sobota, 18 sierpnia 2012

Chwała dziwkom - reż. Michael Glawogger

Zamykane są stocznie, upadają kopalnie, z powierzchni ziemi znikają wszelkiej maści manufaktury, rolnicy oddają ziemię pod kolejne autostrady, a najstarszy zawód świata ciągle w rozkwicie. Nic nie zastąpi żywej kobiety.  Nawet najlepszy japoński robot , nie da mężczyźnie tego co da mu kobieta - od poczucia własności, własnej wartości, władzy, poprzez relaks i beztroskę do namiastki bliskości i ciepła, które, owszem,  można, niczym w kaloryferze odkręcić kurkiem (za opłatą), ale jakościowo, jakże od niego odbiega. 
Austriacki filmowiec, Michael Glawogger poświęcił współczesnym córom Koryntu, całą ostatnią część swoistej trylogii o człowieku walczącym o przetrwanie w dzisiejszym, przeludnionym i zindustrializowanym,  świecie. Wcześniej ukazały się "Megamiasta" (trudy przeżycia biedaków w metropoliach świata) i "Śmierć człowieka pracy" (wymierające zawody, oparte na większej lub mniejszej, sile mięśni). Taka perspektywa (ubóstwo) podejścia do tematu tłumaczy, dlaczego reżyser skupił się na fragmentarycznej działalności pań mieszkających w Tajlandii, Bangladeszu i Meksyku, a nie na przykład Holandii i jej czerwonej dzielnicy w Amsterdamie, placu Pigalle w Paryżu, czy tokijskiej dzielnicy czerwonych latarni (Shinjuku).
 "Chwała dziwkom" - co za obrazoburcze połączenie. To tak jakby uświęcać ten zawód. Tak, w niektórych krajach to jest legalny zawód, a nie proceder prowadzony za cichym przyzwoleniem  państwa, jak  bodaj w Tajlandii, znanej ze swej szerokiej, acz nieoficjalnej, oferty seksturystyki.  No, ale jak go nie uświęcać, skoro niezbędny od tysięcy lat? I służący panom tego świata – mężczyznom?

Tak jak w starożytnej Grecji, tak i obecnie, prostytucja ma różne twarze, a przynajmniej trzy. A każda z nich przypisana jest grubości portfela klientów. Ci z grubszym, w filmie na przykładzie Tajlandii, mogą sobie w wolnej chwili i w razie potrzeby zasiąść w restauracji eleganckiego hotelu (czytaj: burdelu) i przy piwku czy winku wybrać na godzinę damę serca. Wybór jest dość szeroki – kilkanaście kobiet, przeważnie młodziutkich, choć zdarzają się także zadbane 40-tki,  siedzi przed nimi na specjalnym podium i prezentuje swoje wdzięki. Szczęśliwa wybranka i podekscytowany pan, po uiszczeniu przez niego odpowiedniej opłaty, jadą windą do nieba. Jednym słowem „elegancja – Francja”. Pełna kultura. Obopólna wymiana uśmiechów, ukłonów i innych uprzejmości – niczym za dawnych czasów hetery i kurtyzany. Z tą różnicą, że w tym przypadku (pamiętajmy, że Glawogger skupia się na nizinach społecznych), raczej bez intelektualnej wymiany zdań czy poglądów w temacie sztuki czy gospodarki i polityki zagranicznej rządu.

Druga twarz – sportretowana w Bangladeszu. Kobieta nie jest zatrudniona w instytucji, ma bezpośredniego pracodawcę, czyli sutenera, który daje jej lokum, a ona w zamian dzieli się z nim zarobkiem. Co ciekawe, rolę sutenera obejmuje niekoniecznie jakiś obleśny facet. Bywa, że staje się nim rodzina z dwójką dzieci. Była prostytutka („dziwka” jakoś nie chce mi się wklepać w klawiaturę), której wdzięki ulotniły się wraz z przeżytymi wiosnami, wychodzi za mąż, rodzi dzieci i zakłada interes. O poziomie sanitarnym tego rodzaju przybytków nie ma co pisać – ciasnota, brud, brak bieżącej wody, kanalizacji itp.,  ale to absolutnie nie przeszkadza panom, zatrudnionym w okolicy TAKIEJ dzielnicy, wyskoczyć dwa razy dziennie, w czasie lunchu czy innej przerwy (np. między jednym klientem a drugim w zakładzie fryzjerskim), na małe bzykanko, jak to zabawnie ujmują. Pełna symbioza. Wszyscy są radzi. Na nic nie narzekają, nawet panie nie widzą uciążliwości w nadmiarze chętnych na relaks, wręcz przeciwnie – bywa, że wydzierają sobie ich z rąk.  Jak tu nie CHWALić takiej profesji?

Trzecia odsłona. Meksyk. Praca na własny rachunek. Na ulicy, albo wynajmuje się jakąś kanciapę, na obrzeżach miasta, staje się w drzwiach, oczywiście w odpowiednim stroju, a raczej jego braku i interes się kręci. Panowie swoimi rozklekotanymi limuzynami wożą się po dzielnicy uciech, czasem wystarczy, że się tylko napatrzą, czasem któraś dostąpi zaszczytu i zostanie wybrana na godzinę, lub dwie, zależy od zawartości portfela. Klienci nie mają szacunku do towaru, z którego wdzięków korzystają. O kobietach wyrażają się,  jak to o dziwkach, zazwyczaj bardzo wulgarnie (czego nie było w poprzednich odsłonach), wręcz pogardliwie. Ale panie, bywa, że odbiją sobie te upokorzenia w dwójnasób – rozliczając ich ze swoich usług co do sekundy, czasem ze szkodą dla męskiej przyjemności.

