Marzę, żeby wreszcie, a szczególnie w polskim kinie, zobaczyć normalny film, będący linearną opowieścią o życiu, uporządkowaną historią jakiegoś zdarzenia, przypadku etc. Film Konopki, przy całym swym jakże szlachetnym przesłaniu o próbie zrozumienia i porozumienia się dorosłego dziecka (tu konkretnie syna) z rodzicem będącym w schyłkowym okresie życia, jest chwilami taki pretensjonalny. Tomek, pochodzi z niedużej miejscowości na Śląsku. Wyemigrował do Warszawy, Jest dziennikarzem z powodzeniem pnącym się po szczeblach kariery telewizyjnej. W nowoczesnym bloku ma nowoczesne mieszkanie urządzone meblami z IKEI. Żyje w związku z fajną, nowoczesną dziewczynę (po mieszkaniu chodzi w męskim podkoszulku i w grubych, chyba także męskich, skarpetach). Tomek ma także nowoczesną matkę, która wyjechała za granicę, i jak na XXI wiek przystało, rozmawia z synem oraz synową (pełna symbioza między paniami, a jakże!) przez skype'a.
Życie byłoby takie piękne, gdyby nie ojciec, Wojciech Janicki (Krzysztof Stroiński), któremu na stare lata odbiło. Nie wiemy dokładnie co, i z jakiej przyczyny, ale facet wariuje. Wyrzuca meble przez okno, podpala sąsiadom mieszkanie itp. Gdzieś tam pada słowo "schizofrenia", ale nie mamy pewności, czy o nią chodzi. Nie wiemy, czy to jakieś geny dały znać o sobie, czy jakieś przeżycia osobiste odbiły się piętnem na psychice ojca. Są pewne sugestie, wszystkiego w tym filmie musimy się domyślać, tracąc na to niepotrzebnie energię i wytężając niemiłosiernie słuch, bo dźwięk, jak w każdym, powtarzam "w każdym" polskim filmie jest do dupy (sorry, ale moja cierpliwość się już w tej materii wyczerpała). Żeby nam te domysły ułatwić, reżyser co rusz dorzuca jakiś reminiscencyjny filmik z przeszłości małego Tomka, hasającego z ojcem po górach Tatrach. A jeden filmik to jest nawet taki, w którym tata wyrzuca mamy walizki przez okno i każe jej sobie iść, bo ... nie dosłyszałam, niestety... Chyba chodziło o to, że go zdradziła, czy oszukała, w każdym razie to chyba zła kobieta była, i ta cała choroba psychiczna ojca to przez przez nią. Takie mam wrażenie. Nie ważne w gruncie rzeczy.
Bo najważniejsze jest w tym filmie to, że syn Tomek, ten zimny karierowicz, nagle się budzi, zaczyna interesować się ojcem, a nawet czuć do niego coś na kształt ... czułości. Nie przychodzi mu to łatwo. Warszawę od Śląska dzieli ponad 300 kilometrów. No i na początku jest bunt, niechęć, obrzydzenie, ale z czasem, powoli, wraz ze wzrostem częstotliwości wizyt w psychiatryku i w śląskim mieszkaniu ojca, ich kontakty zacieśniają się. A wszystko zaczyna się od przypadkowego przytulenia, które właściwie jest zwarciem dwóch mężczyzn, wojujących ze sobą. I to jest najlepsza i najładniejsza scena filmu, będąca także przełomową w relacjach obu panów, a właściwie to jednego z nich, czyli syna. Bo chory ojciec jeszcze długo będzie się bronił przed uczuciami i emocjami, które kiedyś dawno, w sobie zabił. Zgodnie z zasadą: "nie kochasz, nie cierpisz". Może dlatego zachorował, bo te martwe uczucia, nagromadzone gdzieś w jego środku, zgniły, napuchły, musiały więc znaleźć ujście w niezrozumiałych dla otoczenia atakach agresji.
Przykro mi to pisać, ale ten film nie poruszył we mnie mocniej żadnych strun, mimo, że sama jestem na etapie, albo właściwie, mam go już za sobą, rozliczeń ze swoimi rodzicami. Każdy z nas ma, albo będzie miał, taki okres w życiu. I różne będą owych rozliczeń owoce. Przebaczenie. Zrozumienie. Wyrzuty sumienia. Żal. Zapiekłość. Nienawiść. Albo poczucie spełniania obowiązku. U Piotra Trzaskalskiego okres ten zaowocował filmem "Mój rower". Marcin Koszałka nakręcił "Takiego pięknego syna urodziłam", czy "Ucieknijmy od niej". Marek Lechki - "Erratum". Bartosz Konopka - nie wiem, na ile jego "Lęk wysokości" jest autobiograficzny, ale też wpisuje się w nurt tego rodzaju filmów. Bardzo potrzebnych, by zdać sobie sprawę ze złożoności życia i zakończyć proces myślenia o swoich rodzicach wyłącznie w trybie pretensji i roszczeń, jako o tych, którzy są winni naszych porażek. I zadać sobie pytanie, na ile przyczynili się do naszych sukcesów. Czasem, to co za młodu wydaje się klęską, obraca się w dorosłym życiu w zwycięstwo. Gdyby filmowy Tomek Janicki pochodził z innego domu, być może nie miałby takiego parcia do usamodzielnienia się, życia w inny sposób, niż jego rodzice. Sami widzimy jak bardzo jego styl życia jest przeciwieństwem egzystencji jego rodziców : obszerne czyste mieszkanie, błyskotliwa kariera zawodowa, zgodny związek.
