wtorek, 29 stycznia 2013

Mój nauczyciel - reż. Bohdan Sláma

Środkowoeuopejski przyczynek do  światowego nurtu filmów LGBT. Młody nauczyciel biologii przenosi się z praskiego liceum do wiejskiej szkoły podstawowej. Odkrył u siebie homoseksualne skłonności, myśli więc, że na głebokiej prowincji będzie miał mniej pokus, a tym samym uda mu się je ukryć. Nie chce przypadkowych przygód, związków, marzy o prawdziwej miłości i wierzy, że tylko ona może być jego spełnieniem. Ale jak to w życiu bywa, ludzie są wszędzie, nie tylko Pradze, a krew nie woda.

Jeśli ktoś lubi czeskie kino, a nie przepada za gejowskimi wątkami, to i tak polecam mu „Mojego nauczyciela”. Bo tak naprawdę jest to film o samotności i odwadze. W sensie – wyjście z samotności, miłość, przyjaźń wymaga odwagi. Bo jeśli nie zdobędziesz się na nią świadomie i odpowiednio wcześnie, może dopaść cię desperacja. Nie można zamykać się w skorupie jak ślimak (nie bez powodu klamrą spinającą film jest wykład o tych mieszkańcach muszli, która i tak nie chroni przed urazami). 

Gdyby nie pewne odważne, acz ryzykowne przedsięwzięcie, nauczyciela, które początkowo przyniosło mu zasłużenie wiele zgryzoty,  wstydu, a wdowie, z która się zaprzyjaźnił, i jej synowi stresu, kobieta ta do końca życia tkwiła by w przekonaniu, że jest stara i nieatrakcyjna, jej syn Lasta pewnie by tak szybko nie dojrzał, a  nauczyciel nie znalazłby swego miejsca na ziemi, przynajmniej na jakiś czas. Naturalną rzeczą jest zbłądzić,  najtrudniej trafić na ludzką wielkoduszność, która wyprowadzi zbłąkanego na prostą.

Kocham czeskie kino, nawet z jego wadami.  Za jego prostotę i ciepło, sympatię do każdego człowieka. Po każdym seansie mam wręcz ochotę przytulić się do ekranu.  :)

środa, 16 stycznia 2013

God Bless America - reż. Bobcat Goldhwait

Aż chciałoby się zawołać po napisach końcowych:  Ameryko miej się na baczności!  To nie Al  Kaidy masz się obawiać, bój się sama siebie.  Stan psychiczny twoich obywateli  przy jednoczesnym niczym nieskrępowanym dostępie do broni, z którego tak jesteś dumna, jest prawdziwym zagrożeniem dla Twoich obywateli.
Ogłupiające media, przefiltrwane odpowiednio wiadomości z kraju i ze świata, programy typu" konkurs na gwiazdę Ameryki w czymś", wszelkie tokszoły,  promujące różnego gatunku prymitywy, albo ludzi opóźnionych w rozwoju itp.  Normalność i prawdziwe talenty już się znudziły – ludziom nie zależy na jakiejkolwiek refleksji, ale na bezmyślnym  śmiechu. Chodzi o to, żeby się za przeproszeniem nażreć i porechotać (Multikina się kłaniają).  Wszystko zwala się na przemęczenie i codzienną bieganinę, a rzecz w tym, że społeczeństwo staje się coraz bardziej konsumpcyjne, a przy tym leniwe i  gnuśne.  Tak więc wychodząc na wprost tym niewygórowanym wymaganiom narodu, Ameryko,  24 godziny na dobę płynie z twoich mediów rzeka chamstwa, głupoty, prostactwa. Na okrągło, cała dobę stacje radiowo-telewizyjne  prześcigają się w zaskakiwaniu widza tanią prowokacją, niewybrednym dowcipem, godną pożałowania obsceną.  Twórcy mediów i ich najemnicy nie są głupi,  zdają sobie sprawą, jakie społeczeństwo wychowują, schlebiając jego najniższym instynktom, ale skoro to daje im wielkie pieniądze, mają to w nosie i nie przejmują się konsekwencjami swej destrukcyjnej działalności.

