czwartek, 15 grudnia 2011

Chłopiec na rowerze - reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne

Pamiętacie Bruna (zwracam się do zwolenników braci Dardenne i znających ich „Dziecko” sprzed sześciu lat), gdy pewnego zimnego, podłego wieczoru, puka do drzwi rodzinnego domu i słyszy od matki „wynoś się”? Pamiętacie, jak pragnie zrzucić ze swych barków ciężar utrzymania i wychowania dopiero co narodzonego syna, usiłując go mi.in sprzedać do adopcji?  Na szczęście, albo i nie,  pod koniec filmu, rozstajemy się z nim i jego dziewczyną, w momencie, gdy rozważają życie razem, we trójkę, pod wspólnym dachem.

Minęło kilkanaście lat i w „Chłopcu na rowerze”, ten sam Bruno (Jeremie Renier), ma na imię Guy, a jego synek Cyryl. I Guy tak samo, jak kiedyś jego matka (przy założeniu, że Bruno i Guy to postaci nie tyle te same, co powielające ten sam schemat zachowań dziecka odrzuconego), odgania swego spragnionego miłości i uwagi syna spod swoich drzwi? Dlaczego? No, bo postanowił ułożyć sobie na nowo życie, a dziecko mu po prostu w tym przeszkadza.  Chłopiec nie ma innego wyjścia, jest niepełnoletni, musi mieszkać w domu dziecka. Nie jest mu tu źle, warunki socjalne są poprawne, wychowawcy i nauczyciele oddani. Niestety, tak to już w życiu jest, że nawet najgorszego ojca czy matkę, nie jest w stanie zastąpić najlepszy opiekun. No, chyba, że dziecko dotkliwie, najdotkliwiej poczuje wreszcie na własnej skórze i psychice, iż jego prawdziwi rodzice, zamiast miłości, czują do niego niechęć, zniecierpliwienie, złość, co tu dużo mówić - mają go w d...

Wtedy w dziecku rodzi się agresja, gniew skierowany najpierw ku samemu sobie (jestem nikim, to dlatego ojciec mnie nie chce) – tu świetna, pełna ekspresji scena w samochodzie z Cyrylem i Samantą, dziewczyną, która pomaga mu znaleźć ojca.  Następnie autoagresja zamienia się w agresję na zewnątrz. Wystarczy byle powód, by wybuchła ze zwielokrotnioną siłą (w filmie, moment, gdy Samanta zabrania Cyrylowi wyjść na spotkanie z miejscowym dilerem).

Kim jest Samanta?  No, jest to anioł, którego na swej drodze mają czasem szczęście spotkać dzieci, czy ludzie w ogóle, nie tylko odrzuceni. Istota, która sprawia, że koło fortuny, odwraca się w drugą stronę i zamiast zła zaczyna ich spotykać dobro. Cyryl poznał swego anioła w gabinecie zabiegowym. Wtargnął do niego podstępem, szukając ojca, który bez uprzedzenia zmienił adres, zostawiając uprzednio syna w domu opieki społecznej. Uciekając przed opiekunami, którzy go w tym gabinecie dopadli, Cyryl wczepił się w Samantę, z taką mocą, jakiej jeszcze do tej pory nie miała okazji poczuć. Nie mogła mu nie pomóc. Zaczęła od odzyskania tytułowego roweru, prawie przyjaciela, Cyryla, dzięki któremu mógł zawsze popędzić przed siebie, zapominając o bożym świecie, który go nie za bardzo chciał do siebie przygarnąć. Ojciec sprzedał rower, bo potrzebował pieniędzy, po prostu. Niby nic, co tam rower, kupa szmelcu, ale to była kolejna zdrada jakiej doświadczył syn ze strony ojca.

Ciekawym jest, że nie poznajemy przeszłości żadnego z filmowych bohaterów.  Mamy ich na tacy tu i teraz, takich jacy zostali ukształtowani przez dotychczasowe życie. Możemy się tylko domyślać, dlaczego są tacy, a nie inni. Samanta jest młodą fryzjerką, mieszka samotnie, ma przyjaciela. Po zaangażowaniu z jakim zainteresowała się Cyrylem, można by sądzić, że być może też kiedyś czuła się odrzucona i niekochana jak on, a może bardzo pragnęła obdarzyć kogoś miłością? Obecny partner nie wyglądał na osobę tego godną.  Nie wiemy co skłoniło ją do decyzji, by zostać matką zastępczą tego podrośniętego już chłopaka, z którym czeka ją mnóstwo kłopotów, ale i tyle samo satysfakcji, gdy im się obojgu uda być rodziną.

Kilka słów o ojcu Cyryla. To bardzo przyjemny  facet, spotykamy takich na ulicach setki. Miła aparycja, nie krzyczy, nie wyzywa.  Zakochany prawdopodobnie w swej nowej partnerce, ciężko pracuje po całych dniach, by pomóc jej rozkręcić interes (restauracja). Widać, że mocno zorientowany na nieutrudnianie sobie życia. Trudno uwierzyć, że można być tak zimnym obojętnym na los swego dziecka ojcem. No tak, ale czy on nie doświadczył tego samego ze strony swych rodziców? Czasem sobie myślę, że zamiast walczyć z aborcją, powinniśmy niektórym zakazać rozmnażania się. Tylko...obawiam się, jeśli by taki zakaz faktycznie miał obowiązywać, nasza planeta szybko stała by się bezludną, a kościoły świeciłyby pustkami.   Szczęściem w tym całym nieszczęściu jest, że  rodzimy się istotami stadnymi, społecznymi, nie zdanymi tylko i wyłącznie na swe rodziny, a miłości możemy doświadczyć poza nią.