 „Chwała dziwkom” ma swoistą piętrową strukturę. Zagłębiając się w obraz zdążamy, niczym sławny rzymski poeta, do kolejnych poziomów piekła. Początek, wydawałoby się, jest całkiem znośny, ale czym dalej tym więcej brudu, mizerii i upokorzenia. Nie możemy tego filmu odbierać jako dokumentu o obliczach prostytucji w poszczególnych, przedstawionych krajach. Film ma bohatera zbiorowego, mimo, że akcja dzieje się na różnych kontynentach. Nie ma tu żadnej indywidualnej opowieści, jakiejś konkretnej, typowej historii drogi od trudnego dzieciństwa do burdelu.  Żadnego lamentu nad losem biednych, poniżanych kobiet i dziewcząt.  Film nie jest obliczony na współczucie, czy skonfundowanie widza. Jest po prostu beznamiętnym opisem stanu rzeczy. Tak jak beznamiętny jest ton kobiet wypowiadających się do kamery. Nie biadolą, nie skarżą się na swój los. Robią to co potrafią i co do nich należy. Chyba można  zaryzykować stwierdzenie - cieszą się, że w ogóle mają pracę. Przecież za kilka, kilkanaście lat, wylecą z obiegu. Wtedy dopiero będą się martwić! 

Nie wiem, czy mimo tylu obrazów nędzy, nie tylko materialnej, można o filmie Glawoggera powiedzieć, „wstrząsający”. Chyba nie taki był zamiar reżysera, by potrząsnąć sytym i oglądającym, w wygodnym fotelu, film widzem.  Bywa, przecież, że momentami czujemy się znużeni. Ileż można słuchać niewysublimowanych opowieści o penisach czy innych narządach płciowych.  Poza tym, problem nieraz był wałkowany w innych obrazach filmowych. Dom publiczny w Tajlandii i wystawa pań na podium – żywcem z taką samą sceną mieliśmy do czynienia w „Mamucie” L. Moodyssena.  Albo,  oddzielny dokument o prostytucji w Indiach „Przeznaczone do burdelu”. Jak na tytuł „Chwała dziwkom” przystało, nie ma brutalnych, czy poniżających scen. No i nie ma żadnych psychologicznych wiwisekcji sprzedajnych kobiet.  Po prostu nuda.  Normalna robota, jak każda inna. Tak jak wspominałam, wszyscy biorący udział w tym handlu, robią wrażenie zadowolonych.  A skoro tak się rzecz ma, to chwała jej!

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Wyspa skazańców - reż. Marius Holst

Ten film boli od pierwszej minuty, gdy patrzymy na zmarznięte, przykurczone sylwetki chłopców, stojących na redzie statku wiodącego ich ku samotnej wyspie, leżącej na tle wzburzonego morza.  Pierwsze zimne kadry  przyprawiają o dreszcze niepokoju, przepowiadając, poetycką historią o zranionym wielorybie, mękę jaka czeka wywiezionych na odległą norweską wyspę Bastoy, gdzie wpadną w sidła chrześcijańskiej resocjalizacji początków XX wieku. Jeśli ją przeżyją, moga już iść tylko do nieba, bo piekło mieli na ziemi.  Dzieciak, który przykładowo ukradł coś z kościoła jest na kilka, kilkanaście lat izolowany od społeczeństwa w kompletnej głuszy i zapomnieniu, pod opieką cynicznych zwyrodnialców i bandytów, którzy zamiast "wychowywać", powinni siedzieć w więzieniu.

Na czym polega przywracanie do społeczeństwa chłopców, pochodzących z najgłębszych nizin społecznych, którym powinęła się noga? Otóż, jak powiada sam wielebny dyrektor ośrodka, chodzi o wykształcenie w osadzonych prawdziwie chrześcijańskich cech i wszczepienie wiary w miłosiernego Boga.  Prawdziwie chrześcijańskie cechy, to oczywiście pokora i bezwzględne posłuszeństwo wobec zwierzchników. A jak je najszybciej i najskuteczniej zaszczepić? Rzecz jasna za pomocą bata, głodu, chłodu, pracy ponad siły, w poniżeniu i brukaniu godności ludzkiej. Dyrektor wraz ze swym sztabem pedagogicznym odnoszą na tym polu znaczne sukcesy - chłopcy bez szemrania chodzą jak w szwajcarskim zegarku. Wszystko idealnie gra, dopóki na wyspie nie pojawi się Erling czyli C-19. C-19 zaprzyjaźnia się z C-1 (Olav). Oj, niedobrze - nie chodzi przecież o to, jak w przypadku każdej tyranii, by ludzi się lubili, to może zwiastować koniec władzy.  Erling, były chłopiec okrętowy, jest zdecydowany na ucieczkę, choć na zdrowy rozum, wydaje się ona niemożliwa. Jeśli nawet uda mu się odpłynąć na starej łódce, to albo szybko zgarnie go jakaś jednostka morska powiadomiona o jego oddaleniu, albo polegnie w zmaganiu z morzem. Jednak C-19 to natura buntownicza, nie wyobraża sobie życia w tym odosobnieniu bez marzenia o osiągnięciu wolności. I to nie za kilka, czy kilkanaście lat, w zależności od widzi mi się opiekunów, ale natychmiast. Podejmuje więc odpowiednie kroki, by swe zamiary urzeczywistnić. Jak się można domyślić, nie będzie łatwo. Musi przechytrzyć nie tylko grono pedagogiczne, ale także niektórych swoich, zawistnych, czy wystraszonych, rówieśników.

