Przez wszystkie filmy trylogii przewija się, jak
to u Hanekego, motyw osamotnienia, wyobcowania, znieczulenia, a w końcu -
przemocy. A wszystko to w poświacie ekranu telewizyjnego, z ktorego
codziennie, od świtu do nocy, bohaterowie są bombardowani scenami
gwałtu, zniewolenia, agresji, wszelkich wojen, konfliktów, ludobójstw,
zamachów. Tak jakby wszystkie problemy świata
można było rozwiązać jedynie przemocą. To i nic dziwnego, że w wypadku
jakichś zaburzeń osobowościowych, czy realcji z otoczeniem,
pojawiających się w obszarze pojedynczego człowieka, i on decyduje się
na ich rozwiązanie za pomocą broni, agresji.



Każdy z tych filmów poraża sugestywnie
przedstawioną codziennościa, jaka jest udziałem każdego z nas. Oglądamy
zwyczajne rodziny, składające się z męża, żony, dzieci, gdzieś tam funkcjonują
dziadkowie, o których się pamięta i pisze do nich regularne listy. Mężowie i
żony utrzymują swe domy, chodzą przykładnie do pracy, po pracy robią zakupy, później spożywają
wspólnie posiłki, oglądają telewizję.
Dzieci uczęszczają grzecznie do szkoły, na studia,
są zadbane, ale niestety... czują się nieco samotne. Próbują więc w jakiś
sposób zwrócić na siebie uwagę, zarówno rodziców jak i otoczenia. Benny
zainspirowany dokumentem o uboju świń kręci amatorską kamerą drastyczny film ze
świeżo poznaną koleżanką w roli głównej. Dziewczynka z "Siódmego
kontynentu" - mając matkę okulistkę, udaje, że traci wzrok. Dzieci w
" 71 fragmentach" są bohaterem zbiorowym, jest ich tu więcej i są
bardziej zróżnicowane pod względem wieku, pochodzenia, zajęcia - mamy tu
bezdomnego imigranta z Rumunii, Anne z domu dziecka, kilku studentów, w tym
jednego szczególnego - Maxa, grającego wyczynowo w ping ponga - wszyscy choć
otoczeni ludźmi, często nawet im przyjaznymi czują się nieszczęśliwi i
opuszczeni. Podobnie zresztą jak dorośli, którzy w każdym z tych filmów, nawiązują
między sobą dialogi (co nie znaczy, że z sobą rozmawiają), krzątają się wspólnie wokół domowych obowiązków, a jednak...
niektorzy decydują się na desperackie kroki w swoim życiu. Przerażająca konkluzja
wycieka z tej trylogii, niech nam się nie wydaje, że żyjąc ileś lat pod jednym
dachem, znamy się nawzajem. Układne, przyzwoite zachowania, wzajemne uprzejmości,
uśmiechy, wspólne wydatki, pytania i odpowiedzi przy niedzielnym obiedzie, cotygodniowe
telefony do mamusi, listy pisane
regularnie do teściów, to tylko gesty, jedne mniej lub bardziej
wyuczone, one nie
budują bliskości, nie stanowią gwarantu szczęścia, bezpieczeństwa.
Samotnie,
niczym planety krążymy wokół swoich osi, wpadając od czasu do czasu na
siebie, a
chwilowy, przypadkowy często, kontakt, budzi, bezowocnie, jeszcze
wieksze
pragnienie zatrzymania się na dłużej. A na dodatek ta świadomość, na
której kształtowanie składają się współczesne media,
wtlaczając nam w mózgi całe 24 godziny na dobę, informacje iż zyjemy na
beczce prochu, w ciągłym
zagrożeniu. Jeśli do tego dodać jeszcze nieustajaco rosnace wymagania,
jakie galopujący ku szczęśliwości świat narzuca nam wobec siebie i
innych, to nie ma się czemu dziwić, że
co słabsi albo inaczej mówiąc, wrażliwsi, nie wytrzymują tego ciśnienia
i... pękają.
Moja recenzja z "Siódmego kontynentu"
OdpowiedzUsuńhttp://uszatyfotel.wordpress.com/2012/01/23/witaj-czarny-poniedzialku/
Zapraszam do posiedzenia, poczytania i polubienia uszatego fotela.
Pozdrawiam,
Uszatek