wtorek, 17 kwietnia 2012

Martha Marcy May Marlene - reż. S. Durkin


Sekta, z czym mi się kojarzy? Niekoniecznie z religią. Kojarzy mi się przede wszystkim z uzależnianiem i, co za tym idzie, z wykorzystywaniem uzależnionych.  Wystarczy mieć minimum wiedzy psychologicznej o osobowościach podatnych na uzależnienie, np. pesymizm, brak odporności psychicznej na stres, brak umiejętności radzenia sobie w sytuacjach ekstremalnych nie wspominając już o problemach dnia codziennego itp. Jeśli do tego dodać jeszcze samotność, czy poczucie osamotnienia, poczucie wykluczenia ze środowiska, w którym się żyje – mamy rysunek delikwenta (czyli tak po prawdzie większości z nas),  którego za pomocą pewnych zabiegów manipulacyjnych, typu stworzenia pozorów bezpieczeństwa i zaopiekowania, zainteresowania, pozornego wzmocnienia jego ego, można od siebie uzależnić społecznie, tworząc grupę podobnych  osób i obejmując nad nią przywództwo. 

Dla wzmocnienia swej przywódczej pozycji dobrze jest obstawić się jakimiś księgami, sprawiać wrażenie erudyty, mędrca, człowieka posiadającego swoją filozofię, może nawet religię, boga, a najlepiej to nim zostać. Jeden bóg więcej, jeden mniej, co to ma za znaczenie.   

A najważniejsze, to stworzenie ścisłego kanonu zasad i obyczajów jakie mają panować w grupie czyli sekcie i bezwzględnie ich przestrzegać, a jedną z głównych uczynić bezwzględne posłuszeństwo wobec przywódcy.  Osoba uzależniona od grupy i jej przywódcy (celowo nie używam tu słowa „guru”, gdyż kojarzy się ono m.in z buddyzmem, do którego mam wielki szacunek, zaznaczam - bez uzależnienia) w miarę pogłębiania się choroby, rezygnuje z wcześniejszych aktywności życiowych (jeśli takie posiadała), wypada z ról społecznych jakie dotychczas pełniła, np. utrata pracy, usunięcie ze szkoły, rezygnacja z życia rodzinnego, zainteresowań. Z czasem, w miarę jak przywódca grupy utwierdza swą gromadkę w swojej boskości, może dochodzić do kryminalizacji takiej grupy, co jeszcze bardziej ją scala i uzależnia jej członków wzajemnie od siebie – strzeżenie wspólnej tajemnicy, strach przed jej ujawnieniem i odpowiedzialnością karną. 
 Bardzo ważne jest przy tym wszystkim zachowanie pozorów, że poddani są wolni i sami decydują o swej przynależności do grupy, że mogą ją opuścić, choć tak faktycznie nie mogą, bo albo są już tak silnie uzależnieni, albo paraliżuje ich strach, albo będą przez grupę ścigani.
A ci, którzy ewentualnie się wyłamią, będą chcieli wyjść z uzależnienia, tak jak Martha, tytułowa bohaterka filmu Durkina, niech wiedzą, że tak jak każdy uzależniony podczas odwyku, czekają ich niesamowite męki i nie uda im się odzyskać  mentalnej wolności bez pomocy osób bliskich i specjalistów psychiatrów i psychoterapeutów.

Film zaczyna się jak klasyczny thriller. Martha (Elizabeth Olsen) tuż nad ranem ucieka z farmy, gdzie żyje z grupą młodych ludzi i ich przywódcą Patrickiem (John Hawkes). Ścigana, biegnie przez las, w końcu dociera do miasteczka. Zmęczona, wystraszona dzwoni do jakiejś kobiety, jak się za chwilę okaże, do starszej siostry. Nie potrafi dokładnie określić miejsca gdzie się znajduje. Nie stanowi to jednak przeszkody dla Lucy (Sarah Paulson), która po kilku godzinach dociera do uciekinierki i zabiera ją do swego pięknego, dużego, świetnie wyposażonego domu letniego na jeziorem, gdzie akurat spędza urlop z dopiero co poślubionym mężem Tedem (Hugh Dancy). Gnębiona poczuciem winy, że po śmierci matki nie zajęła się dostatecznie siostrą, postanawia nadrobić zaległości i zaopiekować się Marthy, której nie widziała dwa lata. Bo tyle czasu minęło, odkąd nieszczęsna Martha opuściła dom po śmierci matki, bez powiadomienia gdzie się udaje i gdzie mieszka. Martha była idealną kandydatką na członka sekty – samotna (matka zmarła, starsza siostra była jeszcze za mało dojrzała, by mogły stanowić dla siebie wsparcie), co skwapliwe wykorzystał wspomniany Patrick, dając jej schronie w swej komunie, bez prawa komunikowania się z nikim z zewnątrz. I nie wiadomo jak długo by ta dziewczyna wegetowała pod „opieką” Patricka, spełniając wobec niego i kilku pozostałych mężczyzn, wszelkie posługi, na czele z seksualnymi, gdyby nie pewne wydarzenia, do jakich sekta pod wpływem Patricka się posunęła.  Ale o tym „sza”, bo myślę, że co niektórzy w obecnej dobie rozkwitu wszelkiego kalibru sekciarstwa, zdecydują się na seans i zobaczą ten film. Z pewnością nie wzbogacą swej wiedzy w temacie, ale myślę, że nie będą żałować decyzji.

No bo, „Martha Marcy May Marlene” (pisane bez przecinków! bo to nie jest wyliczanka) jest sprawnym debiutem fabularnym Amerykanina Seana Durkina. Napisałabym „bardzo sprawnym’, gdyby film skrócił o jakieś 15-20 minut. Wtedy mielibyśmy do czynienia z trzymającym mocno w napięciu, od początku do końca, thrillerem społeczno - psychologicznym. A tak, otrzymaliśmy dość ciekawe studium początków wychodzenia z uzależnienia. 

Po ucieczce z komuny ta nieszczęśliwa dziewczyna znowu jest pod czyjąś opieką! Znowu jest od kogoś zależna, znowu od mężczyzny – to Ted, mąż siostry, ją utrzymuje, to pod jego dachem śpi i je jego jedzenie, co  zresztą w chwili gniewu jej wymawia. Czyli jej status osoby zależnej czy uzależnionej,  nie zmienia się tak bardzo.  A sprawa wolności mentalnej też nie jest tak oczywista. Będąc teraz pod opieką siostry i jej męża, nie może wyzwolić się od obrazu i strachu przed Patrickiem. To właśnie jego bardzo często widzi zamiast Teda, czy innych mężczyzn w otoczeniu (kulminacyjna scena wybuchu szału  na przyjęciu). 

