Dlaczego taka duża Karen płacze w autobusie?
Może jest
chora? Właśnie dowiedziała się o śmierci kogoś bliskiego? A może
rozstała się
na zawsze z kochankiem? A może mąż ją pobił? Może się czegoś boi? Może
czegoś
żałuje? Może, może, może… ileż pytań bez odpowiedzi ciśnie się na usta,
gdy
widzimy kogoś pochlipującego w środku transportu publicznego. Jeśli ktoś
nie
może się opanować i daje upust swoim emocjom nie bacząc na miejsce,
otoczenie,
sprawa może być poważna... Przejechawszy
kilka przystanków, Karen wysiada. Jest już późny wieczór, ulice miasta,
daleko
poza centrum, są puste. Karen łomocze do drzwi zaniedbanej kamienicy,
prosi
o pokój. Z głębi domu odzywa się głos gospodyni, że takim nie dysponuje.
Karen
obiecuje, że zapłaci za trzy miesiące z góry. Zostaje zakwaterowana.
Domyslamy się,
że bohaterka filmu nie jest biedna (na co wskazuje także duże
obrzydzenie do brudu i karaluchów), ale może być
nieszczęśliwa. I nie mylimy się, o czym przekonujemy się nazajutrz, gdy
telefonuje ona do swojej matki, z prośbą o pomoc. Lecz nie znajduje
Karen zrozumienia u rodzicielki. Wręcz przeciwnie, namawia ją ona do
powrotu do domu, do męża, albo choćby na
spotkanie z nim. Znamy, więc już powód łez Karen. Tylko nie wiemy
jeszcz, czy są to łzy szczęścia, czy radości. Karen godzi się na
spotkanie z mężem, dzięki temu
mamy okazję przekonać się, że jest on dobrze ubranym, przystojnym i
kulturalnym mężczyzną w
średnim wieku, przyzwoicie sytuowanym, mogącym sobie pozwolić na
utrzymanie domu i żony. Oczywiście, mąż namawia grzecznie żonę do powrotu, ale Karen nie ma już
ochoty służyć jako szatniarka, pomoc
kuchenna, pokojówka oraz pani do towarzystwa w jednym. Ma
ochotę
sama zarobić na swoje utrzymanie, żyć na własny rachunek. Podjęła to
ryzyko, mimo
nie pierwszej młodości, średniej urody i takiejż figury, zaczynając "od
zera", ale za to z
kilkoma tysiącami pesos w portfelu. Niestety, o pracę dla takiej
kobiety, jak ona nie
jest łatwo, a torebkę z pieniędzmi ukradziono. Na szczęście za pokój
zapłaciła
z góry. Aby przeżyć zaczyna żebrać. To znaczy prosić na przystankach
autobusowych
o parę drobnych monet na przejazd. Ludzie są współczujący i litościwi,
dzięki temu Karen
egzystuje, cierpliwie szukając pracy. Jej upór zostaje nagrodzony.
Karen znajduje jakąś marną pracę, ale i nowych znajomych, i to z całkiem
przyzwoitych kręgów,
zarówno mężczyzn jak i kobiety, które śmiało zadają Karen pytanie „czym
się
zajmujesz”? A ona ciągle jeszcze odpowiada z zakłopotaniem, jak do tej
pory: „czytaniem książek”, np.
Ibsena. Trudno przecież chwalić sie pracą rozdawacza ulotek. Dzięki
znajomej z wynajmowanego obok pokoju, Patricii, osóbki nader wyzwolonej,
zaprzyjaźnia się z miejscowym dramatopisarzem, zaczyna bywać, w
teatrze, na bankietach, zostaje jego kochanką, dostaje od niego
propozycję wyjazdu do
Argentyny (sztuki przyjaciela zyskują rozgłos w krajach ościennych)
zwieńczoną
prośbą o podanie marynarki. Czy Karen ją poda, czy nadal będzie jeździła
autobusem, i czy będzie jeszcze w nim płakać? Zobaczcie debiut fabularny
kolumbijskiego,
34-letniego reżysera Gabriela Rojas Vera. Film nie poraża tempem akcji,
bo i w
życiu Karen, która postanowiła być „kimś”, nic specjalnego się nie
dzieje, ale cały
czas utrzymuje stały poziom zainteresowania zmaganiem Karen z
codziennością,
jakże różniącą się od tej, którą wiodła u boku męża, i... oczekiwaniem
na odpowiedź na pytanie, czy Karen będzie teraz szczęśliwa?
