piątek, 31 maja 2013

Mój ukochany wróg - reż. Werner Herzog

Herzog i Kinski, obaj podobnie szaleni, z tym, że Herzog bardziej może introwertyczny. Nie byłoby cyklu filmów z Ameryką Południową w tle, gdyby nie oni. Tylko ten duet był w stanie odważyć się na przeniesienie statku przez górę, kręcenie w oryginalnych plenerach Machu Picchu, zaangażowanie setek indiańskich statystów i spanie wraz z nimi w jakiejś stodole na skraju dżungli i inne temu podobne esktrawagancje, na które chyba żadne inny aktor by się nie zgodził. Kłócili się niebosko, czasem nienawidzili, ale i wyczuwali i uzupełniali doskonale. Bardzo pięknie Herzog ukazał różnice między nimi, opowiadając jak postrzegali dżunglę amazońską. Kinski widział ją jako tło do swego erotycznego wizerunku, a on jako coś bardzo zwierzęcego, pierwotnego, groźnego w swej zaborczości i dążeniu najpierw do rozmnożenia a następnie do zagłady (jak ludzie).

Film jest pięknym obrazem - wspomnieniem o aktorze, uważanym w środowisku za kompletnego świra. Zresztą, obraz takiego siebie Kinski sam świadomie tworzył (wątek z pisaniem autobiografii na przykład). Wiedział, że talent to za mało, że tylko za takiego uchodząc, będzie zapamiętany na długie lata i że przetrwa jako obiekt nieustającej fascynacji widzów.

Dzięki opowieściom dwu kobiet, aktorek C. Cardinale i Czeszki E. Mattes ("Woyzeck"), ktore może trochę baczniej patrzyły na Klausa, a może to on wobec nich pozwalał sobie na ujawnienie swej drugiej bardziej skrywanej natury, wyłania się Kinski o jakże zaskakującym obliczu - jako człowiek bardzo delikatny, a nawet zalękniony, mający różne swoje słabostki,  fobie (obawa przed zarazkami). Herzog nazywa go w pewnym momencie nawet tchórzem, mówiąc, że tylko jego tchórzostwo, spowodowało, że ukończyli Aquirre . Być może, że te wewnętrzne, skrywane głęboko przed otoczeniem, lęki były powodem jego wybuchów agresji, nienawiści do świata i ludzi. Tym bardziej więc, trzeba docenić, że borykając się z nimi, stać go było na kręcenie filmów w dżungli, w takich spartańskich warunkach, jakie mógł zapewnić mu "tylko" Herzog.

Ten film-portret zaczyna się bardzo brutalnie, a kończy wręcz przepięknie. Myślę, że pomaga zrozumieć dwoistość natury i mękę wewnętrznego ognia jaki trawił tego aktora. Portret tym bardziej cenny, że zrobiony przez kogoś, kto mógł go poznać najlepiej, bo w momentach twórczej pracy, nie zrobiony na kolanach, ale często z humorem, wielkim dystansem, i rzetelnie, z podkreśleniem wad aktora ale i zalet, z refleksją nad człowiekiem, który został aktorem.

/Cieszyło mnie bardzo umieszczenie w tym filmie sceny, jednej z najpiękniejszych z " Fitzcarraldo", tę w ktorej India witają się z nim na pokładzie statku, przez muśniecie palców dłoni -  dzielni i mężni faceci a nie muszą udowadniać swej siły mocnym uściskiem./

sobota, 18 maja 2013

Hotel Marigold - reż. John Madden

Hotel Marigold,
czyli bajka jak pięknie urządzić się na stare lata. Jest tylko jeden warunek - trzeba mieć dość swojego dotychczasowego życia i ogromną determinację do  podjęcia definitywnych decyzji, by się od niego uwolnić. Mile widziana jest także odrobina fantazji, na przykład - pomysł na spędzenie reszty życia, albo choć jego kawałka, w Indiach, w mieście Jaipur, rezydując w hotelu Marigold. Zasobność portfela nie jest w tym przypadku  aż tak ważna, jako że hotel nie należy do obiektów pięciogwiazdkowych, ani nawet dwu. Zarządzający hotelem, Sonny Kapoor (Dev Patel - pamiętacie Jamala Malika z "Slumdog. Milioner z ulicy", to właśnie ten aktor), nie jest nawet jego formalnym właścicielem. Walczy z matką, by ta nie sprzedawała resztek dziedzictwa, które zostawił rodzinie ojciec bankrut. Sonny jest świetnym chłopakiem, zdecydowanie nie docenianym przez matkę. Jego optymizm, poczucie zadowolenia  w każdym, nawet złym, położeniu, filozofia szklanki w połowie pełnej, zjednuje mu olbrzymią sympatię nie tylko u widzów, ale i u  starszych ludzi, którzy zagościli w  zabytkowym hotelu, po to by daleko od domu, i w egzotycznej scenerii spełniać swoje marzenia, których nie udało im się zrealizować w chmurnej i mglistej ojczyźnie.