Najnowszy film braci Dardenne, jest jak wszystkie ich pozostałe, bardzo oszczędny, zwarty, bez żadnych retrospekcji, symboliki, samo życie, w jego okrutnych, ale jakże powszechnych, chciałoby się nawet rzecz, o zgrozo! normalnych przejawach. I można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że film jest nadzwyczaj pogodny i optymistyczny, jak na wymowę, do której nas przyzwyczaili... Można by, gdyby nie pewny akcent, pewna kropka nad i... jaką stawiają na końcu, a mianowicie -  posiadanie tak zwanego, czyli wg utartych wzorców, przyzwoitego  ojca, takiego co to nakarmi, ubierze i wykształci nie gwarantuje dziecku bycia przyzwoitym.  Czyli...jednak, hurra! uśmiech, choć przez łzy -  Cyryl ma szansę!

środa, 7 grudnia 2011

Wymyk - reż. Grzegorz Zgliński

Przeciętne miasto w Polsce, średniej wielkości, sądząc po rejestracjach samochodów, jakiś Elbląg czy Ełk. Nieważne, grunt, że jest tak jak na ogół i wszędzie. I przeciętna rodzina, wielopokoleniowa, na szczęście nie w jednym domu, bo przeciętna z tych nieco lepiej sytuowanych. Są dziadkowie, są rodzice, są synowie, jest synowa, druga synowa była, są wnuki, jest dom, jest biznes i są problemy.

Bracia Alfred i Jurek, bo to oni wysuwają się na pierwszy plan tej opowieści, prowadzą wspólnie firmę -  serwer, telewizja kablowa te sprawy... Z krótkiej, bardzo sprawnie przeprowadzonej charakteryzacji (kilka scenek i dialogów) dowiadujemy się, że Jurek (Łukasz Simlat) niedawno, tuż po śmierci żony, wrócił z USA w rodzinne strony, wraz z dwójką dzieci. Może także po to, by pomóc bratu prowadzić firmę przejętą po ojcu (Marian Dziędziel), będącym po poważnym udarze mózgu. Wcześniej, to na Alfreda (Robert Więckiewicz) i jego żonę (Gabriela Muskała), którzy zostali na miejscu, spadł cały trud opieki nad ojcem, prowadzenie firmy plus obawa związana z jej utrzymaniem.  Teraz,  pomiędzy braćmi,  szczególnie ze strony Alfreda, zaczynają się rodzić żale, pretensje, zazdrość,.złość... Tym bardziej, że brat Jurek, jako człowiek obyty w świecie i z nowymi technologiami, chce wprowadzić w firmie rewolucyjne zmiany. Alfred, nie dosyć, że uważa się za pokrzywdzonego przez los (został w kraju, opieka nad chorym ojcem, brak dzieci), to teraz jeszcze czuje się gorszy od brata i urażony jego szarogęszeniem się. Nie przychodzi mu na myśl, że Jurek ma zupełnie inną, świeżą perspektywę spojrzenia na prowadzenie interesu. Alfred jest po prostu totalnie wkurzony.  Co widać już w otwierającej film scenie,  bardzo mocnej,  kiedy to mamy do czynienia z pierwszym, ale nie ostatnim, tytułowym wymykiem głównego bohatera.

Za jakiś czas los czy, jeśli ktoś woli, fatalny zbieg okoliczności sprawi, że Alfred może zechce odegrać się na bracie za wszystkie swoje (urojone i nieurojone) krzywdy. Niestety, nie przewidzi konsekwencji swego czynu, a raczej jego braku. On, wycofany, tak bardzo niechętny wszelkim technicznym nowinkom, nie przewidzi także jaką moc ma internet, jak bardzo wpłynie na jego życie.

Jak to mówią mądrzy ludzie? Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Już Kain, który dawno temu zabił Abla, udowodnił, że nie ma trudniejszej miłości od miłości braterskiej. Nie chcę, ale muszę kochać brata swego...

No właśnie, mam pytanie do tych, ktorzy zobaczą ten film. Czy Alfred (Robert Więckiewicz) popełnił wobec brata Jurka (Łukasz Simlat) grzech tchórzostwa czy bardziej grzech świadomego zaniechania. I który z nich osądzilibyście jako cięższy?

  Bo ten film jest świetny głównie z tego powodu, że dzięki scenariuszowi (nie przegadny i bardzo nie wprost) oraz  kreacji Więckiewicza, nie jesteśmy w stanie do końca jednoznacznie ocenić postawy Alfreda, czy jest zły czy dobry (ujmując najprościej), czy przechodzi pewne przemiany, czy może je udaje, by uratować swój związek z żoną, swe dobre imię i pozycję w rodzinie oraz firmie.

