia co do uczuć i odczuć drugiej osoby, nie przeglądanie się w jej oczach, a patrzenie głęboko i uważnie w oczy.
      Jeśli ktoś podtrzymuje męki ukochanej osoby, wbrew jej życzeniu, to nie znaczy, że robi to z miłości, ale dla uspokojenia własnego sumienia, poczucia, że zrobiłem wszystko co mogłem, by sobie zapewnić jego spokój.
      Zastanawiałam się, czy ten film można wpisać na listę filmów optujących za eutanazją, mimo, że ani raz nie pada to słowo. Nie wiem, czy by sobie tego życzył Reżyser. Chyba jednak nie, chyba jednak woli, i dlatego taki tytuł, żeby ten film był zaliczany w poczet filmów o miłości. Takiej prawdziwej, aż do śmierci.

      Usuń
  3. Ciekawie potraktowałaś temat. Bardzo mi się podoba Twój tekst.
    A w ukłonach dla głównej pary aktorów całkowicie się solidaryzuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Tak, aktorzy wspaniali. I... nie bójmy się powiedzieć - ciągle piękni.

      Usuń
  4. Jednak najbardziej zaskakującym jest czyn, jakiego dopuścił się główny bohater na końcu filmu. Czy zrobił to z miłości? Raczej tak. Można się zastanawiać, czy po prostu nie miał on dość wszystkiego i dlatego zrobił co zrobił. Ja jednak chylę głowę przed nim. Trzeba naprawdę kochać i umieć się poświęcić by tak postąpić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też wierzę, że z miłości.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra recenzja! A teraz historyjka z życia wzięta... Moja matka, która skończyła niedawno 60 lat, rzekła do mnie po seansie: "jak będę w takim stanie, to wiesz co masz zrobić". "Udusić cię poduszką?" zapytałam skonsternowana dziwną mieszanką beztroski i determinacji w jej głosie. Na to mama zamilkła, a po chwili odpowiedziała, już nie tak pewnie: "niekoniecznie". No właśnie...

    OdpowiedzUsuń
  7. No właśnie, nigdy nie wiemy, jak się zachowamy, i jakie będą nasze oczekiwania, w sytuacji którą sobie wyobrażamy, w momencie, kiedy ona rzeczywiście nastąpi. :)

    A może mama miała na myśli, że "niekoniecznie" "poduszką" albo "udusić". Żart, i to wisielczy. Przepraszam. :) Ale musisz zrozumieć lęk i obawy starego człowieka, który czasem w strachu rzuci jakimś nieroztropnym słowem do dziecka. :)

    W każdym razie nie ma się co martwić na zapas, ewentualnie zbierać kasę, zawsze się na coś przyda. :)
    Pozdrawoiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja też chciałem tak ładnie i budująco napisać o tym filmie, ale nie mogłem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No trudno. Słowo "miłość" każdemu kojarzy się z czym innym. Mnie, akurat z tym co widziałam na ekranie. A może podaj, dla kontrastu, jakiś film, w którym poczułeś, że bohaterowie się naprawdę kochają? Będąc oczywiście, w podobnej sytuacji jak Anne i Georges, czyli mając ponad 80 lat i gdy jedno z nich jest ubezwłasnowolnione przez chorobę i nie mogący liczyć na pomoc (psychiczną) innych? :)

      Usuń
  9. Trudno mi teraz znaleźć taki przykład.