A kogóż to wśród gości Sonny'ego nie ma! Jest gospodyni domowa jako świeżo upieczona wdowa (cudowna, przepiękna Judi Dench). Jest zgorzkniałe małżeństwo (rewelacyjny Bill Nighy wraz Penelope Wilton), które wszystkie oszczędności życia pożyczyło córce, rozkręcającej internetowy biznes. Jest i Tom Wilkinson grający samotnego biznesmana (a dlaczego jest samotny, choć mający powodzenie u kobiet, to się dowiecie z filmu). Jest i kolejna dama angielskiego kina, równie urocza co Dench, Maggie Smith, wcielona w rolę samotnej starej panny, będącej całe życie na służbie u bogatych. Złośliwa i zgryźliwa, nie bez powodu, ale o tym opowie wam i pewnej służącej, ona sama. Jest i para, pan i pani starsi, którzy chcieliby się jeszcze zakochać i pokochać. Czy Indie to dobre miejsce, by u schyłku życia spotkać nową miłość? Kto wie? Tu serce bije zupełnie w innym rytmie.
Wszyscy oni tego samego dnia o tej samej porze udają się w daleką podróż do byłej kolonii, z nadzieją, że znajdą tam spokój, przygodę, starą miłość, nowe nieoczekiwane spełnienie. Niestety, na miejscu okazuje się, jak już nadmieniłam, że perspektywy nie są tak różowe, ale od czego jest hinduski zaraźliwy optymizm i pogodzenie się z losem, w imię znanego przysłowia, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Sprawdza się! Także w przypadku losu, nie ma sensu z nim na siłę walczyć. Czego  na własnej skórze doświadczyli niemal wszyscy bohaterowie filmu.

Hotel Marigold czyli Hotel Nagietek. Jeśli ktoś wie, jak wyglądają te kwiatki (ja wiem, bo to z nich miałam bukiecik ślubny), już na samo wspomnienie ich widoku uśmiechnie się. To takie małe wesołe, żółte lub pomarańczowe słoneczka. Hotel czy film z ich nazwą zapowiada dobrą energię, i tak też jest. Ten wiekowy i stylowy budynek, choć biedny i zdewastowany, tak jak większość Indii, zdaje się być dla przyjezdnych z dalekiej szarej Anglii miejscem zaczarowanym, barwnym, hałaśliwym, pobudzającym wszystkie uśpione zmysły. Tu człowiek cieszy się życiem, które, jak uważają Hindusi, uwaga! -  jest przywilejem, a nie tym co nam się należy. Tu chce się żyć, kochać, szukać swego miejsca, nawet jeśli miałoby się na nim zagrzać tylko kilka lat, albo... dni. Jedni z bohaterów znajdują tu szczęście, inni przekonani, że ich dom jest jednak w ojczyźnie, wyjeżdżają. Każdy z nich, w każdym razie, dochodzi do swojej prawdy, wie czego chce (na to jak się okazuje nigdy nie jest za późno) i zaczyna życie w zgodzie z nią. 

Film bardzo przyjemny, ciepły, pogodny. Dobrze jest czasem zobaczyć, że im człowiek starszy tym młodszy, że starość to nie tylko choroby, zmarszczki, że namiętności i marzenia nie wygasają, co więcej - na starość można zmienić także poglądy, którym się wiernym było od lat. Również te najbardziej zatwardziałe, kulturowe i imperialistyczne.  Wystarczy tylko otworzyć się, także na młodość i jej żywiołowość, zacząć odważną podróż (w jakiejkolwiek postaci) i odkryć nieznane, także swoje oblicze.

wtorek, 14 maja 2013

Misiaczek - reż. Mads Matthiesen



Duzi mężczyźni, z wielkimi muskułami, szerokimi karkami, z rysami twarzy nie zaliczającymi się do najsubtelniejszych, nazywani są często przez kobiety pieszczotliwie "misiaczkami". Być może, czasem w celu ugłaskania ich porywczych charakterów (czarodziejskie używki dobrze robią mięśniom, nie zawsze natomiast głowie), a czasem zgodnie z budzącą grozę posturze, ale na przekór skojarzeniom jakie się z nią wiążą. Jakże często bowiem  tacy panowie serca mają łagodne, dusze wrażliwe,  spragnieni są ciepła, miłości, nie tylko matczynej.

