niedziela, 11 listopada 2012

Zły porucznik - reż. Werner Herzog

Pamiętam, że po filmie A.Ferrary, pod tym samym tytułem, poczułam się taka uskrzydlona,  stwierdziłam, że w kwestii nawracania może więcej niż niejeden ksiądz ze swoim wymęczonym kazaniem w kościele. :)
Herzog jest zdecydowanie bardziej laicki, ale i bardziej poetycki. Stworzył coś na kształt bluesowej ballady o życiu człowieka, który ma dobre serce, ale nie zawsze na tym dobrze wychodzi. I czasem, by utrzymać się na powierzchni wody (życia) niosącej wszelki śmieci i odpady, musi być bardzo zły, niczym zwierzę przybrać kolory ochronne środowiska, w którym przyszło mu się obracać.
"Zły porucznik" Niemca nie jest remakiem filmu Ferrary. Bardziej inspiracją, może dlatego dał taki sam tytuł. No bo o zabieg marketingowy raczej go nie można posądzać (choć przeczytałam na filmwebie, że to producenci uparli się przy tym tytule, wbrew jego woli).

Wspaniały pomysł, aby akcję filmu o zgniliźnie moralnej i o próbach odradzania się z niej umieścić w Nowym Orleanie, tuż po przejściu huraganu Katrina. Spacerujące po ulicach krokodyle, szwendające się po mieszkaniach legwany - sami już nie wiemy, czy uwolniła je powódź, czy bardziej wyobraźnia nawalonego bez przerwy porucznika. No i poza tym jest na co popatrzeć, nowoorleańska zabudowa na szczęście nie cała uległa zniszczeniu. A i muzyka cały czas utrzymana w nowoorleańskim klimacie.

Film jest rewelacyjnie dopracowany - zdjęcia znowu spod ręki, ulubionego (ostatnio) przez reżysera, operatora Petera Zeitlingera, muzyka - to już mówiłam, również świetna, w końcu sam Mark Isham ją pisał, plus ozdobniki z utworów rasowych bluesmanów. Aktorstwo znakomite! Cage - jak za starych dobrych czasów "Ptaśka", "Red Rock West" czy "Pocałunku wampira" - a propos tego ostatniego tytułu - porucznik sam wygląda jak wampir zabłąkany w świetle dnia na nowoorleańskich, często jak wyjętych z horroru, ulicach. Wspaniała gra, zarówno ciałem (przekrzywiona sylwetka), jak i twarzą - ten wampiryczny śmiech przemieszany z grymasem bólu, czy to egzystencjalnego, czy narkotycznego, wszystko się miesza i staje się jednym.

Właśnie,  ten zły porucznik Terence McDonagh czy to aby nie współczesny samotnik Nosferatu, który nocą wyrusza na łowy i wysysa z ludzi zamiast krwi, narkotyki, bez których nie może, tak jak stary Nosferatu, żyć. I tak jak Nosferatu, przy całej grozie swych praktyk zachowuje on ludzkie odruchy, których czasem brakuje tym z pozoru przyzwoitym, jak Stevie Pruit (Val Kilmer).
Herzog, w najnowszych filmach, czerpie ze swoich starych dzieł, umiejsowiając tamtejszych  romantycznych bohaterów, w czasach współczesnych. Jakże mizernie teraz wypadają. Pulsująca krew wysysana z szyi zmysłowej piękności zamienia się w syntetyczny proszek konfiskowany pierwszej lepszej dziewczynie. Szaleństwo dzikich pionierskich wypraw w południowo-amerykańską dżunglę zamienia się w pospolite gremialne spływy amatorów sportów ekstremalnych i szaleństwo matkobójcy z usesańskiego przedmieścia , w otoczeniu plastikowych flemingów. A melodie największych operowych arii, na których dźwięk zamierała amazońska dżungla, zastępuje monotonne kazania jakiegoś byle kaznodziei puszczane z tranzystorowego radia -" Fitzcarraldo" w opozycji do "Synu, synu,cóżeś ty uczynił".
Może dlatego obecnie Herzog, zniesmaczony naszym oswojonym plastikowym światem, ucieka na sam jego kraniec albo w głąb starych francuskich jaskiń, lub do cel ludzi skazanych na karę śmierci?

