Nazajutrz po seansie, spytałam męża, którego udało mi się wyciągnąć z pracy i namówić na kino, co mu się najbardziej spodobało w "Grawitacji". Oto jaką usłyszałam odpowiedź: "kawa z żoną przed filmem". No fajnie, pomyślałam sobie, wolałabym ją co prawda wypić w jakimś małym przytulnym lokaliku, niż w hallu przed kinem Imax, ale niech będzie, przyjmuję te słowa za dobrą monetę i wróżbę, że może znowu za rok, lud dwa wybierzemy się na kawę do kina. Ale jak się to ma do oceny filmu? Cuaron chyba by nie był zachwycony. A ta ocena ma się podobnie do mojej opinii o "Grawitacji". Poza efektami technicznymi, udającymi przestrzeń kosmiczną, nie ma w tym filmie nic więcej. A przynajmniej ja niczego więcej ani nie dostrzegłam, ani nie poczułam. Los pani kosmonautki o męski imieniu Ryan, mnie specjalonie nie obchodził. Tym bardziej, że przeczuwałam, iż ucieczka z przerażającej przestrzeni kosmicznej musi się jej udać, w końcu reprezentuje amerykańską firmę NASA. Ta kobieta nie zdążyła sobie zaskarbić mojej sympatii, podobnie jak jej towarzysz niedoli pan Matt Kowalski, chociaż ten drugi bardzo się starał nie tylko o moja symaptię, ale i o symaptię Ryan, sypiąc dowcipamia jak z rękawa, co by umilić nam czas wspólnego pobytu w stanie nieważkości. Owszem, starano się przemycić jakieś szczątkowe informacje o ogromnym pechu życiowym Ryan, ale niestety, Bullock będąc większość czasu w skafandrze i hełmie kosmicznym nie miała okazji wzbudzić jakichś głębszych emocji (np. współczucia) na swój temat. Opowiadanie o śmierci córeczki, wydało mi się marnym i zbyt wyświechtanym chwytem na zdobycie zainteresowania. Ale, uważam, że bardzo ładnie iż realizatorzy filmu, bracia Cuaron, postawili tym razem na herosa (kosmosu) będącego kobietą. Co prawda, nie mogła się obyć bez męskiej pomocy, ale co tam, nie ma kołaczy bez współpracy, tym bardziej męsko-damskiej. Choć tym razem, mężczyzna nie służył silnym ramieniem, a bardziej duchem.
Nie obyło się także bez kilku żelaznych amerykańskich stereotypów, jeśli chodzi o kino amerykańskie traktujące o wojnie, czy kosmosie. Znowu pojawiają się źli Rosjanie. Szczątki rosyjskiego satelity (oczywiście, szpiegujacego USA) zagrażają ekipie naprawiającej telskop Hubbla. To one są przyczyną całego nieszczęścia, które zgodnie z powiedzeniem, iż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, obraca się na korzyść Ryan.
Pojawia się też opuszczona chińska stacja orbitalna Tiangong. A jakże, Ameryka nie może zapomnieć o Chińczykach, mając u nich niebotyczny dług gospodarczy. A więc mamy kolejny grzecznościowy ukłon, tym razem w stronę państwa Środka. To ich stacja ocala życie dzielnej Ryan. To dzięki ich stacji łapie ona kontakt z Ziemią, a dokładnie z przemiłym Chińczykiem, jego psem i dzieckiem. To dzięki ich kapsule Ryan odrodzi się na nowo, wychodząc z niej (po wcześniejszym wodowaniu) niczym kolos, któremu teraz żadne nieszczęścia tej Ziemi nie będą groźne. No pięknie, Chińczycy poczują z pewnością satysfakację, w odróżnieniu od Rosjan - znowu ukazano ich jako amatarów mocnej wódki (to już jest naprawdę nudne), której nie odpuszczają nawet w kosmosie.