"Wyspa skazańców" trzyma w napięciu nie tylko ze względu na, co prawda ograny, ale zawsze atrakcyjny, temat:  ucieczka czy bunt w więzieniu. Tym razem chodzi o poprawczak, ale w takich warunkach wiele się od więzienia nie różni.  Mnie ten film urzekł (tak urzekł, mimo strasznej scenerii), ze względu na piękną, fascynującą, ciągle ewoluującą,  umacniającą się przyjaźń C-1 z C-19. Żeby przyjaźń mogła przetrwać w tak urągających człowieczeństwu warunkach, trzeba niezwykłego hartu ducha i szlachetnego charakteru, o których to istnienie czasem nawet siebie nie posądzamy, dopóki nie przyjdzie się sprawdzić (tak jak C-1).  A jeśli takowe się ma, to trzeba mocno się starać, żeby ich nie złamać, nie dostosować się do narzuconej przez otoczenie podłości. I to tyle. Nie ma co więcej się rozpisywać - molestowanie nieletnich, głodzenie, wykorzystywanie na wszelkie możliwe sposoby, w końcu bunt podopiecznych, te sprawy są jak najbardziej oczywiste w historiach o miejscach odosobnienia, nad którymi nikt praktycznie nie ma kontroli. Ktoś powie, phi! wszystko można wymyślić. Jasne, ale wiemy, że życie pisze najlepsze scenariusze, więc po co wymyślać?

Oczywiście, zaślepione środowiska prokościelne zawsze mogą podciągnąć tego rodzaju obrazy, jako jeszcze jeden z oręźy walki z kościołem.  Ale przecież każdy rozsądny człowiek wie, że takie rzeczy zdarzają się także w świeckich  placówkach. Wiadomo - władza absolutna deprawuje jak nic na świecie. Chodzi tylko to, że od instytucji wychowawczych mieniących się chrześcijańskimi wymaga się nieco więcej. W imię wymachiwanych haseł, jakimi chcą naprawiać ludzi, powinni spojrzeć najpierw na siebie. Oczywiście, akcja filmu dzieje się 100 lat temu, ale podejrzewam, że mentalność ludzka wiele się nie zmieniła w tej kwestii.

 "Wyspę skazańców" ogląda się świetnie, mimo przewidywalności głównego zarysu akcji. Niuanse i związane z nimi niespodzianki tkwią w szczegółach, w pewnych nieoczekiwanych reakcjach bohaterów. Film wyróżnia rewelacyjne aktorstwo, nie tylko głównego tuza obsady Stellana Skarsgarda, czy Kristoffera Jonera, ale takżę młodych aktorów na których czele stoją: odtwórca roli króla wyspy, C-19 - Benjamin Helstad i Trond Nilssen (C-1). Zdjęcia utrzymane w tonacji bieli i czerni z domieszką szaroniebieskiego uwydatniają atmosferę przygnębienia i beznadziei, jaka panuje na wyspie. A i muzyka nie pozostaje w tej kwestii w tyle. Jednym słowem - rzecz dla tych, którzy, tak jak ja, bez popitki łykają w kinie wszystko co skandynawskie.
Poza tym, lubiący historie oparte na faktach, a tym bardziej historie tragiczne, z małą domieszką optymizmu ( ta filmowa opowieść jest dowodem, że co najmniej jeden ze skazańców na pewno przetrwał, bo ją opowiedział) -  też powinni być z seansu zadowoleni. :)

piątek, 10 sierpnia 2012

Pan Zemsta - reż. Chan-wook Park

Wyobraź sobie, że jesteś młodym głuchoniemym Koreańczykiem. Miałeś trochę szczęścia, bo urodziłeś się nie na Północy kraju, a na Południu. Mieszkasz w Seulu, do którego prawdopodobnie przybyłeś w poszukiwaniu pracy . Władze lokalowe miasta przydzieliły cię nędzne jednoizbowe  mieszkanko gdzieś na obrzeżach stolicy. Zajmujesz je z siostrą, jedynym ukochanym człowiekiem jaki ci pozostał na Ziemi. Masz co prawda przyjaciółkę, ale siostra jest najważniejsza. Jest ciężko chora na nerki, musi mieć przeszczep, żeby przeżyć.  Postanowiłeś, że oddasz jej swoją nerkę. Niestety, wiele cię z siostrą łączy, oprócz grupy krwi. Trzeba czekać na nerkę od obcego dawcy. A to już niemało kosztuje. A właśnie dzień wcześniej straciłeś pracę, marną bo marną, ale dawała jakąś nadzieję na przeżycie, przede wszystkim siostry. Zdesperowany, postanawiasz sprzedać swoją  nerkę handlarzom organów, by mieć kwotę potrzebną na operację siostry. Nie jest to jakiś problem, z jedną nerką można całkiem dobrze funkcjonować, a ogłoszenia szukających chętnych do sprzedaży organów rozlepiane są w różnych miejskich przybytkach, do których trafiają biedni ludzie, np. toaletach. Niestety, w swojej naiwności, zaślepiony rozpaczą nie bierzesz pod uwagę, że możesz trafić na oszustów. …. czy mam dalej wyliczać? Może tylko jeszcze wspomną, że doprowadzony do ostateczności, porywasz córkę byłego pracodawcy.  Jeśli sobie nie możesz aż tylu nieszczęść dotykających cię jednocześnie (a zapewniam, że wymienione to tylko ich mały fragment) wyobrazić,  zobacz film Chan-wook Parka. A wtedy zrozumiesz bezsilność, gniew, rozpacz, szukanie sprawiedliwości na własną rękę, w końcu zobojętnienie na swój własny los – wszystko co popycha człowieka do zemsty i poczujesz solidarność z tymi, którzy ją wymierzają.