"Wymyk" przypomina mi inne filmy z życia braci, rodzeństwa w ogóle, K.  Zanussiego "Życie rodzinne" (tu akurat brat ma siostrę), czy "Brzezinę" A. Wajdy. Konflikt jaki zawsze istnieje między rodzeństwem, które zostaje na tzw. ojcowiźnie a tym, które wyjeżdża hen w dal i umywa ręce od wszystkiego co zostawia w domu. I kiedy to, gdy z jakichś powodów, wraca do niego,  dziwi się, że nikt nie pada przed nim na kolana z radości i  wdzięczności.  No, może czasem za wyjątkiem stęsknionych rodziców.
Oglądajcie, myślcie odważnie o  wstydliwych uczuciach czy emocjach i wyłuskujcie z ekranu najsmakowitsze sceny, takie jak ta otwierająca film, scena wyścigu, czy zamykająca -  niespodziewane spojrzenia obu braci prosto w oczy, a w środku - Alfreda wizyta w szkole.

piątek, 11 listopada 2011

Hesher - reż. Spencer Susser

Wyobraźcie sobie, że pewnego pięknego poranka wprowadza się bezceremonialnie do waszego domu, jakiś wielce podejrzany typ. Wychudzony, długie, tłuste zmierzwione włosy, ogólnie nie domyty, niedoprany, a na dodatek bezczelny! Ładuje się wam do łazienki, domaga się prania, kąpieli, po czym zasiada z wami do stołu do wspólnej kolacji. Normalnie, każdy by sięgnął po telefon i wezwał policję, co bardziej krewcy, dali by mu wcześniej w kość, może sam by się wyniósł. Tak, ale cały problem w tym, że filmowa rodzina Forney’ów nie zalicza się chwilowo do normalnych. Ojciec w depresji, syn TJ, gnębiony w szkole, walczy o odkupienie starego auta, który ojciec oddał na złom, pomiędzy nimi samotna chora babcia. Brakuje matki. Nie wiemy, dlaczego. Przyczyn jej nieobecności możemy się tylko domyślać. Z biegiem fabuły nasze domysły nabierają coraz bardziej słusznych kształtów.
Film bardzo oryginalnie, tak po młodzieżowemu, przy ostrej rockowej muzyczce (Metallica, Motorhead) bez patosu i zadęcia, ukazuje problem straty, czy utraty, a dokładniej, jak ją przeżyć i dać żyć innym. Oczywiście, strata stracie nierówna i jej pojęcie jest bardzo względne. Dla jednego, tak jak dla tego dziwnego gościa Heshera, traumatyczną stratą będzie utrata jądra, dla innego, matki, żony etc. Ważne, by się w tym poczuciu straty samemu nie zatracić.
Pamiętam, jakie wrażenie wywarła na mnie wiadomość (było to już dosyć dawno), że małżeństwo, które straciło syna, w dość nietypowy sposób (też tragiczny) rozwiodło się. Jakże byłam zdziwiona, zaskoczona tym faktem. Naiwna myślałam, że takie zdarzenie jak utrata najbliższej osoby musi scalić poszkodowanych, a okazuje się, że niekoniecznie.  Bardzo często dochodzi do zasklepienia się w swoim bólu, w pretensjach do losu, do świata, do siebie nawzajem, w końcu następuje izolacja i rozpad więzi.
Tutaj, na szczęście rodzinę dało się uratować, choć była o włos od katastrofy. Uratował ją Hesher, facet, za którego, sądząc po wyglądzie i zachowaniu, nikt by nie dał złamanego grosza.

Właśnie. Postać Heshera wywoływała u mnie bardzo mieszane uczucia. Moim zdaniem autorzy przedobrzyli w obrzydzaniu jej wizerunku. Bardzo często miałam odczucie jej małej wiarygodności. Nie wiem, może dlatego, że zachowanie tego młodego człowieka, była bardzo nierówne i niekonsekwentne. Raz mu łzy stawały w oczach, gdy rozmawiał z osamotnioną przez, pogrążonych w bólu syna i wnuczka, babcią. A zaraz potem, cynicznie niszczył pierwsze uczucia młodego TJ'a do pewnej ślicznej kasjerki z supermarketu (wielbiciel Natalie Portman będą zadowoleni, bo to ona ją gra). A jeszcze kiedy indziej, naraża go na kryminał, by zaraz potem uratować mu życie. No tak, Hesher, prawdopodobnie był niezrównoważony psychicznie,  dlatego tak postępował, ale najgorsze, ja musiałam sobie to wszystko jakoś tłumaczyć, usprawiedliwiać, a przecież, powinnam być przekonana o jego autentyczności, której często brakowało mi w przypadku tego bohatera. Mimo, świetnej obsady – Joseph Gordon-Levitt w końcu sroce spod ogona nie wyskoczył (ma przecież na swoim koncie bardzo dobrą, i trudną, rolę w „Złym dotyku” (Mysterious Skin). Tu, wydaje mi się, że się nie do końca odnalazł. I to nie ze swej winy, robił co mu kazali i tyle. Hesher spada na ekran nie wiadomo skąd, nie znamy jego przeszłości, drażni swym zachowaniem, domyślamy się, co prawda, że ma w sobie pokłady dobroci, które zostały kiedyś jakimis wydarzeniami przysypane, ale nie są jeszcze ubite, udaje się je od czasu do czasu wydobyć na świało dzienne. A szczególne ku temu właściwości ma babcia (świetna, charyzmatyczna Piper Laurie, pamiętacie serial „Miasteczko Tween Peaks”?) , której w przeżywaniu swej rozpaczy mężczyźni (jeden duży i drugi mały), w ogólnie nie zauważają. To z nią Hesher znajduje wspólny język, to on podaje jej tabletki od bólu, to on uczy ją jak palić papierosy przeciwbólowe (!).
Hesher  zjawia się w tej rodzinie, niczym anioł stróż w diabelskiej skórze, niczym posłaniec z niebios (a może z piekieł – kto wie?, dalszych losów rodziny nie dane nam jest poznać), jest zawsze w odpowiednim czasie i miejscu, by czynić swą misję. A może tak miało być, może Hesher do końca miał zostać obcym, może nie było nam (ani filmowej rodzinie) dane polubić go, przywiązywać się do niego, by wolny mógł iść dalej i czynić swą powinność. Bądźmy więc czujni, nasz anioł stróż, może czasem pochodzić z grona aniołów buntowników.
 "Życie jest jak spacer w deszczu, możesz się przed nim schować, albo po prostu zmoknąć" - ulubione powiedzenie babci, przyjaciółki Heshera. Mnie się podoba!