A wracając do "Złego porucznika" - mnie urzekł, wraz ze swoim niejednoznacznym zakończeniem, ni to snem, ni transem, ni jawą. I ta dzielność tego mężczyzny.. Żadnych pretensji do losu, pełna afirmacja życia, a raczej piekła, powolnej agonii. Wszelkie i liczne ciosy porucznik przyjmuje z godnością (na swój sposób), odparowuje je samo/dzielnie. Nie woła na pomoc Boga, nie boi się Go, nie jest mu potrzebny, bo nie boi się piekła, mając je na co dzień, nauczył się w nim żyć i ... jakoś mu to idzie. I nawet bywa człowiekiem.

Prawie dwa lata temu oceniłam na: 9/10

sobota, 10 listopada 2012

Dokąd teraz? - reż. Nadine Labaki

W zwariowanym świecie wojen rozpętywanych przez zacietrzewionych mężczyzn, łkającym kobietom pozostaje tylko sprzątać to, co po nich zostało. Dyżurnym i jakże wdzięcznym tematem, bo zawsze pod ręką, są różnice światopoglądowe i religijne. Tak niewiele potrzeba by sięgnąć po sztachetę czy inną, bardziej poważną broń, by przylać sąsiadowi. Wystarczy złamany, być może przypadkowo, krzyż, albo wejście kóz  do meczetu i odważni mężczyźni przystępują do boju. A kobietom już brakuje łez, by ich opłakiwać. I przychodzi moment, gdy mówią dość. Musimy z tymi facetami coś zrobić, przekierować ich energię w inne rejony. Wykorzystują swą inteligencję, wdzięk i talenty kulinarne oraz aktorskie. I udaje się. Także dzięki temu -  ważne!!! -  że miejscowi kapłani, imam i ksiądz, nie podżegają a gaszą wraz z nimi pożar. Ładna bajka? Może i tak, bo akcja filmu dzieje się na malutkiej libańskiej wiosce, do której docierają tylko echa większej wojny, ale czasem dotrze też, niestety, jakaś zbłąkna kula. Ale ja wierzę w siłę kobiet, że wreszcie zrobią porządek nie tylko na swoim podwórku.
A jeśli ktoś jeszcze nie wie, dlaczego politycy nie chcą zalegalizowania wyrobów z konopi, po zobaczeniu filmu doznają oświecenia w tej materii. :)

Dodam jeszcze, że "Dokąd teraz?" jest filmem pięknym. Także pod względem obrazu i dźwięku. Pełnym ciepła, radości, humoru mimo wojennej scenerii w tle. Jest kilka mocnych wzruszających scen, kiedy kamienieje się z uśmiechem na ustach. No i jest piękne zakończenie, wpisujące się w tytuł, z pytaniem, nadzieją i niepokojem jednocześnie, czy mężczyźni w ogóle potrafią, a jeśli - to na jak długo, odnaleźć się w świecie zgody i pokoju? Hmm, przewróćmy może kilka kart z historii świata, jakiegoś kraju...  ?

Labaki zadedykowała swój film matkom, a ja te kilka moich słów o nim dedykuję wszystkim Polakom, którym jest smutno, iż z powodu święta narodowego nie spotkamy się jak jeden naród właśnie na wielkim wspólnym piwie. A może na drugi rok, kobiety,  skrzykniemy się i urządzimy babski marsz z okazji 11 listopada? Pokażemy facetom jak się świętuje? Lepszy taki marsz niż pogrzebowy. Ciągle mam w pamięci początek filmu i tę przejmującą pieśń żałobną wraz ze swoistym tańcem kobiet w pochodzie na dwa odrębne cmentarze sąsiadujące tuż, tuż ze sobą.