Tak jak kulturysta Dennis, bohater filmu duńskiego reżysera Madsa Matthiesena. Dennis, wzruszający, a raczej rozbrajający Kim Kold, najprawdziwszy reprezentant tejże dziedziny sportu,Jest mężczyzną nie pierwszej już młodości (około 40 wiosen), mieszka całe życie  z nadopiekuńczą i zaborczą matką, która po rozwodzie z jego ojcem, nie wyobraża sobie, by syn mógł ją zdradzić (sic!), pokochać inną kobietę, a o wyprowadzce ze wspólnego mieszkania to już nie ma mowy. Rodzi się  pytanie, czy kulturystyka, która uprawia Misiaczek, jest wynikiem jego prawdziwej pasji czy raczej wentylem bezpieczeństwa dla innego rodzaju niespełnionych pragnień i namiętności. Mimo niezłych wyników w dyscyplinie, której się oddaje całym sercem,  jest mężczyzną delikatnym, chorobliwie nieśmiałym i nieporadnym w relacjach damsko- męskich.
Kocha matkę, nie chce jej zranić, a jednocześnie miałby ochotę wreszcie stworzyć własną rodzinę. Czuje się więc jak w potrzasku, nie potrafiąc powiedzieć "nie" matce i  jej chorobliwej miłości. Kobieta traktuje tego starego wielkoluda jak małego chłopca, mówi, że chce go uchronić przed zasadzkami, jakie ewentualnie może zastawiać na niego życie (czytaj "złe kobiety"). Może dlatego Dennis tak intensywnie ćwiczy, łyka odpowiednie specyfiki,bierze udział w zawodach, by chociaż na tym polu poczuć się jak tzw. prawdziwy mężczyzna. W każdym razie, wraz z matką, są oboje bardzo nieszczęśliwi. Ona żyje w ciągłym strachu, że go straci, to znaczy, że on się wyprowadzi z domu. A on miota się w swym małym dziecięcym pokoju niczym niedźwiedź w klatce.

Nadchodzi jednak czas, gdy miłość matki, nie odstępującej syna nawet na krok, także w łazience, zaczyna mu już bardzo poważnie doskwierać. Rozpoczyna poszukiwania dziewczyny. Spotyka się z nimi okazjonalnie, jednak żadnej nie potraf do siebie przekonać. Kobiety traktują go powierzchownie, uważając za nieokrzesanego prostaka. O losie okrutny! Nieśmiałość często odbierana jest jak zachowania wprost przeciwne.  Zachęcony przez wujka, żeniącego się z młodą Tajką, udaje się na poszukiwania żony do Tajlandii. Tam, jak każdy "obiekt" z Zachodu, bez względu na wiek czy wygląd, Misiaczek spotyka się z dużym zainteresowaniem, a szczególnie jego portfel. Niestety, jemu nie o przygodę chodzi, a o miłość.

Czy podróż Misiaczka na Daleki Wschód zakończy się sukcesem? A jeśli tak, to co na to powie mama? Przekonajcie się sami. Ja ten film oglądałam z wypiekami na policzkach, napięciem i zainteresowaniem jakiego mógłby pozazdrościć reżyserowi....sam Steven Soderbergh i jego przereklamowane, przekombinowane, a w związku z tym zimne "Panaceum".  A co najlepsze, emocje wobec dwójki bohaterów "Misiaczka" - matki i syna, a szczególnie matki, ewoluowały u widza (ekhm, znaczy u mnie) z minuty na minutę -  od potępienia poprzez zrozumienie do głębokiego współczucia. Sekundowałam Dennisowi w jego bitwie z nieszczęśliwą rodzicielką o samodzielność i odrębność, tak jakby walczył o pierwsze miejsce w mistrzostwach świata w kulturystyce.
Jak widać, wcale nie potrzeba wielkich nazwisk aktorów, reżysera, wielkich wytwórni, jazgotliwej promocji, by zdobyć serce publiczności (a przynajmniej jego części). Bo po co to wszystko, skoro tak naprawdę nie ma się za wiele do powiedzenia, poza prawdami oczywistymi, którymi posłużono się, by odhaczyć kolejną produkcję filmową, być może jakieś  zobowiązanie kontraktowe. Z takich filmów, robionych z zimna kalkulacją może bić tylko chłód. Z "Misiaczka" zaś, promieniuje prawdziwe ciepło. Przy "Misiaczku" można się ogrzać, jak to z misiaczkami bywa, "przytulić się" i zasnąć spokojnie po projekcji z błogim poczuciem, że marzenia można spełnić, trzeba tylko wiedzieć czy się naprawdę chce i czego się chce.

