piątek, 7 grudnia 2012

Lęk wysokości - reż. Bartosz Konopka

Marzę, żeby wreszcie, a szczególnie w polskim kinie, zobaczyć normalny film, będący linearną opowieścią o życiu, uporządkowaną historią jakiegoś zdarzenia, przypadku etc. Film Konopki, przy całym swym jakże szlachetnym przesłaniu o próbie zrozumienia i porozumienia się dorosłego dziecka (tu konkretnie syna) z rodzicem będącym w schyłkowym okresie  życia, jest chwilami taki pretensjonalny.  Tomek, pochodzi z niedużej miejscowości na Śląsku. Wyemigrował do Warszawy, Jest dziennikarzem z powodzeniem pnącym się po szczeblach kariery telewizyjnej. W nowoczesnym bloku ma nowoczesne mieszkanie urządzone meblami z IKEI. Żyje w związku z fajną, nowoczesną dziewczynę (po mieszkaniu chodzi w męskim podkoszulku i w grubych, chyba także męskich, skarpetach). Tomek ma także nowoczesną matkę, która wyjechała za granicę, i jak na XXI wiek przystało, rozmawia z synem oraz synową (pełna symbioza między paniami, a jakże!) przez skype'a.

Życie byłoby  takie piękne, gdyby nie ojciec, Wojciech Janicki (Krzysztof Stroiński), któremu na stare lata odbiło. Nie wiemy dokładnie co, i z jakiej przyczyny, ale facet wariuje. Wyrzuca meble przez okno, podpala sąsiadom mieszkanie itp. Gdzieś tam pada słowo "schizofrenia", ale nie mamy pewności, czy o nią chodzi. Nie wiemy, czy to jakieś geny dały znać o sobie, czy jakieś przeżycia osobiste odbiły się piętnem na psychice ojca. Są pewne sugestie,  wszystkiego w tym filmie musimy się domyślać, tracąc na to niepotrzebnie energię i wytężając niemiłosiernie słuch, bo dźwięk, jak w każdym, powtarzam "w każdym" polskim filmie jest do dupy (sorry, ale moja cierpliwość się już w tej materii wyczerpała). Żeby nam te domysły ułatwić, reżyser co rusz dorzuca jakiś reminiscencyjny filmik z przeszłości małego Tomka, hasającego z ojcem po górach Tatrach.  A jeden filmik to jest nawet taki, w którym tata wyrzuca mamy walizki przez okno i każe jej sobie iść, bo ... nie dosłyszałam, niestety...  Chyba chodziło o to, że go zdradziła, czy oszukała, w każdym razie to chyba zła kobieta była, i ta cała choroba psychiczna ojca to przez przez nią. Takie mam wrażenie. Nie ważne w gruncie rzeczy.

Bo najważniejsze jest w tym filmie to, że syn Tomek, ten zimny karierowicz, nagle się budzi, zaczyna interesować się ojcem, a nawet czuć do niego coś na kształt ... czułości. Nie przychodzi mu to łatwo.  Warszawę od Śląska dzieli ponad 300 kilometrów. No i na początku jest bunt, niechęć, obrzydzenie, ale z czasem, powoli, wraz ze wzrostem częstotliwości wizyt w psychiatryku i w śląskim mieszkaniu ojca, ich kontakty zacieśniają się.  A wszystko zaczyna się od przypadkowego przytulenia, które właściwie jest zwarciem dwóch mężczyzn, wojujących ze sobą. I to jest najlepsza i najładniejsza scena filmu, będąca także przełomową w relacjach obu panów, a właściwie to jednego z nich, czyli syna. Bo chory ojciec jeszcze długo będzie się bronił przed uczuciami i emocjami, które kiedyś dawno, w sobie zabił. Zgodnie z zasadą: "nie kochasz, nie cierpisz". Może dlatego zachorował, bo te martwe uczucia, nagromadzone gdzieś w jego środku, zgniły, napuchły, musiały więc znaleźć ujście w niezrozumiałych dla otoczenia atakach agresji.