9/10 -moja ocena.

sobota, 3 listopada 2012

Centrum świata - reż. Wayne Wang

SAMOTNI W CENTRUM ŚWIATA.
Po wybrzmieniu ostatnich szlochów  Richarda Longmana (Peter Sarsagaard) i zamknięciu sceny wieńczącej, jak i wcześniej otwierającej film, na usta ciśnie się: "Panowie, kobiety są takie, jakie sobie wychowaliście, albo inaczej -  na jakie zasługujecie". Skoro za pępek świata uważacie to, co one mają poniżej swego pępka, to się nie dziwcie, że kiedy nagle przychodzi wam kaprys przeżycia czegoś więcej,  one nie potrafią zmusić się do miłości, nadal traktują was jak bankomat do pobierania pieniędzy.
Fabuła filmu, odwrotnie do emocji jakie niesie, nie jest skomplikowana. Richard i Florence (Molly Parker) spotykają się w nocnym klubie. Ona, perkusistka z zamiłowania, dorabia tu jako striptizerka i tancerka, on jest zmęczonym po całym dniu siedzenia przed komputerem informatykiem-biznesmenem, pragnącym wieczorem niezobowiązującego relaksu. Obydwoje wydają się być sobą zafascynowani. Mężczyzna zaprasza ją co wieczór do swego stolika na krotochwilną,  pobudzającą rozmowę, będącą przedłużeniem ekscytacji jej osobą podczas występu.
W końcu Richard stawia swej ulubienicy wyzwanie - kilkudniowy wspólny wyjazd do centrum rozrywki i łatwej rozkoszy -  Las Vegas. Kobieta po chwili wahania, uzyskując od obietnicę, że intymne spotkania między nimi ograniczą się do kilku godzin nocnych, wyraża zgodę. Na miejscu  Richard doświadcza na swej skórze prawdy znanej od setek lat, że  pieniądze szczęścia nie dają, ale ... pozwalają, umożliwiając zaspokojenie wszelkich potrzeb fizjologicznych w luksusowych warunkach, przeżyć życie w miłym błogostanie. Czy to aby nie wychodzi na jedno?
 No i, jeszcze jedna oczywistość -  mężczyźni mają pieniądze i władzę, z której potrafią korzystać. Kobiety zaś mają seksapil i władzę, z której stanowczo nie potrafią, nie chcą korzystać.
Film bardzo dobry.
8/10 (a co tam, może i ja zacznę punktować?) 

poniedziałek, 22 października 2012

Popiełuszko. Wolność jest w nas - reż. Rafał Wieczyński

Nie rwałam się specjalnie, by zobaczyć wcześniej hagiografię księdza Jerzego Popiełuszki. Wszak najważniejsze fakty i etapy jego życia były mi znane z prasy i telewizji. Jakbym czuła, że film po patronatem śp. przeydenta Lecha Kaczyńskiego i IPN-u oraz instytutcji Kościoła niczym nie zaskoczy, ani nic nowego nie doda. I nie myliłam się. Scenariusz prezentuje poziom wypracowania licealnego na temat "Życie i śmierć księdza J. Popiełuszki", choć podejrzewam, że co bardziej kreatywna młoda głowa wymyśliłaby lepszy.
Rafał Wieczyński, reżyser i scenarzysta, poszedł na bezwstydną łatwiznę i stworzył płaską zupełnie ilustrację CV duchownego. Śmiem twierdzić, że gdybyśmy nie znali całego kontekstu wydarzeń przed 1984 r., nie żyli w czasach opresji, biografia ta nie zrobiłaby na nikim większego wrażenia. Pomijam, oczywiście, ostatnie sceny nękania i zabójstwa księdza. Są mocne, nie zaprzeczam, ale obrazy okrutnego morderstwa niewinnego człowieka zawsze działają na naszą wrażliwość, a tym bardziej, jeśli zabija się osobę, która poświęciła, narażała swoje życie w imię wolności innych.
Moim zdaniem, szkoda, że autor filmu nie skupił się głównie na okresie działalności księdza na rzecz Solidarności, jego prześladowań, śmierci i procesie jego zabójców. Mógłby wyjść z tego porażający dramat sądowy, który kiedyś mieliśmy okazję oglądać z przerażeniem i osłupieniem na żywo.   Wiadomo, najtrudniej jest wybrać, z czegoś zrezygnować, coś od siebie wymyślić.  Dlatego napisałam, że Wieczyński poszedł na łatwiznę, usiadł i niemal przepisał ogólnie dostępną biografię, wtykając między najważniejsze daty czasem lepsze, czasem gorsze dialogi.