Narastająca z wielu powodów  frustracja, ogłupiająca rzeczywistość,  negacja wszelkich wartości, może sprawić, że któregoś dnia jakiś zdołowany gość, któremu jest już wszystko jedno, bo na przykład, tak jak Frank (Joel Murray):  jest rozwiedziony, kilkuletnia córka – wzorcowa wychowanka konsumpcyjnego społeczeństwa nie chce go znać, koleżanka z pracy, której kupił kwiaty oskarża go o molestowanie, co skutkuje jego zwolnieniem , w końcu dowiaduje się, ze ma raka mózgu -  a może to być szereg zupełnie innych przyczyn (patrz ostatni masowi zabójcy dzieci  na terenie szkół) - nagle sięgnie po swego gnata, opatulonego w białą flanelkę, schowanego na czarną godzinę w pudle na szafie i zacznie strzelać.  Do kogo popadnie.  Albo tak jak Frank, wg wybranego schematu, uzurpując sobie prawo do jakiejś misji, np. wyeliminowania jednostek łamiących podstawowe prawa współżycia społecznego, albo po prostu do głupców, którzy działają mu na nerwy.  Owszem, zwolennicy dostępu do broni powiedzą, że skoro mu tak źle, ma przecież jeszcze jedną możliwość – strzelenia sobie w swój własny łeb. Owszem, i Frank bierze taką opcję pod uwagę, ale przecież…. skoro jest mu wszystko jedno, skoro ma umrzeć, to czemuż by przy okazji nie sprzątnąć z tego świat kilkoro debili. :)

""God Bless America" ogląda się bardzo dobrze, ma akcję,  tempo, zdecydowane, wyraziste postaci, balansuje na granicy dramatu, kryminału, czarnej komedii i groteski. Warto słuchać uważnie ciętych i krytycznych tekstów, płynących z ust Franka, dostarczają wielu niezłych obserwacji na temat obyczajowości Ameryki. Dla urozmaicenia fabuły,  do ciapowatego nieco Franka dołącza Roxi, brawurowo zagrana przez Tarę Lynne Barr – przebiegła nastolatka - buntowniczka, uciekinierka z nudnego domu rodzinnego i tak samo jak Frank nienawidząca zalewającą Amerykę  bezduszność, tandetę i głupotę.
Jest moment, kiedy ta dwójka przyjaciół  stylizuje się na przemierzających Amerykę  Bonnie i Clyde. Ale jeśli ktoś myśli, że połączy ich coś więcej niż przyjaźń, to jest w błędzie. Frank trzyma fason i nie przekracza pewnych granic, a nawet wygłasza tyradę potępiającą Nabokova i Allena (mojego Allena!), jako tych, którzy stworzyli lolitkowe standardy w życiu społecznym (na szczęście reżyser i scenarzysta Bobcat Goldtwaiht, oszczędził Romana Polańskiego w tym względzie). :)

Film z przymrużeniem oka, o mścicielu, jakim każdy w swoim życiu chciałby choć raz być, wymierzającym sprawiedliwość nie tylko bezmyślnym zadufanym egoistycznym głupkom jakich spotykamy na swojej drodze, ale i tym, którzy świadomie tych głupców kształtują po czym wykorzystują, ciągnąc z ich kieszeni kasę.  
 "God Bless America" - i spraw niech się zastanowi, kto jej naprawdę zagraża, czy wspomniana już Al Kaida i islam, czy chrześcijańskie media na usługach chrześcijańskich polityków, dbające by naród był jak najbardziej ogłupiały, bo takim się najłatwiej rządzi i straszy, namawiając do kupowania broni i kolejnych wypraw na wojnę w obronie amerykańskiej "wolności".

Oczywiście, świat ogłupiających mediów to domena nie tylko Ameryki (choć pewnie tam doszło już to do granic absurdu).  Ludzie węszący  zysk z gnuśności i lenistwa społeczeństw i tym samym je promujące  spotyka się wszędzie. I do nas dotarły już dawno (od zgniłego Zachodu,rzecz jasna) wszelkie tokszoły, bigbrazery, promujące jednostki poniżej poziomu przyzwoitości. Takie "Rozmowy w toku" Ewy Drzyzgi – kiedyś rewelacyjna audycja, obnażająca wiele anomalii społecznych, jak np. molestowanie w rodzinie, teraz zeszła kompletnie na psy. Co prawda nie dochodzi jeszcze do mordobicia stron przed kamerami ku uciesze zgromadzonej gawiedzi, ale poczekajmy chwilę. Albo inna sprawa – spraszanie na rozmowy politycznych celebrytów, typu Richard Henry Tscharnetzky, Danuta Kempa, czy Marzena Wróbel – oni nie są od poszerzania horyzontów widza, oni są po to by siać ferment, bo od niego rosną słupki oglądalności. A że ludzie wokół nienawidzą się coraz bardziej, ok.!  I o to chodzi! Będą więcej siedzieć w domu i oglądać durne programy!