Tak, trzeba przyznać, dobrym i fundamentalnym, zabiegiem formalnym, urozmaicającym seans, jest mieszanie się rzeczywistości, czasów, w psychice Marthy. Podczas codziennych czynności, do których próbuje wdrożyć ją siostra, Martha widzi obrazy z pobytu gdy była na farmie, często odzywa się do siostry czy Teda tak, jakby była ciałem z tamtymi ludźmi. Martha, a wraz z nią i my, tracimy orientację kto jest kim, czy dziewczyna nie jest zagrożona? Czy zamiast Teda nie pojawił się w domu czy okolicy Patrick? Oprócz celowego wzrostu napięcia, być może otrzymujemy także sygnał, iż obaj panowie, ich role w rodzinach, niewiele się różnią?  Obaj są zresztą do siebie także fizycznie bardzo podobni (Hugh Dancy i John Hawkes). Wszyscy, i my, i ci na ekranie, czujemy podskórnie jakieś zagrożenie.

 I o to chodzi, zarówno w przypadku filmu, jak i o sekty, której istota zasadza się na poczuciu zagrożenia i strachu. Najpierw kandydat trafia do niej, bo nie rozumie, boi się, świata i życia, później nie może z niej wyjść, bo boi się przywódcy, który czasem obiera imię Boga lub jego pośrednika.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Chodorkowski - reż. Cyril Tuschi

 "Sprytny to ten, który potrafi znaleźć wyjście z każdej trudnej sytuacji, mądry zaś ten, który potrafi ich uniknąć."  Taką oto konstatacją na swój temat, kończy film jego tytułowy bohater, człowiek, który się Putinowi nie kłaniał,  czyli Michaił Borysewicz Chodorkowski.

Kim jest ten człowiek, a może raczej kim był, Chodorkowski. Celowo użyłam  dwóch czasów, bo on, owszem, żyje, ale jakoby umarłym jest. Będąc zesłanym jak za dawnych czasów, na syberyjskie pustkowie, oddalone o ponad 5000 km od Moskwy, a do tego przewożonym co rusz z miejsca na miejsce dla dezorientacji swojej i bliskich , jest się skazanym na niebyt.  Nawet jeśliby czas, którego ma się tak dużo, przeznaczyło na pracę naukowo-twórczą (o czym zapewnia więziony), licząc, że ujrzy kiedyś światło dzienne.  Nawet jeśli, to czy po upływie kilku, kilkunastu lat, będzie się jeszcze chciało komulkolwiek sięgać w biednej Rosji do przemyśleń byłego oligarchy,  bogacza, który pewnego dnia postanowił zagrać wg swoich reguł?
O jego działalności gospodarczej (a także charytatywnej), o drodze do tytułu najbogatszego człowieka Rosji (najpierw był bank, później nafta), możemy dowiedzieć się klikając jego nazwisko w Googlach. Niemiecki film (bo że cudzoziemcy, a nie Rosjanie, kręcą filmy dokumentalne o współczesnej Rosji, jest już regułą) Cyrila Tuschi, jest próbą refleksji i zrozumienia dlaczego ktoś taki jak Chodorkowski zostaje wtrącony do syberyjskiej tiurmy, tiurmy z tradycją, z której nie ma powrotu, niczym za stalinowskich czasów.  Gdy kończy ci się jeden wyrok, dostajesz następny, nieważne, że irracjonalny, siedzisz tam, do śmierci, albo swojej, albo tego, którego stałeś się wrogiem, czyli ... ludu.  Bo władza zawsze, wszystko jedno czy nazywana po swojsku  "ludowa", czy bardziej uczenie, z grecka "demokratyczna", zawsze wyciera sobię gębę interesem ludu, czyniąc z niego przykrywkę dla  swych osobistych interesów.

Film jest serią mini wywiadów z ludźmi którzy mieli w jakikolwiek sposób do czynienia z Chodorkowskim, począwszy od matki, pierwszej żony, jego pierworodnego syna mieszkającego w USA, poprzez współwłaścicieli Jukosu, mieszkających obecnie, na wygnaniu, za granicą, aż po polityków rosyjskich, a także światowych, np. Joshka Fisher. Wywiady przetykane są zdjeciami i filmami ze spotkań z Georgem Bushem, tuż przed aresztowaniem, gdy Chodorkowki być może przemysliwał już o interesach na gruncie amerykańskim, Jukosu, połaczonego co dopiero umową fuzji z inną wielką rosyjską firmą naftową Abramowicza. Niestety, skończyło się tylko na wielkich planach bycia czwartą co do wielkości prywatną firmą wydobywczą świata.
I za co? Za brak pokory wobec batiuszki Władmira Władimirowicza? Za jego krytykę? A może za utratę instynktu samozachowawczego - Chodorkowski, jak mówi się w filmie, nie został zaaresztowany nagle i niespodziewanie, dostawał wiele sygnałów ostrzegawczych.

Zgubiła go pycha, tupet, arogancja? A może patriotyzm? Hurra-odwaga, że da radę i postawi na swoim.  A może naiwność, wiara, że świat nie pozwoli na jego niebyt? Może liczył na wielki światowy odzew? Owszem, ale przecież granice państw są nienaruszalne. Chyba nie liczył, że Amerykanie wypowiedzą Rosji wojnę w imię obrony praw człowieka? Nawet jeśli jest to człowiek od ropy. Rosja to nie Irak, nie ta skala, za duża potęga, nie ta religia... nie może posłuzyć za przykrywkę wojny w imię obrony przed religijnym terrorem.:)

A może, jak sugeruje jeden z polityków rosyjskich, chodziło Michaiłowi  Borysewiczowi tym więzieniem o zbicie kapitału politycznego do przyszłych wyborów o fotel prezydencki? Póki co, to Władimir Putin został  oficjalnie wybrany na fotel na 4 lata. I zrobiło się ciekawie. Chodorkowski (wraz z biznesowym partnerem  Płatonem Lebiediewem) odsiaduje już drugi wyrok, z grudnia 2010 roku -  13,5 roku pozbawienia wolności. Za co tym razem? Przypomnę, że pierwszy z roku 2005, opiewał na 8 lat za domniemane oszustwa podatkowe i uchylanie od płacenia podatków.   Tym razem, wyrok 13,5 lat zapadł  za rzekome przywłaszczenie 218 mln ton ropy naftowej i wypranie uzyskanych w ten sposób pieniedzy. Po czym, wyrok został łaskawie zmniejszony do 13 lat, bo jakoby ilość skradzionej ropy była mniejsza o 130 mln ton.