wtorek, 2 sierpnia 2011
środa, 27 lipca 2011
"80 dni" czyli starsze panie są fajne! - reż. Jon Garaño, José María Goenaga
Film niezwykły pod wieloma względami – 80 dni z życia dwóch kobiet, mało
tego – 70letnich! Wyobraźcie sobie te zmarszczki, tę niełabędzią szyję,
tę niedoskonałą figurę, a w dodatku panie mają skłonności lesbijskie –
tego jeszcze nie było! Axun i Maite pochodzą z tej samej, niedużej
miejscowości w Hiszpanii. Przyjaźniły się jako nastolatki. Po szkole
każda z nich poszła w swoją stronę. Axun wyszła za mąż, osiadła na wsi.
Maite skończyła konserwatorium muzyczne, wykłada w wyższej szkole, daje
koncertyi wybiera się na emeryturę. Żyje samotnie, jest lesbijką. Po
ponad 50 latach, przypadek sprawia, że obie panie spotykają się w
szpitalu u wezgłowia leżących w śpiączce krewnych. Axun odwiedza zięcia,
który miał ciężki wypadek drogowy, a Maite pielęgnuje brata po wylewie.
Ich przyjaźń zaczyna pomału odżywać. Maite jest kobietą światową,
otwartą, szczerą, nie kryje swoich uczuć, choć nie ładuje się nikomu do
życia z butami – jest bardzo subtelna, taktowna, nienachalna. Axun
natomiast to kobieta wycofana, czasem nawet zacofana, nieśmiała,
zakompleksiona. Co prawda, pamięta pocałunek jaki dawno temu złożyła na
jej ustach Maite, ale ze strachem przywołuje go w pamięci – czuje się
nieswojo z myślą, że może za nim tęsknić. Maite wyznaje przyjacielowi,
że kiedyś podkochiwała się w Axun, ale taktownie nie wspomina o tym swej
przyjaciółce, nie chce jej spłoszyć. Wie, że jednym niewłaściwym gestem
może popsuć ich przyjaźń. Ale i Axun odkrywa, że w obecności Maite
czuje się wspaniale, jest sobą, śmieje się, promienieje, jest zupełnie
inna niż w swym domu, w towarzystwie męża, z którym praktycznie nie
rozmawia, spożywając tylko wspólnie posiłki – to one są ich największą
namiętnością.
Częstotliwość spotkań kobiet, jak również ich intensywność, nabiera
tempa. Niestety, dla nobliwego małżonka oczekującego grzecznie co
wieczór na przybycie żony z miasta, przychodzi czas próby – zaczyna
podejrzewać swą połowicę o zdradę. Oczywiście z mężczyzną. Jak potoczą
się losy przyjaciółek, czy miłość okaże się najważniejsza, czy zwycięży
rutyna życia i strach przed kompromitacją? Powiem tylko jedno, wiele
ludzie tracą, gdy decydują się żyć w ramach narzuconych im przez
społeczeństwo, gdy wypychają z życia miłość, która grozi rozsadzeniem
tych ram. Niestety, bardzo często wybiera się święty spokój,
stabilizację, tym bardziej, gdy ma się 70 lat, a szkoda, chciałoby się
powiedzieć. Starość ciała rzadko przecież idzie w parze ze starością
duszy, serca, umysłu. Choć czasem stan duszy, niestety bywa, że
niewydolne fizycznie ciało warunkuje.