    A wracając do filmu Hanekego: to nie chodzi o to, że to mi się nie kojarzyło z miłością. Oczywiście, że to mogło się kojarzyć z miłością. Naturalnie, że to co robił Georges, można nazwać miłością.
    Mnie zabrakło w tym obrazie... trudno to nazwać... aury, klimatu, pewnego rodzaju wrażliwości i uczuciowości, która ZAWSZE prawdziwej i głębokiej miłości towarzyszy. Ja tego w tym filmie nie poczułem (nic na to nie poradzę), choć sam uważam miłość za najważniejszą część ludzkiego życia i chyba dość łatwo jednak jest mi ją wyczuć w filmie, czy literaturze.
    Koniec końców, nie jestem pewien, czy Haneke jest tego typu reżyserem, który potrafi to (pewien rodzaj uczuciowości) na ekranie oddać. Być może jest to jakiś odmienny rodzaj wrażliwości. Bo przecież inne rzeczy w kinie (przemoc, poczucie zagrożenia, suspense, napięcie, zimno w ludziach...) wychodziły mu świetnie (zawsze bardzo wysoko ceniłem go jako reżysera).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam prawie wszystkie filmy Haneke i zgadzam się z tym, co opowiada i jak opowiada. Jego filmy są pesymistyczne, bo świat w jakim żyjemy nie nastraja optymistycznie. Piszesz poniżej, że Haneke w tym filmie ukazuje, iż" na końcu jest bezdenna rozpacz, cierpienie, pustka, bezsens, absurd, beznadzieja, rozpad i ostateczne unicestwienie... a i tak wszyscy są tym filmem zachwyceni".
      A ty widzisz jakiś inny koniec naszej egzystencji? Owszem, wierzący w Bogów, mają nadzieję, że cierpienie, śmierć, doskonalą, że jeśli wyspowiadaja sie przed śmiercią, pan Bóg, nieważne, czy byli łotrami czy nie, wybaczy im. Pójdą do raju. To jest bardzo optymistyczne. Szczegónie dla kościoła, który z wiernych czerpie kasę. A propos, kosciól nigdy nie zgodzi się na eutanazją, czy coś w tym guście, bo ludzie starzy, to kura która znosi dla kościoła złote jaja. Znam starych schorowanych ludzi, ktorzy nie pójdą prywatnie do lekarza, bo żal płacic za wizyte, ale na kościół, przeróżne misje, zakony, zawsze rzucą szczodrym groszem. Poza tym, intencje mszalne za zdrowie, za szybką śmierć itp. też robią swoje.

      Owszem, filmowe małżeństwo jest zdane tylko na swoje siły. Nie liczą na bliskich, nie liczą na Boga, liczą tylko na siebie, w końcu mąż stając się coraz bardziej bezradny, pod wpływem impulsu, jakim jest krzyk cierpiącej męki żony, robi to co robi.

      Może dla ciebie jest tu, w filmie, zbyt zimny klimat. To nie wina Haneke, tylko życia, ktore ty nazwałeś horrorem, i oddechu śmierci, jaki się czuje w tym domu, ale miłości uważam, że nie udało się jej zamrozić.

      Ale, oczywiście, każdy ma prawo na swój sposób odbierać i odczuwać ten film, zgodnie ze swoją wrażliwością, życiowym doświadczeniem,czy wyobrażeniami na temat życia, także ze światopoglądem! A może przede wszystkim zgodnie z tym ostatnim?

      Usuń
  10. Ale to jest w sumie dla mnie dziwne: Haneke w tym filmie mówi wszystkim, że na końcu jest bezdenna rozpacz, cierpienie, pustka, bezsens, absurd, beznadzieja, rozpad i ostateczne unicestwienie... a i tak wszyscy są tym filmem zachwyceni. (Może dlatego, że nie chcą jednak tego - co naprawdę Haneke pokazuje - zobaczyć, a zamiast tego chcą bardzo zobaczyć miłość... więc ją w tym filmie widzą?)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja też zobaczyłem coś, co mogło wynikać - i najprawdopodobniej wynikało - z miłości, ale samej miłości w tym filmie nie poczułem.
    Horror tego filmu (wynikający m.in. z tego co wymieniłem w poprzednim komentarzu) skutecznie mnie jednak przytłoczył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Horror czyli życie. Nie ma się co przytłaczać, lepiej zdawać sobie sprawę, że jak to mówią pobożni chrześcijanie; "nie udała się ta starość panu Bogu, oj nie". A to jeszcze i tak była wersja light. Bo kobieta leży w czystym domu, ma przy sobie męża, który ma kasę na opłacenie pielęgniarek i innych form pomocy.
      Tego typu choroba może zdominować wszystko, jak można się cieszyć życiem i miłością, skoro człowiek nie wie, nie czuje, że żyje?
      Wymagasz, żeby film o umieraniu w taki sposób, tryskal radością, szczęściem, gdy ludzie ledwie (dwójka bohaterów) zipią? :)

      Usuń
    2. "Wymagasz, żeby film o umieraniu w taki sposób, tryskal radością, szczęściem, gdy ludzie ledwie (dwójka bohaterów) zipią? :)"

      Babko, w tym zdaniu napisałaś coś takiego, jakbyś zupełnie nie zrozumiała tego (albo już zapomniała o tym), co pisałem w komentarzach (o moim tekście o "Amour" nie wspominając) ;)
      Gdzieś to wyczytała, że od filmu Hanekego oczekiwałem tego, aby tryskał radością i szczęściem?
      Chyba, że sobie żarty robisz :)

      Usuń
    3. A gdzieś ty wyczytał, że ja piszę, iż wymagasz tego od filmu Haneke'go?
      Może jeszcze raz: "Wymagasz, żeby film o umieraniu w taki sposób, tryskal radością, szczęściem, gdy ludzie ledwie (dwójka bohaterów) zipią? :)" - widzisz w tym zdaniu nawisko Haneke?