Przykro mi to pisać, ale ten film nie poruszył we mnie mocniej żadnych strun, mimo, że sama jestem na etapie, albo właściwie, mam go już za sobą, rozliczeń ze swoimi rodzicami. Każdy z nas ma, albo będzie miał, taki okres w życiu. I różne będą owych rozliczeń owoce. Przebaczenie. Zrozumienie. Wyrzuty sumienia. Żal. Zapiekłość. Nienawiść. Albo poczucie spełniania obowiązku. U Piotra Trzaskalskiego okres ten zaowocował filmem "Mój rower". Marcin Koszałka nakręcił "Takiego pięknego syna urodziłam", czy "Ucieknijmy od niej". Marek Lechki - "Erratum". Bartosz Konopka - nie wiem, na ile jego "Lęk wysokości" jest autobiograficzny, ale też wpisuje się w nurt tego rodzaju filmów. Bardzo potrzebnych, by zdać sobie sprawę ze złożoności życia i zakończyć proces myślenia o swoich rodzicach wyłącznie w trybie pretensji i roszczeń, jako o tych, którzy są winni naszych porażek. I zadać sobie pytanie, na ile przyczynili się do naszych sukcesów. Czasem, to co za młodu wydaje się klęską, obraca się w dorosłym życiu w zwycięstwo. Gdyby filmowy Tomek Janicki pochodził z innego domu, być może nie miałby takiego parcia do usamodzielnienia się, życia w inny sposób, niż jego rodzice. Sami widzimy jak bardzo jego styl życia jest przeciwieństwem egzystencji jego rodziców : obszerne czyste mieszkanie, błyskotliwa kariera zawodowa, zgodny związek.

Dlaczego nie poruszała mnie ekranowa historia, z dobrą kreacją Krzysztofa Stroińskiego? Ano, chyba dlatego, że była przedobrzona pod względem formalnym. Czasem mi się wydaje, że im więcej udziwnień typu: zniekształcony dźwięk, zabrudzony obraz, czy retrospekcje, tym mniej ma reżyser, czy twórcy, do powiedzenia, że chcą pokryć jakieś braki. Bo gdyby wyrzucić te pseudoartystyczne sekwencje, pozostałaby pustka, którą trzeba wypełnić nie tylko spojrzeniami, ale także dialogami, czy jakimiś inteligentnymi niuansami, które dopełniłyby i udramatyzowały opowieść o ojcu i synu. 

"Lęk wysokości" nuży. Aktorzy bardzo się starają, charakteryzatorzy również, ale kilka "mocnych", acz oklepanych, scen z psychiatryka, typu ściekająca ślina z ust otępiałego przez leki ojca, czy rzucanie sprzętem domowym w syna i przechodniów na ulicy, albo mały chłopiec gładzący po plecach tatę, który przed chwilą wyrzucił z domu jego matkę, to trochę za mało. Jeśli robią one w ogóle wrażenie, to tylko powierzchowne. To są sceny klisze, znane z dziesiątków filmów, nie tylko fabularnych. Zabrakło między nimi prawdziwego życiowego mięsa. Jakiegoś lepiszcza, które by je powiązało.
Zawiodłam się, liczyłam zdecydowanie na więcej, nie tylko na ilustrację problemu, jakim jest brak odwetu dorosłych, skrzywdzonych w jakiś sposób w dzieciństwie synów i córek, nad ich chorymi, bezradnymi rodzicami. Tym bardziej, że Tomasz wykazuje się takim odruchem jeszcze przed swoim rodzicielstwem,a więc przed swoimi doświadczeniami, błędami w wychowaniu potomka, powinno to być jakoś bardziej wiarygodnie przedstawione.  Przy całym szacunku dla dobrej woli i szlachetności celu stworzenia tego filmu, nie potrafiłam się nim wzruszyć, choć czułam, a raczej wiedziałam, że powinnam.
5/10

17 komentarzy:

  1. Mi się ten film podobał i bardzo mnie wzruszył. Ale dobrze jest przeczytać także zdanie odmienne. Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale rozumiem, że ten film mógł się podobać i wzruszać. Mnie w nim czegoś zabrakło. Może solidnej, prostej opowieści, z początkiem i środkiem, który pozwoliłby mi zrozumieć i wzruszyć się czynami syna i ojca. Dla mnie te postaci były jak urwane z choinki marionetki.

      A skoro już jestem przy głosie, chciałabym pochwalić epizod Anny Dymnej, grającą lekarkę w szpitalu. "Lekarz nie jest ani przyjacielem, ani rodziną, lekarz ma leczyć" i papieros, który zapala po tej ripoście. Dla mnie to było wejście smoka. Taka krótka scena, taka krótka kwestia, a tak zostało w pamięci. Bomba.

