sobota, 8 czerwca 2013

Wielki Gatsby - reż. Baz Luhrmann



Mam, a może raczej miałam, niesamowicie mieszane uczucia wobec najnowszej ekranizacji dzieła F.S. Fitzgeralda .  I nie byłam pewna, dlaczego nie wyszłam z kina zachwycona, skoro w tytułowej roli wystąpił jeden z moich głównych faworytów, jeśli chodzi o aktorów filmowych.
 Myślałam sobie, może to ta zbyt współczesna ścieżka dźwiękowa (Beyonce, Jay Z oraz ci, o których nazwiskach czy pseudonimów artystycznych wcześniej nie słyszałam) zupełnie, przynajmniej na pierwsze drgnienie ucha, nie przystawalna do muzycznych klimatów lat 20-tych ubiegłego wieku?  A może to ten Gatsby, jakoś taki średnio ruchawy, jak na zakochanego na zabój (podobno) przystało? Czekać biernie kilka lat, aż ukochana nagle, zwiedziona pogłoskami o hucznych zabawach, pojawi się w podwojach jego kiczowatego pałacu. Nawiasem mówiąc, dlaczegóż by to miała uczynić, nie będąc duchem świętym i nie mając zielonego pojęcia, że po drugiej stronie zatoki, jej były ukochany wybudował z myślą o niej Disneyland dla dorosłych?  

 Jednym słowem, Gatsby działał mi na nerwy, a chyba oczekiwałam z jego strony innego rodzaju wzruszeń. Pewnie dlatego, że nie pamiętałam już (powieść, o ile w ogóle czytałam, to w zamierzchłych czasach), jaki z niego w gruncie rzeczy nudny facet. I czy na pewno taki „Wielki” jakby sobie życzył autor - narrator opowieści, opisujący dzieje nowobogackiego Gatsby’ego? Czy zamiast określenia „wielki” nie lepiej pasowałoby „głupi” albo „mały”. Czy nie lepiej było zostawić samo „Gatsby”? Tak jak radził ojciec ubogiemu jeszcze kiedyś  synowi, by nigdy zbyt pochopnie nie oceniał bliźnich.

Czy wielkim można nazwać kogoś, kto kocha, ale zostawia ukochaną, bo musi się dorobić, by dorównać jej statusowi społecznemu?   „ Chorobliwie ambitny Gatsby ” – może tak. Bo rodzi się pytanie, kogo kocha bardziej, kobietę, czy siebie i swoją ambicję. Ktoś wysunie kontrargument -  „bez dużych pieniędzy nie miałby u bogatej dziewczyny żadnych szans. To ja odpowiem - "do diabła z taką dziewczyną, której do pokochania mężczyzny potrzebny jest jego gruby portfel. Jeśli taka mu odmówi ręki, to tylko jego szczęście."
Dalej - czy wielkim może być człowiek, który bogaci się do granic obrzydliwości na nielegalnym handlu alkoholem?  Czy wielkim może być człowiek, który kryje zabójcę, nawet jeśli tymże zabójcą jest jego ukochana kobieta?   Czy wielkim może być ten, który liczy, że skoro jest jednym z najbogatszych nowojorczyków i poda się za sprawcę śmiertelnego wypadku, ujdzie mu to na sucho? Czy wielkim jest człowiek, dla którego śmiertelne potrącenie kobiety z nizin (z których sam się wywodzi) jest niczym zabicie muchy na szybie swego ekskluzywnego samochodu?

Oddając się tymże rozważaniom doszłam do wniosku, że DiCaprio ukazał swego bohatera tak jak należy. Największą namiętność Gatsby czuje sam do siebie, dlatego zamiast porwać swoją ukochaną zza stołu, przy którym spędzała samotne i nudne wieczory, woli oddawać się co wieczór marzeniom na myśl o tym, jakiego szoku dozna Daisy na widok przepychu jego  pałacowych salonów czy choćby zawartości bieliźniarki. Jest próżny i równie obleśny jak ci wszyscy obrzydliwi bogacze wokół niego, którzy wielkie fortuny zbili na oszustwie i wyzysku (ostry kontrast między wyspami bogaczy, a przesmykiem skrajnej biedy – popiołowe osiedle).