Ludzie przekorni, ktorzy macie dość zalewającej nas plastikowej
młodości, oglądajcie ten film! Wreszcie możecie popatrzeć na stare
kobiety, na ich roziskrzone oczy, uśmiechnięte od ucha do ucha usta, na
ciała, które pragną dotyku... erotycznego. Jest rewelacyjny, nie tylko
ze względu na to, że ukazuje miłość starszych pań, ale także na
świetnie rozpisane role – kobiety są swoimi przeciwieństwami, na
dodatek obdarzone inteligencją i wspaniałym poczuciem humoru. Twórcy
filmu z wyjątkowym smakiem poruszaja się w tak delikatnych tematach,
jak: miłość starych ludzi, w dodatku lesbijska, starości w ogóle,
różnicy statusów kobiet, że nie musi on być przeszkodą w uczuciach itp.
Niestety, film także pokazuje jaki wielki rozdźwięk istnieje między
światem emocjonalnym mężczyzn i kobiet, jak wiele panowie tracą nie
rozmawiając otwarcie ze swymi kobietami, wstydząc się swych uczuć,
kryjąc emocje. Być może niejedna miłość lesbijska poczyna się z zawodu,
jaki mężczyźni sprawiają kobietom w tym względzie?
niedziela, 24 lipca 2011
Witajcie w mroku - reż. H. Dederko
Nie znam,
niestety, poprzedniego osławionego procesami sądowymi, filmu Henryka Dederko
pt. „Witajcie w życiu” („Amway’ jako sekta?), ale mam wrażenie, że reżyser
nawiązując do tego właśnie tytułu, chciał w swym ostatnim filmie znowu pokazać grupę ludzi
"opętanych", manipulowanych i manipulujących. A wszystko to w celu poczucia bycia kimś
wyjątkowym, w przypadku „Witajcie w
życiu” – na płaszczyźnie materialnej, w „Witajcie w mroku” – emocjonalnej
W „Witajcie w mroku” młodzi ludzie manipulują mieszczanami, wykorzystując
symbolikę śmierci, strach i fascynację
jaka się z nią wiąże, tajemniczość okultyzmu, wszelkich wiedz tego rodzaju, na
czele z bajkowością wampiryzmu, bawią
się szokiem, jaki wywołują swymi praktykami i wyglądem w zwykłych śmiertelnikach.
Nie wiem jaki osobisty stosunek do gotów ma Dederko, ale sądząc po filmie, wygląda na to, że chyba nie za bardzo ich lubi, czy ceni. Nie wiem nawet, czy kręcąc ten film, był nimi szczerze zainteresowany. Czy nie wykorzystuje ich egoistycznie tylko i wyłącznie dla własnych celów, chcąc zachęcić przeciętnego widza do włączenia telewizora, by z wypiekami na twarzy mógł zobaczyć tych dziwaków, co to piją krew, śpią w trumnach, zaglądają do grobów, przebijają sobie ciała ćwiekami, mają swoje tajemnicze zloty (tutaj festiwal w Bolkowie – jakiś czas temu, przejeżdżając, miałam sposobność zobaczyć jak fajnie ich czarne sylwetki wpisują się w krajobraz tego miasteczka i jego zamku), noszą ostry czarny makijaż itd, itpl. I jeśli ktoś na to liczył, to się naprawdę nie zawiódł. Napatrzył się na to wszystko do woli. I tyle, nic poza tym. Z ekranu wiało przerażającą pustką, ludzie wypowiadający się do kamery nie szokowali wyglądem (przynajmniej mnie), lecz bezdenną nicością, mentalną pustką, wyrzucając z siebie pseudo intelektualny bełkotu, sprawiali wrażenie, jakby sami dobrze nie wiedzieli o czym mówią, a raczej - co recytują. Zobaczyliśmy ludzi znudzonych życiem, ociężałych, bawiących się tylko wyłącznie w bal przebierańców. Bo jeśli ktoś faktycznie, czuje potrzebę samookaleczania z powodu bólu psychicznego, robi to w ukryciu, skrzętnie chowając ślady po ranach przed otoczeniem. Jest to jego głęboką intymną tajemnicą, rodzajem autoterapii, a nie powodem do chwalenia się tym przed światem.