Pierwsza połowa filmu, przelatująca po dzieciństwie i wczesnej młodości oraz początki strajku jest  nudna i stereotypowa. Brakuje mi jakiegoś przełomu w życiu  Popiełuszki. Zazwyczaj, choć to nie jest regułą, każdy święty (czy błogosławiony) zanim się nim stał, wcześniej nieco nagrzeszył. Nasz bohater zaś jest bez skazy, nie licząc niewinnego nałogu nikotynowego. No chyba, że faktycznie urodził się świętym. Może czasem ludzie tak mają.

Nie mam zastrzeżeń do kreacji Adama Woronowicza, a już tym bardziej do jego twarzy, która świetnie pasuje do rysów oryginału.  Zagrał całkiem dobrze (to on mnie zatrzymał przed ekranem, zwłaszcza jeśli chodzi o pierwszą połowę filmu) tak jak mu kazano i na miarę, jak przypuszczam, charakteru, osobowości Popiełuszki. Nie razi mnie, że ksiądz Jerzy jest w filmie osobą wyciszoną, opanowaną, nie krzyczy i nie odgraża się z ambony, jak wielu innych sług bożych. Nie wzywa do nienawiści, głosi, jak Chrystus (nakazał), ewangelię pokoju. "Zło dobrem zwyciężaj" to jego maksyma . I tu w celu jej zobrazowania -  mocna w zamierzeniu, ale gorzej już z realizacją, scena wybuchu oburzonej anonimami Doroty (Joanna Szczepkowska).  Aczkolwiek, gdy trzeba, ksiądz Jerzy zawsze ma w pogotowiu dla swych adwersarzy jakąś ciętą, a często nawet złośliwą, ripostę. I nie jest pokorny, oj, nie,  jak można by sądzić po pozorach.

W filmie ma swój osobisty udział kardynał Glemp, który gra siebie, w lekkiej opozycji do Popiełuszki i jego solidarnościowej działalności. Nie wiem, jak stosunki obu panów układały sie w rzeczywistości, ale słyszałam, że były dosyć napięte. Tym bardziej podziwiam, iż J. Glemp
odważył się wystąpić na planie filmu. A może było to wielce przemyślane i chytre z jego strony -  zaszczycając mógł sam zadecydować co i jak zagra w tej kwestii. Przybierając postać dobrodusznego ojca, który w trosce o los swego syna w czasach zawieruchy próbuje go ochronić wysyłając na studia nie byle gdzie, bo do samego Rzymu. Jak wiemy, propozycja ta nie doczekała się realizacji.

Niestety, a może nie ma się czemu dziwić, że "Popiełuszko. Wolność jest w nas" przegrywa z filmem Agnieszki Holland z roku 1988 "Zabić księdza". Już patrząc na same tytuły i lata realizacji, możemy stwierdzić, który z nich ma większą moc. Te dwa filmy różni zasadnicza rzecz, mająca fundamentalne znaczenie w powodzeniu roboty filmowej. Holland stworzyła dzieło z odruchu i potrzeby serca, Wieczyński zaś odrobił zadanie. W związku z czym wystawiam mu 3 z plusem. Plus idzie na konto Woronowicza.
Jeśli ktoś chciałby sobie utrwalić wiedzę/ dane o Księdzu Popiełuszko odsyłam do internetu, ot choćby na pierwszą lepszą stronę pojawiającą się na googlach, np. Skautów św. Bernarda z Clairvaux http://ssbc.pl/archives/2810. Film wcale jej nie przewyższa.

sobota, 20 października 2012

Papierowy żołnierz - reż. Aleksiej German jr.