sobota, 5 listopada 2011

Afonia i pszczoły - reż. Jan Jakub Kolski

Jeśli ktoś lubi / lubił Kolskiego, ogólnie ujmując, nie zawiedzie się. A już na pewno nie formą czy stylem, które, jak mam wrażenie,  zaczyna pomału przechodzić w reżyserską manierę, nużącą już widzów, wiernych temu współczesnemu ludowemu poecie kina. Od lat podobne sielskie klimaty, lokalni outsajderzy, ludzie "dziwni", odstający, powiem przewrotnie i niepolitycznie, od plebsu nie tylko pod względem sposobu życia, ale głównie ze względu na swe pasje, które nie przystają do ogólnie przyjętego postrzegania "wieśniaków', czyli, bez pejoratywnego odcienia tegoż określenia - ludzi żyjących na terenach pozamiejskich. Tym razem, również, niczym w "Historii kina w Popielawach", bohaterką filmu staje się kamera filmowa. Taka podręczna, mała,  nakręcana na klucz,  którą zamiast naszyjnika, niczym talizman, nosi bez przerwy tytułowa Afonia, uwielbiająca utrwalać na taśmie "cały ten bezmiar", jaki jej się jej nawija pod obiektyw.


"Afonia" (inaczej mówiąc "bezgłos") to dziwne (szczególnie jak na warunki wiejskie) imię. Jak się okaże wiedzeni jakimś proroczym przeczuciem, dali je jej rodzice. Afonia jest mężatką w średnim wieku. Jej mąż, sparaliżowany eks-siłacz, był kiedyś znanym w Europie zapaśnikiem, pogromcą wszystkich śmiałków, którzy odważyli się stawić mu czoła. Zawsze występował w charakterystycznej czarnej masce. Może dla niepoznaki, jak pierwowzór tej postaci,  pra, prawujek reżysera (opowiada o tym w jednym z wywiadów), będący znanym urzędnikiem (prawnikiem chyba), który wstydząc się swej plebejskiej, wg powszechnego wtedy uznania, pasji zakrywał podczas walki twarz czarną maską. A może miała ona jeszcze bardziej dodać grozy mistrzowi i onieśmielać jego przeciwników? W każdym razie, czas chwały dobiegł kresu i mąż Afonii, mężczyzna na schwał, złożony kalectwem w łóżku (o przyczynie dowiecie się z filmu), by móc jakoś przetrwać, znalazł sobie pasję zastępczą- rysowanie. Tak więc, obydwoje małżonkowie, w obliczu fizycznej niemocy jednego z nich, oddają się, każde z osobna, swoim namiętnościom tworzenia. Któregoś dnia w ich obejściu (nieczynna stacja kolejowa położona w pięknym otoczeniu lasów i pól) pojawia się młody przystojny radziecki żołnierz, również zapaśnik. Afonia czuje, że od tego momentu jej namiętność filmowania będzie wzbogacona o namiętność do nieznajomego. Nie zapomina jednak o mężu, wszak jest kobietą odpowiedzialną, a także do niego przywiązaną, a może nawet ciągle go kochającą... I tak oto zaczyna się budować miłosny trójkąt - pożądanie, miłość, współczucie, litość, zazdrość, nienawiść - na tych zwykle uczuciach opierają się jego ramiona.

Film widziałam już jakiś czas temu, ale jego obrazy ciągle siedzą mi w głowie. Są przemalownicze i ściskające wręcz serce. Kolski ma to do siebie, że swoje historie opowiada w niezwykły sposób. Niczym dawne klechdy, zawsze (mniej lub bardziej) osadzone w sielskiej scenerii,  zaludnione dziwnymi istotami, duchowo nieco oderwane od otaczających je realiów, a jednocześnie bardzo głeboko z nimi związane.  Dziwne są one, fascynujące i piękne, od których, nawet jeśli się je już zna, nie można oderwać oczu. 