P.S. Mam pytanie - czy ktoś widział słaby duński film? Bo ja nie.






niedziela, 12 maja 2013

Panaceum - reż. Steven Soderbergh

czyli "Side Effects"

Żeby sobie za dużo Soderbergh nie myślał - powodem wyjścia do kina na ten film na pewno nie była jego osoba, zwłaszcza po niedawnym dokonaniu, jaki wyszedł spod jego ręki - "Magic Mike". Poszłam na seans, bo miałam ochotę, po pierwsze na: wyjście z domu; po drugie: na kino, a po trzecie -  na coś wybitnie rozrywkowego, a do takiego gatunku zaliczam thrillery. No i temat,  tu muszę mu przyznać, że wybrał fajny - psychiatria i przemysł farmaceutyczny w nieustannym wyścigu, nie tylko za sukcesem w poszukiwaniu skutecznych medykamentów do leczenia ludzi, ale przede wszystkich za sukcesem finansowym i jak się ma do tego etyka lekarska. Bo już od dawna, dla nas, pacjentów, cierpliwie czekających godzinami w poczekalni na swą kolejkę do medyków, nie jest tajemnicą, po co do ich gabinetów pukają (i wchodzą natychmiast) tajemniczy panowie i panie z teczuszką w ręku. Na rynku farmaceutycznym, tak jak na każdym, istnieje zabójcza konkurencja i w związku z tym bezpardonowa  walka o klienta. Walka, w której o zwycięstwie decyduje lekarz,  bo to od niego zależy jakie lekarstwo przepisze choremu.

Dużą pokusą były też nazwiska w obsadzie: Jude Law i Rooney Mara. Cateherine Zeta-Jones też po trosze, głównie ze względu na aparycję. Niestety, moje oczekiwania co do jakości rozrywki nie zostały w pełni zaspokojone. Film wypadł bardzo chłodno. Zero emocji. Mimo naprawdę dobrego pomysłu na scenariusz. Coś nie wyszło. Albo inaczej, wyszło, ale nie do końca. Intryga ogólnie spoko, zagmatwana, z twistem, i to niejednym, ale co z tego, skoro żaden z bohaterów nie wzbudził większego zainteresowania. Owszem, czekało się na finał i na rozwiązanie zagadki, ale kto będzie ofiarą czy zwycięzcą - było wszystko jedno. Może dlatego, że żadna z postaci, ani lekarze, ani pacjentka, ani ofiara zabójstwa, ani jego sprawca, nie byli do końca fair. Nie pomogła też wielka namiętność (ta, oprócz miłości do pieniędzy), dla której spełnienia nie ma żadnych przeszkód. Co z tego skoro ta namiętność sprawia wrażenie sztucznej, nawet groteskowej, wymyślonej tylko dla uatrakcyjnienia fabuły, by była bardziej "trendy", bez żadnych wcześniejszych przesłanek, które usprawiedliwiałyby jej narodzenie.

Zobaczyć "Panaceum" można. Ku przestrodze, w końcu, każdy z nas jest, albo będzie, pacjentem. Warto zdawać sobie sprawę, dlaczego łykamy leki tej a nie innej firmy, albo dlaczego pięknie opalony lekarz nagle  zmienia tabletki. Oczywiście, bez przesady, nie dajmy się zwariować, to tylko film! Właśnie, ogląda się to jako tako, ale niestety, bez zatracenia, cały czas wiemy, że to tylko film. Nawet tak dobry aktor, jak Jude Law nie pozwolił się zapomnieć. Szkoda, tak na niego liczyłam. 

A jeszcze jedno, medal z czarnej pyry dla autora polskiego tytułu. Czy naprawdę nie można było zostawić oryginalnego, jak najbardziej przetłumaczalnego na polski - "skutki uboczne", bo to o nich opowiada film. Skutki uboczne leczenia,  które odczuwa nie tylko pacjent, ale także lekarz, jako efekt terapii, przepisanej choremu. A panaceum filmowym, czyli lekiem na każde zło, także zło wyzwolone u widza, wskutek seansu filmu Soderbergha, może być na przykład  jakikolwiek film Hitchcocka.

sobota, 11 maja 2013

Mamut - reż. Lukas Moodysson

Pamiętacie jeszcze Lukasa Moodyssona?  Reżysera nie pozostawiającego widza obojętnym wobec swoich filmów, takich jak "Fucking Amal" czy "Lilja 4-ever", czy bardzo kontrowersyjnego "Dziura w sercu". Ja postanowiłam go sobie przypomnieć.
Cztery lata temu, w roku 2009 nakręcił "Mamuta", z Gaelem Garcią Bernalem (był czas, że przodował w moim rankingu ulubionych aktorów) w roli głównej.  Niestety, "Mamut" (podobnie zresztą, jak młodszy o 3 lata "Kontener") przeleciał przez kina bez większego echa, nie wspominając już o aplauzie. Teraz można go zobaczyć w ofercie Canal +