sobota, 12 stycznia 2013

Koriolan - reż. Ralph Fiennes

Wcale mi nie przeszkadzało, że dialogi prowadzone są językiem wprost z Szekspira, powiedziałabym nawet, że to była prawdziwa rozkosz słuchać tak konkretnych, skondensowanych zdań, z których każde to gotowa i pouczająca sekwencja, np. ta do gawiedzi z ust tytułowego bohatera:  "Wojna was rozzuchwala, a pokój przeraża".
 Zaakceptowałam także przeniesienie akcji do XX wieku i wojnę na Bałkanach, co jest przecież żywym dowodem na uniwersalność i wieczność dramatów Szekspira. Pochwalam także przesłanie jakie niesie ten film, o tym, że każda wojna jest wypadkową męskich, a może nawet człowieczych (bo tyczy to także matki Gnejusza Marcjusza Koriolana) ambicji, kompleksów, wybujałego ego, apetytu na władzę, czyli wszystkich najniższych popędów, i każda, nawet najbardziej wzniosła i szlachetna, ideologia jest im podporządkowana. I głupie te matki (Vanessa Redgrave jak zawsze świetna), które posyłają z dumą swych synów na wojny, lepiej im strzelić w kolano, jak np. matka w "Dokąd teraz"), bo niczym innym są oni  dla polityków i dowódców jak tylko mięsem armatnim.

Uważam reżyserski debiut Ralpha Fiennesa za całkiem udany. Nie oszczędza siebie ani widza, zarówno w scenach na polu wojennym (bardzo realistyczne), jak i w zmaganiach z samym sobą oraz matką, mającą na niego i jego decyzje olbrzymi wpływ. Daje sporo do myślenia, nie tylko w sferze rozważań o naturze człowieka w zetknięciu ze społeczeństwem, o honorze, zdradzie, mestwie ducha i ciała w czasie wojny, ale i jego małości w czasie pokoju. Dobrze pokazana męska rywalizacja między Gnejuszem Marcjuszem (Ralph Fiennes) i Tullusem Aufidiusem (Gerard Butler), ale i respekt jaki do siebie żywią. Do czasu... bo zdrada ojczyzny, z pobudek czysto osobistych, emocjonalnych i skumanie się przeciw niej z jej wrogiem, świadczy o małości ducha jednak, nie może imponować, choćbyś był najmężniejszym z mężów. W życiu nie ma prostych rozwiązań, zawsze trzeba coś poświęcić w imię czegoś, wojownik, czy polityk, rzadko poświęci swój honor czy ambicję w imię pokoju i zaoszczędzenia krwi swych braci.

I jeszcze jeden plus ze spotkania z Koriolanem - nabrałam apetytu na sztukę tzw. wyższą i prawdopodobnie, i wreszcie, być może, odkurzę płytki z teatralnymi dramatami Szekspira, wyprodukowanymi przez TV BBC, które swojego  czasu wydała w swej biblioteczce GW. Mam nadzieję, że nie tylko odkurze, ale i zobaczę, bagatela - 20 sztuk, z dodatkiem dramatów i komedii w wersji drukowanej, w przekładzie jakże kiedyś cenionego Macieja Słomczyńskiego (teraz modny jest S. Barańczak). Tak, tego samego Słomczyńskiego, na którego podobno, jak donosi IPN, donosił kiedyś mąż Wisławy Szymborskiej. Powstało wielkie w ojczyźnie naszej oburzenie, bo poetka postanowiła w testamencie przekazać część swego majątku na fundację jego imienia (Adam Włodek), mającą wspierać młodych artystów słowa. Są protesty, wycofują się sponsorzy i propagatorzy. Działalność Fundacji chwilowo zawieszono. Poeci będą po staremu klepać biedę. I dobrze, bo nie ma to jak pisanie przy pustym żołądku. Dramat prawie godny samego Szekspira.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Restless - reż. Gus Van Sant


