Pamiętam, że po filmie A.Ferrary, pod tym samym tytułem, poczułam się taka uskrzydlona, stwierdziłam, że w kwestii nawracania może więcej niż niejeden ksiądz ze swoim wymęczonym kazaniem w kościele. :)
Herzog jest zdecydowanie bardziej laicki, ale i bardziej poetycki. Stworzył coś na kształt bluesowej ballady o życiu człowieka, który ma dobre serce, ale nie zawsze na tym dobrze wychodzi. I czasem, by utrzymać się na powierzchni wody (życia) niosącej wszelki śmieci i odpady, musi być bardzo zły, niczym zwierzę przybrać kolory ochronne środowiska, w którym przyszło mu się obracać.
"Zły porucznik" Niemca nie jest remakiem filmu Ferrary. Bardziej inspiracją, może dlatego dał taki sam tytuł. No bo o zabieg marketingowy raczej go nie można posądzać (choć przeczytałam na filmwebie, że to producenci uparli się przy tym tytule, wbrew jego woli).
Wspaniały pomysł, aby akcję filmu o zgniliźnie moralnej i o próbach odradzania się z niej umieścić w Nowym Orleanie, tuż po przejściu huraganu Katrina. Spacerujące po ulicach krokodyle, szwendające się po mieszkaniach legwany - sami już nie wiemy, czy uwolniła je powódź, czy bardziej wyobraźnia nawalonego bez przerwy porucznika. No i poza tym jest na co popatrzeć, nowoorleańska zabudowa na szczęście nie cała uległa zniszczeniu. A i muzyka cały czas utrzymana w nowoorleańskim klimacie.
Film jest rewelacyjnie dopracowany - zdjęcia znowu spod ręki, ulubionego (ostatnio) przez reżysera, operatora Petera Zeitlingera, muzyka - to już mówiłam, również świetna, w końcu sam Mark Isham ją pisał, plus ozdobniki z utworów rasowych bluesmanów. Aktorstwo znakomite! Cage - jak za starych dobrych czasów "Ptaśka", "Red Rock West" czy "Pocałunku wampira" - a propos tego ostatniego tytułu - porucznik sam wygląda jak wampir zabłąkany w świetle dnia na nowoorleańskich, często jak wyjętych z horroru, ulicach. Wspaniała gra, zarówno ciałem (przekrzywiona sylwetka), jak i twarzą - ten wampiryczny śmiech przemieszany z grymasem bólu, czy to egzystencjalnego, czy narkotycznego, wszystko się miesza i staje się jednym.
Właśnie, ten zły porucznik Terence McDonagh czy to aby nie współczesny samotnik Nosferatu, który nocą wyrusza na łowy i wysysa z ludzi zamiast krwi, narkotyki, bez których nie może, tak jak stary Nosferatu, żyć. I tak jak Nosferatu, przy całej grozie swych praktyk zachowuje on ludzkie odruchy, których czasem brakuje tym z pozoru przyzwoitym, jak Stevie Pruit (Val Kilmer).
Herzog, w najnowszych filmach, czerpie ze swoich starych dzieł, umiejsowiając tamtejszych romantycznych bohaterów, w czasach współczesnych. Jakże mizernie teraz wypadają. Pulsująca krew wysysana z szyi zmysłowej piękności zamienia się w syntetyczny proszek konfiskowany pierwszej lepszej dziewczynie. Szaleństwo dzikich pionierskich wypraw w południowo-amerykańską dżunglę zamienia się w pospolite gremialne spływy amatorów sportów ekstremalnych i szaleństwo matkobójcy z usesańskiego przedmieścia , w otoczeniu plastikowych flemingów. A melodie największych operowych arii, na których dźwięk zamierała amazońska dżungla, zastępuje monotonne kazania jakiegoś byle kaznodziei puszczane z tranzystorowego radia -" Fitzcarraldo" w opozycji do "Synu, synu,cóżeś ty uczynił".
Może dlatego obecnie Herzog, zniesmaczony naszym oswojonym plastikowym światem, ucieka na sam jego kraniec albo w głąb starych francuskich jaskiń, lub do cel ludzi skazanych na karę śmierci?
A wracając do "Złego porucznika" - mnie urzekł, wraz ze swoim niejednoznacznym zakończeniem, ni to snem, ni transem, ni jawą. I ta dzielność tego mężczyzny.. Żadnych pretensji do losu, pełna afirmacja życia, a raczej piekła, powolnej agonii. Wszelkie i liczne ciosy porucznik przyjmuje z godnością (na swój sposób), odparowuje je samo/dzielnie. Nie woła na pomoc Boga, nie boi się Go, nie jest mu potrzebny, bo nie boi się piekła, mając je na co dzień, nauczył się w nim żyć i ... jakoś mu to idzie. I nawet bywa człowiekiem.