"Mamut" to wbrew pozorom i wymyślnemu tytułowi, opowieść o czasie obecnym.  O charakterystycznym dla niego zagonieniu i chaosie w jakim żyją współcześni mieszkańcy Ziemi.  Zamiast żyć na swoim miejscu, tam gdzie ich dom i pilnować swoich dzieci, ganiają po świecie za pieniądzem. Dla jednych to konieczność, bo ojczyzna nie pozwala im dobrze zarobić. Drudzy szukają  większych dochodów. A jeszcze inni -  niedozwolonych przyjemności. "Mamut" to taki filmowy obraz globalnej wioski, w jaką zamieniła się nasza planeta.

Amerykańskie małżeństwo - lekarka (Michelle Williams)  oraz projektant gier komputerowych (Bernal) zajęci pracą, nie mają czasu zajmować się swoją jedyną córką. Wynajmują więc imigrantkę, filipińską nianię. Ta z kolei, by zarobić w USA, zostawia dwójkę swoich dzieci pod opieką babci. W czasie, gdy azjatycka niania zdobywa serce małej Amerykanki, jej syn, popada w poważne tarapaty, grożące wręcz śmiercią. Ojciec dziewczynki (Gael Garcia Bernal), będąc na delegacji, w Tajlandii, daje zarobić, kierując się początkowo bardziej współczuciem niż namiętnością, nastoletniej prostytutce, mającej na utrzymaniu niemowlaka. Jego żona zaś, lekarka próbuje ratować życie chłopcu zranionemu śmiertelnie w brzuch przez matkę psychopatkę. Zwariowane globalne podwórko. Wszyscy pędzą przez dalekie obce kraje, mijają się w pośpiechu, ratują obce dzieci, podczas gdy ich własne prawie umierają z samotności. Dzieci to te istoty, które tracą najwięcej.  Może trzeba by trochę zwolnić i zacząć po prostu żyć, tu i teraz, tam gdzie nasz dom, cieszyć każdą chwilą spędzoną z najbliższymi i dbać by ich nie brakowało. Tylko czy nie za bardzo się już rozpędziliśmy? Da się jeszcze wyhamować? Pieniedzy zawsze będzie mało, zarówno biednej rodzinie gdzieś w dalekiej Azji,  jak i tej bardzo bogatej w USA. Czy nie lepiej zadbać o miłośc i bezpieczeństwo dzieci? Może warto spróbować. Nie ma większej wartości w życiu, zdaje się mówić reżyser, jak dzieci, rodzina, szkoda trwonić czas i aż tak bardzo przywiązywać wagę do rzeczy materialnych. Jesteśmy marnym pyłem we wszechświecie, po każdym tylko kości. Może ktoś, kiedyś (zanim zamienią się w pył) przypadkowo je odkopie, czy są one więcej warte niż kości zwierząt? Chyba zbyt często ludzie zapominają, że są śmiertelni.

Film nie cieszył się, jak zauważyłam, wielkim, a nawet małym, uznaniem. Zarzuca mu się, i może trochę słusznie (ten tytuł!), pretensjonalność, jakieś arcyfilozoficzne zapędy reżysera - może niepotrzebnie. Można przecież spojrzeć na niego wprost.  A jeśli nawet miał takie zapędy? No cóż, Moodysson, nie należy raczej do wielkich myślicieli kina,  sam sobie winien - motyw pióra wiecznego, inkrustowanego kością mamuta, przeznaczony jako służbowy gift tylko dla najbogatszych...  czujemy, mając na uwadze tytuł filmu, że to ważny element - klucz, stąd moje nawiązanie do tych kości. Następnie - wizyta córki Vidalesów w planetarium - to zapewne symbol ludzkiej samotności, zarówno w skali makro jak i mikro we Wszechświecie:). Niepotrzebnie reżyser bawi się w taką banalną i wytartą symbolikę, na poziomie szkoły podstawowej. 
Ja także nie byłam jakoś bardzo poruszona "Mamutem", mimo dobrej obsady - Gael Garcia Bernal i Michelle Williams, ale uważam, że ze względu na istotny przekaz (choć zgrany do bólu, wiem, ale co z tego, skoro coraz bardziej aktualny), urokliwe zdjęcia, muzykę, aktorów jest to rzecz nienajgorsza, może nawet ważna.   Po prostu - gość zrobił film o tym co boli miliony ludzi na świecie. A co gorsze - ten ból zadają sobie i swym dzieciom sami.  I tyle. Tylko. A może aż?