On, Enoch, jakiś taki poharatany – chodzi na pogrzeby obcych ludzi, kładzie się na asfalt i obrysowuje kredą swoją sylwetkę, niczym biegły poszkodowanego śmiertelnie w wypadku drogowym. Tak, dokładnie, dobrze myślicie -  on żyje z traumą po wypadku samochodowym, w którym stracił bliskich (rodziców), a sam ledwo uszedł z życiem. Ona, Annabel, jest przemiłą dziewczyną, co scena przebraną w jakiś vintage’owe ciuchy, umierającą na raka mózgu. Oboje jeszcze w wieku szkolnym. Spotykają się na jednym z pogrzebów, obsesyjnie zaliczanych  przez Enocha.  Zakochują się w sobie, na trzy miesiące, co prawda, ale ileż można zrobić i jak wiele przeżyć w tym czasie. Niejednym nie jest dane dostąpić takich uczuć nawet przez całe długie życie. Prawda, że to piękne i wzruszające? A przynajmniej takie powinno być. Tym bardziej, że młodzi bohaterowie grani są przez pełnego uroku syna Denisa Hoppera, Henry’ego i śliczną Mię Wasikowską.

Nic tak nie wstrząsa,  jak miłość i śmierć w jednym, i na dodatek młodym i pięknym. No to dlaczego mną nie poruszyło? Myślę, że właśnie dlatego, że jest za cudnie (młodzi, piękni, ładnie ubrani, z niesamowitą fantazją i wyobraźnią, niepospolite pasje itd.).  Przez cały film miałam uczucie, że oglądam aktorów przebranych za odlotowych bohaterów, w wydumanych, super oryginalnych scenach,  posługujących się zajebistymi dialogami, a wszystko po to, by mi sie łza w oku zakręciła, bo skażonych przedwczesną śmiercią.  Być może Gus Van Sant, nie dla takiego jak ja targeta zrobił ten film.  Tak, pewnie tak, nie powinnam go oglądać, bo nie mogę uwierzyć, że będąc 17-latką i mając perspektywę śmierci za kilkadziesiąt dni, można choć raz nie zapłakać nad swym losem i nie wściekać się na jego niesprawiedliwość, że nie ma się ani chwili załamania i poczucia bezsilności, że chce się codziennie przebierać za starą - młodą w wystrzałowe ciuchy z  lat 60-tych, rysować ptaki i śmiać się na pogrzebach. Domyślam się,  że takie zachowanie może być sposobem na oswojenie się ze śmiercią,   ale żeby aż tak  nieludzko, z taką swobodą i dezynwolturą, bez odrobiny choć wobec niej pokory,  strachu, czy buntu?

Wiem, że dziewczyna ma stanowić kontrapunkt dla postawy chłopca, który prezentuje zupełnie odmienne odczucia wobec śmierci. Buntuje się, ma pretensje i obwinia żyjących krewnych za śmierć rodziców, wścieka na nich samych, że go opuścili, zachowuje się czasem zupełnie irracjonalnie, przyjaźni się z duchem japońskiego kamikadze - chyba nawet czasem myśli o samobójstwie, a przecież opatrzność darowała mu życie, wybudzając go ze śmierci klinicznej. Annabel zaś, w przeciwieństwie do niego, tak bliska śmierci, kocha życie, cieszy się każdą jego chwilą, dba o siebie, nie rezygnuje ani na chwilę ze swoich zainteresowań (ptaki i Darwin), nie boi się żadnych wyzwań, także miłości.

Wszystko to rozumiem, i pochwalam, ale dlaczego nie pochwalam filmu?  Chyba właśnie z powodu  tak bardzo dwubiegunowych postaci, i za ten ideał, jakim jest Annabel. I za to, że ciągle się tak przebierała, i że była taka strasznie cudowna i dzielna. Film był o umieraniu, a był taki fajowy! Może dlatego, powie ktoś, że wraz ze śmiercią przeplatała się miłość? A może właśnie dlatego powinien być choć trochę smutny? Bo jak mówi głos z offu – śmierć jest trudna, ale miłość jeszcze trudniejsza. A ja tego jakoś w filmie nie zauważyłam.

Mniemam, że „Restless” zrobiono pewnie także z pobudek czysto humanitarnych,  by dać widzowi siłę, wetchnąć w niego promyk słońca na ewentualną smutną okoliczność. Ja wiem, że ten film nie byłby dla mnie pocieszeniem. I wiem dlaczego, jestem po prostu na takie dyrdymały za stara.