Przewiduje sie, że obaj panowie na wolność wyjdą w 2016 roku (na poczet ostatniego wyroku zaliczono im odsiedziane lata z pierwszego wyroku). W tym samym roku kończy sie kadencja Putina. Ano, pożyjemy, zobaczymy, kto pożyje, kto przeżyje i jak.  Podejrzewam, że Chodorskowski nie przewidział, przy całej swej inteligencji, takiego obrotu sprawy, tym bardziej, że realni przeciwnicy polityczni Putina spychani są co raz bardziej na margines życia politycznego. I może nawet już Michaił żałuje, że nie wyjechał, a mówiąc kolokwialnie, nie uciekł z kraju w odpowiednim momencie, a wcześniej, że zamarzyło mu się być niepokornym sługą rządzącego.  Słowa, które cytuję na początku, mogą świadczyć, że być może dziś, mając te doświadczenia jakie ma, nie zadarł by w tak bezczelny sposób z najważniejszą, co nie znaczy największą duchem, osobą w państwie rosyjskim.

Co prawda Chodorkowski pociesza się, że nigdy nie czuł się tak wolny jak w więzieniu, dopiero tam pojął jak bardzo był zniewolony przez pieniądz, który nie pozwalał mu być sobą, obligował jego sądy i poglądy. Być może...  ale dziś nie dosyć, że nie ma wolności, a przynajmniej tej fizycznej,  nie ma także przyjaciół, wszyscy się od niego odwrócili, dawni współpracownicy złorzeczą, że przez niego musieli udać sie na banicję, nie mogą wrócić do ojczyzny, gdzie czekają na nich wypielęgnowane i wychuchane jak za dawnych czasów, piękne posesje, które obecnie zamieszkują byłe żony, ewentualnie dozorcy.  Jeden z nich (współwłaścicieli Jukosu) nawet mówi wprost, bez ogródek, w wielkim uniesieniu, że gdyby teraz spotkał Michaiła naplułby mu w twarz. Bardziej spokojny stosunek ma pierwsza żona Chodorkowskiego i jego syn, który sam się dziwi swemu spokojowi w takiej sytuacji, gdy nie może zobaczyć ojca (a błagał go na kilka przed aresztowaniem, by został u niego w Stanach).

Nikt nie płacze, nie rozpacza, nie żałuje tego człowieka, pewnie w duchu myślą sobie "ma to, na co sobie zasłużył". Dodam, że realizatorzy filmu w ogóle nie wspominają o drugiej żonie i jej dzieciach z Chodorkowskim.  Nie rozumiem dlaczego, bo tego nie wyjaśniają, czy nie potrafią do niej dotrzeć, a jest przecież na każdej rozprawie, czy raczej jej postać i postawa nie wpisuje sie w koncepcję filmu, który ma pokazać przyjazną obojętność wobec bohatera, a nie zażartą walkę o niego. A może takiej walki po prostu nie ma. Może tak ma być, że to widzowie bardziej niż jego bliscy, którzy już poniekąd i jakkolwiek to okrutnie brzmi, przyzwyczaili się do danej sytuacji, wzruszają się losem więźnia? 

Jeśli chodzi o mnie, czułam bardziej niedowierzanie i zdziwienie niż podziw nad dziejami Chodorkowskiego. Jak dziecko chciał poczuć smak wolności, wyzwolić się z personalno-politycznych uzależnień, zachowując jednocześnie status jednego z pierwszej dziesiątki najbogatszych ludzi świata? Czy to może wzruszać? Co najwyżej ramiona. Ale mimo wszystko żal człowieka, mówi się przecież, że pięknie jest zachować w sobie naiwność dziecka. Pięknie, ale czasem może być i niebezpiecznie.

Czeski błąd - reż. Jan Hřebejk

Film zaczyna się pytaniem "czy większymi głupkami byliśmy przed aksamitną rewolucją, czy po"? I to są właśnie Czesi, za to ich kocham. Pytanie nie do pomyślenia w polskim filmie rozrachunkowym (teczki!), bo do takich "Czeski błąd" należy. Jeśli już by jakieś miało paść, toz pewnością brzmiało by ono: 'Kiedy byliśmy większymi bohaterami, przed 1989 czy po...? ". I dlatego czasem mam dość pyszałkowatości Polaków. Nie, nie powiem, że ich nie kocham, bo to rodzina.

Bardzo  przyzwoity film, o ludzkiej nieprzyzwoitości, słabości, która prędzej czy później da znać o sobie w życiu każdego z nas. Nie ma ludzi bez skazy, wielcy bohaterowie pojawiają się tylko w bajkach, głównie propagandowych. A kto wie, czy największą odwagą ze wszystkich odwag, i najbardziej niedocenianą, nie jest przyznanie się do swojego tchórzostwa.

Oryginalny tytuł filmu brzmi "Róża Kawasakiho". Prawda, że brzmi tajemniczo?
Kawasakiho, artysta malarz, stracił żonę słynnym zamachu w tokijskim metrze w 1995 roku (rozpylenie sarinu, gazu bojowego przez sektę, ktorej nazwą nie warto sobie zaprzątać głowy). Z rozpaczy emigruje do Szwecji. gdzie zaprzyjaźnia się z innym emigrantem, Czechem, niepokornym Borkiem, zmuszonym do opuszczenia swej ojczyzny na skutek działalności innego, ale pokornego Czecha, kolegi ze studiów, Pavla. Poznając ich trudną historię, po raz pierwszy, po wielu latach twórczej niemocy, sięga po pędzel, tusz i maluje dla zdrajcy Pavla czarną różę. Jest ona dla nich trzech, dla Kawasakiho (który jako jedyny z nich stracił bliską osobę), Borka i  Pavla, symbolem pojednania z tragiczną przeszłością i  przejściem ponad nią  do teraźniejszości. To nie jest łatwe, ale od czego są papierosy? Piękne.