Dlaczego nie poruszała mnie ekranowa historia, z dobrą kreacją Krzysztofa Stroińskiego? Ano, chyba dlatego, że była przedobrzona pod względem formalnym. Czasem mi się wydaje, że im więcej udziwnień typu: zniekształcony dźwięk, zabrudzony obraz, czy retrospekcje, tym mniej ma reżyser, czy twórcy, do powiedzenia, że chcą pokryć jakieś braki. Bo gdyby wyrzucić te pseudoartystyczne sekwencje, pozostałaby pustka, którą trzeba wypełnić nie tylko spojrzeniami, ale także dialogami, czy jakimiś inteligentnymi niuansami, które dopełniłyby i udramatyzowały opowieść o ojcu i synu.
"Lęk wysokości" nuży. Aktorzy bardzo się starają, charakteryzatorzy również, ale kilka "mocnych", acz oklepanych, scen z psychiatryka, typu ściekająca ślina z ust otępiałego przez leki ojca, czy rzucanie sprzętem domowym w syna i przechodniów na ulicy, albo mały chłopiec gładzący po plecach tatę, który przed chwilą wyrzucił z domu jego matkę, to trochę za mało. Jeśli robią one w ogóle wrażenie, to tylko powierzchowne. To są sceny klisze, znane z dziesiątków filmów, nie tylko fabularnych. Zabrakło między nimi prawdziwego życiowego mięsa. Jakiegoś lepiszcza, które by je powiązało.
Zawiodłam się, liczyłam zdecydowanie na więcej, nie tylko na ilustrację problemu, jakim jest brak odwetu dorosłych, skrzywdzonych w jakiś sposób w dzieciństwie synów i córek, nad ich chorymi, bezradnymi rodzicami. Tym bardziej, że Tomasz wykazuje się takim odruchem jeszcze przed swoim rodzicielstwem,a więc przed swoimi doświadczeniami, błędami w wychowaniu potomka, powinno to być jakoś bardziej wiarygodnie przedstawione. Przy całym szacunku dla dobrej woli i szlachetności celu stworzenia tego filmu, nie potrafiłam się nim wzruszyć, choć czułam, a raczej wiedziałam, że powinnam.
5/10
Życie byłoby takie piękne, gdyby nie ojciec, Wojciech Janicki (Krzysztof Stroiński), któremu na stare lata odbiło. Nie wiemy dokładnie co, i z jakiej przyczyny, ale facet wariuje. Wyrzuca meble przez okno, podpala sąsiadom mieszkanie itp. Gdzieś tam pada słowo "schizofrenia", ale nie mamy pewności, czy o nią chodzi. Nie wiemy, czy to jakieś geny dały znać o sobie, czy jakieś przeżycia osobiste odbiły się piętnem na psychice ojca. Są pewne sugestie, wszystkiego w tym filmie musimy się domyślać, tracąc na to niepotrzebnie energię i wytężając niemiłosiernie słuch, bo dźwięk, jak w każdym, powtarzam "w każdym" polskim filmie jest do dupy (sorry, ale moja cierpliwość się już w tej materii wyczerpała). Żeby nam te domysły ułatwić, reżyser co rusz dorzuca jakiś reminiscencyjny filmik z przeszłości małego Tomka, hasającego z ojcem po górach Tatrach. A jeden filmik to jest nawet taki, w którym tata wyrzuca mamy walizki przez okno i każe jej sobie iść, bo ... nie dosłyszałam, niestety... Chyba chodziło o to, że go zdradziła, czy oszukała, w każdym razie to chyba zła kobieta była, i ta cała choroba psychiczna ojca to przez przez nią. Takie mam wrażenie. Nie ważne w gruncie rzeczy.