No dobrze, to już wiadomo, fabuła jest bardzo kiepska. Widać jak na dłoni, że twórcy musieli ciąć koszty, sami napisali mizerny scenriusz, wynajęli dwóch aktorów, jednego tylko w 1/3, skupili się głównie na kosztach dla techników. Acha, jeszcze muzyka, oczywiście - pan Steven Price i kinooperator, bardzo dobry, rodak Cuaronów, Emmanuel Lubetzky. Co do muzyki - straszna. Jedynie na samym początku dało się wytrzymać, później, gdy Ryan walczyła z kosmicznymi śmieciami (warto zauważyć, że człowiek zaśmieca nie tylko swoją planetę) było okropnie, była pompatyczna, niesamowicie głośna, denerwująca wprost kosmicznie. Modliłam się, żeby ta Ryan jak najszybciej doleciała do Ziemi, żeby się ta męka dla moich uszu wreszcie skończyła. Jak dla mnie, kompozycje Price'a przyczyniły się w znacznym stopniu do znielubienia "Gravitacji" (ona jest także niedobra dlatego, że to przez nią dojrzałym paniom i panom opadają policzki).
Ale za to ładny był obraz. Pomijam Sandrę Bullock, bo za nią nie przepadam, ale muszę obiektywnie stwierdzić, że płynąc w stacji Sojuz w samej bieliźnie prezentowała się seksownie. Ale nagrać to się ona nie nagrała, a jeszcze mniej się nagrał Clooney (na którego tak liczył mój małżonek). No ale przecież głównym i tytułowym bohaterem jest pani Grawitacja.
Piękna, choć trochę mniej niepokojąca niż się spodziewałam, była nieskończona przestrzeń kosmiczna i widoki Ziemi jakie można z jej perspektywy oglądać. Szkoda tylko, że gdy Matt krzyczał do Ryan "widzę Ganges, jest taki piękny!" nie dane nam było tego zobaczyć. Musieliśmy mu, tak jak i Ryan, uwierzyć na słowo. No właśnie, niby były te zdjęcia Ziemi z kosmosu, ale tak naprawdę niczego znajomego nie udało mi się rozpoznać. Znowu rozczarowanie.
No i to właściwie wszystko. Kolejny spektakularny film w 3D jaki widziałam, to już drugi. I stwierdzam, że to nie jest kino dla mnie, zbyt dużo tu spekulacji, na osiągnięcie dobrego, trzy wymiarowego obrazu, a za mało treści, emocji, głębi, wspaniałych historii, które nie potrzebują tak po prawdzie efektów technicznych na miarę XXI wieku, bo potrafią obronić się same.
piątek, 11 października 2013
poniedziałek, 7 października 2013
Bestie z południowych krain - reż. Benh Zeitlin
Ten film to istna perełka na tle masowej przemysłowej konfekcji, jaką ostatnio serwuje nam kino. Tytułowe bestie, to nie tylko stwory żyjące w wyobraźni dziewczynki, mające wygląd dzikiej świni, którą hoduje wraz z ojcem na przyszły obiad. Ze słowem „bestia” kojarzy się automatycznie określenie „dzika”, „dziki”, „dzicy”, tak właśnie były nazywane plemiona, odkrywane na południowych kontynentach przez białego, tzw. cywilizowanego człowieka, najczęściej chrześcijanina, który uzurpował sobie prawo ewangelizacji "dzikich" cywilizowania na swoją modłę, a następnie zabijanie, okupowanie, grabienie i najchętniej całkowitą eksterminację .
Charakterystyczne w tym filmie, że w obliczu wszystkich nieszczęść, jakie spotykają ludzi z marginesu wielkiej aglomeracji: powódź, śmierć matki, bieda, umieranie ojca, nikt nie wznosi modłów o ratunek, pomoc, zesłanie manny z nieba. Dziewczynka w chwilach smutku, katastrofy przywołuje swoją matkę, rozmowa z nią w ciężkich chwilach zastępuje modlitwę. A ojciec zaciekle, walczy.