Jednak, przy całej atencji do poetyki i tematyki twórczości reżysera, z chęcią zobaczyłabym spod jego ręki, tak dla odświeżenia, coś z innej beczki ("Wenecja" mi nie wystarcza).  A później, niech znowu wraca sobie na wieś, czy prowincję, do swoich Jańciów Wodników, Afonii i Janów Stygmów... bo wśród nich chyba czuje się najlepiej, a i mnie z nim w tym towarzystwie jest cudownie.

środa, 19 października 2011

Nawet deszcz - reż. Iciar Bollain

Mam pewien problem z tym filmem. Bardzo mi się spodobał, pod wieloma względami, ale nie chciałabym napisać jakiegoś kolejnego banalnego tekstu na temat okrucieństwa, cynizmu, chciwości białego człowieka, które niezmiennie, od wieków, charakteryzuje jego obecność na kontynencie amerykańskim. Biały człowiek, ciągle czuje się tam zdobywcą, kimś wyższym i lepszym od tubylców, których nawrócił, i ciągle jeszcze stara się nawracać na chrześcijanizm, sam gwiżdżąc sobie głosno na jego zasady. Mam ciągle w pamięci, a nawet całkiem niedawno sobie powtórzyłam „Wyprawę do raju – rok 1492” R. Scotta, którego „Nawet deszcz” jest poniekąd pewną wariacją na jego temat. Takim filmem w filmie.  Jesteśmy bowiem świadkami zmagań hiszpańskich filmowców (Costa – producent i Sebastian – reżyser) nad produkcją kolejnej opowieści o wyprawie Kolumba w poszukiwaniu drogi do Indii. Ale tym razem, twórcy filmu (w filmie) postanawiają skupić się nie na sylwetce wielkiego odkrywcy, lecz na mnichu Juanie,  który pierwszy przeciwstawił się, zwrócił w sposób ostry uwagę, na pazerność białych ludzi, bądź co bądź katolików, na nieludzkie traktowanie pokonanych Indian, którzy słowo Boże najeźdźców wzięli za dobrą monetę, zawierzyli im, a zresztą jakąż by mieli szansę ze swoimi łukami i dzidami na obronę przed agresją, wobec ich buchających ogniem patyków? Hiszpańska ekipa filmowa, ze względów oszczędnościowych, w poszukiwaniu plenerów i aktorów statystów, udała się do Boliwii, gdzie jak z radością podkreślał producent Costa, za dwa dolary biedni Indianie zrobią wszystko i to z pocałowaniem w rękę swych dobroczyńców. Niestety, może i dobrze sobie obliczył koszty filmu, ale nie przewidział trudności, których nastręczyli im biali ludzie z korporacji zajmujących się wodociągami i w ogóle gospodarką wodną na terenie tego kraju. W myśl powiedzenia: „kto kontroluje wodę, kontroluje życie, a kto kontroluje życie, ten ma władzę” postanowiono w Boliwii sprywatyzować wodę, także deszczówkę. Dlatego tytuł „Nawet deszcz” (nam zabrali). A jej cenę podniesiono o 300%.  Zaczęły się słuszne społeczne rozruchy. Pech chciał, że na czele rebelii stanął Indianin Daniel, odtwarzający główną rolę w filmie, rolę także buntownika o imieniu Autey, niezgadzającego się na narzuconą siłę chrystianizację. Sebastian (Gael Garcia Bernal) – idealista, czujący powinność i misję swego filmu, jako formę rekompensaty wyrządzonych przez Europejczyków krzywd oraz Costa (Luis Tosar) – cyniczny producent, muszą zrewidować swoje dotychczasowe poglądy na tle zaistniałych i nieprzewidzianych wydarzeń oraz relacji jakie nawiązują się między nimi a niepokornym Danielem. To prawda, ten film nie jest wielce odkrywczy, czy zaskakujący, ale miło jest, i nie chodzi nawet o ciemiężonych Indian, bo tym nic nie jest w stanie zrekompensować doznanych strat, miło więc, że pokazuje świadomość białej rasy, a przynajmniej jej części, jakiego spustoszenia dokonała i dokonuje nadal (przykład prywatyzacji wody w Boliwii, która faktycznie miała miejsce) na kontynencie południowo-amerykańskim. Wielką sympatię budzi aktor naturszczyk grający Daniela, obdarzonego wielkim talentem aktora amatora, ale i wielką odwagą i determinacją przywódcę rdzennych Boliwijczyków, mającym dosyć wykorzystywania ich przez białych (także na planie filmowym). Nazywa się on Juan Carlos Aduviri i bardzo chciałabym go jeszcze kiedyś zobaczyć na ekranie. Tak, ten film rzeczywiście uwodzi, szczególnie takich ludzi jak ja, którzy wiele naczytali się o krzywdzie Indian i którzy nie mogą pogodzić się z misjonarską hipokryzją, będącą zasłoną dla niezaspokojonej chciwości i żądzy władzy białego człowieka. Reżyserka Ician Bollair oczarowuje widza nie tylko postacią Daniela, ale także Bernalem, którego uśmiech uwielbiam, no i odkrytym przeze mnie po raz pierwszy w tym filmie Luisem Tosarem, mającym już co prawda „parę” ról na swoim koncie, ale ja go dopiero tu zauważyłam i polubiłam i będę miała już teraz ciągle na oku. Nie wspominając o zapierających dech w piersiach plenerach, zdjęciach czy muzyce Alberto Ilglessiasa, współpracującego od lat z Almodovarem.