 Ryu, bo tak nazywa się główny bohater, jest tylko małym kołem napędowym machiny zemsty, jaką za chwilę nieświadomie uruchomi. Trybik raz ruszony nakręca spiralę, w którą wplątuje się coraz więcej ludzi, a może nawet organizacji.  W filmie mamy motyw  ugrupowania terrorystycznego, którego myśli gorliwą orędowniczką jest kochanka Ryu. Motyw zlekceważony zarówno przez niektóre postaci filmu (policjant i biznesmen będący pierwotnym obiektem zemsty), jak i widzów, który mogą go uważać  za niepotrzebny, wydumany, wtrącony przez reżysera „od czapy”, bez widocznego powodu, li tylko dla urozmaicenia akcji. Ja uważam, że nic w przyrodzie nie dzieje się bez przyczyny, dlaczego więc Chan-wook Park miałby sobie nim zaprzątać głowę bez takowej? Bezsilność, rozpacz, chęć odwetu za doznane krzywdy, to źródło walki, np. Palestyńczyków z Izraelem, zwanej terroryzmem. Oczywiście terroryzm ma różne twarze, ale to już temat na inny film (np. Baader-Meinhof).

W „Panu Zemście” mamy więcej dziwnych, zagadkowych postaci, nie tylko wojującą ideologicznie przyjaciółkę  Ryu. Zalicza się do nich tajemniczy kaleka, który także, choć nieświadomie, ale jednak, przyczynia się do zguby biednego Ryu. Być może jest on uosobieniem złośliwego fatum, którego ręka dosięga w najmniej oczekiwanym momencie. A może po prostu, jest on przesłaniem myśli o poszanowaniu każdego człowieka, nawet tego którego w  pysze lub zajęci naszą krzątaniną wokół swoich spraw, nie zauważamy.  Bo tak naprawdę, czyż nasze życie nie zależy od gwiazdy pod którą się urodzimy?  Od ludzi jakich spotkamy na swej drodze, od przypadku który prowadzi nas ku  kolejnemu przypadkowi, od losu, łaskawego albo nie?

 „Jesteś dobrym człowiekiem, chyba rozumiesz, dlaczego muszę cię zabić?”  taką kwestię słyszy w pewnym momencie bohater filmu z ust ojca porwanej dziewczynki– czy to nie ironia losu, jego szyderczy chichot? Tym bardziej, jeśli weźmie się pod uwagę postać policyjnego detektywa, którego życie jest zaprzeczeniem życia Ryu. Gdyby miał mniej szczęścia, mógłby skończyć podobnie jak on  marnie. Policjant ma córkę z dokładnie taką samą śmiertelną chorobą jak siostra Ryu. Ma jednak zdecydowanie  więcej szczęścia w życiu (jest zdrowy, ma dobrze płatną pracę, ma żonę, może inne dzieci),  a przecież  z gruntu  jest zdecydowanie mniej uczciwy od przestępcy, którego ściga. Tak, ten poczciwy Ryu (patrz początek filmu)  w końcu został przestępcą, którego, bez znajomości jego historii od podstaw i zrozumienia pobudek bądź co bądź kryminalnej działalności, zdecydowanie byśmy potępili.  

„Jesteś dobrym człowiekiem,  chyba rozumiesz, że muszę cię zabić” – ja, tak samo dobry, jak ty, muszę cię zabić. Bezsens zemsty, która dla wielu staje się sensem życia. Czy znajdzie się ktoś, kto przerwie łańcuch nienawiści, kto nadstawi drugi policzek, znajdując ukojenie w przebaczeniu? Pytanie retoryczne. Jak to mówią, największy spokój osiąga się po śmierci, może dlatego ludziom doszczętnie złamanym, pragnącym zemsty, tak do niej spieszno, póki tchu i życia wystarczy.  
Film piękny.

piątek, 3 sierpnia 2012

Piękno - reż. Oliver Hermanus

Kilkuosobowe towarzystwo panów białej rasy w średnim wieku spotyka się na odludnej farmie, by świadczyć sobie wzajemnie i w tajemnicy przed całym światem ( a szczególnie przed prowincjonalną społecznością RPA, której są członkami) usługi homo/seksualne. Świętym oburzeniem płoną, gdy jeden z nich przyprowadza na seksimprezę czarnego młodzieńca, wyrzucają ich obu. Jak oświadcza jeden z wtajemniczonych   – oni przecież nie są ciotami!  A już tym bardziej ciotami korzystającymi z powabów czarnuchów. Nie, wg ich mniemania oni są poważ/a/nymi obywatelami apartheidu, prowadzącymi swe mniejsze czy większe interesy, mieszkającymi wraz ze swymi białymi żonami i dziećmi w dużych przestronnych domach, a ich okazjonalne homoseksualne orgie w ścisłym gronie to tylko takie niewinne kaprysy prawdziwych białych mężczyzn.