Piękna, choć nieco komiczna była scena, gdy chce by pokazać córce jaka musi być dzielna, albo pragnie siebie dać za wzór odwagi i bohaterstwa, wywołuje na pojedynek burzę (trzeba zaznaczyć, że kurażu dodaje mu pewna dawka alkoholu którą wcześniej spożył). Żadne tam gromnice, odmawianie zdrowasiek, tylko zuchwałość, pokonana co prawda przez siłę natury - nie ma nic przecież od niej potężniejszego, ale wola walki była.
Ta mała Hushpuppy i tak miała sporo szczęścia, którego mogło pozazdrościć jej niejedno miejskie dziecko z drugiej strony tamy. Ojciec jej co prawda wielce nie rozpieszczał, pił, ale nie bił!. Zamiast „skarbie” czy „kochanie”zwracał się do niej "szefowo". Fakt, czasem znikał na długie dni, bez uprzedzenia (bywało, że z powodu leczenia w szpitalu), ale miał jedną ważną ojcowską cechę - uczył jak przetrwać (fajna scena z łapaniem ryb, czy spożywaniem kraba), nie ukrywał, że wymaga to sporej drapieżności i chronił przed śmiercią. Troszczył się o nią na swój sposób, po męsku, szorstko, bez cackania się, tak jak umiał.
Obydwoje mieli sporo szczęścia, że żyli sobie na marginesie cywilizacji i nie zawitała do nich nigdy wcześniej (przed powodzią) opieka społeczna - która normalnie na widok bałaganu ich obejścia od razu wzięła by dziewczynkę do domu dziecka, nie bacząc, że ojciec jest jej jedyną najbliższą osobą. Bo najważniejszy dla sterylnego cywilizowanego człowieka jest nie dobro drugiej istoty, ale spokój jego sumienia, że zrobił wszystko, by życie jego i innych, przebiegało zgodnie z prawem, z normami wyznaczonymi przez urzędników.
Podobał mi się motyw rysowania (inspiracja prehistorycznymi malowidłami naskalnymi) przez Hushpuppy historii jej rodziny, dla przyszłych naukowców, żeby wiedzieli, że żyła. Bo każde życie jest ważne i warte utrwalenia, na swój sposób.
A gdzie Huspuppy miała okazję zobaczyć naskalne pierwotne malowidła? Ano, na udzie nauczycielki w małej szkółce na bagnach Florydy. To tacy właśnie niestereotypowi nauczyciele mają wpływ na nasze zainteresowania w przyszłości.
Świetny film, zabawny, wzruszający, kapitalnie zagrany, nie tylko przez 9-letnią Quvenzhané Wallis (Hushpuppy), ale także Dwighta Henry (ojciec). Poruszający wiele kwestii (cynizm białego bogatego człowieka, wychowanie w pokorze i zgodzie z naturą, sterylność, wyjałowienie otoczenia przenosi się czasem na uczucia), także ekologiczną, jakby przy okazji. A to jakiś sen, a to jakieś jedno zdanie rzucone mimochodem. Każdy wątek, scena, każdy dialog, przemyślany i po coś. I wszystko spójne. Nic się nie rozłazi. Jedyne co do końca nie daje mi spokoju to jeden z onirycznych motywów, magicznej podróży dziewcząt z tajemniczym kapitanem na tajemniczym statku, który zawozi je na statek burdel, gdzie nie ma mężczyzn, a samotne kobiety przytulają się do dziewczynek, którymi może były kiedyś? Nie jestem do końca pewna, czy potrzebny. I o czym mówi - samotność kobiet? Samotność dzieci? Osobność światów kobiet i mężczyzn, tak jak oddzielenie innych dwóch światów - ludzi cywilizowanych, uwięzionych przy swoich białych, sterylnych ścianach i "bestii", kochających niezależność, ten margines na którym żyją.
A zresztą, sen jak sen, nie każdy daje się przełożyć na racjonalny język, czasem musi zostać zagadką.