"My jesteśmy najlepsi w silnikach, Stany (Zjednoczone) wyprzedzają nas w informatyce i komunikacji" - szczera, acz nieco ryzykowna, konstatacja na temat konkurencji, jednego z pracowników radzieckiego kosmodromu. "Papierowy żołnierz" to smutny krajobraz ZSRR z czasów zimnej wojny z USA, której jednym z pól bitwy (oprócz wyścigu zbrojeń i zdobywania wpływów politycznych na świecie) był wyścig w podboju kosmosu. Doktor Daniła Pokrowskij (świetny i równie przystojny aktor gruzińskiego pochodzenia Merab Ninidze)  pracuje nad kondycją i zdrowiem pierwszego człowieka,  który wyleci w kosmos. Czuje w związku z tym olbrzymią odpowiedzialność, zżera go pionierska samotność.  Na stres nakłada się także rozłąka z piękną żoną, również lekarką, pracującą w Moskwie oraz opresyjna miłość kochanki Wiery, no i,  delikatnie mówiąc, spartańskie warunki pracy - badania i przygotowania do lotu odbywają się na kazachskim głuchym stepie.
 Jakiż straszny, przytłaczający, rozdźwięk panuje między marzeniami o potędze, nie tylko na globie ziemskim, państwa radzieckiego i zmanipulowanego odpowiednią propagandą narodu a rzeczywistością w jakiej żyje on na codzień. Walka z USA o światową palmę pierwszeństwa zarówno w zbrojeniu armii jak i budowaniu rakiet kosztuje. A przecież nie trafiło na bogatego. Zaledwie kilkanaście lat wcześniej ZSRR wykrwawił się, dosłownie i w przenośni, w II wojnie światowej. Fakt ten stawia USA od razu, z marszu, na lepszej pozycji. Tylko oszczędzając i zaniżając poziom życia przeciętnych obywateli, ZSRR może sobie pozwolić na luksus, czy kaprys, zdobywania kosmosu. Kazachski kosmodrom, tak jak i reszta Sojuzu, prezentuje się nadzwyczaj ubogo i szaro. Na szczęście są ludzie, to oni stanowią prawdziwe piękno tego kraju. To ich zapał, ambicje, patriotyzm, sprawiają, że robią dobrą minę do tej nierównej gry, dzięki czemu wpisują się na wieki w historię lotów kosmicznych.  Wśród nich pojawia się oczywiście Gagarin, główny podopieczny doktora. Po kilku latach, także w formie pośmiertnego pomnika.

"Papierowy żołnierz" nie przypomina w niczym produkcyjniaka wypuszczonego z państwowego studia filmowego ku chwale ojczyzny.  I takim nie jest. Choć formalnie, trzeba przyznać, że ktoś, kto nie zna daty jego produkcji (2008) może mieć wrażenie, że film  był nakręcony w latach jego akcji (zdjęcia, klimat, muzyka, gra aktorów). Wręcz przeciwnie, obraz ZSRR z czasów jego największych osiągnięć, przesycony jest bezgranicznym smutkiem i melancholią, przeczuciem zbliżającej się nieuchronnie klęski,  osobistym niespełnieniem radzieckiej inteligencji. Która podzielona, na pracującą na chwałę reżimu i na błądzącą swoimi ścieżkami, czuje się zagubiona i nieszczęśliwa (spotkania na podmoskiewskiej daczy) choć dzielnie nadrabia miną, przywołując na pociechę acz z nutą goryczy, fragmenty z  klasyka, piewcy tragicznego rozdźwięku między marzeniami a rzeczywistością, "Wujaszka Wani" A. Czechowa. Jak by nie było kolegi po fachu Daniły Pokrowskiego, również lekarza.

W tle filmu pojawia się ballada Bułata Okudżawy "Papierowy żołnierzyk", której słowa, jak myślę są jedną z  inspiracji dla jego scenarzystów. Mogą one być metaforą imperialistycznych zapędów ZSRR, który porywając się z przysłowiową motyką na słońce (w tym konkretnym przypadku raczej na Księżyc), przysporzył może i chwałę narodowi, ale ludziom szczęścia trochę mniej, jeśli w ogóle.

Mnie, wielką miłośniczkę kina naszych wschodnich sąsiadów, bardzo ten obraz zadowolił (jest kilka absolutnie genialnych scen- np. ostatnia z szalikami, albo na poły oniryczne spotkania Daniły z rodzicami, czy  przyjaźń kobiet, które kochały tego samego mężczyznę). Nastroił nie tylko melancholijnie, ale i po trosze nostalgicznie. Nie żebym tęskniła za komuną, co to to nie, ale natychmiast po seansie, oddałam się narkotycznemu przesłuchaniu utworów śpiewanych starego, cudownego Bułata Okudżawy, dziwiąc się, jak mogłam o nim zapomnieć. Kończąc przytoczę zwrotki "Papierowego żołnierzyka".

        Raz pewien żołnierz sobie żył,
        odważny i zawzięty,
        lecz cóż?... zabawką tylko był,
        z papieru był wycięty.

        Choć zmieniać świat i zwalczać zło
        niezmiennie był gotowy,
        lecz nad łóżeczkiem wisiał, bo
        był tylko papierowy.