Po dojściu do tejże konkluzji, zrozumiałam, a może się mylę, dlaczego reżyser uwspółcześnił swoją wersję Gatsby’ego. Mniej mu chodziło o obsesyjną namiętność do kobiety,  a bardziej pewnie o czasy kryzysu, do których i my podobno się zbliżamy. Wielki Kryzys poprzedziły lata wielkiej prosperity zbudowanej głównie na bazie prohibicji i nielegalnym handlu alkoholem.  Współcześnie, równie obrzydliwie wielkie i nieliczne w skali światowej fortuny buduje się na nielegalnym handlu narkotykami, bronią, czy wyzysku pracy biedoty w Azji.  Często towarzyszą temu upadki wielkich fortun i wywindowywania się nowych, do których niekoniecznie dochodzą ludzie z wyższych klas społecznych. Przeważnie zdobywają je bezwzględni kombinatorzy, przestępcy, ci jednak, choćby nie wiadomo jak się starali, nigdy nie zostaną dopuszczeni do grona posiadaczy z wielkimi tradycjami, których fortuna przechodziła i powiększała się z pokolenia na pokolenie, z dziada pradziada. Nowobogaccy parweniusze zawsze będą poza tym ich magicznym kręgiem. Tę prawdę wykrzykuje  Gatsby’emu podczas kłótni JG Buchanan (z jakąż pogardą wytyka mu różowe garnitury), a przypieczęowuje ją ostateczny wybór Daisy. Na szczęście dla Jay’a G. - nie zdążył się o nim dowiedzieć. Umarł by z rozpaczy, że cały jego wysiłek bogacenia się dla kobiety poszedł na marne.

Po premierze „WG” w reż. Baza  Luhrmanna,  zerknęłam na wersję z Robertem Redfordem i Mią Farrow. Początek mnie oczarował. Kreacje aktorskie (Mia Farrow, Karen Black), muzyczka tamtych czasów, te tańce, kostiumy, elegancja panów, uroda pań, wszystko tak jak trzeba, ale do choinki? Dlaczego usnęłam w połowie? Luhrmann jednak na to nie pozwolił (fakt, że oglądałam jego film w kinie nie ma znaczenia, bo jeśli się nużę potrafię spać w każdych warunkach), co rusz odzywał się jakiś muzyczny szał. I bogactwo u Australijczyka jest bardziej obleśne niż u Claytona (1974). Właśnie, pierwszym określeniem na obrazy z salonów u Gatsby’ego AD 2013 jaki cisnęło mi sie na usta, było „obleśnie”.  Nie wielkie „łał!”, ale odruch obrzydzenia i zero zazdrości: „ale bajka”, „ja bym też tak chciała” - nic z tych rzeczy. Szkoda, że Gatsby, chłopak kiedyś nieskalany, mający wzniosłe ideały i szansę wyrośnięcia na wielkiego człowieka, nie pozostał  mentalnie na swoim miejsce w szeregu, bo do tego, w którym się znalazł w pogoni za zielonym złudnym światełkiem, niestety nie pasował.  Owszem, na tle zepsutych do szpiku kości bogaczy mógł się jakiemuś  obserwatorowi wydawać wielki, ale czy takim był dla ludzi z kręgu, z którego wyszedł?

Pisząc, że usnęłam na tej starszej wersji Gatsby’ego, nie chcę umniejszać jej wartości.  Oba filmy są skrajnie różne, każdy z nich ma swoje lepsze i gorsze strony.  Chciałam tylko podkreślić, dlaczego Luhrmann, swoim zwyczajem, kręcąc nową wersję klasyka literatury, uwspółcześnia go, ozdabiając aktualnymi ozdobnikami, w tym przypadku np. ostra muzyka, i tylko ona (bo scenografia, kostiumy pozostają wierne latom 20-tym XX wieku) w wykonaniu czołowych gwiazd popu -  nie dosyć, że daje do myślenia uniwersalizując przekaz, to jeszcze zachęca do jego oglądania szersze kręgi publiczności. Podejrzewam, że dzięki temu o wiele więcej  ludzi, zobaczy Gatsby'ego, tak jak kiedyś "Romeo i Julię" (dla mnie rewelacja!) i nie zasną przed ekranem (bo jednak dla niektórych kręgu widzów jest to rodzaj ramotki - nie oszukujmy się), albo nie wyjdą w połowie seansu.
 "WG" z Redfordem oczywiście dokończę, choćby ze względu na kreacje aktorskie. Np. kochanka Buchanana, Myrtle, w wykonaniu Karen Black jest odegrana wręcz po mistrzowsku, z o wiele większym ogniem (scena, gdy na przyjęciu powtarza z uporem imię żony Toma B.: "Daisy, Daisy, Daisy"...) niż uczyniła to Isla Fisher u BL. No i muszę porównać, kto lepszy, a może równi sobie, Edgerton czy Dern w roli Buchanana. Czy Redford będzie mnie w stanie uwieść bardziej niż DiCaprio (w co wątpię, bo tego drugiego uwielbiam od chwili, kiedy ujrzałam po raz pierwszy na ekranie, czyli od dziecka)?  Którzy z nich mnie bardziej poruszą w końcówce filmu.  Do czego i Ciebie zachęcam, drogi czytelniku tego bloga: zobacz, porównaj, wybierz. :) 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Bikiniarze - reż. W. Todorowskij