Polecam bardzo młodym, zwłaszcza hipsterom.  Jest na co popatrzeć, istna rewia stylizacji.
Dodam, że jest jedna scena, która mnie autentycznie rozczuliła i do mnie przemówiła – mowa pożegnalna, która zamienia się w serię uśmiechów pod wpływem wspomnień o zmarłej. :)

środa, 2 stycznia 2013

To nie jest film - reż. Mojtaba Mirtahmasb, Jafar Panahi

Oj, jak długo nie pisałam o filmie irańskim. A coś tam widziałam z jego dorobku. Ostatnio “Co wiesz o Elly”, “Rozstanie” (Asghar Farhadi) albo “Nikt nie rozumie perskich kotów” (Bahmam Ghobadi). Niestety, nie jestem w stanie, jak każdy z was, pisać o wszystkim co oglądam na ekranie.  A szkoda.

O dokumencie z 2011 zatytułowanym, wydawałoby się przewrotnie, “To nie jest film” warto wspomnieć. Tytuł jest pewną prowokacją zwróconą ku irańskim władzom, gotowym wyciągnąć ewentualne konsekwencje wobec człowieka, któremu filmów robić zakazano. A film jest, wydawałoby się  na pozór, mało ciekawym, konspiracyjnym,  zapiskiem jednego dnia z życia reżysera, uwięzionego we własnym domu.  Jego autor Jafar Panahi (ten od cudnego “Białego balonika” oraz “Lustra” i “Kręgu”, których jeszcze nie znam), naraził się władzom aktualnego reżimu, popierając w wyborach 2009 opozycję. Znalazły się więc jakieś powody, by skazać go na 6 lat więzienia i zakaz kręcenia filmów przez 20 lat. Dla artysty taki wyrok oznacza śmierć. Reżyser odwołał się od niego i  czeka na decyzję sądu. A my jesteśmy świadkami jednego dnia aresztu.

Aż dziw bierze, że można zrobić 75 minutowy film o czekaniu, w jednej przestrzeni, praktycznie bez fabuły. Ale czemu się tu właściwie dziwić.  Mamy do czynienia z jednym z najznamienitszych reżyserów Iranu.  Panahi opowiada  o swoim filmie, który kręci, narazie,  w swojej wyobraźni. Scenariusz, napisał go na bazie króciutkiego opowiadania A.Czechowa, traktuje o dziewczynie, która zakochuje się w szpiegującym ją szpiclu, nie będąc świadoma jego funkcji. Wydaje jej się, że chłopiec stoi pod jej oknem, bo jest w niej zakochany.

Panahi nie tylko opowiada, ale próbuje nawet reżyserować. Taka rodzaj zabawy-improwizacji. Na dywanie dużego pokoju zaznacza taśmą  plan mieszkania dziewczyny, sprzęty, schody, okno.  Wciela się w postać bohaterki i innych postaci.  Plan filmowy, jakby wyjęty z “Dogville”Larsa von Triera, z tą różnicą, że Trier eksperymentował z własnej woli, a dla Panahiego to deska ratunku przed depresją.W pewnej chwili reżyser  zatrzymuje się, milczy,  zrezygnowany pyta, po co kręcić film, skoro można go opowiedzieć.  Moment załamania, bezradności, niemocy, rozpaczy. Ale tylko moment, bo przecież “To nie jest film” powstał, został przemycony do Europy, był wyświetlany na festiwalach filmowych (np.  Watch Docs 2012). A tamten film, fabularny, zaplanowany, wymarzony, o dziewczynie zakochanej w swoim wrogu, niczym reżyserze kochającym i odrzuconym przez swoją ojczyznę, też kiedyś powstanie, to kwestia czasu. Mam przynajmniej taką nadzieję.

"To nie jest film" jest bardzo specyficzny. Podejrzewam, że nie każdemu się spodoba, z wielu względów. Niby  nie dzieje się nic, i nie stanie się nic do końca, tymi słowami z piosenki G. Turanu’a, można by go podsumować. Bo i faktycznie, cóż, poza rozmowami telefonicznymi z rodziną, adwokatką (sic!), parzeniem sobie herbaty, paleniem papierosów,czytaniem książek, oglądaniem telewizji (była akurat relacja z Japonii po trzęsieniu ziemi w 2011 r.), rozmowami z legwanem, może się zadziać w mieszkaniu-areszcie, będącym prawdopodobnie pod obserwacją i na podsłuchu.  Jedyne co reżyser może sobie nakręcić legalnie to filmik na komórce. Ot, choćby rozmowę  z młodym chłopakiem w windzie, odbierającym śmieci od lokatorów kamienicy. Są jeszcze okna i balkon mieszkania (przepiękne, nawiasem mówiąc) z których widać zabudowaną panoramą Teheranu, i jest święto fajerwerków, odgłosy ulicy, także te wieszczące o aresztowaniach… A my z tych strzępów rzeczywistości irańskiej, jakie możemy wyłowić z tego oceanu czekania Panahiego, wysnuwamy sobie fragment obrazu Iranu, tyczący życia artysty w zniewolonym kraju.