Właśnie, największym zaskoczeniem był dla mnie udział w tym filmowym projekcie pana doktora etnografa Jana Witolda Suligi, lecz po przeczytaniu napisów objaśniających, iż jest on załozycielem Centrum Terapii Uzależnień Duchowych, doskonale rozumiem pobudki jego wystąpienia w tym filmie (reklama dźwignią interesu). Ale czy bycie gotem, nabijanie ciała metalem, ubieranie się na czarno, różowe dredy, spanie w trumnie to uzależnienie? Wg mnie to raczej rodzaj buntu, krzyku „halo! widzicie mnie? Jestem tutaj”, z którego się wyrasta niczym z przysłowiowych krótkich spodenek. To akurat mija z wiekiem, nie spotkałam się raczej z tego typu przebierańcami w średnim wieku. Jedynie co, to tacy ostają się w kapelach muzycznych, ale to jest ich sposób zarabiania na życie, na żony i dzieci, a więc coś co z buntem nie ma nic wspólnego.
A może pobudką nakręcenia filmu „Witamy w mroku” było wywołanie niechęci do gotów, ukazanie ich mentalnej pustki, pozerstwa, jeśli tak, to reżyser odniósł w tym względzie niewątpliwy sukces. Nie twierdzę, że takie są moje poglądy, mówię o emocjach,jakie ten film wywołuje. Osobiście nic nie mam do tych ludzi, wręcz przeciwnie, jak wspomniałam kilka wierszy wcześniej, budzą oni moje zainteresowanie, lubię czarny kolor, nie wierzę w Boga Jedynego (ale także w szatana, wampiry etc. jedyne w co wierzę to w siłę natury, czyli najbliższy byłby mi animizm),wzbudzają nawet mój pewnego rodzajut podziw – mieć tyle odwagi w taki akurat sposób chcieć wyróżnić się z szarego motłochu. Zabierając się za film Dederki, liczyłam jednak na cos więcej niż tylko na fasadę, niestety nie poglębia on mej wiedzy na ich temat, a może, po prostu, na to wygląda, że nie ma o nich nich za wiele do powiedzenia? Ot taka przypadłość, jakich wiele, lat chmurnych i durnych, niezgoda na mieszczańską egzystencję, sposób na zagubienie, samotność, nudę i prozę życia, która mija z wiekiem jak młodzieńczy trądzik.
niedziela, 3 lipca 2011
Wszystko o mojej matce - reż. P. Almodovar
Fascynację, czy zainteresowanie, twórczoscią Almodovara, jak i jego filmy, odłożyłam, jak widać, już do lamusa. Jakiś czas temu przemknęło mi przez myśl, że dobrze by było przypomniec sobie te jego stare klimaty i specyficzną pogodę ducha wynikającą z akceptacji i bezwarunkowej miłości człowieka. I czyż może być lepszy przykład filmu spełniającego te wymagania, jak „Wszystko o mojej matce”? Matka, jej miłość do dziecka, kojarzy się bowiem z miłością bezwarunkową. I taka też miłość, bezwarunkowa - bez względu na płeć, śmiertelne choroby, różnego rodzaju dziwactwa, starość, a nawet gatunek żyjącej istoty – pies Sapik też jest bardzo kochany - przepełnia ten obraz Almodovara, który kończąc swój film, składa dedykację wszystkim (sic!), którzy pragną być matkami, życząc im spełnienia, by mogli doznać tego właśnie matczynego uczucia, czystego bezinteresownego, zdolnego przenosić góry.
Almodovar w zasadzie nie pokazuje nigdy w czystej formie przemocy, prześladowań, a już szczególnie ze względu na orientację seksualną swych bohaterów. Tak jakby w ogóle przemocy na świecie nie było.. A jeśli już pokaże, to raczej w zabawnej, często gorszącej widzów, formie (np. Kika). Transwestyci i transseksualiści – każdy ma prawo do życia, skoro zostali do niego powołani. Jeśli już pokazuje problemy tej grupy ludzi, to są to zazwyczaj problemy miłosne. Czasem delikatnie zaznaczy brak ich akceptacji, wyrzucenie poza nawias (ich miejsca schadzek) postrzegania jako monstra – reakcja matki, gdy zauwazyła, że Lola tuli jej wnuka „To to monstrum przyczyniło się do śmierci mojej córki”. Jednak odżegnuje się od scen stricte okrutnych - w jego filmach króluje miłość i radość życia, na przekór jego smutkom.