Oceniam: 9+/10. Ogromny plus za muzykę, której autorem, tak jak i scenariusza, jest reżyser. Co za zdolna bestia!
niedziela, 6 października 2013
Przyszłość - reż. Miranda July
Przyszłość. Jedni dokładnie obierają jej określony cel, planują drogi i ścieżki którymi do niego dojdą. Inni zaś idą ku niej na żywioł (tak jak np. ja), podążając tropami na które natkną się albo przez przypadek (nazywany przez niektórych zrządzeniem losu lub ręką opatrzności) albo kierują się węchem zwanym intuicją. I o tych drugich opowiada właśnie Miranda July, która jest nie tylko reżyserem "Przyszłości", ale także autorką scenariusza i odtwórczynią głównej roli kobiecej.
To film wymagający przetrawienia, broń boże nie można go odrzucić, tak jak odrzuca się zazwyczaj ludzi, reprezentowanych przez dwoje bohaterów tego filmu. Jason i Sophie nie przystają za bardzo do kanonów przyjętych za wzorcowe współczesnego świata. Nie mają zaprogramowanej przyszłości, nie dążą do konkretnych wyznaczonych celów, nie pokonują kolejnych stopni kariery, nie zaliczają kolejnych zwyczajowo przyjętych etapów pary żyjącej w związku, typu: "a teraz musimy mieć mieszkanie", "a teraz zaprosimy szefa na kolację, może da mi awans", "a teraz pojedziemy na Tajlandię, bo wszyscy sąsiedzi już tam byli", "a teraz kupimy sobie lepszy samochód, bo ten ma już dwa lata", " no i:" a teraz urodzimy sobie dziecko, a nie, właściwie to nam się już nie chce". Nie, oni ruszając się na co dzień jak dwie muchy w smole, działają pod wpływem impulsu, tylko taki może nadać ich życiu jakiś bieg, wyrwać choć trochę nad powierzchnię, w której brodzą.
Mają ponad 30 lat, czyli jeszcze już nie tacy młodzi, ale jeszcze nie starzy, choć ze strachem liczą lata, dzielące ich od 40-tki (nie wiem nawet czy liczą, że do niej dożyją). Nie rozstają się ani na chwilę ze swoimi komputerami (nawet z nimi śpią), nie mają dzieci, ani nikogo, o kogo mogliby zadbać, kto zmobilizowałby ich do odpowiedzialności nie tylko za swoje życie, na którego jakości im aż tak bardzo nie zależy. Nie mają nawet popędu seksualnego. Ograniczają się do wykonywania nawykowych czynności (najczęściej jest nią włączenie komputera), które pozwalają im dryfować na powierzchni egzystencji. Są prawie martwi, a żeby do końca nie umrzeć, postanawiają przygarnąć kota ze schroniska. Kot jest chory, potrzebuje miesiąca na wykurowanie swojej łapki, wtedy będzie mógł przyjść do ich domu. Para chce wykorzystać ten miesiąc, chce użyć życia, tak jakby przybycie nowego "członka" rodziny wiązało się z absolutnym pożegnaniem wolności. Nie wiedzą, że wolność absurdalnie znaczy właśnie odpowiedzialność, możliwość wyboru. Brak wolności, to życie bezwolne. Czyżby kot był metaforą dziecka, którego przyjście na świat jest odkładane w coraz dalszą przyszłość, tak jakby jego narodziny wiązały się z jakimś kataklizmem dla pozostających w związku mężczyzny i kobiety? Tak mi się jakoś nasunęło.
I ten to właśnie kot jest najpiękniejszym elementem tego filmu. To symbol wyzwolenia się z marazmu, zwanym przez niektórych wolnością. Mogę robić wszystko co chcę (dopóki nie ma kota), czyli robię tak naprawdę niewiele. Kot mówi cudownym ludzkim głosem , którego użycza mu pani reżyser (za ten głos to się Oskar należy). Ten koci głos jest także, wg mojego odczucia, głosem wszystkich samotnych, okaleczonych, w jakikolwiek sposób, istot na Ziemi, które tak bardzo za sobą wzajemnie tęsknią i chciałyby spotkać się z podobnymi sobie istotami, ale nie będzie im to dane, właśnie z tych powodów, które czynią te istoty tak bardzo samotnymi.