Oczywiście, napisy końcowe, podziękowania dla realizatorów filmu i przyjaciół Panahiego, dla ich bezpieczeństwa, pozbawione są nazwisk, są wykropkowane.

Polecam ciekawym, jeśli nadarzy się okazja, albo przyjdzie chęć zobaczyć kraj naprawdę zniewolony, może niektórzy poczują się lepiej w naszej, podobno także zniewolonej Polsce. Wszyscy, którzy tak twierdzą powinni być wysłani na warsztaty życia do Chin, albo Iranu, albo na Kubę! I to na kilka lat. Bez prawa powrotu przed ich upływem. 

niedziela, 30 grudnia 2012

Jestem Twój - reż. Mariusz Grzegorzek



Widziałam znacznie gorsze polskie filmy, szkoda, że ten stara się być taki przeintelektualizowany! Ja rozumiem, że nazwisko “Grzegorzek” zobowiązuje (do wizji, symboliki etc.), tak jak “Lynch” w USA, ale oglądając go, po raz kolejny przyszła mi na myśl maksyma Charlesa Bukowskiego, “gdy słabnie duch rośnie forma”.
Film z serii jak opowiedzieć prostą, nieciekawą, w sumie, fabularnie historię, z uniwersalnym, przetrzepanym do bólu w sztuce wszelkiej maści, przesłaniem tyczącym samotności człowieka, w jak najbardziej  udziwniony sposób. Po co? żeby wyszło mądrzej? Dla kogo? Dla krytyków, dla sztuki samej w sobie, dla wąskiego grona znajomych reżysera?
Całość podzielono na kilka części – prawdę mówiąc, nie wiem po co.  Może zgodnie z podziałem na akty sztuki teatralnej, na której oparty jest scenariusz.  Każda część opatrzona jest rysunkiem wisiorka w kształcie serduszka z napisem w języku niemieckim "Jestem twój". Jaki w tym może być sens?

W skrócie chodzi o to, że jest sobie bardzo przeciętny, ponad 30- letni facet, Artur (Mariusz Ostrowski) mu na imię. Mimo swego dojrzałego wieku, pewnie i z powodu ubóstwa jak i wygodnictwa, mieszka z matką. Niedawno wyszedł z więzienia za pobicie.  Udało mu się złapać pracę na vipowskim osiedlu domków jednorodzinnych. W jednym z nich mieszka Marta (Małgorzata Buczkowska), pani stomatolog, zamężna z biznesmenem Jackiem (Ireneusz Czop). To na jej punkcie Artur wpada w obsesję. Obserwuje ją, zagaduje, w końcu napastuje w jej własnym domu. Z tym, że napastowanie nie jest wielce na Marcie wymuszone. Marta przechodzi kryzys, sama nie wie czego chce, czy męża kocha czy nie, raz go wyrzuca z domu, po czym błaga go na kolanach, by nie odchodził. Wcześniej, mówi widzowi o zwierzu, demonie nawet, który w niej drzemie. Zwierzę najwyraźniej obudziło się w niej, gdy Artur ją nawiedził, w roli, a jakże!, hydraulika! . I nie chodzi w tym przypadku o zwierzęce gryzienie, czy drapanie w obronie własnej. Koniec końców, kran nie został naprawiony, a Marta po iluś dniach, zorientowała się, że jest w ciąży.  Pani stomatolog nie była wielu rzeczy pewna, swego szczęścia, swej miłości do męża, kto jest ojcem przyszłego dziecka, ale wiedziała jedno - dziecka nie chce. I nie zdradziła nam powodów. Natomiast Artur i jego matka upatrują w maleństwie ratunku przed pustym jałowym życiem, jakie wiodą, i jakie ciągle jest przed nimi. Zaczynają walkę o dziecko. Walkę, bo Marta ani myśli oddać je Arturowi. Woli je zostawić w szpitalu.  Artur jest jej chodzącym wyrzutem sumienia, dowodem słabości I upadku. Wszystko sobie można wybaczyć, ale chwilę zapomnienia z dozorcą? Nigdy.