Podobała mi się w filmie także postać Kolumba i aktora, który go odtwarzał. Sebastian, jak już wspominałam, odstawił go przewrotnie na drugi plan, wysuwając na czoło skromnego mnicha, będącego jakby pierwszym w historii orędownikiem praw człowieka. Ciekawe było to, że w tym filmie w filmie, grał go aktor, stara wysłużona, z lekka zblazowana i zalkoholizowana  gwiazda kina hiszpańskiego (mówimy o roli, a nie prawdziwym aktorze), który światopoglądowo, mentalnie stoi jakby pośrodku między Sebastianem a Costą. Jest już on w takim punkcie swej kariery, a może nawet życia, że mu na niczym nie zależy. Samotny, opuszczony przez bliskich (gwiazdorstwo trzeba jakoś okupić), widzi i wyśmiewa, krótkowzroczność oraz powierzchowność zafascynowania całej ekipy a także Sebastiana, Indianami, ich językiem, krzywdą, kruchość jego wyrzutów sumienia, czuje, że  wszystko, cały reżysersko-aktorski zamysł filmu obliczony jest tak naprawdę tylko i wyłącznie na sukces ich autorów.

Tyle jesteśmy warci na ile nas sprawdzono, ile możemy dać ludziom. Tak też można by podsumować zmagania dwójki przyjaciół,  reżysera i producenta na planie filmowym. Bo zawsze jest tak, że wielka historia zawsze dzieje się obok, czy na równi z tymi małymi, jednostkowymi. Wielka filmowa produkcja reżysera idealisty zderzyła się z historią małego człowieka, która okazała się zwycięska? Choć można się domyśleć, polecam, by przekonać się oglądając „Nawet deszcz”. Film ten jest nie tylko protestem i formą  zadośćuczynienia win i krzywd, ale także niezłą, zgrabnie opowiedzianą historią o tym jak można samego siebie samym sobą zadziwić.

wtorek, 11 października 2011

Skóra, w której żyję - reż. P. Almodovar

Skóra, w której żyjemy, nie zawsze bywa tą, w której czujemy się dobrze i jesteśmy sobą. Almodovar pozostaje ciągle wierny poglądowi, że tak naprawdę, to coś, czyli skóra okrywająca nasze ciało, wraz ze swoimi wszelkimi otworami czy wypustkami, nie świadczy, nie może podstawą do jednoznacznej i podstawowej kategoryzacji ludzi wg płci, na mężczyznę czy kobietę. Tak naprawdę liczy się tylko to co mamy w środku, a konkretnie w naszej głowie, to coś czego nie można uchwycić, czego nie da się człowiekowi przeszczepić, ani wszczepić, czy zaimplantować. Ten sposób myślenia właściwie odnosi się do wszystkich kategorii podziału, nie tylko ze względu na płeć, ale i na wiek, czy ze względu na charakter pełnionych ról społecznych.  Patrzymy na człowieka 60-70 letniego i myślimy stary grzyb! A figę, ani nam się nie przyśni jakie fantazje i marzenia śmigaja temu grzybowi pod kapeluszem, ile energii w nim jeszcze drzemie, że nie jeden młody mógłby mu pozazdrościć. I na odwrót, ileż to dwudziestoparolatków czuje się psychicznie na 70 lat i marzy o emeryturze. Czy weźmy, niedaleko od swojego podwórka szukając, taką kurę domową… wydawałoby się, że nic jej innego w głowiej, jak tylko wygrzewanie kurczaków, a tu proszę, zdarza się, że i czaasem  drób oderwie się od ziemi i doleci aż na Mount Everest czy na Antarktydę.

Filmowa matka dwóch synów,  Roberta Ledgarda i Zeco,  też skromna gospodyni domowa, podejrzewa, że to po niej synowie odziedziczyli pierwaistek szaleństwa, który najwyraźniej ciężkie życie w niej stłamsiło.  Ale gdyby urodziła się w innej kaście społecznej, to kto wie, co by z niej wyrosło!