Niektóre filmy muzyczne, jak np. "Hair", "Kabaret", czy "O, Lucky Man!" można oglądać przez całe życie. Wracam do nich regularnie od lat, bez odrobiny znużenia.
Rosyjscy "Bikiniarze" (Stiliagi) w reż.w reżyserii Walerego Todorowskiego to oczywiście nie ten kaliber, jak powyższe, ale ogląda się go bardzo dobrze i też ma szansę, że sięgnę po niego w jakiś zimny i smutny majowy dzień. To rozrywka na wysokim poziomie, ciekawa ze względu na realia, w jakich umiejscowiona jest akcja filmu. Lata 50-te XX wieku toż to rozkwit powojennej komuny w jej najczystszej postaci. Na tle galopującej szarości, donosicielstwa, szpiclowania, zamykania w tiurmu za byle co, "nawet" za uśmiech w dniu śmierci Stalina, niczym na gnoju najprzedniejszej jakości, wyrastają bajeczne kwiaty - rosyjscy bikiniarze. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odziewają się w zapierające dech fantazyjne stroje we wszystkich kolorach tęczy - co za imponujące kreacje, nawet jak na współczesne czasy, gdzie wszystkiego mamy pod dostatkiem. Młodzi ludzie, zniewoleni formalnie przez system, ale wolni mentalnie, szaleją na parkietach w rytm jazzu, którego nutki łapie się nocą na zagranicznych stacjach radiowych.
 

Oczywiście, gdzieś tam w tle, przewijają się zapyziałe i przeludnione kwaterunki.  Życie w nich byle jakie, ale jakże radosne i stadne.  Na kwaterunkach ludzie tańczą i śpiewają przy akompaniamencie ruskiej harmoszki, a na eleganckich wyświeconych parkietach, szaleją bikiniarze, przy dźwiękach saksofonu, instrumentu - symbolu, przeżywającego w latach 50-tych swój prawdziwy rozkwit. Tylko komsomolcy są smutni, oni nie tańczą, ich kontakt z muzyką ma miejsce jedynie, gdy muszą wyśpiewać jakąś patriotyczną pieśń.
Czyli - życie może być znośne, wiele można przetrwać, dzięki muzyce. Coś w tym jest - wszak na Kubie, gdzie zamordyzm kwitnie do dnia dzisiejszego, ludzie potrafią śpiewać i tańczyć, jak nigdzie indziej. No i przypomnijmy sobie choćby historię bluesa. A rosyjskie pieśni ludowe, romanse - jakie piękne.

W filmie są również, przemycone w sposób nadzwyczaj estetyczny i miły dla oka oraz ucha, także smutniejsze i bardziej poważne wątki - widzimy kogo stać, na to by zostać bikiniarzem, i jaką cenę muszą płacić biedniejsi, by się do nich wkręcić. Olbrzymie dysproporcje socjalne między milionami mieszkań kwaterunkowych, a pojedynczymi mieszkaniami w kamienicach-pałacach, w których żyją państwowi notable ze swymi milusińskimi. Dalej - czarny rynek na którym można kupić wszystko, ale za takie zakupy można także nieźle "beknąć". No i ta powszechna jedyna i słuszna indoktrynacja, próbująca zunifikować wszystkich i wszystko - to przeciw niej dokładnie skierowany był bunt bikiniarzy.
Rozrywkowym celom służy też prosta, choć nie bez niespodzianek, fabuła filmu. Muzyka i wykonanie piosenek bez zarzutu. A ta, z sali wykładowej, czyli męski chór i solo kobiece na jego tle - moja ulubiona.
Aktorstwo pierwsza klasa, dziewczyny przepiękne, chłopcy jak malowani, żeby tylko nie mieli tych głupich czubów na łbach. :)  Zakończenie - nie narzekajcie, jest w sam raz, może proste i nieskomplikowane, ale życiowe.

I nie przejmujcie się, gdy wam czasem w głowie zadzwoni upominające: "ale przecież to jest ZSRR, tam to nie mogło się zdarzyć, nie na taka skalę i nie aż tak barwnie i nie tak bezkarnie". A jeśli już zadzwoni,  to posłuchajcie zaraz drugiego głosu, tego przekornego - "a właściwie, dlaczego NIE? przecież nie byliśmy tam, nie żyliśmy wtedy, dlaczego by w to nie uwierzyć? Muzyka przecież czyni cuda."
I ja w to wierzę, dlatego tak świetnie bawiłam się na tym filmie. Co i wam polecam.

