Mam, a może raczej miałam, niesamowicie mieszane uczucia wobec
najnowszej ekranizacji dzieła F.S. Fitzgeralda . I nie byłam pewna, dlaczego nie wyszłam z kina
zachwycona, skoro w tytułowej roli wystąpił jeden z moich głównych faworytów,
jeśli chodzi o aktorów filmowych.Myślałam sobie, może to ta zbyt współczesna ścieżka dźwiękowa (Beyonce, Jay Z oraz ci, o których nazwiskach czy pseudonimów artystycznych wcześniej nie słyszałam) zupełnie, przynajmniej na pierwsze drgnienie ucha, nie przystawalna do muzycznych klimatów lat 20-tych ubiegłego wieku? A może to ten Gatsby, jakoś taki średnio ruchawy, jak na zakochanego na zabój (podobno) przystało? Czekać biernie kilka lat, aż ukochana nagle, zwiedziona pogłoskami o hucznych zabawach, pojawi się w podwojach jego kiczowatego pałacu. Nawiasem mówiąc, dlaczegóż by to miała uczynić, nie będąc duchem świętym i nie mając zielonego pojęcia, że po drugiej stronie zatoki, jej były ukochany wybudował z myślą o niej Disneyland dla dorosłych?
Jednym słowem, Gatsby działał mi na nerwy, a chyba oczekiwałam z jego strony innego rodzaju wzruszeń. Pewnie dlatego, że nie pamiętałam już (powieść, o ile w ogóle czytałam, to w zamierzchłych czasach), jaki z niego w gruncie rzeczy nudny facet. I czy na pewno taki „Wielki” jakby sobie życzył autor - narrator opowieści, opisujący dzieje nowobogackiego Gatsby’ego? Czy zamiast określenia „wielki” nie lepiej pasowałoby „głupi” albo „mały”. Czy nie lepiej było zostawić samo „Gatsby”? Tak jak radził ojciec ubogiemu jeszcze kiedyś synowi, by nigdy zbyt pochopnie nie oceniał bliźnich.
Czy wielkim można nazwać kogoś, kto kocha, ale zostawia ukochaną, bo
musi się dorobić, by dorównać jej statusowi społecznemu? „ Chorobliwie ambitny
Gatsby ” – może tak. Bo rodzi się pytanie, kogo kocha bardziej, kobietę, czy
siebie i swoją ambicję. Ktoś wysunie kontrargument - „bez dużych
pieniędzy nie miałby u bogatej dziewczyny żadnych szans. To ja odpowiem - "do
diabła z taką dziewczyną, której do pokochania mężczyzny potrzebny jest jego
gruby portfel. Jeśli taka mu odmówi ręki, to tylko jego szczęście."
Dalej - czy wielkim może być człowiek, który bogaci się do granic obrzydliwości na nielegalnym handlu alkoholem? Czy wielkim może być człowiek, który kryje zabójcę, nawet jeśli tymże zabójcą jest jego ukochana kobieta? Czy wielkim może być ten, który liczy, że skoro jest jednym z najbogatszych nowojorczyków i poda się za sprawcę śmiertelnego wypadku, ujdzie mu to na sucho? Czy wielkim jest człowiek, dla którego śmiertelne potrącenie kobiety z nizin (z których sam się wywodzi) jest niczym zabicie muchy na szybie swego ekskluzywnego samochodu?
Dalej - czy wielkim może być człowiek, który bogaci się do granic obrzydliwości na nielegalnym handlu alkoholem? Czy wielkim może być człowiek, który kryje zabójcę, nawet jeśli tymże zabójcą jest jego ukochana kobieta? Czy wielkim może być ten, który liczy, że skoro jest jednym z najbogatszych nowojorczyków i poda się za sprawcę śmiertelnego wypadku, ujdzie mu to na sucho? Czy wielkim jest człowiek, dla którego śmiertelne potrącenie kobiety z nizin (z których sam się wywodzi) jest niczym zabicie muchy na szybie swego ekskluzywnego samochodu?
Oddając się tymże rozważaniom doszłam do wniosku, że DiCaprio ukazał
swego bohatera tak jak należy. Największą namiętność Gatsby czuje sam do
siebie, dlatego zamiast porwać swoją ukochaną zza stołu, przy którym spędzała
samotne i nudne wieczory, woli oddawać się co wieczór marzeniom na myśl o tym,
jakiego szoku dozna Daisy na widok przepychu jego pałacowych salonów czy choćby zawartości
bieliźniarki. Jest próżny i równie obleśny jak ci wszyscy obrzydliwi bogacze
wokół niego, którzy wielkie fortuny zbili na oszustwie i wyzysku (ostry
kontrast między wyspami bogaczy, a przesmykiem skrajnej biedy – popiołowe
osiedle).