W filmie dość spory akcent położony jest właśnie na nierówność społeczną (ach ten kapitalizm) I kompleksy jakie się z nią wiążą. A przecież, i tu znowu odkryta prawda, szczęście człowieka nie zależy przecież od wielkości izb i sprzętu jakim się je wypełnia. Marta w swoim ekskluzywnym domiszczu jest równie nieszczęśliwa, jak Artur gnieżdżący się w zapaćkanej klitce wraz ze swoją matką.
Marta jest kobietą, która na pozór ma wszystko: urodę, figurę, zdrowie,  kochającego, przystojnego, dobrze zarabiającego męża, dobrze płatną pracę, piękny dom, ba, nawet w perspektywie dziecko (kto wie, może nawet z mężem), a jednak - to nie to! Coś, jak mówi,  rozrywa ją od środka. Arturowi, wychowanemu w biedzie, ale za to na grach komputerowych,  brakuje tylko księżniczki, której jako rycerz mógłby bronić I kochać. Może to i naiwne, ale jednocześnie jakie prawdziwe. A że zabrał się do realizacji swoich marzeń nie od tej strony co trzeba (no cóż, gry przecież nie uczą sztuki uwodzenia), to już inna sprawa.
Brak miłości, ale także seksu, doskwiera, nie tylko Arturowi, Marcie, mężowi Marty, ale i Alicji, siostrze Marty. Właśnie mąż ją porzucił i postanowiła zamieszkać z siostrą, a przy okazji pouwodzić szwagra. Kompletna karuzela namiętności, przez małe “n”.

Pytanie, jaki wydaje mi się, usiłuje zadać Grzegorzek : seks to za mało, dlaczego więc u ludzi, wraz z pragnieniem miłości idzie w parze tak wielka głupota I bezradność? Artur deklarujący się jako rycerz broniący czci swej damy, co nie przeszkadza wziąć mu ją prawie siłą. Alicja – taka spragniona, że pije z każdego źródła, jakie napotka na swej drodze – owszem ugasi pragnienie, ale na krótko, bo źródełka są bardzo płytkie. Marta – kochana przez męża, pożądana przez mężczyzn, nie potrafi, nie może, docenić tego co ma, niszczy wszystko wokół siebie. Jacek – zakochany mąż, może najmniej nieszczęśliwy w tym towarzystwie – bo nie walczy, tylko godzi się z rzeczywistością. Nawet wtedy, gdy w biurze za ścianą, niczym u jego żony w środku organizmu, pojawi się złe, w postaci gniazda pszczół, jest opanowany i racjonalny. 
No właśnie, i tak oto przeszłam zgrabnie do symbolu jakim operuje Grzegorzek, przez całą długość filmu – uwijające się w swym gnieździe pszczoły. Niektórzy pracują jak mrówki albo jak te pszczółki.  Jak Marta i Jacek, mają w zamian piękne obejścia, wysokiej klasy sprzęt AGD I RTV – ale czują pustkę. Nie mają marzeń, miotają się między łazienką, salonem i kuchnią. A Artur, też pracuje, na miarę swoich sił i możliwości,  i marzy tak jak marzyli chłopcy od dawnych lat, chce być rycerzem damy swego serca. A że dam jakoś tak też brakuje,  to i  ją sobie musiał wymyślić. Tak bardzo chciał być “czyjś”, mieć "kogoś" do kochania. Wiem, że nie każdy symbol trzeba rozebrać do naga, ale bzyczenie tych pszczół ciągle nie daje mi spokoju. Ciekawe, czy sam twórca wie, co miały one do powiedzenia, czy tylko tak sobie je wtrącił, bo się ładnie komponowały z obrazem?

Kobiety nie są w tym filmie przedstawione w korzystnym świetle. Rozhisteryzowane, rozedrgane, szalone, napalone, same nie wiedzą czego chcą,  nie panują kompletnie nad swoim życiem. Tylko matka Artura – ona wreszcie poczuła, że wie czego chce, postanowiła wykorzystać szansę, jaką jej i synowi dał los. 
Mężczyźni – Jacek I Artur są raczej bezwolni, poddają się woli kobiet. Mają swoje zajęcia, biznes, pracę, gry komputerowe, ogólnie nie mają czasu na życie, na stawianie sobie wyzwań, jest im wygodniej pozbyć się steru. Może kobiety są takie niespokojne (w tym filmie), bo czują się opuszczone przez swych mężczyzn, przez swoich rycerzy?