niedziela, 28 kwietnia 2013

Big Love - reż. Barbara Białowąs

Niedawno, w radio słyszałam błyskotliwy wywiad z nestorem polskiego dziennikarstwa, mistrzem felietonu, satyrykiem i... wystarczy, Danielem Passentem.  Jakże przyjemne posłuchać kogoś mądrego, inteligentnego, dowcipnego, a jednocześnie z ogromnym dystansem do siebie.  Na pytanie kim chciał zostać, będąc małym chłopcem, odpowiedział, źe na pewno nie dziennikarzem. Przy okazji dostało się kilka gorzkich słów współczesnemu dziennikarstwu, że efekciarskie, płytkie, cyniczne, obliczone na tani poklask i bezrefleksyjne gnojenie ludzi i z tym bym się w 100 % zgodziła. Dowodem na te słowa, może być także  radosna twórczośc niektórych młodych filmowych recenzentów. Niestety, często się zdarza, że mniej chodzi o solidną, pogłębioną czy rozszerzoną o pewną wiedzę pozafilmową, recenzję, a bardziej o zabłyśnięcie i zgrabną frazę jej autora. Przykład - zamieszanie z panią Barbarą Białowąs z okazji jej reżyserskiego debiutu pt. "Big Love". Zrobiono z niej pośmiewisko, także z jej osobistym udziałem i na własne życzenie, wykorzystując skwapliwie jej naiwność albo pychę.  No bo używać w wywiadzie, broniąc swej twórczości, argumentu, że ma się dwa (a może trzy?) fakultety polskich uczelni, to rzeczywiście śmieszne. Być człowiekiem tak wykształconym i nie wiedzieć, że nie ma nic gorszego dla artysty, jak tłumaczenie swego dzieła, to skandal. Ale uważam, z kolei, że po filmie "Big Love" trochę za mocno, mówiąc kolokwialnie, pojechano.  Być może była to celowa prowokacja, by wywołać taką właśnie, a nie inną reakcję pani reżyser.

 Film nie jest aż taki zły, jak to wszędzie pisano. Wystarczyło tylko spojrzeć na niego z odrobiną życzliwości, zrozumienia i empatii dla bohaterów i  dało się z niego coś wyłuskać. A większość pretensjonalności,  także pewnych nielogiczności ich zachowań, złożyć na karb młodości durnej i chmurnej, będącej w istocie równoległym bohaterem filmu. Bo o czymże ten film opowiada, jak nie o głupocie, szaleństwie i niesamowicie rozbuchanym apetycie na wolność i miłość, seks w wieku, gdy się ma naście lat, a hormony buzują niczym drwa w piecu, które do ognia dokłada  sam diabeł.

Nie wiem, dlaczego akurat taki tytuł "Big Love".  No dobra, mogę zrozumieć, nasza młodzież bardziej mówi po angielsku niż po polsku, "big love" lepiej się wymawia niż "wielka miłość",  ale po co to jeszcze promować, staramy się być patriotami, nawet w tak zdawałoby mało istotnych kwestiach, a diabeł, wiadomo, tkwi w szczegółach. No, ja znowu z tym diabłem. Takie skojarzenia piekielne widać film u mnie wywołał, i może całkiem słusznie, bo jak wiemy wielka miłość często bywa grzeszna.

W każdym razie, na pewno jest to film o miłości, a jeszcze bardziej o wolności, którą człowiekowi miłość odbiera.  Z miłości leczy tylko śmierć, śpiewa filmowa Emi. Albo kolejna miłość, czego także próbuje. Ten brak wolności, gdy jesteśmy śmiertelnie zakochani jest dotkliwy. A jeszcze bardziej, gdy  ma się -naście lat, gdy chce się wszystkiego skosztować, a najbardziej owocu zakazanego. I tę skłonność wykorzystuje skwapliwie partner Emi, Maciek (Antoni Pawlicki). Przystojny, starszy o dobre kilka lat, z super bryką i pełnym portfelem facet, którego Emi poznaje na jednej z dyskotek. Oczywiście, traci dla niego głowę, i jest to jak najbardziej zrozumiałe, choć bardzo naganne. Emi ucieka z domu, przeprowadza się do Maćka, na chwilę są królami życia. Ale chłopak, to nie jedyna pasja dziewczyny. Pewnego dnia oznajmia ukochanemu, że dostała się na wydział wokalny wyższej uczelni (zachodziłam w głowę, jak jej się to udało). Jest przeszczęśliwa, bo od dawna marzy się jej kariera wokalistki rockowej kapeli. I te marzenia zaczynają się spełniać.  I w tym momencie na scenie, tym razem życia, pojawia się zazdrość. Kochający młody mężczyzna chce mieć piekną kobietę tylko i wyłącznie dla siebie. A współczesnej, młodej kobiecie nie wystarcza już do szczęścia tylko wielka miłość. Ona, mając świadomość swojej wartości, talentu, mając pasję, pragnie się realizować i spełniać swoje marzenia z nimi związane. A jest trochę za mało dojrzała, żeby dać sobie radę jednocześnie i z wielką miłością, z wielkim poczuciem czy potrzebą wolności, tak bardzo potrzebnym każdemu artyście, i na dodatek tego wszystkiego z instynktem macierzyńskim, który zaczyna się pojawiać. Sally z "Kabaretu" B. Fosse'a, mając podobny problem, decyduje się na aborcję. Jaki będzie wybór Emi?