Niestety (a dlaczego "niestety", to się okaże) jeden z grona tychże panów, Francois van Heerden, wśród bliskich znajomych posiada istne cacuszko – Christian Roodt jest synem zaprzyjaźnionej rodziny, do tego stopnia, że chłopak mówi do niego per „wujku”.  Gdy Christian wyrósł na pięknego młodego mężczyznę, wujek zaczyna go pożądać. Oczywiście, tak by nikt się tego nie domyślił. Pożądanie przybiera wręcz chorobliwe rozmiary. Życie wujka zdominowane jest pragnieniem zdobycia, jeśli nie uczucia, to choćby ciała chłopca, choćby na chwilę, wszystko jedno jakim kosztem. Mężczyzna nie cofnie się przed największym świństwem, żeby tylko posiąść obiekt swego pożądania.

Piękno z reguły kojarzy się pozytywnie,  daje przyjemne odczucia, a piękni ludzie mają  duże fory w życiu, Ale piękno  bywa obiektem pożądania (i nie chodzi tylko o piękno ożywione, np. mogą to być też dzieła sztuki) i wtedy robi się niebezpiecznie.  Rodzi wiele to groźnych i niewygodnych sytuacji. Piękno pożądane ma moc niszczącą. Siła niszczenie zwraca się nie tylko ku przedmiotowi pożądania, ale i ku tym, którzy spalają się w ogniu pragnienia. Dlatego piękni ludzie mają gorzej, bo pożądanie zazwyczaj nie zdąży pozwolić dojść do głosu miłości.  

Film „Piękno”, młodego reżysera z RPA, Olivera Hermanusa, jest także obrazem obyczajowych przemian dwóch ostatnich pokoleń w zakresie jawności orientacji seksualnej. Francois van Heerden, należy do tego pokolenia, któremu nie mieściło się w głowie (wstyd, ostracyzm) by ujawniać swe prawdziwe skłonności seksualne. Życie w ukryciu rodziło  wiele frustracji, zaburzeń psychicznych, których fałszywy wstyd, także nie pozwolił leczyć (scena gdy van Heerden opowiada mimochodem o swoich problemach z nerwami interniście i nie chce żadnej pomocy). Homoseksualiści zawierali małżeństwa mieszane bez miłości, dla zamydlenia oczu,  traktowane były raczej jako jeszcze jedna forma biznesu, a nie jako prawdziwy związek.
I następne pokolenie, do którego należy Christian – wychowane  w jawności, bez potrzeby ukrywania się ze swymi uczuciami (oczywiście mowa tu tylko o niektórych krajach), żyjące w zgodzie ze swą prawdziwą orientacją seksualną. Widać różnicę między tymi pokoleniami – młodzi szczęście mają wypisane na twarzy, a ci w średnim  wieku – mogą tylko im zazdrościć.  
  
Film Hermanusa ogląda się dobrze, mimo pewnych dłużyzn, zwłaszcza na początku filmu. Odtwórca głownej roli Deon Lotz – idealnie zagrał sfrustrowanego, znerwicowanego w średnim wieku mężczyznę, opętanego pożądaniem do pięknego młodzieńca. Napięcia jakie budują twórcy tego obrazu, wraz z rozkręcaniem się fabuły, nie powstydził by się sam Hitchcock. Mimo, że podejrzewamy do czego ona zmierza, jednak cały czas niczego nie możemy być pewni, także zakończenia.  Każdy sam dopowie sobie, czy piękno fizyczne  w relacjach międzyludzkich uszlachetnia czy raczej niszczy.

niedziela, 29 lipca 2012

Piękny chłopak - reż. Shawn Ku

Spokojny niedoszły doktor elitarnego kierunku - neurobiologii, na jednej z amerykańskich uczelni, o bardzo przyjemnej aparycji - szczupły, rysy twarzy delikatne, ładne brązowe oczy, miły uśmiech - pewnie wszystkie sąsiadki, ciotki i kuzynki na jego widok krzyczały z zachwytem:  "jaki piękny chłopiec z tego Jamesa! (Holmesa)".  Jakież musiało być ich zdziwienie, gdy pewnego ranka dowiedziały się, że to on jest tym mordercą, który wtargnął na premierę najnowszego filmu z Batmanem i zabił strzałami z broni palnej kilkanaścioro widzów na sali kinowej.