Prawie dwa lata temu oceniłam na: 9/10
Herzog jest zdecydowanie bardziej laicki, ale i bardziej poetycki. Stworzył coś na kształt bluesowej ballady o życiu człowieka, który ma dobre serce, ale nie zawsze na tym dobrze wychodzi. I czasem, by utrzymać się na powierzchni wody (życia) niosącej wszelki śmieci i odpady, musi być bardzo zły, niczym zwierzę przybrać kolory ochronne środowiska, w którym przyszło mu się obracać.
"Zły porucznik" Niemca nie jest remakiem filmu Ferrary. Bardziej inspiracją, może dlatego dał taki sam tytuł. No bo o zabieg marketingowy raczej go nie można posądzać (choć przeczytałam na filmwebie, że to producenci uparli się przy tym tytule, wbrew jego woli).
Wspaniały pomysł, aby akcję filmu o zgniliźnie moralnej i o próbach odradzania się z niej umieścić w Nowym Orleanie, tuż po przejściu huraganu Katrina. Spacerujące po ulicach krokodyle, szwendające się po mieszkaniach legwany - sami już nie wiemy, czy uwolniła je powódź, czy bardziej wyobraźnia nawalonego bez przerwy porucznika. No i poza tym jest na co popatrzeć, nowoorleańska zabudowa na szczęście nie cała uległa zniszczeniu. A i muzyka cały czas utrzymana w nowoorleańskim klimacie.
Film jest rewelacyjnie dopracowany - zdjęcia znowu spod ręki, ulubionego (ostatnio) przez reżysera, operatora Petera Zeitlingera, muzyka - to już mówiłam, również świetna, w końcu sam Mark Isham ją pisał, plus ozdobniki z utworów rasowych bluesmanów. Aktorstwo znakomite! Cage - jak za starych dobrych czasów "Ptaśka", "Red Rock West" czy "Pocałunku wampira" - a propos tego ostatniego tytułu - porucznik sam wygląda jak wampir zabłąkany w świetle dnia na nowoorleańskich, często jak wyjętych z horroru, ulicach. Wspaniała gra, zarówno ciałem (przekrzywiona sylwetka), jak i twarzą - ten wampiryczny śmiech przemieszany z grymasem bólu, czy to egzystencjalnego, czy narkotycznego, wszystko się miesza i staje się jednym.
Właśnie, ten zły porucznik Terence McDonagh czy to aby nie współczesny samotnik Nosferatu, który nocą wyrusza na łowy i wysysa z ludzi zamiast krwi, narkotyki, bez których nie może, tak jak stary Nosferatu, żyć. I tak jak Nosferatu, przy całej grozie swych praktyk zachowuje on ludzkie odruchy, których czasem brakuje tym z pozoru przyzwoitym, jak Stevie Pruit (Val Kilmer).
Herzog, w najnowszych filmach, czerpie ze swoich starych dzieł, umiejsowiając tamtejszych romantycznych bohaterów, w czasach współczesnych. Jakże mizernie teraz wypadają. Pulsująca krew wysysana z szyi zmysłowej piękności zamienia się w syntetyczny proszek konfiskowany pierwszej lepszej dziewczynie. Szaleństwo dzikich pionierskich wypraw w południowo-amerykańską dżunglę zamienia się w pospolite gremialne spływy amatorów sportów ekstremalnych i szaleństwo matkobójcy z usesańskiego przedmieścia , w otoczeniu plastikowych flemingów. A melodie największych operowych arii, na których dźwięk zamierała amazońska dżungla, zastępuje monotonne kazania jakiegoś byle kaznodziei puszczane z tranzystorowego radia -" Fitzcarraldo" w opozycji do "Synu, synu,cóżeś ty uczynił".
Może dlatego obecnie Herzog, zniesmaczony naszym oswojonym plastikowym światem, ucieka na sam jego kraniec albo w głąb starych francuskich jaskiń, lub do cel ludzi skazanych na karę śmierci?
A wracając do "Złego porucznika" - mnie urzekł, wraz ze swoim niejednoznacznym zakończeniem, ni to snem, ni transem, ni jawą. I ta dzielność tego mężczyzny.. Żadnych pretensji do losu, pełna afirmacja życia, a raczej piekła, powolnej agonii. Wszelkie i liczne ciosy porucznik przyjmuje z godnością (na swój sposób), odparowuje je samo/dzielnie. Nie woła na pomoc Boga, nie boi się Go, nie jest mu potrzebny, bo nie boi się piekła, mając je na co dzień, nauczył się w nim żyć i ... jakoś mu to idzie. I nawet bywa człowiekiem.
Prawie dwa lata temu oceniłam na: 9/10