Wielką bolączką polskiego kina jest nieznośne poczucie samowystarczalności części państwa reżyserostwa. Uważając, że są doskonali w kazdym calu, piszą sobie scenariusze. Gdyby pani Białowąs, może, zamiast zaliczania kolejnego fakultetu, skupiła się bardziej na poszukiwaniu dobrego scenarzysty, albo poświęciła trochę czasu na dopracowanie, tego co sama wysmażyła, choć skłaniam sie bardziej ku współpracy, to film miałby zadatki na całkiem udaną i fajną produkcję. Bo to co udało się wykrzesać z tego filmu zawdzięcza się mniej reżyserce, a bardziej aktorom - Aleksandra Hamkało i Antoni Pawlicki (pięknie i zgrabni jak diabli oboje), którym smaku dodali zatrudnieni w epizodach Adam Ferency, Robert Gonera czy Małgorzata Pieczyńska a także nieznany mi do tej pory Dobromir Dymecki. Dużą rolę w przyglądaniu się "Big Love" odegrało słuchanie muzyki i piosenki Ady Szulc.

Jest trochę w filmie nielogiczności, czy nieporadności, wątków i scen nie jasnych, dodanych nie wiadomo po co. Na wiele przymykałam oko, tłumacząc sobie, że autorka chciała widzowi coś tam, a propos postaci, zasygnalizować, że są przyczynkiem do ich charakterystyki.  Wiele składałam, jak już wspominałam, na karb młodości  głównych bohaterów. Ale jedna scena, a właściwie ujęcie, jest naprawdę karkołomne i nie do zaakceptowania, bo wyraża tylko i wyłącznie skłonność do efekciarstwa pani reżyser. Chodzi mi o scenę, gdy śledczy przybywają na miejsce wypadku, mierzą odległości między śladami przestępstwa, a pet wypalonego przez ofiarę papierosa ciągle się dymi. Wygląda to bardzo malowniczo, ale trochę niewiarygodnie.

Na koniec refleksja -  mniej papierów, szkół (wyrastających jak grzyby po deszczu ku uciesze ich wykładowców), kalkulacji i teorii /także filmowej/,  a więcej serca, wyczucia, także życia, pasji, no i wiary w to, że.... nie jest się jedynym geniuszem na Ziemi.


środa, 24 kwietnia 2013

W ciemności - reż. Agnieszka Holland

Polacy to już sami nie wiedzą, czego chcą. Albo po prostu nie lubią Żydów, choć oczywiście nie są antysemitami. Narzekają na każdy film z Holocaustem w tle, bez względu na miejsce akcji oraz rolę jaką pełnią w nim Polacy. No bo, dziwię się dlaczego tak wielu Rodakom najnowszy film Agnieszki Holland nie za bardzo przypadł do gustu. Przecież opowiada o dobrym Polaku, ratującym Żydów przed zagładą. Powinni cieszyć się i bić mocno brawo. Z taką samą siłą jaką rzucali przysłowiowymi kamieniami w Pasikowskiego po "Pokłosiu". Ach, wiem, dlaczego nie biją. Leopold Socha to przecież żaden patriota i żaden bohater. Nie ginie w rozchełstanej na piersiach koszuli za Polskę czy za krzyż. Nawet za Żyda nie ginie. Za nic nie ginie!  O zgrozo, jest zwyczajnym lwowskim cwaniaczkiem, który chce przeżyć wojnę. I dlatego, za drobną opłatą, pomaga Żydom uniknąć śmierci.  Ot, jedna z form wojennego zarobku. Wcześniej, na początku wojny, okradał niemieckie kwatery, a łupy chował po kanałach. Gdy trafia się inna okazja zdobycia paru groszy, skwapliwie ją wykorzystuje.