sobota, 10 marca 2012

Wierna kopia. Zapiski z Toskanii - reż. Abbas Kiarostami

Uwaga, uwaga! Abbas Kiarostami, klasyk irańskiego kina, reżyseruje w Europie! Do współpracy zaprosił jedną z najjaśniejszych gwiazd kina europejskiego - Juliette Binoche i, być może, przyszłą wschodzącą gwiazdą - Williama Schimella, który tuż po debiucie kinowym u Irańczyka, zagra u Haneke'go w jego najnowszej produkcji "Amour". Już trzymam za niego (i oczywiście za film także) kciuki. Ten 60-letni aktor, o którym poza tym, że (jak się gdzieś w sieci przebąkuje) dobrze włada swym barytonem, nie wiemy nic, ma olbrzymią szansę zdobycia dużej popularności i uznania także w świecie filmu.
Kiarostami, będący także autorem scenariusza, zajął się tym razem problemem powielania, powtarzalności.  Rewelacyjny pomysł na scenariusz, taki, o którym nie powiemy tuż na wejściu "to już było!".  Miejsce na akcję filmu trafione w 10-tkę. Nie tylko dlatego, że Toskania jest naturalną kopalnią dla mistrzów kopiowania, nie tylko dziel sztuki, ale zachowań czy ludzkich upodobań - któż nie chciałby spacerować po wąskich uroczych uliczkach toskańskich miasteczek, marząc o przytulnym toskańskim domku z  małą winniczką za płotem, czy chociażby ślubie z nocą poślubną w zacisznym toskańskim pensjonaciku.

 Punktem wyjścia do opowieści jest wieczór autorski Jamesa Millera, angielskiego pisarza, autora książki "Wierna kopia. Zapiski z Toskanii". Jak sam mówi, wolałby inny tytuł, ale musiał ulec specom od marketingu i dystrybucji. Na spotkaniu pojawiła się właścicielka sklepu z antykami, nazwana po prostu Elle/ Ona. Niestety, towarzyszy jej głodny syn, w związku z czym opuszcza ona salę, prosząc organizatora wieczoru o przekazanie pisarzowi jej numeru telefonu, z zapewnieniem, że Brytyjczyk będzie zainteresowany, z racji jej profesji, rozmową z nią.
 I rzeczywiście, tak się dzieje, pisarz dysponuje kilkoma godzinami do wyjazdu z Włoch, zagospodarowuje je więc, ulegając owej intrygującej propozycji Włoszki, która tak naprawdę okazuje się Francuzką. Dochodzi do spotkania, wyjazdu poza miasto, wymiany kilku uwag na temat książki, z czasem temat rozmowy zostaje poszerzony o sprawy życiowe, wychowania dzieci, aż po problemy małżeńskie. Okazuje się, iż nie na próżno Kiarostami nie nadał imienia głównej bohaterce filmu, jest Ona bowiem kopią milionów kobiet na świecie, borykających się z samotnością, a może raczej z poczuciem samotności w małżeństwie, czy w ogóle w związku.
 Podobne problemy zauważa w swym małżeństwie James. Dochodzi do tego, i to jest kapitalne, że już sami nie wiemy, czy na ekranie oglądamy oryginał, czyli czy są oni małżeństwem, które postanowiło spotkać się i pogadać w Toskanii, przy okazji promocji książki, (bo tylko wtedy Miller ma czas). Czy pisarz oraz Elle kopiują swe małżeństwa, biorąc udział w grze, odtwarzając role małżonków, których problemy pokrywają się w ich rzeczywistym życiu.  Po prostu mistrzostwo świata - tak wymyśleć scenariusz, i tak go zagrać (wielkie brawa dla tej pary!), by widz nie był do końca pewny, czy ogląda oryginał czy kopię. Niesamowita precyzja ( z podobną mieliśmy ostatnio do czynienia w dziele innego Irańczyka, Fahradiego w "Rozstaniu"),  dbałość by najmniejsza nawet scena miała swój wyraz, będąc kolejnym klockiem idealnie dobranym w budowaniu wieży melancholii,  z powodu przemijania, nieuchronności zmian i różnic jakie niesie przynależność do płci.

Musimy bowiem pamiętać o najważniejszym, mimo, że należymy do tego samego gatunku, jesteśmy ludźmi, kopiami swych oryginałów - przodków, ale mężczyzna i kobieta w stosunku do siebie, to ciągle dwa oryginały, które nigdy nie staną się swymi kopiami. Może warto o tym pamiętać, zdaje się mówić, Kiarostami, wywodzący sie z kultury, gdzie ów podział między płciami jest wyjątkowo mocno zaznaczony. Może warto pamiętać i pogodzić się ze słabościami obu stron, być bardziej dla nich wyrozumiałym, a wtedy może poczucie osamotnienia będzie mniejsze? Konkretny przykład, jeśli mężczyzna przysypia po powrocie z pracy, to nie myśl kobieto, że on cię nie kocha, czy ma kochankę, on jest po prostu zmęczony. Albo, gdy nie chwali twoich wystrzałowych klipsów w uszach, które założyłaś tylko dla niego, to nie znaczy, że on cię nie kocha, czy nie zauważa, że jesteś piękna - on kocha i widzi, ale nie zwracając uwagi na szczegły, nie rozumie, że to z powodu właśnie tych nowych klipsów. I nie martwmy się kobiety, jeśli jedynym problemem naszego małżeństwa, jest praca waszego męża, którą traktuje jak kochankę. Wiśta wio, łatwo powiedzieć, nie martw się, nie smuć i nie płacz... skoro nam pewne gesty są potrzebne do życia jak powietrze.  Ale czy faktycznie jest to nieosiągalne, może zamiast gniewać się, że mąż przysnął w dzień rocznicy,  położyć się obok niego?  Albo, gdy gdy ty leżysz (niczym Elle) na hotelowym łóżku rozmarzona wspomnieniami poślubnej nocy sprzed 15-tu lat,  a on w tym czasie obserwuje w skupieniu swoją twarz, odbijającą się w lustrze wiszącym nad pisuarem, nie załamuj się, mimo, że to tak tragicznie smutne, żyj i ciesz się kopią swoich dziewczęcych marzeń! 