W każdym razie ten kot, to coś co mogłoby (kto wie?) być wspaniałe, a co nas omija przez nasze zaniedbanie albo zaniechanie, wynikające może nawet nie ze złej woli, ale z nieświadomości czy nieudolności.
Film niesamowity, dziwny, dla takiegoż samego widza. Ktoś kto szuka jasnych i jednoznacznych komunikatów, raczej się na nim wynudzi. I nie raz zapyta "ale o co chodzi". Czy ci ludzie są normalni? A wystarczy spojrzeć wokół, takich jak Jason i Sophie jest wokół nas mnóstwo, często powierzchnie ocenianych jako lenie, nieudacznicy, bałaganiarzy, jednostki pozbawione ambicji, skazane na wegetację itp. A oni żyją tak, jakby byli na początku, który trzeba jakoś zaliczyć, by zacząć kolejny bardziej ekscytujący etap ludzkiej egzystencji. Postawa kompletnie odwrócona wobec tej ogólnie przyjętej, że życia trzeba się nachapać, nażreć aż do mdłości, bo jest tylko jedno, a później nie ma już nic.
Film rozpoczynają kapitalne sceny zapowiadające opowieść o jakże wyluzowanej parze, następnie z każdym kolejnym kadrem szczęka nam opada, jak bardzo pierwsze wrażenie może być mylne - to co braliśmy za luz okazuje się nieogarnięciem, nie tylko mieszkalnego wnętrza.
Później pojawiają się następne świetne momenty- Sophie próbuje nagrać swój taniec przez kamerę internetową, Jason kupuje starą suszarkę do włosów za 3 dolary - w ogóle sekwencja spotkania Jasona ze starszym panem, który naprawia i sprzedaje stare sprzęty to kolejny ekologiczny przyczynek w filmie. Pierwszy to swoista krucjata Jasona pod hasłem "Drzewo za drzewo" . Cenne motywy - ta troska o zmniejszenie zaśmiecania naszej planety, jak i to, że ludzie, tak jak o wycięte drzewa, powinni, jeśli tylko mogą, też zadbać o pozostawienie po sobie potomka.
O czym jeszcze jest ten film? Jak bardzo roztrwaniamy swoje talenty na drobne, na jakie banalne sposoby zabijamy nasz czas? duża w tym wina nowych technologii, którym nałogowo ulegamy? Że najczęstszą, choć nie zawsze satysfakcjonującą relacją, na jaką natrafiamy, szukając kontaktu z drugim człowiekiem, jest seks?
No i w końcu ten żal, nie tylko kotka. Bo przecież mogłoby być tak pięknie, miło i ciepło.
To film wymagający przetrawienia, broń boże nie można go odrzucić, tak jak odrzuca się zazwyczaj ludzi, reprezentowanych przez dwoje bohaterów tego filmu. Jason i Sophie nie przystają za bardzo do kanonów przyjętych za wzorcowe współczesnego świata. Nie mają zaprogramowanej przyszłości, nie dążą do konkretnych wyznaczonych celów, nie pokonują kolejnych stopni kariery, nie zaliczają kolejnych zwyczajowo przyjętych etapów pary żyjącej w związku, typu: "a teraz musimy mieć mieszkanie", "a teraz zaprosimy szefa na kolację, może da mi awans", "a teraz pojedziemy na Tajlandię, bo wszyscy sąsiedzi już tam byli", "a teraz kupimy sobie lepszy samochód, bo ten ma już dwa lata", " no i:" a teraz urodzimy sobie dziecko, a nie, właściwie to nam się już nie chce". Nie, oni ruszając się na co dzień jak dwie muchy w smole, działają pod wpływem impulsu, tylko taki może nadać ich życiu jakiś bieg, wyrwać choć trochę nad powierzchnię, w której brodzą.