      Miałam na myśli film o umieraniu, ktoś bardziej radykalny, uzyłby może innego słowa, w ogóle.

      Usuń
    4. Rozmawialiśmy o filmie Hanekego.
      (Poza tym, sama napisałaś "w taki sposób" - co jeszcze bardziej sugerowało film Hanekego.

      A jeśli ogólnie?
      Nie, nigdy nie wymagałem, żeby film o umieraniu tryskał radością, szczęściem...

      Usuń
    5. Poza tym, sama napisałaś "w taki sposób"

      Napisałam o umieraniu w taki sposób, mając na myśli sposób umierania, czyli wieloletnią wegetację na poziomie rośliny, a nie sposób filmowania Haneke'go.

      Logosie, chyba czas przerwać nasze zmagania, robi się trochę nieprzyjemnie. A nie o to chodzi w tej całej zabawie.

      Twoje ostatnie zdanie, traktuję jako zgodę na nastrój i obraz miłości jaki panuje w filmie "Miłość", choć rozumiem, że cię one nie satysfakcjonują, co jak wcześniej zaznaczałam, rozumiem, szanuję etc.

      Usuń
    6. Nie, nie zgadzam się na nastrój i obraz miłości jaki panuje w filmie "Miłość". Może nie tyle się nie zgadzam, tylko uważam, że "nastój" ten i "obraz" nie spowodował tego, że ja tę miłość w filmie Hanekego poczułem. W tym filmie nie było uczucia (ani czułości), które jest - moim zdaniem - nieodłącznym elementem każdej miłości.
      Zupełnie nie przekonał mnie klimat, w jaki Haneke ukazuje "swoją" miłość. Nie wspominając o perspektywie światopoglądowej, jaką zastosował w tym obrazie.

      Gdybym napisał, że się zgadzam, to zaprzeczyłbym wszystkiemu, co napisałem w mojej recenzji i komentarzach.

      Usuń
    7. Oczywiście, tak też myślałam, że jednak się nie zgodzisz. :) Pozwólmy się jednak kochać ludziom na swój sposób i na miarę czasu, czy okoliczności w jakich przychodzi im się kochać.
      Tak jak miłość niejedno ma imię, tak i czułość niejedno imię ma.

      Klimat tego filmu nie jest gorący, zgadzam się z tobą. Może nawet jest chłodny, tak jak pisałam, ta choroba, ta czyhająca śmierć trochę psuje nastrój, staruszek Georges jest trochę zmachany i sterany życiem, jest też nieźle wystraszony - najlepszych perspektyw to on nie ma przed sobą, nie ma nawet z kim porozmawiać, żeby choć trochę ten lęk oswoić. Proponuję, żebyś jednak postarał się go trochę zrozumieć, dlaczego, mimo, że kocha żonę, tak bardzo brak mu entuzjazmu, dlaczego stać go tylko na monolog u boku żony, na jakąś opowieść, a z czułości może tylko ofiarować jej troskę o dobrą jakość jej umierania i głaskanie po ręce. Georges nie pociesza żony, nie napawa jej otuchą (może tego ci brakuje w ich relacjach?), bo po pierwsze, tak jak i Anne, jest realistą i nie chce jej wciskać ciemnoty, że wyzdrowieje, poza tym ona by sobie na to nie pozwoliła, po drugie - później nie ma z nią kontaktu.

      Życie z pewną określonym światopoglądem jaki prezentują Anne i George (nie wierzą w Boga), świadomością bez nadziejnego końca, poprzedzonego chorobami, nie jest łatwe, nie stwarza ciepłych iluzji, ale dopóki trwa cieszy, kiedy przychodzi jego koniec - bezgranicznie smuci, i ten smutek może rzucać się cieniem na miłość, co nie znaczy, że ona znika.