Film Kiarostamiego jest naszpikowany wieloma życiowymi mądrościami, zawartymi w zwyczajnych opowieściach, jakie snują, spacerujac po toskańskim miasteczku, Elle i James.  Dla mnie jedną z ważniejszych jest pochwała prostoty, radości z życia, bedącego czasem marną kopią oryginału, jaki chcielibyśmy posiadać. Bo czy nie szkoda czasu, by żyć ciągle w dążeniu do niego, do doskonałości, nieosiągalnego ideału - co ilustruje w filmie świetna opowieść o Marie, siostrze Elle (jąkający się mąż). Może lepiej być prostym człowiekiem, choć o to też trudno i zadowolić się kopią (także życia), czasem może i nie tak doskonałą, ale czasem bywa, że piękną jak oryginał i cieszyć się nią, bez lęku, że stracimy coś cennego. Co z tego, że ktoś sięga wyżyn, będąc ciągle niezadowolonym z tego co może mieć, i tak wszyscy umrzemy (w filmie opowieść o beztrosce i mądrości dzieci).  I tu dochodzimy do kwestii najważniejszej, wszystko w życiu, tak jak i w sztuce, zależy od tego jak i z jakimi intencjami na nie spojrzymy (scena z małżeństwem, które interpertuje pomnik na rynku miasteczka).

Film "Wierna kopia. Zapiski z Toskanii" polecam, a jakże by inaczej, mimo że nie jest za bardzo optymistyczny. Z każdego kadru przebija ogromny smutek,  jesteśmy zdani na życie w otoczeniu podróbek, które zastępują nam często marzenia, ale przecież tak jak wspomniałam na końcu, wszystko zależy od spojrzenia i nastawienia, można żyć w pustce i smucić się brakiem oryginału, można też radować się samym dążeniem do niego,  ale można również cieszyć się z posiadania kopii. Wybór należy do nas.
Tak czy siak,  jestem pewna, że wielu, wielu widzów zakończy oglądanie westchnieniem, iż zobaczyli wierną kopię swojego życia.

niedziela, 4 marca 2012

Trzy minuty. 21:37 - reż. Maciej Ślesicki

Pamiętacie, dokładnie, co robiliście w wieczór 2 kwietnia 2005 roku? Ja pamiętam. Zmęczona niemiłosiernie wielodniowymi, wręcz całodobowymi, sprawozdaniami znad łóżka umierającego papieża, NASZEGO, POLSKIEGO, papieża, sięgnęłam, zupełnie niechcący, ot akurat był w wypożyczalni,  po mini serial "Anioły w Ameryce" w reż. Mike Nicholsa. Tak mnie ten genialny film, na podstawie sztuki T. Kushnera, wciągnął, że spędziłam z nim całą noc. A rano dowiedziałam się, że Jan Paweł II nie żyje. No cóż, trochę to może i głupio, ale jakże przewrotnie, wyszło,  że noc, którą powinnam poświęcić na lament (ale przecież, gdy inni ludzie umierają w wieku 85 lat, uważa się to za rzecz jak najbardziej oczywistą), spędziłam wśród amerykańskich gejów, chorych na AIDS, w towarzystwie wspaniałych aktorów takich jak Meryl Streep, Emma Thompson, Jeffrey Wright, Al Pacino czy Patrick Wilson. o reszcie nie wspominając. Ale przecież, to był przypadek, nie wiedziałam, że akurat tego wieczoru umrze ON, którego cała Polska wielbi (głównie słowami, rocznicami, pomnikami, ale broń Boże nie czynami),  a czy ma inne wyjście(?), niechby ktoś spróbował nie, to tak po staropolsku, na pohybel z nim by poszli.

 Kilka dni po zgonie papieża, Polacy wpadli na świetny polski pomysł, by upamiętnić ów smutny fakt, albo wyrazić swój żal (to zależy),  przez zgaszenie o 21:37 w godzinę jego śmierci, wszystkich świateł. I tak,  Polskę ogarnęła ciemność (hm, zresztą nie pierwszy raz), ale w zamian wyzwoliła się energia, która jak to zawsze w Polsce, została zmarnowana, przez głupotę, kłótliwość, nienawiść, zazdrość, zawiść, okrucieństwo, znieczulicę, obojętność, chciwość itd. Polacy są niezastąpieni w spektakularnych gestach, takich jak dawniej  powstania (najpierw doprowadzili do zaborów, a później ginęli jak muchy w powstaniach), a teraz masowe stawianie pomników koszmarów,  ścielenie zniczowych dywanów, zwoływania się na przeróżne modlitewne wiece itp.  Niestety, bojowy patriotyzm, pobożność, narodowe rozmodlenie nijak nie przekłada na codzienną szarą uczciwość, przyzwoitość, szacunek do bliźniego i zwierząt. Jesteśmy tacy fajni od święta, a w dzień powszedni warczymy na siebie, wygrażając: "jeśli nie jesteś ze mną, nie jesteś taki jak ja, to jesteś przeciw mnie, kula w łeb!" W niepamięć idą nauki papieża, nie wspominając już o jego dziełach, masowo wydanych i zakupionych, których nikt nie czyta. W niepamięć poszły obietnice dane w chwili jego zgonu.

I o tym, mniej więcej, zrobił Maciej Ślesicki swoje. "Trzy minuty. 21:37". Konstrukcyjnie wpisujac się w aktualną modę robienia filmowych puzzli, czyli mini fabuł, które układają się w całość, obdarzając nas jakąś światłością, albo happyendem.
 Film jest podzielony na trzy części, których bohaterami są "Reżyser", "Malarz" i "Koń". Ich losy splatają się w rozmaity sposób. A między nimi jeszcze przewija się wątek właściela psa, młodego człowieka, który doprowadzony do ostateczności przez tzw. "realia", niemal wariuje  i popełnia czyny straszne. A na te realia składa się to co sami  doskonale znamy: tępa biurokracja, tępi uliczni chuligani, stępieni lekarze, otępiali przechodnie na ulicy, znieczulone służby porządkowe. Wszystkie te realia, to nie jakiś kosmos, tworzą je ludzie, Polacy Polakom, te same dzieci jednego ojca świętego, którzy solidarnie gaszą światła dnia 5 kwietnia 2005 roku, by wyrazić żal z powodu papieża. W tym samym czasie, w szpitalnej umieralni, gdzieś w piwnicy, leży spatraliżowany malarz, sam ze sobą i swą modlitwą do Boga. Reszta kraju, jak się domyślamy, też się modli (niektórzy tylko klepią), ale jakże różne są to modlitwy.