„Wszystko o mojej matce” to królestwo kobiet – które również, jak wszyscy ludzie, bywają wobec siebie nieprzyjazne, zazdrosne (Nina), ale w obliczu prawdziwego nieszczęścia budzi się w nich owa tzw. "solidarność jajników", której tak zazdroszczą im mężczyźni, czego dowodem jest ów złośliwy, ukuty przez nich termin, na kobiece współodczuwnaie i współdziałanie. Jeśli w tym filmie pojawia się mężczyzna, to jest to typowy macho, prostak Kowalski ze sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, przekładający się w życiu realnym na podobnego do siebie faceta, aktora, błagającego jak pies o „laskę” tę, która ma na imię „przyjemność” – Agrado. Albo – jest nim zniedołężniały, także umysłowo, ojciec Rosy. No, niestety...
Kilka słów o wspomnianej/wspomnianym Agrado. Jej ukierunkowanie siebie tylko i wyłącznie na przyjemnosć, przeradza się w misję i powołanie,. A zabawna opowieść, wygłoszona w teatrze,o tym jak budowała swój kapitał czyli ciało, może, ale nie musi, rozwiać wątpliwości tych, którzy traktują operacje plastyczne, jako wyłącznie spełnianie pustych zachcianek.
Najpiękniejsza scena to scena triumfu miłości - dwie kobiety, jedna straciła syna w wyniku jego fascynacji tą drugą kobietą, ta śmierć obróciła się w koleją miłość i fascynację tych obu kobiet sobą nawzajem.
Miłość bliźniego do bliźniego wręcz wylewa się z ekranu (że dorzucę jeszcze temat transplantologii). To nawet może zakrawać na kicz, ale jeśli przyjmiemy, że kicz jest zaprzeczeniem istnienia gówna ("Nieznośna lekkość bytu"), to wyjdzie nam, że Almodovar poddaje nas, i siebie, nieustannej psychoterapii.
Almodovar w zasadzie nie pokazuje nigdy w czystej formie przemocy, prześladowań, a już szczególnie ze względu na orientację seksualną swych bohaterów. Tak jakby w ogóle przemocy na świecie nie było.. A jeśli już pokaże, to raczej w zabawnej, często gorszącej widzów, formie (np. Kika). Transwestyci i transseksualiści – każdy ma prawo do życia, skoro zostali do niego powołani. Jeśli już pokazuje problemy tej grupy ludzi, to są to zazwyczaj problemy miłosne. Czasem delikatnie zaznaczy brak ich akceptacji, wyrzucenie poza nawias (ich miejsca schadzek) postrzegania jako monstra – reakcja matki, gdy zauwazyła, że Lola tuli jej wnuka „To to monstrum przyczyniło się do śmierci mojej córki”. Jednak odżegnuje się od scen stricte okrutnych - w jego filmach króluje miłość i radość życia, na przekór jego smutkom.
„Wszystko o mojej matce” to królestwo kobiet – które również, jak wszyscy ludzie, bywają wobec siebie nieprzyjazne, zazdrosne (Nina), ale w obliczu prawdziwego nieszczęścia budzi się w nich owa tzw. "solidarność jajników", której tak zazdroszczą im mężczyźni, czego dowodem jest ów złośliwy, ukuty przez nich termin, na kobiece współodczuwnaie i współdziałanie. Jeśli w tym filmie pojawia się mężczyzna, to jest to typowy macho, prostak Kowalski ze sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, przekładający się w życiu realnym na podobnego do siebie faceta, aktora, błagającego jak pies o „laskę” tę, która ma na imię „przyjemność” – Agrado. Albo – jest nim zniedołężniały, także umysłowo, ojciec Rosy. No, niestety...
Kilka słów o wspomnianej/wspomnianym Agrado. Jej ukierunkowanie siebie tylko i wyłącznie na przyjemnosć, przeradza się w misję i powołanie,. A zabawna opowieść, wygłoszona w teatrze,o tym jak budowała swój kapitał czyli ciało, może, ale nie musi, rozwiać wątpliwości tych, którzy traktują operacje plastyczne, jako wyłącznie spełnianie pustych zachcianek.
