czyli I ty możesz zostać matką/ojcem "potwora"...
Eva (Tilda Swinton) i Franklina (John C. Reilly) poznajemy w czasie święta pomidora. Pewnie każdy widział kiedyś w mediach zdjęcia oszalałego ze szczęścia, taplającego się w pomidorowym przecierze, tłumu. Hm, patrząc na scenę otwierającą film, zadawałam sobie po cichu pytanie, kim są ci, którzy decydują się na tego rodzaju przyjemności. Bezbrzeżna gromada prawie golasów obojga płci, ocierających się o siebie umazanymi czerwoną mazią ciałami, obrzucających się pomidorami i wylewający na siebie wiadra krwistego soku. W odpowiedzi na usta cisną się określenia: "kochający wolność", "lubiących niecodzienne wyzwania", czy "goniący za ekstremalnymi przeżyciami", albo po prostu - zwyczajni ludzie, chcący na chwilę zapomnieć o bożym świecie, bez oderwania się choć na chwilę od tegoż. Tak jak Eva i Franklin.
Eva - jest podróżniczką pasjonatką, a Franklin - fotografem na etacie jakiegoś podróżniczo-geograficznego czasopisma. Pokrewne dusze. Szybko zakochują się w sobie, a owocem ich związku staje się Kevin. Cudowna miłość, cudowni rodzice, cudowny syn? Oj, coś nie zagrało tym razem. Eva niby świadomie decyduje się na macierzyństwo, Kevin nie jest owocem wpadki, ale widać, że instynkt macierzyński jeszcze u niej nie zaiskrzył. Albo Eva nosi w sobie jego wypaczony obraz. Dziecko całymi dniami płacze, a ona zamiast go utulić, uśmiecha się tylko krzywo, albo wychodzi na ulicę, by krzyk małego zagłuszyć pracującymi młotami pneumatycznymi.
Co innego Franklin, od czasu do czasu pojawiający się w domu. Jemu ojcowska intuicja podpowiada, iż na płacz dziecka najlepsze jest bujanie w rodzicielskich ramionach. Niestety, obowiązki służbowe co rusz wzywają, nie może więc tego czynić za często. Eva, kiedyś ciągle w ruchu, żyjąca w tłumie, będąc matką pozostaje sama, ze sobą, z synem, ze swoimi problemami. Sama i samotna. A Kevin choć mały, to jednak niegłupi i swój charakterek ma. Czuje, że mama go chyba nie kocha. I jak to mężczyzna, wypowiada jej wojnę.
Wojna jak to wojna, nie ma w niej prawdziwych zwycięzców. Niesie ona tylko i wyłącznie spustoszenia, a formalna wygrana jest zawsze gorzka, bo okupiona stratami. Kevin zanim przystąpi do głównego ataku, narobi po drodze wiele szkód, ale czy faktycznie tylko on jest winny? Czy winna jest matka? Co było pierwsze, dziecko czy matka? Czy Kevin urodzil się z jakąś skazą, czy to zimny wychów spowodował, że jego serce zamieniało się w kamień?
Eva - kilka słów o niej. Jeśli komuś podoba się Tilda Swinton, powie o niej - przystojna kobieta. Kobieta szczęśliwa, z pasją. Kiedyś taka radosna, wyzwolona, naturalna. Odkąd została matką niesfornego Kevinka taka pochmurna, zniewolona, sztuczna. Jak sama wyznaje około dwuletniemu Kevinowi - kiedyś była szczęśliwa, podróżowała, marzyła o zamieszkaniu we Francji, dopóki nie pojawił się on. A wydawałoby się, że jest inteligentna i opanowana. Należy do osób powściągliwych, nie unoszących się, kryjących emocje, zarówno dobre jak i złe. Czasem oczywiście nie wytrzymuje, co kończy się złamaniem ręki syna. Jest nadzwyczaj obowiązkowa, sumiennie wykonuje powierzone jej przez macierzyństwo zadania. Karmi, podciera, myje, czyta bajki na dobranoc z obowiązkowym buziakiem przed snem, kształci, chodzi do doktorów (oprócz psychologa). Czego nie robi? Nie przytula syna, szczególnie wtedy, gdy on się złości (płakać przestał już bardzo dawno), a co najgorsze, nie rozmawia z nim. W tym domu, zresztą, w ogóle się mało rozmawia. Stąd ten zachęcający, czy wręcz nakazujący, tytuł filmu. Dom jest dobrze wyposażony, ma mnóstwo przestrzeni, zarówno użytkowej, jak i relaksacyjnej, może nawet za dużo. Ludzie tu się gubią i nie odnajdują wspólnych obszarów. Ogólnie, w domu jest bardzo kulturalnie, żadnych krzyków, ale i bardzo zimno.