Nie będę opisywała poszczególnych wątków, ani tego do czego zostaniemy doprowadzeni idąc ich tropem. Nie będę psuła przyjemności tym, ktorzy ewentualnie skusza się na film autora serialu "Posterunek 13" (tak, ten tytuł będzie się za nim wlókł do końca życia). Powiem, że choć nie można zaliczyć tego filmu do dzieł polskiej kinemtaografii, że wyprzedza go o wiele długości Paweł Borowski swym "Zero", także o podobnej konstrukcji, ale jednak bardziej precyzyjnie zbudowanej, to jednak warto ten film zobaczyć. Mnie podczas seansu towarzyszyły duże emocje, a to za sprawą świetnych polskich aktorów (tak, tak, mamy takich cały czas). Reżysera, alkoholika powracającego do nałogu, po okresie abstynencji, za sprawą przyczyn osobistych (żona odeszła) gra Krzysztof Stroiński. W pechowca artystę-malarza wcielił się wspomniany już Bogusław Linda. Konia zagrał koń, piękny zresztą siwek, a u jego boków pojawili się dwaj świetni panowie - Paweł Królikowski, którego po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć w tak dobrej roli i przekonać się wreszcei, że dobrym aktorem jest, bo do tej pory to widywałam go tylko w wywiadach, w których udzielał sie z okazji promocji różnych seriali. No i drugi pan, a właściwie chłopak - Marcin Walewski, grający syna Królikowskiego. Ten młodziutki człowiek ma prawdziwy talent, zresztą dał mu także wyraz u Jana Jakuba Kolskiego w "Wenecji", gdzie wystąpił w głównej roli.

"Koń" - ta współnowelka wydaje mi się najciekawsza w filmie, gdyż dobitnie ilustruje pogląd, iż prawdziwą miarą człowieczeństwa jest stosunek do zwierząt. Zresztą, podobnie jak wątek właściela psa (gra go, zupełnie przyzwoicie Modest Ruciński). Człowieczeństwo, czyli to jak  odnosimy się tu i teraz, do przeciętnego człowieka, naszego brata (zwróćcie uwagę na tego pijaka i kobieciarza, reżysera), a także braci mniejszych, a nie pusty gest, o godzinie 21:37..

"Wolę zabić rybę, niż człowieka" mówi ojciec kłusownik do syna pomagającemu mu w nielegalnym procedrze. Pod koniec "Konia" syn mówi do ojca "wolę zabić człowieka niż rybę" - zobaczcie co takiego musiało się wydarzyć, by tego typu konstatacja wyszła z ust  wrażliwego chłopca, będącego dopiero u progu życia.

niedziela, 26 lutego 2012

Wstyd - reż. Steve McQueen

Wyolbrzymiony wstyd z powodu jakiejś  naszej niedoskonałości, jaką odczuwamy, może być toksyczny, może hamować, zaburzać nasze funkcjonowanie w społeczeństwie, rodzić poczucie izolacji, wyobcowania, prowadzić do całkowitego osamotnienia. Można wpaść w zaklęty krąg – uzależnienia z powodu  wstydu,  a później wstyd z powodu tego, co robimy będąc uzależnionym (alkohol, objadanie się, narkotyki, hazard, seks itd.) uzależnia coraz bardziej. I tak w koło, aż do znienawidzenia samego siebie,  a wtedy już jedynym wyjściem z tego kręgu wydaje się być  samozagłada.  Do czego właśnie dąży dwójka filmowych bohaterów, rodzeństwo,  Brandon i  jego słodka siostrzyczka Sissy. On wierząc, że orgazm jest dobry na wszystko, popada w seksoholizm. Ona chorobliwie  poszukuje miłości, dokonując, pomiędzy kolejnymi zerwania z nią przez przygodnych partnerów,  samookaleczeń i aktów samobójczych.

Tak naprawdę nie wiemy nic bliższego o tej parze.  „Nie jesteśmy źli, pochodzimy tylko ze złych miejsc” – tymi słowami siostra pociesza brata, gdy ten wyrzuca ją ze swego domu (do którego wtargnęła wbrew jego woli), bo nakryła go na samozaspokojaniu się. Możemy się domyślać, że ich dzieciństwo nie było łatwe, ale nic poza tym.   Najlepiej znamy ich imiona – Brandon,  który jak twierdzi reżyser w jednym z wywiadów,  imię zawdzięcza Marlonowi Brando, grającemu  główną, legendarną już rolę, w skandalizującym 40 lat temu  „Ostatnim tangu w Paryżu".  Bratnie dusze, jeśli chodzi o zatracenie się w seksie. Jednak przyczyny i techniki zatracenia się obu panów różnią się nieco.  XXI wiecznemu Brandonowi jakże jest łatwiej, zalewająca naszą codzienność pornografia, dostępna na wyciągnięcie ręki (nie tylko dla dorosłych),  internet i cyberseks, rozluźnienie obyczajów, dostarczają zaspokojenie na pstrykniecie palcem. Zgnębiony Amerykanin, błąkający się po Paryżu, musi włożyć zdecydowanie więcej wysiłku i własnej twórczej inwencji, by znaleźć ukojenie w seksie.

 Brandon z Nowego Jorku to mężczyzna, któremu nic na pozór nie brakuje do szczęścia – jest przystojny, zdrowy, jeszcze młody i bogaty. Na dodatek emanuje urokiem, który sprawia, że każda dziewczynę może mieć na kiwniecie palcem, z czego zresztą skwapliwie korzysta.
Sissy, to piękna blondynka o słodkim głosie, śpiewająca po knajpach, która pewnego wieczoru swą interpretacją piosenki „New York, New York"  z filmu o tym samym tytule (M. Scorsese) doprowadza brata do łez.
Steve McQueen,  nie dba o to, żebyśmy się z nimi  zżyli, polubili ich czy znienawidzili.  Nie. Mamy ich  obserwować chłodnym okiem, może czasem coś poczuć i zastanowić się nad tym co to jest, czy aby nie święte oburzenie,  a może obojętność, może ciekawość, zastanowienie, może współczucie, albo współodczucie, zrozumienie, obrzydzenie, strach,  zgorszenie, a może wstyd?  Brandon z ekranu może być jedenym z wielu przechodniów jakich mijamy codziennie na ulicy. Tu chciałabym pochwalić za świetny kostium w jaki ubierano Fassbendera na planie – kompletnie kryjący, szary  nie wyróżniający go w żaden sposób.  Szara marynarka, szare spodnie, szary szetlandowy sweter, wszystko w świetnym gatunku i doskonałym kroju (stać go na to). Jedynie wełniany gruby szalik okręcony wokół szyi nadaje mu jakiś koloryt,  rys indywidualności, a jednocześnie... to opatulenie może dawać mu poczucie jeszcze większego schowania się  do środka, swego wnętrza.   W mieszkaniu zrzuca z siebie wszystko i porusza się w bieliźnie, albo nago, tym bardziej, że przychodzi tu raczej tylko na szybkie cybser/seks/randki i na spanie.