Koniecznie muszę jeszcze zaznaczyć, że w "Bikiniarzach" możemy po raz ostatni zobaczyć wielkiego rosyjskiego aktora Olega Jankowskiego. Gra on tutaj dyplomatę, ojca Freda, wyjeżdżającego do Ameryki. (w "Kochanku", innym bardzo dobrym i wartościowym filmie Todorowskiego, który też polecam - opis jest na tym blogu, gra główną rolę, męża kochanki tytułowego bohatera).

piątek, 31 maja 2013

Mój ukochany wróg - reż. Werner Herzog

Herzog i Kinski, obaj podobnie szaleni, z tym, że Herzog bardziej może introwertyczny. Nie byłoby cyklu filmów z Ameryką Południową w tle, gdyby nie oni. Tylko ten duet był w stanie odważyć się na przeniesienie statku przez górę, kręcenie w oryginalnych plenerach Machu Picchu, zaangażowanie setek indiańskich statystów i spanie wraz z nimi w jakiejś stodole na skraju dżungli i inne temu podobne esktrawagancje, na które chyba żadne inny aktor by się nie zgodził. Kłócili się niebosko, czasem nienawidzili, ale i wyczuwali i uzupełniali doskonale. Bardzo pięknie Herzog ukazał różnice między nimi, opowiadając jak postrzegali dżunglę amazońską. Kinski widział ją jako tło do swego erotycznego wizerunku, a on jako coś bardzo zwierzęcego, pierwotnego, groźnego w swej zaborczości i dążeniu najpierw do rozmnożenia a następnie do zagłady (jak ludzie).

Film jest pięknym obrazem - wspomnieniem o aktorze, uważanym w środowisku za kompletnego świra. Zresztą, obraz takiego siebie Kinski sam świadomie tworzył (wątek z pisaniem autobiografii na przykład). Wiedział, że talent to za mało, że tylko za takiego uchodząc, będzie zapamiętany na długie lata i że przetrwa jako obiekt nieustającej fascynacji widzów.

Dzięki opowieściom dwu kobiet, aktorek C. Cardinale i Czeszki E. Mattes ("Woyzeck"), ktore może trochę baczniej patrzyły na Klausa, a może to on wobec nich pozwalał sobie na ujawnienie swej drugiej bardziej skrywanej natury, wyłania się Kinski o jakże zaskakującym obliczu - jako człowiek bardzo delikatny, a nawet zalękniony, mający różne swoje słabostki,  fobie (obawa przed zarazkami). Herzog nazywa go w pewnym momencie nawet tchórzem, mówiąc, że tylko jego tchórzostwo, spowodowało, że ukończyli Aquirre . Być może, że te wewnętrzne, skrywane głęboko przed otoczeniem, lęki były powodem jego wybuchów agresji, nienawiści do świata i ludzi. Tym bardziej więc, trzeba docenić, że borykając się z nimi, stać go było na kręcenie filmów w dżungli, w takich spartańskich warunkach, jakie mógł zapewnić mu "tylko" Herzog.

Ten film-portret zaczyna się bardzo brutalnie, a kończy wręcz przepięknie. Myślę, że pomaga zrozumieć dwoistość natury i mękę wewnętrznego ognia jaki trawił tego aktora. Portret tym bardziej cenny, że zrobiony przez kogoś, kto mógł go poznać najlepiej, bo w momentach twórczej pracy, nie zrobiony na kolanach, ale często z humorem, wielkim dystansem, i rzetelnie, z podkreśleniem wad aktora ale i zalet, z refleksją nad człowiekiem, który został aktorem.

/Cieszyło mnie bardzo umieszczenie w tym filmie sceny, jednej z najpiękniejszych z " Fitzcarraldo", tę w ktorej India witają się z nim na pokładzie statku, przez muśniecie palców dłoni -  dzielni i mężni faceci a nie muszą udowadniać swej siły mocnym uściskiem./

sobota, 18 maja 2013

Hotel Marigold - reż. John Madden

Hotel Marigold,
czyli bajka jak pięknie urządzić się na stare lata. Jest tylko jeden warunek - trzeba mieć dość swojego dotychczasowego życia i ogromną determinację do  podjęcia definitywnych decyzji, by się od niego uwolnić. Mile widziana jest także odrobina fantazji, na przykład - pomysł na spędzenie reszty życia, albo choć jego kawałka, w Indiach, w mieście Jaipur, rezydując w hotelu Marigold. Zasobność portfela nie jest w tym przypadku  aż tak ważna, jako że hotel nie należy do obiektów pięciogwiazdkowych, ani nawet dwu. Zarządzający hotelem, Sonny Kapoor (Dev Patel - pamiętacie Jamala Malika z "Slumdog. Milioner z ulicy", to właśnie ten aktor), nie jest nawet jego formalnym właścicielem. Walczy z matką, by ta nie sprzedawała resztek dziedzictwa, które zostawił rodzinie ojciec bankrut. Sonny jest świetnym chłopakiem, zdecydowanie nie docenianym przez matkę. Jego optymizm, poczucie zadowolenia  w każdym, nawet złym, położeniu, filozofia szklanki w połowie pełnej, zjednuje mu olbrzymią sympatię nie tylko u widzów, ale i u  starszych ludzi, którzy zagościli w  zabytkowym hotelu, po to by daleko od domu, i w egzotycznej scenerii spełniać swoje marzenia, których nie udało im się zrealizować w chmurnej i mglistej ojczyźnie.