Mają ponad 30 lat, czyli jeszcze już nie tacy młodzi, ale jeszcze nie starzy, choć ze strachem liczą lata, dzielące ich od 40-tki (nie wiem nawet czy liczą, że do niej dożyją). Nie rozstają się ani na chwilę ze swoimi komputerami (nawet z nimi śpią), nie mają dzieci, ani nikogo, o kogo mogliby zadbać, kto zmobilizowałby ich do odpowiedzialności nie tylko za swoje życie, na którego jakości im aż tak bardzo nie zależy. Nie mają nawet popędu seksualnego. Ograniczają się do wykonywania nawykowych czynności (najczęściej jest nią włączenie komputera), które pozwalają im dryfować na powierzchni egzystencji. Są prawie martwi, a żeby do końca nie umrzeć, postanawiają przygarnąć kota ze schroniska. Kot jest chory, potrzebuje miesiąca na wykurowanie swojej łapki, wtedy będzie mógł przyjść do ich domu. Para chce wykorzystać ten miesiąc, chce użyć życia, tak jakby przybycie nowego "członka" rodziny wiązało się z absolutnym pożegnaniem wolności. Nie wiedzą, że wolność absurdalnie znaczy właśnie odpowiedzialność, możliwość wyboru. Brak wolności, to życie bezwolne. Czyżby kot był metaforą dziecka, którego przyjście na świat jest odkładane w coraz dalszą przyszłość, tak jakby jego narodziny wiązały się z jakimś kataklizmem dla pozostających w związku mężczyzny i kobiety? Tak mi się jakoś nasunęło.
I ten to właśnie kot jest najpiękniejszym elementem tego filmu. To symbol wyzwolenia się z marazmu, zwanym przez niektórych wolnością. Mogę robić wszystko co chcę (dopóki nie ma kota), czyli robię tak naprawdę niewiele. Kot mówi cudownym ludzkim głosem , którego użycza mu pani reżyser (za ten głos to się Oskar należy). Ten koci głos jest także, wg mojego odczucia, głosem wszystkich samotnych, okaleczonych, w jakikolwiek sposób, istot na Ziemi, które tak bardzo za sobą wzajemnie tęsknią i chciałyby spotkać się z podobnymi sobie istotami, ale nie będzie im to dane, właśnie z tych powodów, które czynią te istoty tak bardzo samotnymi.
W każdym razie ten kot, to coś co mogłoby (kto wie?) być wspaniałe, a co nas omija przez nasze zaniedbanie albo zaniechanie, wynikające może nawet nie ze złej woli, ale z nieświadomości czy nieudolności.
Film niesamowity, dziwny, dla takiegoż samego widza. Ktoś kto szuka jasnych i jednoznacznych komunikatów, raczej się na nim wynudzi. I nie raz zapyta "ale o co chodzi". Czy ci ludzie są normalni? A wystarczy spojrzeć wokół, takich jak Jason i Sophie jest wokół nas mnóstwo, często powierzchnie ocenianych jako lenie, nieudacznicy, bałaganiarzy, jednostki pozbawione ambicji, skazane na wegetację itp. A oni żyją tak, jakby byli na początku, który trzeba jakoś zaliczyć, by zacząć kolejny bardziej ekscytujący etap ludzkiej egzystencji. Postawa kompletnie odwrócona wobec tej ogólnie przyjętej, że życia trzeba się nachapać, nażreć aż do mdłości, bo jest tylko jedno, a później nie ma już nic.
Film rozpoczynają kapitalne sceny zapowiadające opowieść o jakże wyluzowanej parze, następnie z każdym kolejnym kadrem szczęka nam opada, jak bardzo pierwsze wrażenie może być mylne - to co braliśmy za luz okazuje się nieogarnięciem, nie tylko mieszkalnego wnętrza.