Bo najważniejsze jest w tym filmie to, że syn Tomek, ten zimny karierowicz, nagle się budzi, zaczyna interesować się ojcem, a nawet czuć do niego coś na kształt ... czułości. Nie przychodzi mu to łatwo. Warszawę od Śląska dzieli ponad 300 kilometrów. No i na początku jest bunt, niechęć, obrzydzenie, ale z czasem, powoli, wraz ze wzrostem częstotliwości wizyt w psychiatryku i w śląskim mieszkaniu ojca, ich kontakty zacieśniają się. A wszystko zaczyna się od przypadkowego przytulenia, które właściwie jest zwarciem dwóch mężczyzn, wojujących ze sobą. I to jest najlepsza i najładniejsza scena filmu, będąca także przełomową w relacjach obu panów, a właściwie to jednego z nich, czyli syna. Bo chory ojciec jeszcze długo będzie się bronił przed uczuciami i emocjami, które kiedyś dawno, w sobie zabił. Zgodnie z zasadą: "nie kochasz, nie cierpisz". Może dlatego zachorował, bo te martwe uczucia, nagromadzone gdzieś w jego środku, zgniły, napuchły, musiały więc znaleźć ujście w niezrozumiałych dla otoczenia atakach agresji.
Przykro mi to pisać, ale ten film nie poruszył we mnie mocniej żadnych strun, mimo, że sama jestem na etapie, albo właściwie, mam go już za sobą, rozliczeń ze swoimi rodzicami. Każdy z nas ma, albo będzie miał, taki okres w życiu. I różne będą owych rozliczeń owoce. Przebaczenie. Zrozumienie. Wyrzuty sumienia. Żal. Zapiekłość. Nienawiść. Albo poczucie spełniania obowiązku. U Piotra Trzaskalskiego okres ten zaowocował filmem "Mój rower". Marcin Koszałka nakręcił "Takiego pięknego syna urodziłam", czy "Ucieknijmy od niej". Marek Lechki - "Erratum". Bartosz Konopka - nie wiem, na ile jego "Lęk wysokości" jest autobiograficzny, ale też wpisuje się w nurt tego rodzaju filmów. Bardzo potrzebnych, by zdać sobie sprawę ze złożoności życia i zakończyć proces myślenia o swoich rodzicach wyłącznie w trybie pretensji i roszczeń, jako o tych, którzy są winni naszych porażek. I zadać sobie pytanie, na ile przyczynili się do naszych sukcesów. Czasem, to co za młodu wydaje się klęską, obraca się w dorosłym życiu w zwycięstwo. Gdyby filmowy Tomek Janicki pochodził z innego domu, być może nie miałby takiego parcia do usamodzielnienia się, życia w inny sposób, niż jego rodzice. Sami widzimy jak bardzo jego styl życia jest przeciwieństwem egzystencji jego rodziców : obszerne czyste mieszkanie, błyskotliwa kariera zawodowa, zgodny związek.
Dlaczego nie poruszała mnie ekranowa historia, z dobrą kreacją Krzysztofa Stroińskiego? Ano, chyba dlatego, że była przedobrzona pod względem formalnym. Czasem mi się wydaje, że im więcej udziwnień typu: zniekształcony dźwięk, zabrudzony obraz, czy retrospekcje, tym mniej ma reżyser, czy twórcy, do powiedzenia, że chcą pokryć jakieś braki. Bo gdyby wyrzucić te pseudoartystyczne sekwencje, pozostałaby pustka, którą trzeba wypełnić nie tylko spojrzeniami, ale także dialogami, czy jakimiś inteligentnymi niuansami, które dopełniłyby i udramatyzowały opowieść o ojcu i synu.
"Lęk wysokości" nuży. Aktorzy bardzo się starają, charakteryzatorzy również, ale kilka "mocnych", acz oklepanych, scen z psychiatryka, typu ściekająca ślina z ust otępiałego przez leki ojca, czy rzucanie sprzętem domowym w syna i przechodniów na ulicy, albo mały chłopiec gładzący po plecach tatę, który przed chwilą wyrzucił z domu jego matkę, to trochę za mało. Jeśli robią one w ogóle wrażenie, to tylko powierzchowne. To są sceny klisze, znane z dziesiątków filmów, nie tylko fabularnych. Zabrakło między nimi prawdziwego życiowego mięsa. Jakiegoś lepiszcza, które by je powiązało.
Zawiodłam się, liczyłam zdecydowanie na więcej, nie tylko na ilustrację problemu, jakim jest brak odwetu dorosłych, skrzywdzonych w jakiś sposób w dzieciństwie synów i córek, nad ich chorymi, bezradnymi rodzicami. Tym bardziej, że Tomasz wykazuje się takim odruchem jeszcze przed swoim rodzicielstwem,a więc przed swoimi doświadczeniami, błędami w wychowaniu potomka, powinno to być jakoś bardziej wiarygodnie przedstawione. Przy całym szacunku dla dobrej woli i szlachetności celu stworzenia tego filmu, nie potrafiłam się nim wzruszyć, choć czułam, a raczej wiedziałam, że powinnam.
5/10