Najpiękniejsza scena to scena triumfu miłości - dwie kobiety, jedna straciła syna w wyniku jego fascynacji tą drugą kobietą, ta śmierć obróciła się w koleją miłość i fascynację tych obu kobiet sobą nawzajem.
Miłość bliźniego do bliźniego wręcz wylewa się z ekranu (że dorzucę jeszcze temat transplantologii). To nawet może zakrawać na kicz, ale jeśli przyjmiemy, że kicz jest zaprzeczeniem istnienia gówna ("Nieznośna lekkość bytu"), to wyjdzie nam, że Almodovar poddaje nas, i siebie, nieustannej psychoterapii.
Happy Together - reż. Kar Wai Wong
Ho Po-wing (Leslie Cheung ) i Lai Yiu-fai (Tony Leung) to para kochanków z Hongkongu, rzuconych przez los, a może bardziej przez marzenia i pogonią za nimi, na drugi koniec świata, do Buenos Aires (zabijając tęsknotę za ojczystą metropolią bawią się czasem wyobrażeniami o niej stojącej dosłownie na głowie). Motorem napędowym ich karkołomnych życiowych poczynań staje się nie tylko przemijająca namiętność, ale także przypadkowo zakupiona przez jednego z nich kiczowata lampka nocna z widokiem baśniowego wodospadu Iguazu. Wyprawa marzeń nie okazuje się łatwa, a mężczyźni dochodzą do wniosku, że czas zacząć wszystko od nowa. Bieda tylko w tym, że każdy z nich inaczej rozumie zwrot „od nowa”. Dla jednego z nich oznacza on odnowę ich związku, a dla drugiego początek życia od nowa każdego z nich z osobna. Miłość nie jest równoznaczna bowiem z porozumieniem czy zrozumieniem, a co najważniejsze, z czasem i związanym z nim przemijaniem nie gwarantuje wiecznego natężenia emocji i napędu do życia. Wiadomo, wszystko co się narodzi musi kiedyś umrzeć. Miłość nie stanowi w tym względzie wyjątku. Można próbować ją regenerować, jak każdy silnik, i jak próbują to czynić chińscy kochankowie na obczyźnie, ale wiemy, że żadna regeneracja nie zastąpi nówki. Czas robi swoje, a przemijanie tego co najpiękniesze boli tym bardziej.
Takiego klimatu wszechogarniającego smutku i tęsknoty dawno w filmie nie widziałam . Lars von Trier może się schować ze swoją "Melancholią". I tym lepiej, że wyprodukowano go tu między mężczyznami, bo to (chyba) oni skazani są bardziej na samotność, to ich ciągle gdzieś gna, to oni wstydzą się mówić wprost o swoich uczuciach i emocjach i przez to jeszcze bardziej cierpią, zabijając poczucie osamotnienia i pragnienia miłości przypadkowymi i powierzchownymi związkami, albo romantyczno-męskimi wędrówkami przed siebie, w poszukiwaniu nowych miejsc, nowych zajęć, pasji, nowych związków (scena pożegnania w Yiu-Faia z nowopoznanym przyjacielem kucharzem, tuż przed jego wędrówką na inny koniec świata – tym razem jest nim miasteczko Usuaia).