A kogóż to wśród gości Sonny'ego nie ma! Jest gospodyni domowa jako świeżo upieczona wdowa (cudowna, przepiękna Judi Dench). Jest zgorzkniałe małżeństwo (rewelacyjny Bill Nighy wraz Penelope Wilton), które wszystkie oszczędności życia pożyczyło córce, rozkręcającej internetowy biznes. Jest i Tom Wilkinson grający samotnego biznesmana (a dlaczego jest samotny, choć mający powodzenie u kobiet, to się dowiecie z filmu). Jest i kolejna dama angielskiego kina, równie urocza co Dench, Maggie Smith, wcielona w rolę samotnej starej panny, będącej całe życie na służbie u bogatych. Złośliwa i zgryźliwa, nie bez powodu, ale o tym opowie wam i pewnej służącej, ona sama. Jest i para, pan i pani starsi, którzy chcieliby się jeszcze zakochać i pokochać. Czy Indie to dobre miejsce, by u schyłku życia spotkać nową miłość? Kto wie? Tu serce bije zupełnie w innym rytmie.
Wszyscy oni tego samego dnia o tej samej porze udają się w daleką podróż do byłej kolonii, z nadzieją, że znajdą tam spokój, przygodę, starą miłość, nowe nieoczekiwane spełnienie. Niestety, na miejscu okazuje się, jak już nadmieniłam, że perspektywy nie są tak różowe, ale od czego jest hinduski zaraźliwy optymizm i pogodzenie się z losem, w imię znanego przysłowia, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Sprawdza się! Także w przypadku losu, nie ma sensu z nim na siłę walczyć. Czego  na własnej skórze doświadczyli niemal wszyscy bohaterowie filmu.

Hotel Marigold czyli Hotel Nagietek. Jeśli ktoś wie, jak wyglądają te kwiatki (ja wiem, bo to z nich miałam bukiecik ślubny), już na samo wspomnienie ich widoku uśmiechnie się. To takie małe wesołe, żółte lub pomarańczowe słoneczka. Hotel czy film z ich nazwą zapowiada dobrą energię, i tak też jest. Ten wiekowy i stylowy budynek, choć biedny i zdewastowany, tak jak większość Indii, zdaje się być dla przyjezdnych z dalekiej szarej Anglii miejscem zaczarowanym, barwnym, hałaśliwym, pobudzającym wszystkie uśpione zmysły. Tu człowiek cieszy się życiem, które, jak uważają Hindusi, uwaga! -  jest przywilejem, a nie tym co nam się należy. Tu chce się żyć, kochać, szukać swego miejsca, nawet jeśli miałoby się na nim zagrzać tylko kilka lat, albo... dni. Jedni z bohaterów znajdują tu szczęście, inni przekonani, że ich dom jest jednak w ojczyźnie, wyjeżdżają. Każdy z nich, w każdym razie, dochodzi do swojej prawdy, wie czego chce (na to jak się okazuje nigdy nie jest za późno) i zaczyna życie w zgodzie z nią. 

Film bardzo przyjemny, ciepły, pogodny. Dobrze jest czasem zobaczyć, że im człowiek starszy tym młodszy, że starość to nie tylko choroby, zmarszczki, że namiętności i marzenia nie wygasają, co więcej - na starość można zmienić także poglądy, którym się wiernym było od lat. Również te najbardziej zatwardziałe, kulturowe i imperialistyczne.  Wystarczy tylko otworzyć się, także na młodość i jej żywiołowość, zacząć odważną podróż (w jakiejkolwiek postaci) i odkryć nieznane, także swoje oblicze.

wtorek, 14 maja 2013

Misiaczek - reż. Mads Matthiesen



Duzi mężczyźni, z wielkimi muskułami, szerokimi karkami, z rysami twarzy nie zaliczającymi się do najsubtelniejszych, nazywani są często przez kobiety pieszczotliwie "misiaczkami". Być może, czasem w celu ugłaskania ich porywczych charakterów (czarodziejskie używki dobrze robią mięśniom, nie zawsze natomiast głowie), a czasem zgodnie z budzącą grozę posturze, ale na przekór skojarzeniom jakie się z nią wiążą. Jakże często bowiem  tacy panowie serca mają łagodne, dusze wrażliwe,  spragnieni są ciepła, miłości, nie tylko matczynej.