Po dojściu do tejże konkluzji, zrozumiałam, a może się mylę, dlaczego reżyser uwspółcześnił swoją wersję Gatsby’ego. Mniej mu chodziło o obsesyjną namiętność do kobiety, a bardziej pewnie o czasy kryzysu, do których i my podobno się zbliżamy. Wielki Kryzys poprzedziły lata wielkiej prosperity zbudowanej głównie na bazie prohibicji i nielegalnym handlu alkoholem. Współcześnie, równie obrzydliwie wielkie i nieliczne w skali światowej fortuny buduje się na nielegalnym handlu narkotykami, bronią, czy wyzysku pracy biedoty w Azji. Często towarzyszą temu upadki wielkich fortun i wywindowywania się nowych, do których niekoniecznie dochodzą ludzie z wyższych klas społecznych. Przeważnie zdobywają je bezwzględni kombinatorzy, przestępcy, ci jednak, choćby nie wiadomo jak się starali, nigdy nie zostaną dopuszczeni do grona posiadaczy z wielkimi tradycjami, których fortuna przechodziła i powiększała się z pokolenia na pokolenie, z dziada pradziada. Nowobogaccy parweniusze zawsze będą poza tym ich magicznym kręgiem. Tę prawdę wykrzykuje Gatsby’emu podczas kłótni JG Buchanan (z jakąż pogardą wytyka mu różowe garnitury), a przypieczęowuje ją ostateczny wybór Daisy. Na szczęście dla Jay’a G. - nie zdążył się o nim dowiedzieć. Umarł by z rozpaczy, że cały jego wysiłek bogacenia się dla kobiety poszedł na marne.
Po premierze „WG” w reż. Baza Luhrmanna, zerknęłam na wersję z Robertem Redfordem i Mią Farrow. Początek mnie oczarował. Kreacje aktorskie (Mia Farrow, Karen Black), muzyczka tamtych czasów, te tańce, kostiumy, elegancja panów, uroda pań, wszystko tak jak trzeba, ale do choinki? Dlaczego usnęłam w połowie? Luhrmann jednak na to nie pozwolił (fakt, że oglądałam jego film w kinie nie ma znaczenia, bo jeśli się nużę potrafię spać w każdych warunkach), co rusz odzywał się jakiś muzyczny szał. I bogactwo u Australijczyka jest bardziej obleśne niż u Claytona (1974). Właśnie, pierwszym określeniem na obrazy z salonów u Gatsby’ego AD 2013 jaki cisnęło mi sie na usta, było „obleśnie”. Nie wielkie „łał!”, ale odruch obrzydzenia i zero zazdrości: „ale bajka”, „ja bym też tak chciała” - nic z tych rzeczy. Szkoda, że Gatsby, chłopak kiedyś nieskalany, mający wzniosłe ideały i szansę wyrośnięcia na wielkiego człowieka, nie pozostał mentalnie na swoim miejsce w szeregu, bo do tego, w którym się znalazł w pogoni za zielonym złudnym światełkiem, niestety nie pasował. Owszem, na tle zepsutych do szpiku kości bogaczy mógł się jakiemuś obserwatorowi wydawać wielki, ale czy takim był dla ludzi z kręgu, z którego wyszedł?