      Przecież jeszcze przed udarem Anne, nie możesz powiedzieć, że ich relacje były nieczułe. Mieli wspólne zainteresowania, wspólne wyjścia, rozmowy, posiłki, czułe gesty, wspólne łóżko. W filmie poznajemy ich przede wszystkim w sytuacji ekstremalnej. A tak wykańcza obie strony.
      Ja tam każdej kobiecie będącej w wieku 80 lat i nawet zdrowej, a co dopiero chorej, życzyłabym takiego męża jak Georges.

      Usuń
    8. Tak sobie jeszcze myślę, Logosie A., że te nasze różnice w odbieraniu miłości na ekranie, w przypadku tego filmu, mogą się brać z tego, że ty wiesz, a ja nie wiem. Ty jesteś pewny, że wiesz, jak powinny wyglądać przejawy miłości w podeszłym wieku i w obliczu ciężkiej choroby, a ja prawdę mówiąc, nie wiem, dlatego staram się zrozumieć i wytłumaczyć zachowania Georgesa, i ten rodzaj chłodu jaki zapanował w ich domu.
      Ciebie zupełnie nie przekonał, nie tylko klimat filmu, ale i perspektywa światopoglądowa, jaką poniekąd, zaprezentował Haneke w miłości. Bo Ty wiesz, takie mam wrażenie .... A ja nie wiem. Dlatego też, dodam, gwoli uzupełnienia, że nie jestem bezwzględną zwolenniczką eutanazji, ale i nie trzymam się kurczowo przekonania, że ludziom błagającym o śmierć, nie należy dać szansy na jej przyspieszenie. Bo nie wiem, jak to jest....Ale uważam, że należy dać ludziom wolność decyzji, bo świat zaludniają nie tylko ludzie wierzący i przekonani, że sensem ludzkiej egzystencji, w imię zbawienia po śmierci, jest cierpienie.

      Usuń
  12. Podziwiam wszystkich, którzy potrafią o tym filmie pisać tak spokojnie. Chyba że to pozory;)

    Jakby nie było - film bardzo wymowny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klapserko, chyba nie jest aż tak spokojnie jak ci się wydaje. Wystarczy przejrzeć komentarze, począwszy od pierwszego, który przepełniony jest emocjami wywołanymi wspomnieniami z własnych doświadczeń. Bo tak jak pisałam, oprócz przeróżnych doznań, miałam wrażenie, ze oglądam film "instruktażowy" (i nie mam tu na myśli ostatniej sceny), pomocny, z którego można się wiele nauczyć i który będzie mozna przywołać w pamięci w razie potrzeby, albo też pod jego wpływem, zrozumieć lepiej coś co kiedyś miało miejsce. Albo po prostu, wspomnieć ukochaną osobę, która odeszła.

      Usuń
  13. Sie juz zapisalam do grona podgladaczy, bo film kocham a Ty tak pieknie piszesz, juz sie ciesze na przegladniecie calego bloga. Cieplo pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Dążenie do samounicestwienia, na które decyduje się Anna i Georg, staje się ostatecznym potwierdzeniem ich klęski. Miłość zbiega się z tą perspektywą przez dążenie ku nieuchronnemu. Bliski jest też kierunek, który obierają bohaterowie, ze świadomością zbliżającego się kresu. Ich śmierć jednak nie staje się próbą zaprzeczenia."

    Na tle twórczego dorobku Michaela Hanekego warto zwrócić uwagę na niezwykłą rangę „odkrycia” tematu śmierci. Można by szukać w niej objawienia o tołstojowskim niemal wymiarze. Zastrzegając jednocześnie, że Miłość jest tyleż filmem o śmierci, ile o patrzeniu na śmierć.

    Polecam lekturę mojej recenzji: http://uszatyfotel.wordpress.com/2013/05/10/the-power-of-lov...

    OdpowiedzUsuń
  15. "Dążenie do samounicestwienia, na które decyduje się Anna i Georg, staje się ostatecznym potwierdzeniem ich klęski."

    No cóż przyspieszyli tylko to co nieuchronne, co stało by się może za kilka dni lub za kilka miesięcy, w przypadku George'a może trochę dłużej. Czy to jest potwierdzeniem ich klęski? Czy zwycięstwem jest poddanie się, cierpienie i upokorzenie, które może pokonać nie człowiek tylko śmierć?
    A dlaczego by nie uznać, że ich wybór jest wyrazem zwycięstwa wolnej woli?

    OdpowiedzUsuń