Tak jak kulturysta Dennis, bohater filmu duńskiego reżysera Madsa Matthiesena. Dennis, wzruszający, a raczej rozbrajający Kim Kold, najprawdziwszy reprezentant tejże dziedziny sportu,Jest mężczyzną nie pierwszej już młodości (około 40 wiosen), mieszka całe życie  z nadopiekuńczą i zaborczą matką, która po rozwodzie z jego ojcem, nie wyobraża sobie, by syn mógł ją zdradzić (sic!), pokochać inną kobietę, a o wyprowadzce ze wspólnego mieszkania to już nie ma mowy. Rodzi się  pytanie, czy kulturystyka, która uprawia Misiaczek, jest wynikiem jego prawdziwej pasji czy raczej wentylem bezpieczeństwa dla innego rodzaju niespełnionych pragnień i namiętności. Mimo niezłych wyników w dyscyplinie, której się oddaje całym sercem,  jest mężczyzną delikatnym, chorobliwie nieśmiałym i nieporadnym w relacjach damsko- męskich.
Kocha matkę, nie chce jej zranić, a jednocześnie miałby ochotę wreszcie stworzyć własną rodzinę. Czuje się więc jak w potrzasku, nie potrafiąc powiedzieć "nie" matce i  jej chorobliwej miłości. Kobieta traktuje tego starego wielkoluda jak małego chłopca, mówi, że chce go uchronić przed zasadzkami, jakie ewentualnie może zastawiać na niego życie (czytaj "złe kobiety"). Może dlatego Dennis tak intensywnie ćwiczy, łyka odpowiednie specyfiki,bierze udział w zawodach, by chociaż na tym polu poczuć się jak tzw. prawdziwy mężczyzna. W każdym razie, wraz z matką, są oboje bardzo nieszczęśliwi. Ona żyje w ciągłym strachu, że go straci, to znaczy, że on się wyprowadzi z domu. A on miota się w swym małym dziecięcym pokoju niczym niedźwiedź w klatce.

Nadchodzi jednak czas, gdy miłość matki, nie odstępującej syna nawet na krok, także w łazience, zaczyna mu już bardzo poważnie doskwierać. Rozpoczyna poszukiwania dziewczyny. Spotyka się z nimi okazjonalnie, jednak żadnej nie potraf do siebie przekonać. Kobiety traktują go powierzchownie, uważając za nieokrzesanego prostaka. O losie okrutny! Nieśmiałość często odbierana jest jak zachowania wprost przeciwne.  Zachęcony przez wujka, żeniącego się z młodą Tajką, udaje się na poszukiwania żony do Tajlandii. Tam, jak każdy "obiekt" z Zachodu, bez względu na wiek czy wygląd, Misiaczek spotyka się z dużym zainteresowaniem, a szczególnie jego portfel. Niestety, jemu nie o przygodę chodzi, a o miłość.

Czy podróż Misiaczka na Daleki Wschód zakończy się sukcesem? A jeśli tak, to co na to powie mama? Przekonajcie się sami. Ja ten film oglądałam z wypiekami na policzkach, napięciem i zainteresowaniem jakiego mógłby pozazdrościć reżyserowi....sam Steven Soderbergh i jego przereklamowane, przekombinowane, a w związku z tym zimne "Panaceum".  A co najlepsze, emocje wobec dwójki bohaterów "Misiaczka" - matki i syna, a szczególnie matki, ewoluowały u widza (ekhm, znaczy u mnie) z minuty na minutę -  od potępienia poprzez zrozumienie do głębokiego współczucia. Sekundowałam Dennisowi w jego bitwie z nieszczęśliwą rodzicielką o samodzielność i odrębność, tak jakby walczył o pierwsze miejsce w mistrzostwach świata w kulturystyce.
Jak widać, wcale nie potrzeba wielkich nazwisk aktorów, reżysera, wielkich wytwórni, jazgotliwej promocji, by zdobyć serce publiczności (a przynajmniej jego części). Bo po co to wszystko, skoro tak naprawdę nie ma się za wiele do powiedzenia, poza prawdami oczywistymi, którymi posłużono się, by odhaczyć kolejną produkcję filmową, być może jakieś  zobowiązanie kontraktowe. Z takich filmów, robionych z zimna kalkulacją może bić tylko chłód. Z "Misiaczka" zaś, promieniuje prawdziwe ciepło. Przy "Misiaczku" można się ogrzać, jak to z misiaczkami bywa, "przytulić się" i zasnąć spokojnie po projekcji z błogim poczuciem, że marzenia można spełnić, trzeba tylko wiedzieć czy się naprawdę chce i czego się chce.