A jaki jest Frank, czyli ojciec? Bo rodzina, to także ojciec, on jest także odpowiedzialny za dzieci. Franklin jest wspaniałym ojcem (?). Dobrze zarabia, często i na długo wyjeżdża służbowo , a wracając przywozi fajne prezenty. Jest świetnym kumplem do zabawy, taki co to zatańczy (z córką) i postrzela z łuku (z synem). Wszelkie problemy wychowawcze, czy domowe, zamiata pod dywan. Lubi jak jest czysto w domu. A że nie lubi sprzątać, bo przecież mógłby się ubrudzić, wszystkie brudy dyskretnie i z usmiechem pod dywan, pod dywan... Żona posprząta, gdy on wyjedzie, by za parę dni znowu wrócić do sterylnego domu. Dla swego komfortu on też nie rozmawia, ani z Kevinem, ani o Kevinie. Czasem Evie, gdy ta wyrazi jakieś obawy o syna, rzuci przez ramię, że powinna się leczyć, bo ma urojenia... a z dziećmi to tylko sie śmieje i przekomarza.
Dobry ojciec. Dobra matka. Dobrze czyniący swe powinności. A między nimi Kevin. Jaki Kevin? Kevin potwór, obcy, opętany, czy kochający, a czujący od rodziców przyzwyczajenie zamiast miłości? A może wszystko razem? Poczujcie to sami. Nie oceniajcie pochopnie, byście i Wy kiedyś nie byli oceniani. Zobaczcie ostatnią scenę i wtedy dopiero spróbujcie zabrać głos i porozmawiać o Kevinie, a przy okazji o jego rodzicach, matce...
Eva (Tilda Swinton) i Franklina (John C. Reilly) poznajemy w czasie święta pomidora. Pewnie każdy widział kiedyś w mediach zdjęcia oszalałego ze szczęścia, taplającego się w pomidorowym przecierze, tłumu. Hm, patrząc na scenę otwierającą film, zadawałam sobie po cichu pytanie, kim są ci, którzy decydują się na tego rodzaju przyjemności. Bezbrzeżna gromada prawie golasów obojga płci, ocierających się o siebie umazanymi czerwoną mazią ciałami, obrzucających się pomidorami i wylewający na siebie wiadra krwistego soku. W odpowiedzi na usta cisną się określenia: "kochający wolność", "lubiących niecodzienne wyzwania", czy "goniący za ekstremalnymi przeżyciami", albo po prostu - zwyczajni ludzie, chcący na chwilę zapomnieć o bożym świecie, bez oderwania się choć na chwilę od tegoż. Tak jak Eva i Franklin.
Eva - jest podróżniczką pasjonatką, a Franklin - fotografem na etacie jakiegoś podróżniczo-geograficznego czasopisma. Pokrewne dusze. Szybko zakochują się w sobie, a owocem ich związku staje się Kevin. Cudowna miłość, cudowni rodzice, cudowny syn? Oj, coś nie zagrało tym razem. Eva niby świadomie decyduje się na macierzyństwo, Kevin nie jest owocem wpadki, ale widać, że instynkt macierzyński jeszcze u niej nie zaiskrzył. Albo Eva nosi w sobie jego wypaczony obraz. Dziecko całymi dniami płacze, a ona zamiast go utulić, uśmiecha się tylko krzywo, albo wychodzi na ulicę, by krzyk małego zagłuszyć pracującymi młotami pneumatycznymi.