Pisząc, że usnęłam na tej starszej wersji Gatsby’ego, nie chcę umniejszać
jej wartości. Oba filmy są skrajnie
różne, każdy z nich ma swoje lepsze i gorsze strony. Chciałam tylko podkreślić, dlaczego Luhrmann,
swoim zwyczajem, kręcąc nową wersję klasyka literatury, uwspółcześnia go,
ozdabiając aktualnymi ozdobnikami, w tym przypadku np. ostra muzyka, i tylko
ona (bo scenografia, kostiumy pozostają wierne latom 20-tym XX wieku) w wykonaniu
czołowych gwiazd popu - nie dosyć, że daje
do myślenia uniwersalizując przekaz, to jeszcze zachęca do jego oglądania
szersze kręgi publiczności. Podejrzewam, że dzięki temu o wiele więcej
ludzi, zobaczy Gatsby'ego, tak jak kiedyś "Romeo i Julię" (dla mnie
rewelacja!) i nie zasną przed ekranem (bo jednak dla niektórych kręgu widzów jest to
rodzaj ramotki - nie oszukujmy się), albo nie wyjdą w połowie seansu.Po dojściu do tejże konkluzji, zrozumiałam, a może się mylę, dlaczego reżyser uwspółcześnił swoją wersję Gatsby’ego. Mniej mu chodziło o obsesyjną namiętność do kobiety, a bardziej pewnie o czasy kryzysu, do których i my podobno się zbliżamy. Wielki Kryzys poprzedziły lata wielkiej prosperity zbudowanej głównie na bazie prohibicji i nielegalnym handlu alkoholem. Współcześnie, równie obrzydliwie wielkie i nieliczne w skali światowej fortuny buduje się na nielegalnym handlu narkotykami, bronią, czy wyzysku pracy biedoty w Azji. Często towarzyszą temu upadki wielkich fortun i wywindowywania się nowych, do których niekoniecznie dochodzą ludzie z wyższych klas społecznych. Przeważnie zdobywają je bezwzględni kombinatorzy, przestępcy, ci jednak, choćby nie wiadomo jak się starali, nigdy nie zostaną dopuszczeni do grona posiadaczy z wielkimi tradycjami, których fortuna przechodziła i powiększała się z pokolenia na pokolenie, z dziada pradziada. Nowobogaccy parweniusze zawsze będą poza tym ich magicznym kręgiem. Tę prawdę wykrzykuje Gatsby’emu podczas kłótni JG Buchanan (z jakąż pogardą wytyka mu różowe garnitury), a przypieczęowuje ją ostateczny wybór Daisy. Na szczęście dla Jay’a G. - nie zdążył się o nim dowiedzieć. Umarł by z rozpaczy, że cały jego wysiłek bogacenia się dla kobiety poszedł na marne.
Po premierze „WG” w reż. Baza Luhrmanna, zerknęłam na wersję z Robertem Redfordem i Mią Farrow. Początek mnie oczarował. Kreacje aktorskie (Mia Farrow, Karen Black), muzyczka tamtych czasów, te tańce, kostiumy, elegancja panów, uroda pań, wszystko tak jak trzeba, ale do choinki? Dlaczego usnęłam w połowie? Luhrmann jednak na to nie pozwolił (fakt, że oglądałam jego film w kinie nie ma znaczenia, bo jeśli się nużę potrafię spać w każdych warunkach), co rusz odzywał się jakiś muzyczny szał. I bogactwo u Australijczyka jest bardziej obleśne niż u Claytona (1974). Właśnie, pierwszym określeniem na obrazy z salonów u Gatsby’ego AD 2013 jaki cisnęło mi sie na usta, było „obleśnie”. Nie wielkie „łał!”, ale odruch obrzydzenia i zero zazdrości: „ale bajka”, „ja bym też tak chciała” - nic z tych rzeczy. Szkoda, że Gatsby, chłopak kiedyś nieskalany, mający wzniosłe ideały i szansę wyrośnięcia na wielkiego człowieka, nie pozostał mentalnie na swoim miejsce w szeregu, bo do tego, w którym się znalazł w pogoni za zielonym złudnym światełkiem, niestety nie pasował. Owszem, na tle zepsutych do szpiku kości bogaczy mógł się jakiemuś obserwatorowi wydawać wielki, ale czy takim był dla ludzi z kręgu, z którego wyszedł?
"WG" z Redfordem oczywiście dokończę, choćby ze względu na kreacje aktorskie. Np. kochanka Buchanana, Myrtle, w wykonaniu Karen Black jest odegrana wręcz po mistrzowsku, z o wiele większym ogniem (scena, gdy na przyjęciu powtarza z uporem imię żony Toma B.: "Daisy, Daisy, Daisy"...) niż uczyniła to Isla Fisher u BL. No i muszę porównać, kto lepszy, a może równi sobie, Edgerton czy Dern w roli Buchanana. Czy Redford będzie mnie w stanie uwieść bardziej niż DiCaprio (w co wątpię, bo tego drugiego uwielbiam od chwili, kiedy ujrzałam po raz pierwszy na ekranie, czyli od dziecka)? Którzy z nich mnie bardziej poruszą w końcówce filmu. Do czego i Ciebie zachęcam, drogi czytelniku tego bloga: zobacz, porównaj, wybierz. :)





