poniedziałek, 2 grudnia 2013

Bejbi blues - reż. K. Rosłaniec

Powiem jedno -  tak żenującego filmu dawno nie widziałam, a to ze względu na potworną dykcję aktorki (?) pani Berus. Jeśli ona gra i tak samo połyka słowa w "Nieulotne", to ja bardzo dziękuję za ten film. Ta kobieta, jeśli wypowiada zdanie zawierające ponad trzy słowa, nie można jej kompletnie zrozumieć. I pomyśleć, że  taka osoba otrzymuje nagrody aktorskie na polskich festiwalach. Jurorom proponuję przegląd filmoteki polskiej ze starszych lat, wtedy może zrozumieją, że częścią dobrego aktorstwa jest nie tylko mimika, ruch ciała, ale także sprawne poruszanie aparatem mowy. Zresztą nie tylko ona ma kłopot z wyraźnym mówieniem, jej młodzi koledzy również. Jeden wielki bełkot, także jeśli chodzi o wymowę ideo. Nie wiem, czy pani Rosłaniec chciała robić tani film, czy dobry. Na scenariuszu także postanowiła zaoszczędzić, pisząc go sama, zapewne na kolanie. Nie kupuję pomysłu, że nastolatki, w dodatku z gatunku hipster, sprawiają sobie świadomie dzieci, bo nie chcą być samotne, czują się niekochane i nie zaopiekowane. Bo jeśli samotność dokucza, z tym się zgodzę, że jest to zjawisko powszechne, to prędzej zakochają się w pierwszym lepszym facecie, jaki się nimi zainteresuje, czy nawinie pod rękę, pójdą z nim do łóżka, ale ludzie! nie po to, żeby z nim mieć dziecko, tylko po to by poczuć jakąkolwiek bliskość, choćby jej najmniejszą i najmizerniejszą namiastkę. A już zakończenie, jakie wymyśliła autorka wprawiło mnie w osłupienie. Przecież, nic wcześniej nie wskazywało, że ta filmowa Natalia jest  aż taką idiotką, żeby zamiast dziecko zostawić w domu na łóżku (synek miał kilka miesiecy, najwyżej by się posikał, albo pokupkał), spakowała je do torby i zostawiła w schowku na dworcu? Nie, nie kupuję tego pomysłu, jest to akt rozpaczy wyobraźni reżyserki, chęć zakończenia filmu zajebiście mocnym akcentem, bo wcześniej był trochę jednak nudny.

Rozumiem że u podłoża realizacji dzieła były ambicje (wszak wcześniej widziałam "Galerianki", które dobrze rokowały na przyszłość), by pokazać samotność, wszystkich: rodziców, matek, które nie są już matkami, a wręcz konkurentkami w wyścigu o pożądanie chłopaków swych córek, no i córek, dzieci w ogóle. Czy wszystkiemu winien jest pieniądz i konsumpcjonizm,  także w wersji dla ubogich, ktorzy mogą realizować się jak nie w sprzętach czy luksusuwych mieszkaniach, to chociaż w modnych ciuchach z secondhandów?  Największą namiętnością Natalii jest wygląd, także jej małego synka, którego od urodzenia prowadza po agencjah fotograficznych. Czy winna jest ta potworna próżnia umysłowa, emocjonalna, współczesnych nastolatków, i ich rodziców. Jeśli tak, to jak się ma jedno do drugiego, co jest najpierw? Czy pieniądz, czy próżnia? Ten film nie udziela na to pytanie odpowiedzi. Jedno jest jasne, świat zaludniają w większości jednak głupcy, ale na szczęście, natura, żeby przetrwać, dba o ich samoeliminację. Tego mamy dowód w zakończeniu filmu? 

10 komentarzy:

  1. Faktycznie, ten film to jakaś pomyłka. Jeśli chodzi o aktorów i ich dykcję, to gdzieś czytałam, że takie niechlujne mówienie jest teraz w modzie, bo jest bardziej wiarygodne i upodabnia bohaterów do zwykłych ludzi...:/ Inną sprawą jest to, że później, oglądając film, trzeba się nieźle natrudzić, żeby zrozumieć cokolwiek z dialogów. A na marginesie: w "Nieulotne" Berus mówi w ten sam sposób.
    Jeśli chodzi o fabułę, to Rosłaniec miała ją oprzeć na autentycznych wydarzeniach, nie wiem tylko, w jak dużym stopniu to zrobiła (czy tylko zaczerpnęła pomysł, czy scena po scenie odwzorowała czyjąś historię - mam nadzieję, że to pierwsze).
    Niestety, po opublikowaniu na swoim blogu recenzji "Bejbi blues" zauważyłam, że film ma sporą grupę wielbicieli, którzy zaciekle bronili twórczości Rosłaniec i nawet nazywali siebie jej fanami (nie zważając na fakt, iż reżyserka ma na swoim koncie dopiero dwa tytuły).
    Jedyny plus jest taki, że "Bejbi blues" nie przeszedł bez echa, jest o czym dyskutować, a lepsze to, niż jakiś totalnie nijaki obraz, o którym się zapomina dzień po obejrzeniu.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm, niech nam tylko nie próbują wmawiać, ktokolwiek to robi, że niechlujne mówienie, jeśli chodzi o artykulację jest w modzie, jakoby jeszcze lepiej zobrazować tęże niechlujność panującą w realu. Jest to wygodnickie usprawiedliwienie miernoty w sztuce aktorskiej. Aktor musi mówić wyraźnie by widz mógł pojąć rzecz podstawową, czyli treść/dialogi filmu. Niechlujność języka można wyrażać w słownictwie, intonacji, akcencie itp.
    Tak, gdzieś mi mignęło, że Rosłaniec podobno rozczytywała się w blogach (podobno sam film ma strukturę bloga - ja jakoś tego nie zauważyłam) i to z nich zaczerpnęła pomysł na film (właśnie, ciekawe, w jakim stopniu?), ale czy brała pod uwagę, że blog mogą prowadzić osoby z bujną wyobraźnią, niekoniecznie opisując swe prawdziwe życie. Ja do wszystkiego co w necie podchodzę z dużą dozą rezerwy. Naprawdę trudno mi pojąc by powszechnym wśród nastolatek było świadome zachodzenie w ciążę. Wiadomo, jakie w tym wieku są priorytety - na pewno nie siedzenie w domu przy zaryczanym i posikanym dzieciaku. Chyba, że na taki krok, decydują się dziewczyny nie do końca w pełni rozwinięte umysłowo czy emocjonalnie.
    Fakt, filmu do końca nie można przekreślić, porusza jakieś sprawy - bolączki (także brak pracy i sposób jej zdobywania), ma kilka dobrych scen z udziałem np. Stenki, Boczarskiej ale naprawdę trudno mi się pogodzić ze sposobem na jego realizację - zamyka się w konwencji niechlujności i bylejakości, owszem, jaka nas zewsząd otacza, ale jeśli ma to być usprawiedliwieniem na nieprofesjonalność wykonawców, to ja dziękuję.
    Pozdrawiam również :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodam jeszcze, że zgadzam się z Tobą, że film budzi emocje, różne, dobre i złe, ale to dobrze, bo gdyby tak nie było, to na pewno bym o nim nie napisała, a wiadomo, najważniejsze, by dzieło nie przeszło bez echa. :)

      Usuń
  3. Nawet nie mam zamiaru tej bucówy oglądac.
    Ale mnie rozbawiłaś tą konkluzją w dwóch ostatnich zdaniach :D
    W tym wypadku sprawdza się stare porzekadło '' Lepszy dobry spoiler w garści, niż gówniany film na dachu ''

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Dokładnie dlatego, dla dobra ogółu, zaryzykowałam, ten spoiler. A co tam, salonowiec, chyba i tak już tu nie przychodzi, :)

      Usuń
  4. Ten film to tylko rozdmuchana bańka mydlana. Narobili wokół szumu i tylko tyle. Sam pozytywnej opinii o nim jeszcze nie czytałem, a i po obejrzeniu takiej nie jestem wstanie napisać. Klapa?

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba raczej klapa. Głównie ze względu na aktorstwo, choć trzeba przyznać, że dobre są epizody w wykonaniu takich aktorów jak Boczarska, Stenka, czy Frycz. Film miał szansę na lepszę ocenę, bo jednak wytrzymałam do końca, lecz niestety, to właśnie zakończenie pogrążyło go w moich oczach całkowicie.

    OdpowiedzUsuń
  6. To jeden z tych rodzajów filmów, które irytują Cię tym bardziej, im dłużej trwa seans. Zaczyna się od psychologii postaci i od zawiązania fabuły. Później denerwuje nas już wszystko: zdjęcia, rozwój akcji i - co najgorsze - sami bohaterowie. Są jakby oderwani od rzeczywistości i nienaturalni. Niestety - wybitnie nieudany seans. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To prawda, im bliżej końca, tym robiło się coraz dziwniej (dziecko w torbie, seks w więzieniu), ale film nie był wg mnie tak denny, jak by to wynikało z niektórych recenzji. To może kwestia mojego oczekiwania - bo nastawiony byłem na gniota i przygotowany na najgorsze, a okazało się, że film oglądałem z niejakim zaciekawieniem - było w nim sporo jakiejś takiej... anarchicznej energii, kolorowej dynamiki...
    A to, że nie było w nim zbyt wiele realiów, kładę na karb umowności i fikcyjnej konwencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... może po prostu nie poczułem bluesa ;)

      Usuń