      Usuń
  2. I bez oceny... Ja dałem 7/10 choć ostatnio oceniam surowiej :) Mi się film nawet podobał, jak na twórczość polską oczywiście, ostatnich lat. Myślę, że daje on trochę do myślenia. Że możemy się zastanowić nad tym, co z nami może być za kilka, kilkanaście lat?
    Matka mojego kolegi zachorowała na Alzheimera. Kiedyś bardzo twardą ręką trzymała wszystko w kupie. Ale w niedługim czasie po śmierci męża, gdy została sama w domu pojawiła się choroba która bardzo się nasiliła. Teraz kolega wziął ją do siebie do domu. Wraz z żoną opiekuje się matką, która w dzieciństwie porządnie zalazła mu za skórę. Co mam zrobić - to matka - mówi, choć sytuację ma nie do pozazdroszczenia.
    Nie chciałbym aby mnie spotkała taka choroba. Lepiej już umrzeć.
    Ale pesymistycznie zakończyłem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz dodam ocenę. :)
      Film daje do myślenia, co zaznaczyłam w swoim wpisie. Ma szlachetny cel, każdy z nas, albo raczej - wielu z nas, kiedyś stanie przed takim dylematem, jak bohater filmu. Wszystko to rozumiem i o tym napisałam, lecz film jako sam film, nie przemawia do mnie. Nie moge się na nim wzruszać tylko z tego powodu, że znam wiele przypadków z życia, nie tylko obcych ludzi, o jakich opowiada "Lęk wysokości" życie to życie, film to film.
      Zgodzę sie z Tobą, że lepiej umrzeć niż żyć z taką ciężką chorobą i umierać latami, będąc sztucznie podtrzymywanym przez medycynę i rodzinę, tylko dlatego, żeby ona miała spokojne sumienie. Dlatego trzeba walczyć o możliwość eutanazji.

      Usuń
    2. Też jestem zwolennikiem eutanazji. Mój ojciec chorował prawie trzy lata zanim umarł. Wiem dobrze jak się "żyje" w takiej sytuacji. A co do filmu, to fakt że mógł być lepszy, jednak to tylko (?) polski film.

      Usuń
    3. Myśląc o eutanazji mam w pamięci film na jej cześć - "Daleko od morza" z Bardemem w roli głównej. O przypadku najgorszym ze wszystkich możliwych, jeśli człowiek jest w takiej sytuacji, że nie jest zdolny nawet do samobójstwa, bo nie może się poruszyć. Uważam, że tylko ktoś kto bardzo kocha, tak jak ta kobieta w tym filmie, odważy się na decyzję, by pomóc odejść komuś tak umęczonemu życiem.

      A co do rodziców, ich błędów wychowawczych, i jak się ma po latach do nich nasza miłość. Powinna być bezwarunkowa, tak nakazuje IV przykazanie. Niestety, czasem bywa to bardzo trudne. Ale może nawet ważniejsze jest by tych swoich rodziców zrozumieć, to może wtedy i ta miłość się pojawi, tak samoistnie, bez żadnego przymuszenia.
      Mi w tym filmie brakowało ukazania cierpienia Tomka-syna i jego ojca, które wyjaśniłoby dlaczego nie mieli kontaktu ze sobą przez wiele, wiele lat. Brakowało mi tego momentu ich wzajemnego zrozumienia. Być może miało to być tak, że u Tomka najpierw pojawia się zimne poczucie obowiązku, wynikające z litości, a dopiero później przychodzi czułość i chęć zaopiekowania się ojcem. Ale ja to wszystko muszę sobie tłumaczyć po filmie, w czasie seansu nic specjalnego nie czułam, a "czucie" i wszystkie inne słowa o tym rdzeniu (współczucie, odczucie, poczucie itp.), to jest dla mnie podstawa dobrej opinii o filmie. Ma to być porywająca opowieść przede wszystkim. Kwestie formalne, jak jest pokazana, są raczej drugoplanowe, co nie znaczy, że nie mogą być interesujące, byle by nie przeszkadzały.

      Usuń
  3. "Daleko od morza" oglądałem. Dobra rzecz. Warta polecenia, zwłaszcza tym którzy są twardymi przeciwnikami eutanazji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojciec nie zwariował na starość - on był chory od dawna, może nawet od zawsze

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie zauważyłam w filmie, albo nie dosłyszałam (jakość dźwieku fatalna), jednoznacznego sygnału o przewlekłej chorobie ojca. Żona Tomka co prawda sprawdza w internecie czy schizofrenia jest dziedziczna, ale w filmikach z przeszłości, gdy Tomek był mały, ojciec ani razu nie wygląda na chorego. W szpitalu także, nikt nie wypowiada słowa "schizofrenia". Tak jak mówię, film jest pogmatwany, dlatego za dużo energii tracimy na kojarzenie faktów, i nie pozostaje już jej, żeby współodczuwać.
    Możesz mi zdradzić, co cię upewniło w tym, że ojciec był chory od zawsze?