        Pod kule chętnie by, jak w dym,
        szedł za was bez namowy,
        i mieliśmy sto pociech z nim -
        był przecież papierowy.

        I nigdy mu nie zwierzał sztab
        tajemnic swych wojskowych.
        A czemu tak? Dlaczego tak,
        że był on papierowy.

        Wyzywał los, w pogardzie miał
        tchórzliwych maruderów,
        i "Ognia! Ognia!" ciągle łkał,
        choć przecież był z papieru.

        Niejeden wódz już w ogniu znikł,
        niejeden szeregowy...
        I poszedł w ogień...
        Zginął w mig
        nasz żołnierz papierowy.




wtorek, 18 września 2012

Akacje - reż. Pablo Giorgelli

Kino  drogi w najlepszym stylu. Bez pretensji do bycia wielkim , podobnie jak bezpretensjonalni są bohaterowie filmu. On, Ruben - kierowca ciężarówki. Ona, Jacinta - matka kilkumiesięcznej córki, Anahi. Oboje samotni. Spotykają się przy okazji podróży do Buenos Aires. On przewozi dwie wielkie naczepy załadowane pniami, sądząc po tytule, akacji. Ona, z pochodzenia Paragwajka pragnie skorzystać z okazji i zabrać się się do stolicy Argentyny w poszukiwaniu pracy.  Niby lakoniczna informacja, a ileż mówi nam o tych dwojga. Możemy sądzić, że są odważni, twardzi, niezłomni. Aczkolwiek, jak się dalej okaże, bardzo wrażliwi i delikatni, przypominający te kwitnące kiedyś akacje, przewożone teraz setki kilometrów przez ciężarówkę.

Początkowo, Ruben i Jacinta patrzą na siebie z nieufnością.  Na szczęście jedzie z nimi malutka, przesłodka, Anahi. To ona wyznacza rytm podróży (karmienie, przewijanie), katalizuje akcję filmu, także akcje serc mężczyzny i kobiety.  To za jej sprawą atmosfera między nimi ulega ociepleniu, serca zaczynają bić intensywniej, a w ciasnej kabinie oprócz  nic nie znaczącej bliskości ciał,  pojawia się wiele znacząca, a może i obiecująca, bliskość dusz.

Zaczyna się od papierosa. Niezapomniana, zwyczajnie prosta, ale jakże przepięknie zagrana przez Germana de Silva i Hebe Duarte,  scena. Kierowca ma ochotę zapalić w czasie jazdy. W końcu należy mu się, on tu jest panem, ciężko pracuje, by dowieźć całą trójkę do celu. Po kilku dymkach i spojrzeniach na uśmiechniętą Anahi i nie uśmiechniętą jej matkę,  gasi papierosa. Od tego momentu zacznie palić na postojach. Krótko i węzłowato, ale jakże wiele mówi (do czego by on sam na pewno się nie przyznał) ta scena o Rubenie - prosty, zniszczony codzienną harówą facet, a ile w nim wrażliwości, czułości i troski o drugiego człowieka. Lody zostają przełamane, podróż staje się okazją do poczucia i przeżycia tego, czego tym obojgu ludziom w życiu brak najbardziej. Także nadziei.

Siła tego filmu tkwi w opowieści o chwili, bez kontekstu przeszłości i przyszłości.  Liczy się radość wspólnego trwania, nawet jeśli jest to tylko moment w perspektywie życia – on wzmocni na przyszłość, tym bardziej jeśli nie przyjdzie jej dzielić razem.  A może przyjdzie. Kto wie, nie ważne.  Oczekiwanie, przecież, jest najsłodsze.

„Akacje” to film dla widzów lubiących kontemplować,  a to kiepski krajobraz za oknem ciężarówki, a to drzewo stojące przy drodze, a już najbardziej dla lubiących wpatrywać się, tak jak ja, w ludzkie oblicza. W końcu, prawie 80 minut nie robimy nic innego, tylko obserwujemy najmniejsze drgnienia mięśni twarzy Rubena i Jacinty, by z ich ruchu  odgadnąć to, co dzieje się w głowach i sercach obojga..