Co innego Franklin, od czasu do czasu pojawiający się w domu. Jemu ojcowska intuicja podpowiada, iż na płacz dziecka najlepsze jest bujanie w rodzicielskich ramionach. Niestety, obowiązki służbowe co rusz wzywają, nie może więc tego czynić za często. Eva, kiedyś ciągle w ruchu, żyjąca w tłumie, będąc matką pozostaje sama, ze sobą, z synem, ze swoimi problemami. Sama i samotna. A Kevin choć mały, to jednak niegłupi i swój charakterek ma. Czuje, że mama go chyba nie kocha. I jak to mężczyzna, wypowiada jej wojnę.
Wojna jak to wojna, nie ma w niej prawdziwych zwycięzców. Niesie ona tylko i wyłącznie spustoszenia, a formalna wygrana jest zawsze gorzka, bo okupiona stratami. Kevin zanim przystąpi do głównego ataku, narobi po drodze wiele szkód, ale czy faktycznie tylko on jest winny? Czy winna jest matka? Co było pierwsze, dziecko czy matka? Czy Kevin urodzil się z jakąś skazą, czy to zimny wychów spowodował, że jego serce zamieniało się w kamień?
Eva - kilka słów o niej. Jeśli komuś podoba się Tilda Swinton, powie o niej - przystojna kobieta. Kobieta szczęśliwa, z pasją. Kiedyś taka radosna, wyzwolona, naturalna. Odkąd została matką niesfornego Kevinka taka pochmurna, zniewolona, sztuczna. Jak sama wyznaje około dwuletniemu Kevinowi - kiedyś była szczęśliwa, podróżowała, marzyła o zamieszkaniu we Francji, dopóki nie pojawił się on. A wydawałoby się, że jest inteligentna i opanowana. Należy do osób powściągliwych, nie unoszących się, kryjących emocje, zarówno dobre jak i złe. Czasem oczywiście nie wytrzymuje, co kończy się złamaniem ręki syna. Jest nadzwyczaj obowiązkowa, sumiennie wykonuje powierzone jej przez macierzyństwo zadania. Karmi, podciera, myje, czyta bajki na dobranoc z obowiązkowym buziakiem przed snem, kształci, chodzi do doktorów (oprócz psychologa). Czego nie robi? Nie przytula syna, szczególnie wtedy, gdy on się złości (płakać przestał już bardzo dawno), a co najgorsze, nie rozmawia z nim. W tym domu, zresztą, w ogóle się mało rozmawia. Stąd ten zachęcający, czy wręcz nakazujący, tytuł filmu. Dom jest dobrze wyposażony, ma mnóstwo przestrzeni, zarówno użytkowej, jak i relaksacyjnej, może nawet za dużo. Ludzie tu się gubią i nie odnajdują wspólnych obszarów. Ogólnie, w domu jest bardzo kulturalnie, żadnych krzyków, ale i bardzo zimno.
A jaki jest Frank, czyli ojciec? Bo rodzina, to także ojciec, on jest także odpowiedzialny za dzieci. Franklin jest wspaniałym ojcem (?). Dobrze zarabia, często i na długo wyjeżdża służbowo , a wracając przywozi fajne prezenty. Jest świetnym kumplem do zabawy, taki co to zatańczy (z córką) i postrzela z łuku (z synem). Wszelkie problemy wychowawcze, czy domowe, zamiata pod dywan. Lubi jak jest czysto w domu. A że nie lubi sprzątać, bo przecież mógłby się ubrudzić, wszystkie brudy dyskretnie i z usmiechem pod dywan, pod dywan... Żona posprząta, gdy on wyjedzie, by za parę dni znowu wrócić do sterylnego domu. Dla swego komfortu on też nie rozmawia, ani z Kevinem, ani o Kevinie. Czasem Evie, gdy ta wyrazi jakieś obawy o syna, rzuci przez ramię, że powinna się leczyć, bo ma urojenia... a z dziećmi to tylko sie śmieje i przekomarza.
Dobry ojciec. Dobra matka. Dobrze czyniący swe powinności. A między nimi Kevin. Jaki Kevin? Kevin potwór, obcy, opętany, czy kochający, a czujący od rodziców przyzwyczajenie zamiast miłości? A może wszystko razem? Poczujcie to sami. Nie oceniajcie pochopnie, byście i Wy kiedyś nie byli oceniani. Zobaczcie ostatnią scenę i wtedy dopiero spróbujcie zabrać głos i porozmawiać o Kevinie, a przy okazji o jego rodzicach, matce...