A może my wszyscy, tak jak mówił S. Lem w jednym ze swoich wywiadów już tak mamy, że jako ludzie „różnimy się od innych naczelnych przede wszystkim tym, że wiecznie dokądś zmierzamy i jesteśmy wiecznie niezaspokojeni. Człowiek jest już tak skonstruowany, że nasze najwieksze szczęście jest zawsze między wyciągniętą ręką a owocem z drzewa”. I z tym się zgadzam w 100%. Zawsze i wszędzie mówiiłam, że wiekszą rozkoszą jest czekanie niż samo spełnienie ( w filmie mamy tego dowod w scenie nad Iguazu). Być może mężczyźni bardziej odczuwają ów niepokój, a może nawet w takim samym stopniu jak kobiety, tylko kobiety spętane narzuconą im /przez mężczyzn, rzecz jasna :)/, rolą służebną, wiekowymi kulturowymi przypisaniami do domu, męża, dzieci ogniska domowego itd. itd., jeszcze do niedawna, nie śmiały, bały się, nie czuły się godne, jako przyszłe i obecne, matki rodzicielki, rościć sobie pretensji ku temu ludzkiemu prawu poszukiwania nowych doznań, ciągle nowego mocno bijącego blasku (oryginalny tytuł filmu brzmi podobno mniej więcej „krótki moment blasku”) życia. Wszelkie wyprawy wiążą się z niewygodami, destabilizacją, niepokojem, ryzykiem, czasem cierpieniem, ale jak się to ma proporcjonalnie do perspektywy radości odkrywania nowych, nieznanych bijących kuszącym blaskiem, obszarów – to już każdy musi sobie określic sobie sam.
A film polecam. Nie wszystkim. Głównie nałogowcom melancholikom, znajdą tu, jak to u Kar Waia Wonga, sporo pożywki, za którą przepadają.
poniedziałek, 27 czerwca 2011
René - reż. Helena Třeštíková
Ostatnio jestem mało aktywna z powodu kłopotów rodzinnych (choroba
mamy). Postanowiłam więc, czasem, sięgnąć do moich forumowych zapisków,
by polecić, a czasem zaznaczyć, coś co warto kiedyś, przy nadarzającej
się okazji zobaczyć. Tym razem będzie to mały
rarytas w gatunku dokumentu. A rarytas, bo rodem z Czech. Nierzadko mamy sposobność
oglądać tego rodzaju filmy naszych południowych sąsiadów. Rene, to niezwykle ciekawy
eksperyment, choć nieco męczący w oglądaniu, głównie ze względu na trudną
osobowość tytułowego bohatera. Reżyserka, Helena Třeštíková, wpadła na pomysł,
by prześledzić, filmując, około 20 lat z życia pewnego chłopca - Rene Plasila.
Pochodzi on z rozbitej rodziny. Rodzice
inteligenci (ojciec muzyk), po rozwodzie, niespecjalnie interesują się losem
syna. 14-letni chłopak mieszka u ojca, pewnego dnia usłyszy od niego słowa,
które być może zaważą na jego przyszłym życiu: "beze mnie sobie nie poradzisz,
będziesz nikim.” Jak może zareagować ambitny małoletni na tego rodzaju dictum z
ust ojca? Wiadomo, od razu rodzi się impuls, by mu udowodnić, że nie ma racji. Rene ucieka
z domu, żeby przeżyć wdaje się w kradzieże, trafia do poprawczaka. Od tego
momentu więzienie staje się jego domem, a on sam zostaje, podobno, kultowym
więźniem, znanym w całych Czechach. Za kraty trafia regularnie ( kradzieże) po
każdym wyjściu na wolność. Facet jest kompletnie nie dostosowany do życia w
społeczeństwie. Chowany bez miłości, bez rodziny, uodpornił się na ludzi i
manifestuje to bez skrupułów. Wytatuował sobie całe ciało (z nudów - jak mówi),
na szyi ma napis, który każdy może przeczytać - "Fuck off, people".
Rene, ma dosyć ciekawą powierzchowność, interesujący głos, jest inteligentny, pisze książki (za namową reżyserki) - łatwo i chętnie nawiązuje na wolności kontakty z kobietami, które szybko go pokochują (wiadomo -kobieca dusza samarytanki dochodzi do głosu). Lecz on wszystko zawsze psuje, tak jakby chciał pomóc losowi wypełniać fatum nad jego życiem. Nie potrafi się związać z nikim na dłużej, zawodzi zaufanie jakim go kobiety, znajomi i przyjaciele obdarzają. A najgorsze to to, że życie, nie dosyć, że go nie cieszy, to go potwornie nudzi. Zgodził się na sfilmowanie siebie, nie wiadomo dlaczego (może dla pieniędzy, może dla połechtania swego ego, może z nudy właśnie, a może z wdzięczności, że ktoś poświęca mu trochę więcej uwagi ?). Na początku filmu ma 14 lat, a widzimy go ostatni raz, gdy ma powyżej 30. W czasie tego całego okresu filmowania zaprzyjaźnia sie z Heleną Trestikową, pisze do niej listy, opowiada o problemach, wątpliwościach, lękach. Pewnego dnia stawia jej fundamentalne pytanie, czy jest dla niej tylko tematem, czy może czymś więcej? Otrzymuje, niestety, dość wymijającą odpowiedź. Podświadomie, widać, że ten mężczyzna pragnie nawiązania jakichś głębszych więzi, lecz świadomie to pragnienie wypiera. Prawdopodobnie nie daje rady, albo mu się nie chce, sprostać trudom jakie się z wiążą z utrzymywaniem dobrych miedzyludzkich relacji, które trzeba pięlęgnować - chodzi o lojalność, uczciwość, zaufanie wobec partnerów i czas jaki trzeba im poświęcać.