I to jest najpiękniejsze w tej postaci, głębokie człowieczeństwo, z wszystkimi jego, i dobrymi i złymi aspektami. Bo to, że bierze od Żydów pieniądze - czy to mu w czymś ujmuje? Jak sam napomyka - nie jest przecież frajerem. Uczciwie oferuje im za pieniądze usługi zaopatrzeniowca i przewodnika po kanałach. I ani na moment przez głowę mu nie przeszła myśl, żeby ich oszukać, nie wywiązać się przyrzeczonych obietnic, czy danego słowa. Ani się też pewnie nie spodziewał, że z czasem przywiąże się do tej żydowskiej kanałowej kilkunastoosobowej spoleczności jak do swojej rodziny, a jest moment, że nawet może trochę bardziej niż do rodziny. Martwi się o ich los i ratuje z każdej opresji, nie dbając o niebezpieczeństwo na jakie naraża siebie i najbliższych.

Agnieszka Holland nie mogła dokonać trafniejszego wyboru decydując się na obsadzenie w roli Sochy Roberta Więckiewicza. Jego Lwowiak jest taki autentyczny, taki wiarygodny i przy tym wzruszający. Prosty człowiek, który ma to nieszczęście, ze przychodzi mu doświadczyć wojny a wraz z nią wielu prób na ocalenie człowieczeństwa. I z każdej z tych prób wychodzi obronną ręką - na tyle na ile pozwalają mu warunki udaje mu się być uczciwym, dobrym człowiekiem, który nawet nie zdaje sobie sprawy, że robi coś ważnego, bohaterskiego. Kiedy trzeba - potrafi i wroga zabić - jest wojna, o on nie jest frajerem. Ale kiedy trzeba potrafi życie ocalić, nie tylko swoje.  On się nawet specjalnie przez tę wojnę nie zmieniał, nie przeobrażał w kogoś innego, lepszego. Właściwie, jest zawsze sobą, tylko sceneria zycia się zmieniała, a on się do niej dopasowywał.  Być może, gdyby nie wojna, nie miałby okazji przekonać się, jak wielkie i dobre ma serce.

Bardzo mi się podobał uczciwy, jak myślę,  obraz relacji, jakie istniały między Żydami i Polakami. Ich wzajemna nieufność, to złe mniemanie jakie mają jedni o drugich, często pogardliwy i lekceważący ton, jaki przybierają wobec siebie, ta ciągła wzajemna podejrzliwość i ten brak wdzięczności w stosunku do Sochy, za pomoc, bo przecież skoro płacą… jak zawsze, myślą, że wszystko można kupić.  Oraz kompletny brak wzajemnej wiedzy o sobie nawzajem obu narodów, mimo wielowiekowego przecież współistnienia.  Może stąd ta niechęć między nimi. A może inaczej - ignorancja wynika z powodu niechęci? Scena zdziwienia Szczepka, na wieść, że Jezus, którego kocha, też był Żydem – bezcenna i jestem pewna, że odegrana nie raz w wielu polskich współczesnych katolickich domach.

Na docenienie zasługuje również mnogość wątków ukazujących, że wojna to nie tylko heroiczna walka o wolność i przetrwanie, to także mnóstwo codziennych prozaicznych czynności, ktore składaja się na życie - pranie, gotowanie, zakupy, a także modlitwa, zabawy z dziećmi, spanie no i w końcu kochanie się, nawet w kanałach. Po prostu wojna wojną, a życie życiem.  Walka Tanatosa i Erosa, daje o sobie znać w najbardziej ekstremalnych warunkach, tym bardziej w takich -  gatunek musi przetrwać.

Film jest bardzo dobry, głównie ze względu na postać Sochy, jako przewodnikiem w mroku wojny.  Dobre zdjęcia (Jolanta Dylewska), czytelne mimo ciemności. Piękna muzyka (Antoni Komasa-Łazarkiewicz). Gra aktorska całego zespołu bez zarzutu, także dziewczynek grających Krysię i córkę Poldka. Trzeba by jeszcze wyróżnić Julię Kijowską (Chaja), Krzysztofa Skoniecznego jako Szczepka - wspólnika Poldka, czy Michała Żurawskiego - Ukrainiec Bortnik, że o Kindze Preis nie wspomnę, czy Benno Furmannie.

Choć "W ciemności"  nie porywa, nie rzuca na kolana, nie szlochamy w głos w czasie seansu, ale uczciwie (to słowo bez przerwy przychodzi mi na myśl, gdy piszę o tym filmie), mądrze, pokazuje jak wtedy i tam (wschodnie kresy) było, że mimo wojny, strachu, choć w upokarzających warunkach, wbrew usilnym staraniom okupanta, potrafili przeżyć, i to godnie, podniesionym czołem. Ba! nawet z satysfakcją -  „Ludzi, te Żydy to moi, moi dzieło!”