Sam Caroll (Kyle Gallner), postać kluczowa w filmie Shawna Ku, to prawdziwa laleczka - buźka aniołka, kręcone jak u Amorka blond włosy, pełne usta, niebieskie oczy - właśnie dostał się do wymarzonego college'u. Jego matka (Maria Bello) i ojciec(Michael Sheen) zapewnili mu warunki do życia i rozwoju, jakich nie powstydziłaby się przeciętna rodzina. Emocjonalnie jednak coś w niej niedomaga.  Każdy  z rodziców zajęty jest własnym sprawami, pracą zawodową, szczególnie ojciec. Matka stara się jak umie, by mieć z synem kontakt. Niestety, w tym domu rozmowa ograniczona jest do wymiany przyjętych powszechnie ogólników, typu: "jak minął dzień", "co słychać", " co w szkole", "kotlety były za twarde', czy "jutro chyba będzie padać". Czuć, że tak naprawdę nie ma woli do głębszej rozmowy, bo taka zabiera mnóstwo bezcennego czasu, który przecież można wykorzystać na przeczytanie codziennej prasy, żeby dowiedzieć się co słychać w szerokim świecie i u innych, bardziej znanych, ludzi.
 Ładni, grzeczni chłopcy, nie stwarzający drastycznych problemów wychowawczych, są mile widziani, zarówno w szkole, jak i w domach rodzinnych oraz w sąsiedztwie. Po prostu nie zawracają dorosłym głowy,  dzięki czemu mają oni więcej czasu dla siebie, a i nie zakłócają estetyki otoczenia. Jak się okazuje - do czasu. Przychodzi bowiem dzień, w którym Sam Caroll wpada na salę wykładową swojej uczelni i zabija strzałami z pistoletu kilku studentów, rozbryzgując ich krew po całym otoczeniu.

Jak wspomniałam, James Holmes (ten z prawdziwego życia) zabił w kinie w Denver (premiera "The Dark Knight Rises) 12 osób. Cały świat, miliony matek i ojców, rozczytują się w najnowszych doniesieniach medialnych na ten temat, współczując głęboko rodzinom, i innym bliskim, zabitych. A być może w tym samym czasie ich grzeczne, znudzone dzieci, potrzebują jakiejś rozmowy...  Ludzie bardziej i mniej znani odwiedzają pogrążonych w żałobie, by uścisnąć rękę i pocieszyć w bólu. Ile osób na świecie pomyśli w ogóle, a ile ze współczuciem, lub choćby z odrobiną refleksji, o rodzicach zabójcy? Także tego z filmu "Piękny chłopak"? Oni również stracili dziecko, a wyrzuty sumienia, poczucie odpowiedzialność za śmierć tylu istnień, nie opuszczą ich do końca życia. Do końca swych dni będą żyć samotnie, przytłoczeni poczuciem winy, z piętnem rodziców mordercy i z pytaniem, na które nigdy nie uzyskają odpowiedzi  (filmowy syn zaraz po ataku na studentów popełnił samobójstwo, a Jack Holmes, albo zwariował, albo udaje szalonego) - "dlaczego"?

To właśnie tym, którzy wydali na świat  wielokrotnego zabójcę poświęcił swój film Shawn Ku, amerykański choreograf i reżyser filmowy.  Uczucia, jakie ogarniają rodziców sprawcy tego typu tragedii dla w miarę empatycznego widza są zrozumiałe i do przewidzenia, ale film mimo wszystko działa i współodczuwamy z rodzicami wszystkie emocje i zachowania.  Najpierw jest niedowierzanie, potem zaprzeczenie i bunt, następnie wzajemne obarczanie się winą, po czym poczucie winy własne i otępienie. A na samym początku, by w ogóle to przeżyć trzeba zaszyć się w jakąś mysią dziurę - media, gapie nie odstępują i atakują 24 godziny na dobę. 
Reżyser, tak mało znany w branży, miał ogromne szczęście, że udało mu się zdobyć do współpracy Marię Bello i Michaela Sheena. To dzięki nim ten film jest tak przejmujący i  zajmujący jednocześnie, mimo, że akcja ogranicza się głównie do ich dialogów w jednej przestrzeni - pokoju,  hotelowym bądź w ich mieszkaniu.

 Lubię iść pod prąd, unikam rozentuzjazmowanego tłumu, jeśli ktoś też tak ma, to ten film go zainteresuje. Niedawno widzieliśmy i rozpisywaliśmy się na temat rodziny po podobnych przejściach w "Musimy porozmawiać o Kevinie", który to film próbował nakreślić prawdopodobną genezę wybuchu agresji u młodego człowieka na tle portretu rodziny w kryzysie. W tym filmie nie widzimy żadnej szansy na pojednanie się rodziców. Rodzice w "Pięknym chłopaku" mają cień takiej szansy, czy ją wykorzystają, czy będą w stanie przeżyć resztę życia, bez wzajemnych wyrzutów i oskarżeń? Czy będą w stanie zapomnieć, albo pogodzić się z tą traumą,  mając codzienne siebie na wzajem na przeciwko, jako dowód wielkiej porażki życiowej? Rodzicom dzieci, które zginęły zabite w ataku szaleńca, łatwiej będzie się wspierać w bólu. Rodziców mordercy ból będzie raczej dzielił. "Piękny chłopak" nie daje jednoznacznej odpowiedzi czy recepty, co do przyszłości państwa Caroll. Natomiast prowoku do wielu pytań, na które trudno będzie znaleźć komukolwiek jednoznaczną odpowiedź.

piątek, 20 lipca 2012

Blue Valentine - reż. Derek Cianfrance

Dean i Cindy – czyli rewelacyjni Ryan Gosling i wdowa  po Ledgerze (no, prawie wdową, bo nie zdążyli wziąć ślubu) – Michelle Williams (wybaczcie,  ale jej osoba nieodłącznie będzie mi się kojarzyć z tą równie szybko rozbłyskującą jak i zgaszoną gwiazdą na firmamencie światowej kinematografii).  Oboje stworzyli przejmujący portret umierającej miłości. 
Często, w dniu ślubu i wesela życzymy młodej parze, by miłość (albo szczęście) jaka im towarzyszy w tamtej chwili zachowali przez całe życie. Bardzo piękne, i jakże proste, niewyszukane życzenie. Ale jakże trudno mu sprostać. Życie jak wiemy nie jest samospełniającym się koncertem życzeń.  Na szczęście, a więc i na miłość, jej trwanie,  a zwłaszcza w takim kształcie jak na początku, trzeba sobie mocno zapracować, a najpierw bardzo tego chcieć.