Zresztą, żaden z bohaterów nie jest taki w środku, na jakiego wygląda. Na przykład wspomniani bracia, z jednej matki, ale różnych ojców, Robert Ledgarde i Zeca. Zeca należy do tego rodzaju mężczyzn, z którego bardzo często naigrawa się Almodovar, czyli do tych obezwładnietych kultem macho.  Jest on w filmie sprawcą wszystkich nieszczęść, jakie spotkały głównego bohatera chirurga Roberto. Pewnego dnia pojawia się cichcem w jego domu, przebrany za tygrysa (dlaczego, dowiecie się w filmie). Strój w sam raz najlepszy dla takiego tchórza jakim jest w rzeczywistości, w tarapatach chowa się pod spódnicę mamusi, a jedynym orężem, którym potrafi władać, jest jego penis, który pobudzony czyni z niego bestię, ale taką śmieszną bestię, z przyczepionym ogonem do tyłka.
Roberto, jego brat, jest szanowanym chirurgiem plastycznym, wrażliwym mężczyzną, którego nikt nie podejrzewałby o pewne, niebezpieczne nawet, obsesje. W ciągu dnia roboczego oddany swej profesji, ale to czym zajmuje się po pracy, ma znamiona szaleństwa, które jednak mozna zrozumieć, gdyż wypływa ono po stracie dwóch ukochanych kobiet, stracie z powodu mężczyzn. By zadośćuczynić im krzywdę jakiej doznały bawi się w Boga, kształtując ciało jednego z nich, gwałciciela, na podobieństwo kobiety, którą kochał, swej żony Very. Prawda, że pomysł przewrotny? I uważam, że genialny! Tak powinno sie w przyszłości (a przecież chrirurgia plastyczna ma się coraz lepiej) postępować ze wszystkimi gwałcicielami – robić z nich kobiety i wystawiać na żer takim samym mężczyznom, jakimi oni kiedyś byli, niech wiedzą!
.
To tyle na temat „Skóry, w której żyję”. Filmy Almodovara mają to do siebie, że lepiej się je ogląda, niż o nich pisze. Przynajmniej w moim przypadku. Czy ten film polecam? Na pewno nie wszystkim, tylko tym, którzy lubią filmy hiszpańskiego reżysera. Co prawda, reklamuje się go jako thriller i ten film nim także jest, czy jednak trzyma w napięciu? Bardziej chyba służy rozkoszy pławienia się w pięknie obrazów, jakie serwuje nam mistrz Pedro. Tym razem nie ma za wiele krzykliwych barw (ale są, np. przyjęcie), tonacje kadrów są bardziej pastelowe, a wnętrza bardzo eleganckie, żadnego kiczu, do jakiego przywykliśmy.  Chirurg plastyczny to zamożny człowiek, którego stać na przestronny gustownie urządzony dom oraz na wytworne garnitury. Ale nie tylko scenografia urzeka.  Przepiękne, jak zawsze, są u Pedra kobiety, i to nie tylko te młode, jak Vera, czyli z idealną figurą Elena Anaya, czy Blanca Suarez grająca córkę Roberta, Normę, ale także panie starsze, a szczególnie odznaczająca się wielką urodą,  szlachetnymi rysami twarzy, Maria Paredes. Uroda panów nie odstaje od urody pań. Antonio Banderas, wiadomo, czy choćby młody Jan Cornet grający pechowego Vincenta.

  „Skóra ... „ trzyma w napięciu, lecz tylko do pewnego momentu. Ale miłośnikom kina Almodovara  w ogóle to nie szkodzi, bo przecież w jego filmach mniej chodzi o napięcie, a bardziej o odwrócenie się na pięcie i wzruszenie ramionami, wobec wszelkich podziałów, jakimi ludzie posługują się wobec siebie, na podstawie oznak, cech, zachowań zewnętrznych, po to tylko, by niepotrzebnie utrudniać sobie życie. Cięzko bowiem żyje się w nieswojej skórze, będącej niekoniecznie naszą wiarygodną wizytówką. Bywa ona naszym więzieniem, z którego udaje się wyrwać, tylko najsilniejszym i najbardziej zdesperowanym. Ale przeżyć się da, dzięki sobie i swemu życiu wewnętrznemu, którego dobrym wspomagaczem może być joga, czemu mistrz Pedro daje mocny wyraz w swym filmie. Sam nie będąc praktykującym, oddaje jej jednak należny hołd, mając moje gorące w tej materii poparcie.

poniedziałek, 10 października 2011

Festen - reż. T. Vinterberg

60-te urodziny ojca i dziadka to piekna okazja do spotkania rodzinnego. Tym bardziej, że jest gdzie świętować. Szacowna, powszechnie szanowana, głowa rodziny, Helge (Henning Moritzen) jest właścicielem sporego domu  w pięknym sielskim plenerze Z różnych stron Danii zjeżdżają na tę uroczystość dzieci jubilata. Christian (Ulrich Thomsen), Michael (Thomas Bo Larsen) i Helen (Paprika Steen).Ojciec z każdym z nich, jeszcze przed przyjęciem, zamienia słowo, podczas gdy matka, jego wierny cień, miło się do wszystkich uśmiecha, jak zawsze.  Ale do Christiana, najstarszego syna, ma specjalną prośbę, chce aby to on wygłosił słowo na cześć niedawno zmarłej samobójczą śmiercią siostry. Ten zgadza się bardzo chętnie, a nawet twierdzi, że jest do tej przemowy przygotowany. Ojciec nie zdaje sobie sprawy, jaką burzę szykuje mu jego pierworodny.
„Festen” jeden z pierwszych filmów założyciela Dogmy, Thomasa Vinterberga, jest w swej wymowie filmem porażającym i przerażającym. Zresztą, realizacyjnie, zgodnie z założeniami tegoż filmowego zrzeszenia, także, patrząc z perspektywy 13 lat, mógł bulwersować.