P.S. Mam pytanie - czy ktoś widział słaby duński film? Bo ja nie.






niedziela, 12 maja 2013

Panaceum - reż. Steven Soderbergh

czyli "Side Effects"

Żeby sobie za dużo Soderbergh nie myślał - powodem wyjścia do kina na ten film na pewno nie była jego osoba, zwłaszcza po niedawnym dokonaniu, jaki wyszedł spod jego ręki - "Magic Mike". Poszłam na seans, bo miałam ochotę, po pierwsze na: wyjście z domu; po drugie: na kino, a po trzecie -  na coś wybitnie rozrywkowego, a do takiego gatunku zaliczam thrillery. No i temat,  tu muszę mu przyznać, że wybrał fajny - psychiatria i przemysł farmaceutyczny w nieustannym wyścigu, nie tylko za sukcesem w poszukiwaniu skutecznych medykamentów do leczenia ludzi, ale przede wszystkich za sukcesem finansowym i jak się ma do tego etyka lekarska. Bo już od dawna, dla nas, pacjentów, cierpliwie czekających godzinami w poczekalni na swą kolejkę do medyków, nie jest tajemnicą, po co do ich gabinetów pukają (i wchodzą natychmiast) tajemniczy panowie i panie z teczuszką w ręku. Na rynku farmaceutycznym, tak jak na każdym, istnieje zabójcza konkurencja i w związku z tym bezpardonowa  walka o klienta. Walka, w której o zwycięstwie decyduje lekarz,  bo to od niego zależy jakie lekarstwo przepisze choremu.

Dużą pokusą były też nazwiska w obsadzie: Jude Law i Rooney Mara. Cateherine Zeta-Jones też po trosze, głównie ze względu na aparycję. Niestety, moje oczekiwania co do jakości rozrywki nie zostały w pełni zaspokojone. Film wypadł bardzo chłodno. Zero emocji. Mimo naprawdę dobrego pomysłu na scenariusz. Coś nie wyszło. Albo inaczej, wyszło, ale nie do końca. Intryga ogólnie spoko, zagmatwana, z twistem, i to niejednym, ale co z tego, skoro żaden z bohaterów nie wzbudził większego zainteresowania. Owszem, czekało się na finał i na rozwiązanie zagadki, ale kto będzie ofiarą czy zwycięzcą - było wszystko jedno. Może dlatego, że żadna z postaci, ani lekarze, ani pacjentka, ani ofiara zabójstwa, ani jego sprawca, nie byli do końca fair. Nie pomogła też wielka namiętność (ta, oprócz miłości do pieniędzy), dla której spełnienia nie ma żadnych przeszkód. Co z tego skoro ta namiętność sprawia wrażenie sztucznej, nawet groteskowej, wymyślonej tylko dla uatrakcyjnienia fabuły, by była bardziej "trendy", bez żadnych wcześniejszych przesłanek, które usprawiedliwiałyby jej narodzenie.

Zobaczyć "Panaceum" można. Ku przestrodze, w końcu, każdy z nas jest, albo będzie, pacjentem. Warto zdawać sobie sprawę, dlaczego łykamy leki tej a nie innej firmy, albo dlaczego pięknie opalony lekarz nagle  zmienia tabletki. Oczywiście, bez przesady, nie dajmy się zwariować, to tylko film! Właśnie, ogląda się to jako tako, ale niestety, bez zatracenia, cały czas wiemy, że to tylko film. Nawet tak dobry aktor, jak Jude Law nie pozwolił się zapomnieć. Szkoda, tak na niego liczyłam. 

A jeszcze jedno, medal z czarnej pyry dla autora polskiego tytułu. Czy naprawdę nie można było zostawić oryginalnego, jak najbardziej przetłumaczalnego na polski - "skutki uboczne", bo to o nich opowiada film. Skutki uboczne leczenia,  które odczuwa nie tylko pacjent, ale także lekarz, jako efekt terapii, przepisanej choremu. A panaceum filmowym, czyli lekiem na każde zło, także zło wyzwolone u widza, wskutek seansu filmu Soderbergha, może być na przykład  jakikolwiek film Hitchcocka.

sobota, 11 maja 2013

Mamut - reż. Lukas Moodysson

Pamiętacie jeszcze Lukasa Moodyssona?  Reżysera nie pozostawiającego widza obojętnym wobec swoich filmów, takich jak "Fucking Amal" czy "Lilja 4-ever", czy bardzo kontrowersyjnego "Dziura w sercu". Ja postanowiłam go sobie przypomnieć.
Cztery lata temu, w roku 2009 nakręcił "Mamuta", z Gaelem Garcią Bernalem (był czas, że przodował w moim rankingu ulubionych aktorów) w roli głównej.  Niestety, "Mamut" (podobnie zresztą, jak młodszy o 3 lata "Kontener") przeleciał przez kina bez większego echa, nie wspominając już o aplauzie. Teraz można go zobaczyć w ofercie Canal +