Tragiczna postać, z tego Plasila, wrażliwy i o dużym potencjale intelektualnym, mający predyspozycje by zawojować świat i taka wielka rezygnacja. Człowiek, który sprowokowany przez własnego ojca, zaczyna życie od młodzieńczego buntu, dochodząc do rezygnacji ze wszystkiego, nawet z siebie samego.
A film, czy niesie jakiś ladunek, który potrafi wzmocnić widza, niesie jakieś przesłanie? Niestety, "Rene" kojarzy mi się z produkcjami Ewy Borzęckiej - po których projekcji mam zawsze wrażenie, że manipuluje swoimi bohaterami, zdobywa ich zaufanie, po to by mieć atrakcyjny i nośny temat, pokazać ludzi uległych nałogowi, ich małość, dramat życia wynikający z braku woli, poddania się, inercji w jaką wpadają niesieni bezwladnie przez bieg zdarzeń. Ludzie, którzy nie mają sił, woli, umiejętności, choć nie są głupi, by wykorzystać potencjał jaki w nich drzemie. I to pytanie zadane przez Rene pani reżyser "Czy jestem dla ciebie tylko tematem filmu, czy kimś więcej"? I ta wymijająca odpowiedź. Smutne. Być tylko środkiem do celu. Zawsze sam, nawet jeśli na własne życzenie, też żal.
niedziela, 26 czerwca 2011
Wódka. Produkt narodowy nr 1. - reż. A. Khanyutin
Dzisiaj wieczorem na kanale Planete, ci którzy nie widzieli kolejnego
dokumentu o Rosji zrobionego w zachodnich wytwórniach, będą mieli okazję
go zobaczyć. Niby nic nadzwyczajnego i nowego, pełna oczywista
oczywistość - jak świat światem Rosjanie pili, piją i zapewne jeszcze
długo pić będą.Dlaczego jednak warto zobaczyć ten film? Ano, może ku
przestrodze? Wszak i Polak za kołnierz nie wylewa, chlubiąc się swą
mocną głową. Czasem bywa to jedyna rzecz, jaką może zaimponować
przybyszom zza granic.
Smutne, żałosne, przerażające, żal tego ogromnego potencjału narodu topionego w wódce. Nie dziwmy się, władzom zachęcającym do picia - pijany naród daje swobodę rządzenia, daje dochód do kasy państwowej, tanią siłę roboczą, jeśli w ogóle jeszcze ma siłę do roboty. Ale w końcu, ludzi w Rosji tyle, że zawsze znajdą się następn, jeśli wymrą ci w sile wieku. Jednym słowem - wódka jak siano dla bydła, tylko nie tak jak siano tania.
Smutne, żałosne, przerażające, żal tego ogromnego potencjału narodu topionego w wódce. Nie dziwmy się, władzom zachęcającym do picia - pijany naród daje swobodę rządzenia, daje dochód do kasy państwowej, tanią siłę roboczą, jeśli w ogóle jeszcze ma siłę do roboty. Ale w końcu, ludzi w Rosji tyle, że zawsze znajdą się następn, jeśli wymrą ci w sile wieku. Jednym słowem - wódka jak siano dla bydła, tylko nie tak jak siano tania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