Później pojawiają się następne świetne momenty- Sophie próbuje nagrać swój taniec przez kamerę internetową, Jason kupuje starą suszarkę do włosów za 3 dolary - w ogóle sekwencja spotkania Jasona ze starszym panem, który naprawia i sprzedaje stare sprzęty to kolejny ekologiczny przyczynek w filmie. Pierwszy to swoista krucjata Jasona pod hasłem "Drzewo za drzewo" . Cenne motywy - ta troska o zmniejszenie zaśmiecania naszej planety, jak i to, że ludzie, tak jak o wycięte drzewa, powinni, jeśli tylko mogą, też zadbać o pozostawienie po sobie potomka.
O czym jeszcze jest ten film? Jak bardzo roztrwaniamy swoje talenty na drobne, na jakie banalne sposoby zabijamy nasz czas? duża w tym wina nowych technologii, którym nałogowo ulegamy? Że najczęstszą, choć nie zawsze satysfakcjonującą relacją, na jaką natrafiamy, szukając kontaktu z drugim człowiekiem, jest seks?
No i w końcu ten żal, nie tylko kotka. Bo przecież mogłoby być tak pięknie, miło i ciepło.
wtorek, 13 sierpnia 2013
Saturno contro. Pod dobrą gwiazdą - reż. Ferzan Özpetek
Pisarz, bankowiec, psychoterapeutka specjalizująca się w uzależnieniach, policjant, tłumaczka; mężczyźni i kobiety, starsi i młodzi, grubi i chudzi, geje, hetero i bi - oto grono przyjaciół w przeróżnych przekrojach, spotykające się regularnie w mieszkaniu pary Davida i Lorenzo, na miłych, pełnych gwaru, muzyki, śmiechu i wygłupów przyjęciach, przy winie i jakimś dobrym włoskim daniu, najczęściej spaghetti. Nic tylko pozazdrościć. Wydaje się, że niczego im do szczęścia im nie brak. Stopniowo wnikamy w życie niektórych z postaci nieco głębiej. Otóż Lorenzo martwi się romansem żonatego z Angelicą Antonia. Roberta - śliczna młoda dziewczyna jest narkomanką i wcale się z tym nie kryje. Sergio, były kochanek Lorenzo - starzeje się i coraz mocniej odczuwa samotność i brak partnera. Angelica pisze książkę o alkoholizmie. Każdy ma swoje problemy, o których na chwilę zapomina w gronie przyjaciół. Ale największy dramat czeka Lorenzo i Davida - pewnego wieczoru Lorenzo traci przytomność, ląduje w szpitalu. W jednej chwili kończy się jego życie, a David zostaje sam, bez ukochanego. Przyjaciele spotykają się jeszcze kilka razy w szpitalu, przy łóżku nieprzytomnego Lorenzo. Każdy z nich oddzielnie i w samotności przeżywa utratę przyjaciela, głównego animatora ich wspólnych spotkań. Bardzo chcą pomóc Davidowi przetrwać ciężkie chwile po utracie partnera, ale nie są w stanie nic zrobić, by choć trochę ulżyć jego cierpieniu.
Śmierć sprawiła, że ich zwarta grupa rozbiła się na małe atomy, krążące każdy wokół swej osi, które czasem się ze sobą zderzają, doprowadzając do ostrego spięcia.