"Mamut" to wbrew pozorom i wymyślnemu tytułowi, opowieść o czasie obecnym.  O charakterystycznym dla niego zagonieniu i chaosie w jakim żyją współcześni mieszkańcy Ziemi.  Zamiast żyć na swoim miejscu, tam gdzie ich dom i pilnować swoich dzieci, ganiają po świecie za pieniądzem. Dla jednych to konieczność, bo ojczyzna nie pozwala im dobrze zarobić. Drudzy szukają  większych dochodów. A jeszcze inni -  niedozwolonych przyjemności. "Mamut" to taki filmowy obraz globalnej wioski, w jaką zamieniła się nasza planeta.

Amerykańskie małżeństwo - lekarka (Michelle Williams)  oraz projektant gier komputerowych (Bernal) zajęci pracą, nie mają czasu zajmować się swoją jedyną córką. Wynajmują więc imigrantkę, filipińską nianię. Ta z kolei, by zarobić w USA, zostawia dwójkę swoich dzieci pod opieką babci. W czasie, gdy azjatycka niania zdobywa serce małej Amerykanki, jej syn, popada w poważne tarapaty, grożące wręcz śmiercią. Ojciec dziewczynki (Gael Garcia Bernal), będąc na delegacji, w Tajlandii, daje zarobić, kierując się początkowo bardziej współczuciem niż namiętnością, nastoletniej prostytutce, mającej na utrzymaniu niemowlaka. Jego żona zaś, lekarka próbuje ratować życie chłopcu zranionemu śmiertelnie w brzuch przez matkę psychopatkę. Zwariowane globalne podwórko. Wszyscy pędzą przez dalekie obce kraje, mijają się w pośpiechu, ratują obce dzieci, podczas gdy ich własne prawie umierają z samotności. Dzieci to te istoty, które tracą najwięcej.  Może trzeba by trochę zwolnić i zacząć po prostu żyć, tu i teraz, tam gdzie nasz dom, cieszyć każdą chwilą spędzoną z najbliższymi i dbać by ich nie brakowało. Tylko czy nie za bardzo się już rozpędziliśmy? Da się jeszcze wyhamować? Pieniedzy zawsze będzie mało, zarówno biednej rodzinie gdzieś w dalekiej Azji,  jak i tej bardzo bogatej w USA. Czy nie lepiej zadbać o miłośc i bezpieczeństwo dzieci? Może warto spróbować. Nie ma większej wartości w życiu, zdaje się mówić reżyser, jak dzieci, rodzina, szkoda trwonić czas i aż tak bardzo przywiązywać wagę do rzeczy materialnych. Jesteśmy marnym pyłem we wszechświecie, po każdym tylko kości. Może ktoś, kiedyś (zanim zamienią się w pył) przypadkowo je odkopie, czy są one więcej warte niż kości zwierząt? Chyba zbyt często ludzie zapominają, że są śmiertelni.

Film nie cieszył się, jak zauważyłam, wielkim, a nawet małym, uznaniem. Zarzuca mu się, i może trochę słusznie (ten tytuł!), pretensjonalność, jakieś arcyfilozoficzne zapędy reżysera - może niepotrzebnie. Można przecież spojrzeć na niego wprost.  A jeśli nawet miał takie zapędy? No cóż, Moodysson, nie należy raczej do wielkich myślicieli kina,  sam sobie winien - motyw pióra wiecznego, inkrustowanego kością mamuta, przeznaczony jako służbowy gift tylko dla najbogatszych...  czujemy, mając na uwadze tytuł filmu, że to ważny element - klucz, stąd moje nawiązanie do tych kości. Następnie - wizyta córki Vidalesów w planetarium - to zapewne symbol ludzkiej samotności, zarówno w skali makro jak i mikro we Wszechświecie:). Niepotrzebnie reżyser bawi się w taką banalną i wytartą symbolikę, na poziomie szkoły podstawowej. 
Ja także nie byłam jakoś bardzo poruszona "Mamutem", mimo dobrej obsady - Gael Garcia Bernal i Michelle Williams, ale uważam, że ze względu na istotny przekaz (choć zgrany do bólu, wiem, ale co z tego, skoro coraz bardziej aktualny), urokliwe zdjęcia, muzykę, aktorów jest to rzecz nienajgorsza, może nawet ważna.   Po prostu - gość zrobił film o tym co boli miliony ludzi na świecie. A co gorsze - ten ból zadają sobie i swym dzieciom sami.  I tyle. Tylko. A może aż?