    OdpowiedzUsuń
  6. w filmie to jest powiedziane, dlatego żona od niego odeszła, syn się odwrócił itd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przysięgam, że tego nie słyszałam. Jeśli tak, to bardzo złe ludzie byli z tej matki i syna. przecież nie można opuszczać chorego człowieka.
      Ja maiłam wrażenie, że żona od niego nie odeszła, ale to mąż ją wyrzucił, doslownie - walizki przez okno także, bo coś przeskrobała. Jeśli był chory od zawsze, to dlaczego nigdy w retrospekcjach, nie było zadnej sceny ze szpitala (tylko same pełne szczęścia, ktore jakby odradzały naburmuszonego dorosłego Tomka)), albo jakiejś, która by świadczyła o jego chorobie. Miałam wrażenie, że ojciec rozchorował się, gdy został sam. Na własne życzenie, ale to mu jednak na zdrowie nie wyszło. Nie jestem przekonana, że masz całkowitą rację. ale może się mylę.

      Widzicie, taki to był film, zamiast oddawać sie wzruszeniom ja musiałam cały czas główkować, jak to z tym ojcem i synem było. Przekombinowany film.

      Usuń
  7. Naprawdę uważasz, że "Sponsoring" jest lepszym filmem od "Lęku wysokości"?
    No to Małgośka by się ucieszyła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę tak uważam, przynajmniej o ten 1 punkt.

      Usuń
  8. Dzień dobry :)
    A mnie się ten film podobał, nawet bardzo, choć i dostrzegłem w nim wady. Co tak naprawdę „wzięło za mordę”? Świetne portrety dwóch mężczyzn – młodszego i starszego. W obie postacie wierzę całkowicie. Wierzę także we wszystkie, bardzo złożone, relacje między nimi. Również w ich ewolucję – od niechęci o obrzydzenia, przez narodziny więzi, po miłość. Wydaje mi się także, że może być tak, iż nawet najbliższej nam osoby, z którą przebywamy non stop, nie poznamy do końca. Coś takiego było chyba ze starym Janickim.

    Co stało się z postacią Stroińskiego? Mój pomysł zawarłem w recenzji. Mam nadzieję, że nie obrazisz się za wklejenie:

    "Kluczem do zrozumienia niezwykle skomplikowanych zależności ojcowsko-synowskich w „Lęku wysokości” są wspomnienia Tomasza. W dzieciństwie to ojciec, nie matka, był dla niego autorytetem, kimś, z kim nie tylko bawił się, ale i rozmawiał o najważniejszych rzeczach. Nic nie wskazywało na to, że z czasem grany przez Stroińskiego bohater stanie się zgorzkniałym i agresywnym paranoikiem. Przemiana zaczęła się wraz z wyjazdem jego żony do pracy na zachód. Rzeczywistość w Polsce ulegała metamorfozie – komunizm umierał, ludzie obrotni albo rozkręcali interesy w kraju, albo wyjeżdżali na saksy. Tomasz widział więc, jak jego ojciec nie mogąc sprostać nowym czasom, a tym samym spełniać się jako głowa rodziny, ucieka w imaginację. Stan ten zapewne pogłębił się po wyjeździe syna na studia. Mężczyzna został opuszczony nie tylko przez żonę, lecz także przez jedyne dziecko. Co więcej, w przeciwieństwie do niego oboje zaczęli bardzo dobrze sobie radzić w wolnej, choć nie dla wszystkich przyjaznej Polsce. Pogłębiająca się frustracja zaczęła znajdywać ujście na zewnątrz – bohater zamknął się w świecie sobie znanych fantazmatów, zaś na ingerencję z zewnątrz, zawsze w jego mniemaniu wrogą, reagował jak na wtargniecie intruzów.