Ta  opowieść jest fajna, taka prosta, czujemy, że mogłaby się przydarzyć każdemu z nas.  Wystarczy tylko ( a raczej "aż", bo to towar deficytowy) trochę uważności,  przyjrzenie się, ujmijmy to -  każdemu „towarzyszowi podróży”, jaki się pojawia na drodze życia. Nieważne kobieta, mężczyzna, dziecko – „podróż” w gronie ludzi przyjaznych może być spełnieniem,  albo jego obietnicą.  Każdy człowiek jest jakąś zagadką, tak jak Jacinta i Ruben byli dla siebie na początku. Zależy, czy mamy czas, ochotę, czy jesteśmy gotowi, na jej rozwikłanie, na skrócenie dzielącego dystansu.  I wcale nie trzeba dużo gadać, czasem wystarczy jedna nieporadna opowieść, jakiś gest, spojrzenie... 


niedziela, 16 września 2012

Porwanie (Rapt) - reż. Lucas Belvaux

Najlepszym przyjacielem mężczyzny jest pies. Jeśli ktoś nie wierzy, niech zobaczy "Porwanie" Lucasa Belvauxa ze świetnym, i bardzo przystojnym, Yvanem Attalem w roli głównej. Attal jest mężem Charlotte Gainsbourg oraz ojcem ich trójki dzieci, więc  ktoś, kto jeszcze nie widział z nim żadnego filmu, może ten fakt zaliczyć na jego korzyść -  byle kogo by sobie przecież taka aktorka, jak Charlotte G., nie wybrała. W razie chęci naocznego przekonania się o jego talencie, tudzież uroku, polecam "Anthony'ego Zimmera" - pierwowzór amerykańskiego "Turysty" - Johnny Depp, przy całym szacunku i pamięci mojej miłości do niego - może Attalowi pięty lizać, że o dorastaniu mu do nich nie wspomnę.  A jeśli jeszcze komuś będzie mało - to proszę się pofatygować i spojrzeć na całkiem zgrabny francuski thriller "W skórze węża".

Stanislas Graff,  prezes jakiejś ważnej korporacji, jest człowiekiem światowym, bywalcem nie tylko ministerialnych gabinetów, ale również reprezentantem Francji w ważnych gospodarczych negocjacjach międzypaństwowych.  Posiada, jak na prezesa przystało, duży piękny dom z ogrodem, służbą, żoną, trzema córkami oraz ślicznym rasowym psem (na moje laikowe oko to seter, ale ręki sobie nie dam uciąć, że mam rację).  Wypasiony samochód służbowy z osobistym szoferem to oczywista oczywistość, wspominam o tym tylko z racji tej, iż pewnego pięknego poranka prezesa, wraz z samochodem, bez szofera, uprowadzono. Rzecz jasna w celu okupu.  Wiadomość o porwaniu i przesłanym rodzinie palcu prezesa natychmiast dostaje się do mediów. Rozpoczyna się festiwal wiadomości i plotek na temat życia i pożycia biznesmena. To dzięki mediom, właśnie, żona i córki, wraz z całym narodem,  mają wreszcie okazję poznać prawdziwe pasje i namiętności męża oraz ojca. O ileż łatwiej, będąc ich świadomym, znosić rodzinie ból z powodu porwania biedaka. No właśnie, biedaka - dosłownie. Bo,  jeśli jeszcze dodać fakt, że grupa korporacyjna. której Graff prezesuje, nie ma zamiaru wyłożyć ze wspólnej kasy ani  grosza na okup, będziemy mieli obraz lawiny nieszczęść jaka  go przysypała.
Ale, jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Coś się traci, by zyskać coś innego.  Czasem okazuje się, że tragedie pomagają obudzić się z letargu. Ludzie pogrążeni w dobrobycie tracą czujność, umiejętność rozpoznawania wrogów i  przyjaciół. A paradoksalnie, pierwszym człowiekiem, który szczerze interesuje się emocjami głównego bohatera, jego zainteresowaniami, a co więcej szczerze niektóre podziela,  jest szef i pomysłodawca tego całego zamieszania.
W pewnym momencie odkrywamy, że mniej chodzi o sensację i wbijanie widza w fotel pod wpływem napięcia z powodu porwania Graffa. Bardziej martwimy się o jego los w przypadku ewentualnego powrotu na łono rodziny.  Na szczęście, w razie czego - jest pies.  :)