Ale jego codzienne rytuały zostają zaburzone, gdy niespodziewanie wprowadza się do niego siostra. Jest wtedy w rozpaczy, czuje się zagrożony, obserwowany, kontrolowany, wstydzi się swych obyczajów, które przez siostrę zostają odkryte. Nie potrafi z nią rozmawiać,  zwierzyć się, mimo jej wielkiej przychylności i otwartości, ucieka ze swego domu,  przyobleka jeszcze bardziej maskujący strój (dresowe spodnie, bluza z kapturem) i wyrusza do najpodlejszych dzielnic Nowego Jorku, chcąc jak to zwykle, odreagować, znaleźć pocieszenie, a może zatracenie, w jednym wielkim orgaźmie.  Próbuje rzeczy które były mu do tej pory obce (seks homoseksualny). Mamy wrażenie, jakby zstąpił do piekła.  Czerwona pulsująca kolorystyka przybytków cielesnych rozkoszy, ma przywodzić takie skojarzenia – nieustająca grzeszna przyjemność i nieustające cierpienie.  Bo czymże jest seks bez drgnień serca, bez miłości? Jest tylko zaspokojeniem pożądania,  nie bez racji byłoby dodanie przymiotnika „zwierzęcego”, zaspokojeniem wyrzutów sumienia, rekompensatą albo nawet zemstą  za jakieś  doznane krzywdy (może czasem urojone). Taki seks na pewno nie jest ukojeniem. Co najlepiej widzimy patrząc na twarz Brandona podczas kolejnej  seksualnej orgii.  Jego rysy nie są wygładzone, twarz nie jest piękna, jest  pełna napięcia, wykrzywiona grymasem bólu i nienawiści na przemian. Taki seks, mechaniczny, orgiastyczny, obliczony tylko na orgazm, a nie na miłosne połączenie, działa tylko na moment,  jest jak tabletka przeciwibólowa o szybkim działaniu, na dłuższą metę uzależnia i niszczy,

A przecież Brandon jest zdolny do miłości i autentycznych uniesień . Ech, gdybyż tylko nie ten WSTYD! Gdyby potrafił go olać. Mamy tego dowody w dwóch scenach, gdy wzrusza się słuchając śpiewajacej siostry i w drugiej, gdy nawiązuje bliższą znajomość z koleżanką z pracy, z piekną ciemnoskórą Marianne.  Marianne jest gotowa na dłuższy zaangażowany z nim związek. W odróżnieniu od Brandona lubi siebie, taką jaka jest, tu i teraz.  I wszystko mogłoby się może i dobrze ułożyć, wyglądała na mądrą kobietę, gdyby tylko nie ten WSTYD, który znowu zawładnął Brandonem, tym razem z powodu jego niemocy. O paradoksie i  złośliwości fizjologii męskiej! Dlaczego byłaś tak okrutna. Zamiast mu pomóc,  popchnęłaś Brandona, znowu, na drogę zatracenia. A miłość była tak blisko....


No właśnie, czy dlatego mężczyźni tak bardzo boją się, bo wstydzą, rozmawiać o swoich uczuciach i emocjach? Co jest zauważalne na każdym kroku, w internecie czy w realnym życiu (te twarde, cyniczne,brutalne męskie rozmowy). Boją się oceny, opinii, kontroli, słabości? Może dlatego, uciekając ze strachu, od głębszych i długotrwałych związków, są głównymi, masowymi klientami wszelkich usług pornograficznych czy seksualnych.  Szukając gorączkowo bliskości znajdując jej erzac jedynie w bliskości ciał, a konkretnie okolic płciowych, bez krzty erotyki czy drgnień serca.  Pornografia i prostytutka profesjonalistka jest bezpieczna, bezkrytyczna, na każde zawołanie, bez zbędnych ceregieli, zaspokajająca  wg aktulanych potrzeb i z pełną ich akceptacją . Niestety, cały ten pornograficzny „dobrobyt” nie eliminuje u klientów potrzeby miłości,  tęsknoty za bliskością, lecz potęgują jeszcze bardziej strach przed prawdziwymi uczuciami i zaangażowaniem, bo te niosą wstyd przed  obnażeniem  słabości, słabości określanych jakże niesłusznie, od wczesnej młodości przez modele wychowania, stereotypy kulturowe, głupie obyczaje (to słynne „chłopaki nie płaczą” na przykład, czy tyczące magicznej długości penisa, albo jak najwcześniejszej inicjacji seksualnej).
 Bo przecież łez wzruszenia, jakie pojawiają się w oczach Brandona podczas występu siostry Sissy, nikt rozsądny, a już na pewno nie kobieta, nie potraktuje jako powód do wstydu. Gdyby Brandon zdobył się na zatrzymanie Marianne po nieudanym pierwszym zbliżeniu, spojrzał odważnie w jej zatroskaną twarz, porozmawiał z nią, może  byłby to pierwszy krok do wyzwolenia?  Ale on wybrał najkrótszą i najprostszą drogę – ostry seks z prostytutką na szybie okna pokoju hotelowego. Taki sam,  jaki wcześniej podpatrzył podczas nocnego spaceru – jakże poczuł się wtedy zadziwiony, zafascynowany  – tego jeszcze nie próbował. No to spróbował. Czy to nie smutne? O ileż łatwiej żyło by się niektórym panom, gdyby nie czuli przymusu bycia na każdym kroku herosami zdolnym do podboju całego świata na czele z całym jego żeńskim gatunkiem.

 Ciekawym zabiegiem formalnym, mającym znaczenie w ocenie czy raczej obserwacji Brandona, jest taka sam scena - klamra, otwierająca i zamykająca „Wstyd”.  Metro, Brandon i młoda ładna blondynka (Lucy Walters – może warto zapamietać to nazwisko?) wymieniają przez całą drogę spojrzenia, widać, jak narasta nich napięcie seksualne. Finał sceny otwierającej znamy, a zamykającej film nie... Otrzymujemy pewne sugestie, ale to my sami wymyślimy jej zakończenie, określając w ten sposób  wybór życiowy Brandona, sposób  zagospodarowania jego sił witalnych, czy przetrwoni to co mu z nich jeszcze zostało, na tysiącach mechanicznych orgazmów, czy ofiaruje te siły i całego siebie,  pozbywając się wcześniej wstydu, strachu i samoobrzydzenia, ukochanej kobiecie.