    W tym momencie dotykamy sedna filmu – moim zdaniem obraz Bartosza Konopki jest wiarygodną, choć nie pozbawioną wad, próbą dotarcia do pewnej sfery męskich uczuć związanych przede wszystkim z odpowiedzialnością za najbliższych. W pewnym momencie Tomasz uzmysławia sobie, iż jego ojciec po prostu nie podołał nowym czasom – bał się wyjechać za granicę, coraz gorzej znosił rozpleniający się kult posiadania, może także przerażało go tempo przeobrażeń polskiego społeczeństwa pod koniec lat 80. ubiegłego wieku. I tak jak większość jego rodaków zmieniała się „na zewnątrz”, tak on - nie nadążając za sąsiadem, żoną i synem - wybrał drogę „do wewnątrz”. I teraz mamy Tomasza – młodego mężczyznę, który właśnie powoli buduje swój świat. Na pozór wszystko idzie gładko – ma naprawdę niezłe lokum, wspaniałą dziewczynę oraz perspektywiczną pracę. Ale w pewnym momencie dowiaduje się, że zostanie ojcem. Cieszy się, a jakże, przecież jest dorosłym i odpowiedzialnym facetem wybiegającym zamiarami dalej niż tylko „tu i teraz”. Rzecz w tym, iż nawiązanie kontaktu z ojcem sprawia, iż bohater także zaczyna zastanawiać się, czy podoła wszystkim życiowym przeciwnościom. Podobnie jak przed laty jego ojciec, Tomasz zaczyna wątpić w swoje siły i możliwości. Zbliżenie z nim powoduje także powolną, acz wyraźna separację ze światem, w którym dotąd żył."

    A minusy?
    Film generalnie jest naturalny. Jednak reżyser chciał mu przydać dodatkowych znaczeń, stąd różne podobieństwa, paralele, piękne choć zbyt bajkowe koincydencje. Przez to czasami zamiast filmu o świecie za oknem patrzymy na świat... filmowy.

    Dźwięk.
    Najczęściej filmy oglądam z żoną. I na polskich filmach najczęstsza sytuacja jest tak: Cooo?! Co on powiedział??!! To i to – któreś z nas podrzuca. Kurwa – do polskich filmów powinny być napisy – ktoś z nas komentuje. A kiedy ja na przykład podkręcam dźwięk, by wszystko słyszeć, żona krzyczy, że dzieciory pobudzimy. I nawet z dramatu robi się cyrk.

    Pozdrawiam w zimę gorrrrrąco

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Irku. Cieszę się, że zawitałeś w moje progi :) Za wklejenie fragmentu twojej recenzji nie dość, że się nie obrażam, to jeszcze jestem ci wdzięczna. Bardzo mi sie podoba Twój pomysł na Stroińskiego, czyli ojca. Fakt, był w jakiś sposób nie dojrzały, nie potrafił się przystosować, jego bezradność zamieniła się z czasem we frustrację i zaburzenia psychiczne. Te jego złośliwostki a propos Warszawy i kariery syna. Normalny ojciec, nawet taki, któremu się nie powiodło (albo nawet tym bardziej taki, któremu się nie powiodło) byłby wniebowzięty, gdyby jego synowi tak się w życiu udało jak Tomkowi. Coś z nim było nie tak.
      Myślisz, że Tomasz naprawdę odseparuje się od świata, w którym żył. Mnie się wydaje, że to jego załamanie było chwilowe, on jest jednak zupełnie inny od ojca.
      Fajnie to sobie wszystko przetłumaczyłeś, tę całą gmatwaninę. Ja niestety, nie odebrałam tych sygnałów co ty, jeśli chodzi o te dwie męskie postawy, ich stosunek do przemian społecznych zachodzących w kraju i na tym tle kwestię odpowiedzialności. Odczytywałam ten film jako ogólnie traktujący o odpowiedzialności, poczuciu obowiązku, miłości ich wzajemnych korelacjach.
      Dzięki twojej wnikliwości miałeś z filmu satysfakcję.

      Dobrze wypunktowałeś minusy filmu. :) A co dźwięku - ha, ha, ha. Mamy to samo, oprócz małych dzieci. My szczęśliwie możemy już głos podkręcać na maksa. Co też w przypadku polskich filmu czynimy, ale niewiele to daje, bo dżwięk jest czasem nieczysty, nierówny a i dykcja aktorów nie zawsze idealna. Tragedia!

      Dziekuję za bardzo pożyteczny komentarz. :) I również pozdrawiam.

      Usuń
  9. Wiesz co, Babko, nie wiedziałam, co napisać o moich odczuciach po tym filmie (i nie zrobiłam tego ostatecznie), teraz już wiem. Zacytowałabym Ciebie, w całości niemal. Jest dokładnie jak mówisz: czujesz, że chciano, by cię to ruszyło, ciebie nie rusza i jeszcze drażni podwójnie: że czegoś się od ciebie w tym temacie wymaga i że nie zrobiło się wystarczająco wiele, byś mogła to odczuć:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klapseroko, lepszego podsumowania i komentarza pod moim wpisem na temat "Lęku wysokości" nie mogłabym sobie życzyć. Uff, jak mi ulżyło. :)

      Usuń