Cindy i Dean można powiedzieć, pobrali się z miłości. W każdym związku, mam wrażenie, jedno kocha bardziej, drugie mniej. Niestety, po jakimś czasie, samo kochanie przestaje wystarczać.  Szczególnie powinien o tym pamiętać ten/ta, która kocha bardziej.  Czy Cindy i Dean pielęgnowali swój związek, dbali by miłość sprzed kilku lat, miała tę samą moc co w dniu ślubu?

On jest robotnikiem,  pracuje w firmie, która zajmuje się przeprowadzkami. Ona, ambitna,  wybiera się na medycynę. On właśnie przeprowadził pewnego starszego pana do domu spokojnej starości. Do tego samego, w którym Cindy akurat jest z wizytą u babci. Tu się poznają. Dean zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Ona czuje do niego sympatię, która z czasem przekształci się w miłość.  Dean jest niesamowitym romantykiem, marzącym o tej jednej jedynej ukochanej, której odda swe serce i ciało. Cindy korzysta z uroków życia w każdej postaci od ukończenia 13 lat, czyli mieści się w średniej krajowej, od której  znacznie odstaje Dean.
Rodzice Deana  rozeszli się, gdy miał on 10 lat. Od tego czasu nie miał kontaktu z matką. Cindy  żyje w pełnej, ale nieszczęśliwej rodzinie – wszyscy się nie lubią, są ze sobą jedynie dla zachowania pozorów udanego stadła, jak pan Bóg przykazał.

Czyli - od początku, więcej ich dzieli niż łączy. Ale wiadomo miłość jest ślepa, wszystko pokona itd.  Jeśli taka jest potęga miłości, to dlaczego  tyle nieudanych związków wokoło?   
Ktoś po seansie wykrzyczy:  bo ona sama nie wie czego chce! Ma takiego fajnego, kochającego męża! Jest cudownym ojcem dla jej dziecka! Pracuje, co prawda co dzień na rauszu, jak to robotnik budowlany,  ale kasę do domu regularnie przynosi.  Z kolei ktoś inny ujmie się za Cindy, mając w pamięci to, co ona sama powiedziała Deanowi podczas nocy w hotelu na godziny, mającej uratować ich walące się w gruzy małżeństwo, że jest facetem jest bez ambicji, ma wielki potencjał, ale nic z nim nie robi, nie rozwija się,  i nie motywuje do rozwoju swojej żony. Ok, ale jemu na niczym tak nie zależy w życiu jak na byciu ojcem i mężem i tylko w tym chce się realizować, nie na tańcu, śpiewaniu, czy rzeźbieniu.  No dobrze, ale  ją to nudzi, ona niespełniona pani doktor, ma większe ambicje itd. 
Miłość ci wszystko wybaczy, miłość czyni cuda etc. – wszystko to prawda, ale tylko wtedy, gdy jest ślepa, a miłość ma to do siebie, że z biegiem czasu wzrok jej się poprawia :)

Poza tym, nad Cindy i Deanem, jak nad każdym z nas, wisi strach, by nie powielić schematu rodziny (albo rodziców) z której się pochodzi. Cindy panicznie bała się życia w małżeństwie bez miłości, utrzymywania go tylko dla dobra dzieci. Rozumiała, na swoim przykładzie, jak tego rodzaju dobro, jest źle pojmowane. Dean natomiast rozpaczliwie bronił się przed rozpadem związku – on z kolei bardzo dotkliwie odczuł brak rodzica, w tym przypadku matki, co  okaleczyło go w pewien sposób na całe życie.

I tak źle i tak niedobrze. Może najlepiej by było, gdyby jednak oboje wykazali wobec siebie więcej dobrej woli? Więcej ze sobą rozmawiali, byli otwarci na propozycje partnera,  brali pod uwagę wzajemne oczekiwania, zarówno wobec siebie, jak i wspólnego życia?  Nie można spocząć na laurach,  w samozachwycie nad swoją miłością do partnera, trzeba jeszcze zadbać, by ta miłość dawała obojgu szczęście.
Może, może… a może po prostu, odrzucając wszelkie filozofowanie, trzeba pogodzić się ze smutną i brutalną prawdą, jaką ktoś kiedyś odkrył,  że „miłość jest jak mydło, ubywa jej przy używaniu” ? 
Optymista powie -  może nie to, że jej  ubywa, ale że ewoluuje, wraz z nami. Zmienia się, dojrzewa, czasem jest bardziej wymagająca, a czasem bardziej tolerancyjna, czasem jak my sami, szalona, czasem nudna,  nic stałego i wiecznego nie ma na tej Ziemi, czemuż tego wymagać od miłości? 

Najsmutniejsze jest to, że największe szkody, w tym całym zmaganiu się dorosłych z  miłością, ponoszą ich dzieci. Dorośli jakoś się otrzepią, znajdą sobie nowego partnera, a dziecko całe życie odczuwa konsekwencje schyłku miłości rodziców, przenosząc je na swoje związki. I tak koło się kręci, aż do końca świata.