Mariuszu Grzegorzku, nie dosyć, że wymęczyłam się oglądając twój film, to jeszcze męczy mnie on kilka dni po seansie. No to chyba, nie był on aż taki zły, jak się wydawał?  Podziękuj aktorom Mariuszowi Ostrowskiemu i Dorocie Kolak. Roma Gąsiorowska, też się przysłużyła, szkoda, że znowu w roli słodkiej idiotki. Małgorzata Buczkowska - nie poraziła, ale nie miała wdzięcznego zadania, ciągle musiała krzyczeć i wić się, a to z Arturem, a to w wewnętrznych mękach, a to w bólach porodowych, nie miała lekko. 
Jako że polskie filmy traktuję niemal jak swoje dzieci, kocham nawet jeśli coś przeskrobią, oceniam więc na:

6/10 


piątek, 28 grudnia 2012

Appaloosa - reż. Ed Harris


Jeśli ktoś narzeka na western wyreżyserowany przez Eda Harrisa,  to ja staję w jego obronie. Ten film jest naprawdę dobry i na swój sposób nowatorski w swoim gatunku.  Ma klimat, tylko trzeba sobie dać czas, żeby go odczuć. Świetnie zarysowana męska przyjaźń, taka prawdziwa, na dobre i złe, której nie zniszczą żadne intrygi. Z przyjemnością słuchało się dialogów miedzy Everettem a Virgilem, kiedy to ten pierwszy zawsze ochoczo służył odpowiednim słowem, którego zabrakło drugiemu. Bo obaj byli tak samo szybcy w używaniu colta, ale Everett był nieco bystrzejszy w myśleniu i mowie, co absolutnie nie psuło relacji między panami. Wspaniały duet stworzyli Viggo Mortensen i Ed Harris.
Renee Zellweger – jako Alice French, nie prezentowała tradycyjnej westernowej piękności, do jakich nas przyzwyczajono od lat, kiedy to słodka kobietka była kontrapunktem dla szorstkiego świata mężczyzn. Chyba ją tu trochę ucharakteryzowano, wypchano policzki, robiła jakieś dziwne miny, widocznie tak miało być - nie miała być pięknością, ale w zamian, czarowała prawdziwą elegancją, a nawet, jak z uznaniem zwierzył się Virgil Everettowi, kąpała się za każdym razem, nim weszła do łóżka.
A w międzyczasie, jakże szamotała się biedna Alice w realiach tworzonych przez mężczyzn, przepełnionych strzelaniną i ciągłym igraniem ze śmiercią, gdy tymczasem, ona tak bardzo pragnęła stabilizacji, prawdziwego domu, męża.
Podobało mi się, że oprócz wątków typowo westernowych dużo miejsca poświęcono w tym filmie elementowi kobiecemu - kobieta nie jest tu tylko ozdobnikiem, może stąd ta uroda Renee), jest także tematem jakże głębokich męskich rozważań - co nie jest typowe dla tego gatunku filmowego. .

Przepiękna muzyka Jeffa Beala dopełnia obraz, wraz z typowymi westernowymi pejzażami - no jest naprawdę dobrze. Spisał się Harris, zrobił nie tylko western, zrobił western inteligentny i z inteligentnymi kowbojami - patrz Everett i wiele uczący się od niego, oraz od Alice - Virgil. No i zauważcie, jeśli jeszcze będziecie ten film oglądać, jacy oni są szykowni, jak się noszą, jakie mają garnitury, marynarki, krawaty, kapelusze, jaką dumną postawę prezentuje Everett w końcowej scenie.

Tak, to jest film ukazujący czasy, gdy kowboje, i ich kobiety, przepoczwarzają się w przyszłą Inteligenecję USA. Virgil nawet czyta jakąś mądrą książkę w biurze szeryfa, a Bragg- ten rzezimieszek, wie coś na jej temat, a nawet ośmiela się filozofować w kwestii treści i autora. Co więcej - kowboje zaczynają dbać o język i sposób wypowiadania, mają ambicję by używać w mowie codziennej do tej pory obcych im słów, dbają o wygląd, czystość... to z takich ludzi, wyrośnie przyszła amerykańska elita -  bankierzy, prawnicy, dziennikarze, politycy....