 Co tu dużo gadać, film bardzo dobry, choć, jak dla mnie, od pierwszego „Głodu” McQueena nie lepszy.  Obraz tamtego głodu,  jego plastyka, zaskakujaca estetyzacja fizjologii równie „wstydliwej’ (kwestia umowna – co dla kogo jest wstydem), jak głód seksu i uczuć,  czy umierania (bo tu i tu Fassbender kona powolną śmiercią z jakiegoś głodu), ujęła mnie, a może właśnie zaskoczyła,  bardziej.
 Fassbender oczywiście doskonały, odważnie realizujący  renesansową maksymę „nic co ludzkie nie jest nam obce”. Ale bez przesady, nie ma gorszących scen, niczego czego byśmy wcześniej już na ekranie, albo na obrazkach (także z podręczników), czy w życiu,  nie widzieli.  Żadnego skandalu, nie obawiajcie się, gdzież tam „Wstydowi” do „Ostatniego tanga w Paryżu”. Owszem, ten film opowiada o niszczącej sile uzależnienia  od pornografii, jak zresztą każdego uzależnienia, ale nie jest filmem pornograficznym, czy ocierającym się o pornografię,  jakby to niektórzy spece od reklamy sobie życzyli. Można by jeszcze wiele o zdjęciach, ujęciach, kolorystyce, muzyce, grze pozostałych aktorów, klimacie, ale o tym przekonajcie się sami.

Nie wstydzić się, oglądać!

sobota, 18 lutego 2012

Spadkobiercy - A. Payne

Było jak na przyjęciu rodzinnym , miło  - hawajskie widoczki + uroda ładnie starzejącego się Clooney’a robią swoje; może trochę nudnawo –  okrzyk ulgi „ uff, jak dobrze, że się skończyło” i pytanie mu towarzyszące „ ale tak właściwie to o co chodzi, po co żeśmy się spotkali?”  Acha, Matt King (Goerge Clooney) jutro odłącza żonę (Elizabeth) od urządzeń podtrzymujących ją przy życiu. Bidulka po wypadku na motorówce leży w śpiączce,  lekarze nie dają nadziei na jej obudzenie, a jeśli taki cud by się zdarzył, to i tak będzie kompletnie sparaliżowana. Na szczęście, dla niej samej i rodziny, Elizabeth spisała swoją wolę eutanazji na taki przypadek. I tego prawa, oprócz krajobrazów, można także pozazdrościć Hawajczykom. Ważki temat, ale za mało, jak dla mnie, emocji. No tak, przecież tu problemem nie jest eutanazja! 

Problem leży w odejściu żony i matki (dwie córki w trudnym wieku dorastania, każdy na innym etapie), a jeszcze bardziej w bałaganie jaki po sobie zostawiła.  Matt, jej mąż to prawdziwy gość,  uznany na wyspie prawnik, pochodzący z rodziny pierwszych białych osadników na Hawajach.  Jak się można domyśleć wiecznie zapracowany.  A więc cały bagaż prowadzenia domu, wychowywania dzieci – co najważniejsze, spoczywał na Elizabeth. Ale od czego są pieniądze? Od ułatwiania sobie życia. Starszą krnąbrną córkę, można wysłać do tzw. porządnej szkoły z internatem, a młodszą oddać na wychowanie internetowi.  A samej, by zabić pustkę i monotonię egzystencji (tak, tak, na Hawajach życie też może być nudne), rzucić się w wir spotkań towarzyskich, sportów wodnych (w końcu mieszka się na tych Hawajach!) i romansowi.  Obawiam się, że dla Matta większym gromem z nieba nie był wypadek żony, a jej zdrada, o której dowiedział się, oczywiście, jako ostatni, na dodatek z ust własnej córki. 
Lecz trzeba przyznać, że ten policzek zniósł doskonale i z klasą godną jego wielkich i bogatych przodków, po których prawdopodobnie odziedziczył powściągliwość i poczucie honoru. Co prawda, nie omieszkał wyśledzić, któż to zawładnął sercem jego połowicy. Z dużą pomocą córek ustalił jego tożsamość i miejsce zamieszkania. Nie będę zdradzała więcej szczegółów owej afery i tych mało ekscytujących poszukiwań, łudźcie się potencjalni widzowie, że dostarczą wam one, dużych wrażeń.

Bardziej skupię się na relacjach rodzinnych, tych, których opuszcza śpiąca w szpitalu Elizabeth.  Są one typowe. Oto oddany po uszy swej pracy zawodowej ojciec odkrywa z rozczarowaniem, że nie jest on dla swych córek specjalnym autorytetem.  Nie dosyć, że dziewczynki klną i opowiadają sprośności w jego obecności, to starsza Alex (świetna Shailene Woodley ), nie czuje się przy nim bezpiecznie, wzywa na pomoc swego kolegę Sida, który teraz będzie jakby przyszywanym członkiem rodziny. Sid (Nick Krause) to bardzo ciekawa postać, niczym młody mentor wypunktowuje wszystkie potknięcia Matta, zbijając go z tropu i umniejszając jego pewność siebie, jako dorosłego.

Nie jest  dla dzieci żadnym autorytetem  także  ich matka, zajęta mocno urozmaicaniem swego nudnego życia .  Wypadek, coma,  jest   chyba pierwszą okazją do szczerej rozmowy (! - to jest właśnie Payne) między nimi, a raczej szczerego do bólu monologu ( nie ma z nią przecież żadnego kontaktu). A monolog  ów polega na wykrzyczeniu wszystkich pretensji i wszystkich zaniedbań, jakie dzieci czuły z jej strony.

Smutnym jest, że matka musiała zaniemówić (żal, że na zawsze), by rodzina choć na chwilę poczuła się scalona (niestety, nie cała, ojciec Elizabeth nie spuszcza z tonu nawet przy jej łożu śmierci i nadal nie znajduje żadnej nici porozumienia z zięciem), jak kiedyś wyspy archipelagu Hawajskiego. Lecz czy na zawsze, albo choć na długo? Każda wyspa jest odłamem jakiejś całości, jak ludzie.   Ostatnia scena, jaką uraczył nas reżyser, każe nam w to wątpić. Choć może nie wszyscy poczują zwątpienie, niektórzy wręcz przeciwnie, stwierdzą z satysfakcją, że oto, rodzina Kingów, choć umniejszona, ale wreszcie razem.  No fajnie, ale ten telewizor to mogliby wyłączyć.:)