środa, 18 lipca 2012

Senna - reż. Asif Kapadia

 Ayrton Senna –  czas jego świetności przypadł na lata, kiedy nie miałam specjalnie głowy interesować się się przystojniakami z toru Formuły 1. Choć, owszem, jego nazwisko wryło mi się w pamięć, nie tylko dlatego, że kojarzy mi się z senną, steraną obowiązkami domowymi matką dwójki szkrabów, jaką wtedy byłam, ale także z krzyczącymi z mediów informacjami  o jego sukcesach, niestety, przerwanych nagłą i gwałtowną śmiercią.  Jeśli w ten sposób odchodzi przystojny, młody,  w pełni sił i w pełni rozkwitu mężczyzna, nie sposób tego szybko zapomnieć. Tak więc z ciekawością sięgnęłam po dokument jemu poświęcony, tym bardziej, że wyszedł spod ręki Asifa Kapadii, Brytyjczyka hinduskiego, pochodzenia, autora  „Wojownika” – filmu, który spokojnie czeka na swoją kolej w mojej filmowej kolekcji.

 Wobec „Senny” nie miałam żadnych sprecyzowanych oczekiwań,  nie jestem przecież fanką czy znawczynią tego typu wyścigów. Po prostu – interesowało mnie, czego dowiem się o człowieku, który został obwołany mistrzem  wszech czasów w swojej dyscyplinie. 

Film Kapadiego jest doskonale zrealizowany. Perfekcyjnie zmontowany, wyłącznie z filmów archiwalnych, czasem wtrącone są mini, naprawdę mini, fragmenty wywiadów, czy jakichś okazjonalnych wypowiedzi, samego Senny,  jego najbliższych, czy to z kręgu rodziny, czy innych kierowców (Alaina Prosta), czy dziennikarzy sportowych - wszystko z tamtych czasów. Żadnego smęcenia, czy pienia ze strony żyjących współcześnie nie ma. I bardzo dobrze.

 Montaż, nie ważne, czy zgodny z chronologią wydarzeń – na przykład gdy chodzi o zatrwożony wyraz twarzy Senny,  lub jego jego wypowiedzi o Bogu, sprawia, że z biegiem czasu czujemy coraz większy niepokój. Po prostu – ten film ogląda się jak najlepszej wody thriller i to mimo wiedzy o tragicznym zakończeniu tej historii.

Jeśli chodzi o portret Senny, to właściwie otrzymujemy przed wszystkim portret kierowcy – mistrza. Ale uważny widz  z niedużych fragmentów wypowiedzi samego bohatera, jak i komentarza narratora zobaczy w nim także człowieka, nie tylko bardzo ambitnego i wojowniczego, a nawet zadziornego ale także  swoistego outsidera w środowisku. Jakby nie było do Europy przyjechał z Brazylii, młody i jeszcze nikomu nie znany. Władze Formuły 1 miały swoich pupilków. Senna ciągle odnosił wrażenie, że jest szykanowany przez różne, czasem niekorzystne dla niego, interpretacje przepisów. Co rusz podkreśla, że cały interes kręci się wokół polityki (władz związku i stajni samochodowych) i pieniędzy. Być może miał rację, albo jakiś kompleks, może na tle pochodzenia, może trudny charakter,  trudno powiedzieć. Pewne problemy są tylko w filmie zasygnalizowane, ale nie rozstrzygnięte.

Jedno co wiadomo na pewno o Sennie, jako człowieku, to to, że wierzył głęboko w Boga. To w jego łasce upatrywał swoich sukcesów.  Pewne jest także, że był nałogowcem, jeśli chodzi o zwycięstwa – liczyły się tylko  wygrane wyścigi, one dawały mu największą rozkosz, do której nieustannie dążył. Hm, można nawet powiedzieć, że umarł z miłości. Czy może być coś piękniejszego? Szkoda tylko, że tak wcześnie. Ale czy rzeczywiście wcześnie?  Można na sprawę spojrzeć z innej strony - może właśnie dostąpił od Boga (który wg niego kierował jego życiem) kolejnej łaski - nie dane mu było  doczekać momentu prawdziwej i nieodwołalnej klęski, a tego by chyba tak spokojnie nie przeżył (a 34 lata, to wiek, w którym przychodzi już czas ustąpić miejsca młodszym).

Pewnie dlatego, z powodu wielkiej miłości do ścigania się,  tak mało, a właściwie niczego, nie dowiadujemy się z filmu o życiu osobistym Senny. Jeśli by ktoś liczył na jakieś sensacje, skandale towarzyskie –  nic  z tego. Senna to Senna – tor wyścigowy to jego namiętność, a najwięcej emocji dostarczała mu rywalizacja z Alainem Prostem.  O czym pewnie, miłośnicy tego sportu i tak wiedzieli przed filmem.

Ten dokument,  jak przypuszczam, może zadowolić w pełni  takich widzów jak ja, którzy coś tam kiedyś Sennie liznęli, albo też zupełnych świeżaków, nie znających jeszcze tego nazwiska. Bardziej obeznani z tematem, mogą być nieco zawiedzeni, a być może, jednak,  niektórzy z  zadowoleniem obejrzą jeszcze raz historyczne fragmenty wielkich wyścigów, zwycięstw i upokorzeń, bo i takich doznawał na torze wielki Senna.  Tak czy tak, czasu na pewno nikt nie zmarnuje.