Nawet teraz, w drugiej dziesiątce XXI wieku, kiedy z tematem molestowania w ogóle, a już tym bardziej na gruncie rodzinnym, jesteśmy jako tako oswojeni (chociaż, tak na dobrą sprawę,  nigdy się z nim nie będzie można na dobre oswoić) „Festen”sprawia, że widz nieruchomieje z oburzenia i gniewu.  A co dopiero, jakim wstrząsem, musiał być ten film, 13 lat temu. Nie orientuję się jak dawno molestowanie seksualne przestało być tabu w Danii, czy innych krajach Zachodu, u nas stało się to całkiem niedawno. Ludzie, którzy przez lata, czasem kilkanaście, czasem kilkadziesiąt, ukrywali swe traumy, zaczęli w końcu mówić o nich głośno i wyraźnie, z konkretnym wskazaniem na winowajców, na tych, którzy ich życie uczynili koszmarem, zamrozili  pozytywne emocje, marzenia, normalny seksualny rozwój.  Przedstawiali, tak jak Christian w „Festen”, niepojęty dla normalnego człowieka, obraz zakłamania, hipokryzji, cynizmu, obojętności, egoizmu, okrucieństwa jaki przejawiali dorośli ludzie, najbliżsi dzieciom, do których te miały bezgraniczne zaufanie,jako do swoich rodziców czy krewnych. Niestety, bardzo często, miało to miejsce na łonie uświęconej, wystawionej na piedestał, w naszej chrześcijańskiej kulturze podstawowej komórki społecznej jaką jest rodzina. I nie wiadomo co gorsze jest dla molestowanych dzieci, sam akt molestowania, równie poniżający (jak bardzo bowiem  trzeba gardzić, często własnym, dzieckiem i mieć go za nic, by traktować go jako obiekt seksualny, służacy tylko do beznamiętnego zaspokojenia swej chuci), czy brak wiary innych dorosłych (równie bliskich) w słuszność dziecięcych skarg, żalów, posądzanie ich o konfabulację, czy jakieś intrygi. Co doprowadza te skrzywdzone dzieci do życia w nieustającym we wstydzie i poczuciu winy,  a dalej bardzo często do prób samobójczych, nawet po latach od czasu molestowania. Ta straszna pustka, wspomniany wstyd, poczucie winy (no bo skoro inni nie wierzą i posądzają o konfabulację), wspomnienia poniżenia, strachu, obrzydzenia, poczucie ciągłego brudu,  te zabite marzenia o czystej miłości cielesnej, sprowadzaja ofiary molestowania w otchłań, gdy tymczasem ich sprawcy cieszą się powszechnym szacunkiem. Tak, to zamiatanie tych wszystkich moralnych śmieci rodzinnych pod dywany i chodniki rodzinnych izb i salonów, bo przecież, nie można kalać własnego gniazda, jest tak samo naganne jak samo molestowanie. I na to film Thomas Vinterberga również kładzie mocny akcent. Może trochę za słabo (moim zdaniem) postawiono na winę kobiet w rodzinie, najczęściej matek, które kryją niecne postępki swych mężów, udają że ich nie widzą lub wręcz jawnie je bagatelizują, wpędzając dzieci w pułapkę samooskarżeń. Bo co? Dlaczego te kobiety tak postępują? Ze wstydu, z bezsilności, ze strachu co będzie, gdy się wyda? Bo co ludzie powiedzą? Bo mąż będzie szukał zaspokojenia seksualnego poza domem, bo brudy pierze się w domu itd. Nie rozumiem tych kobiet, czy nie czują one obrzydzenia do mężczyzn, którzy wykorzystują niewinne dzieci, mnie już na samą myśl robi się niedobrze, a one z nimi śpią, podają im posiłki, uśmiechają się do nich? Bo co, lepszy taki facet, niż żaden? NIEPOJĘTE.

Tak jak mówiłam, "Festen" wyprzedza ten okres jaki nastąpił u nas niedawno w Polsce, i pokazuje, jakie to jest ważne dla ofiar molestowania, by się oczyścić z tego brudu, przez publiczne ujawnienie kryminalnych wyczynów ojców rodzin, dziadków, wujków etc. Tu nie chodzi o sensację, jakby się komuś mogło wydawać... Te wszystkie artykuły, reportaże, audycje, książki, których tak dużo było ostatnio, temu właśnie mają służyć, by ludzie molestowani w dzieciństwie nie musieli się zabijać z tego powodu, by mogli żyć, muszą to z siebie wyrzucić, za wszelką cenę,  jak Christian z "Festen". A rodzina powinna takie bezduszne molestujace kanalie, kimkolwiek by oni nie byli, jakikichkolwiek by ról społecznych nie pełnili, wykluczyć ze swego grona, po prostu potraktować ich z taką samą ignorancją i pogardą, z jaką oni traktowali swe własne dzieci, czy krewnych.
Polecam, polecam. Ciężkie, smutne kino, ale warto, by zdać sobie jeszcze raz sprawę ile błota jest w tej naszej pięknej, czystej, eleganckiej, uśmiechniętej, cukierkowej, uładzonej na pokaz rzeczywistości.