Patrząc na to co piszę, może się wydawać się, że film Turka zamieszkałego od ponad 30 lat we Włoszech jest o niczym, trąci nudą. Nic bardziej mylnego! Jego urok i moc tkwi w tym, że w sposób zajmujący za sprawą świetnego aktorstwa, dowcipnych i inteligentnych, często z dużym poczuciem humoru i autoironii (reżyser jest gejem) dialogów, opowiada o życiu, które mogłoby być udziałem każdego z nas. Ale, ale jedno pytanie! Czy każdy z nas ma prawdziwych przyjaciół? Nie tylko do przyjemnego spędzenia czasu po pracy, choć to też jest bardzo cenne, ale także takich, na których możemy liczyć w biedzie i nieszczęściu? Którzy uczciwie się z nami pokłócą oraz spełnią każdą daną wcześniej obietnicę, nawet w wypadku śmierci tego wobec kogo ją składali? Czy mamy przyjaciół, czy jesteśmy wszyscy zdolni i gotowi porozumieć się i znaleźć wspólny język z każdym, bez względu na różnice wieku, zawodu, statusu społecznego, uzależnień, orientacji seksualnej? Odpowiedź na to pytanie nie jest już tak oczywista. Bo i nie tak często ludzkie relacje oparte są na wzajemnej ciekawości, otwartości, szczerości, zdolności do kompromisów, ba, nawet przyznanie się do swego błędu i racji tej drugiej osobie.
Najczęściej, narzucone sztucznie granice nas dzielą, a tutaj, wręcz przeciwnie są wyzwaniem do ich przekraczania i poznawania nie tylko innego, ale i siebie, by przekonać się, że stać nas na więcej niżbyśmy się tego po sobie spodziewali. Jest tu taka bardzo dobra sekwencja związana z przyjazdem ojca na pogrzeb Lorenzo, który z powodu braku akceptacji rodzica, wyprowadził się z domu. Ojciec, powiadomiony o śmierci syna, przyjeżdża do stolicy wraz z macochą Lorenzo, by zabrać jego ciało i pochować go przy boku zmarłej matki. Jednak, o co siebie zapewne wcześniej nie posądzał, zaprzyjaźnia się z tymi, którzy pokochali jego syna, takim jakim był. Przekonał się, że są świetnymi ludźmi, a nie jakimiś przerażającymi odmieńcami. A nawet zgadza się, by zgodnie z wolą Lorenzo, skremować jego ciało i pochować w mieście, gdzie znalazł szczęście. Bardzo fajną kobietą okazuje się macocha, prosta kobieta, fryzjerka ze śmieszną fryzurą, która bardzo szybko nawiązuje kontakt ze starzejącym się i smutnym Sergio "Jest pan gejem? Nie, pedałem, Jestem nieco staroświecki" (jakbym czytała "Lubiewo" Witkowskiego). Ich dialogi są rewelacyjne. I ta nieskrywana radość kobiety z powodu tego, że może poznać kogoś tak uroczego, zabawnego, a w dodatku geja.
Bardzo pokrzepiający obraz, choć u niejednego widza, przypuszczam, może wywołać jakąś nieokreśloną tęsknotę i żal, że czegoś, albo kogoś, mu w życiu brakuje. Taki już jest Ferzan Ozpetek, on to potrafi.
Śmierć sprawiła, że ich zwarta grupa rozbiła się na małe atomy, krążące każdy wokół swej osi, które czasem się ze sobą zderzają, doprowadzając do ostrego spięcia.
Patrząc na to co piszę, może się wydawać się, że film Turka zamieszkałego od ponad 30 lat we Włoszech jest o niczym, trąci nudą. Nic bardziej mylnego! Jego urok i moc tkwi w tym, że w sposób zajmujący za sprawą świetnego aktorstwa, dowcipnych i inteligentnych, często z dużym poczuciem humoru i autoironii (reżyser jest gejem) dialogów, opowiada o życiu, które mogłoby być udziałem każdego z nas. Ale, ale jedno pytanie! Czy każdy z nas ma prawdziwych przyjaciół? Nie tylko do przyjemnego spędzenia czasu po pracy, choć to też jest bardzo cenne, ale także takich, na których możemy liczyć w biedzie i nieszczęściu? Którzy uczciwie się z nami pokłócą oraz spełnią każdą daną wcześniej obietnicę, nawet w wypadku śmierci tego wobec kogo ją składali? Czy mamy przyjaciół, czy jesteśmy wszyscy zdolni i gotowi porozumieć się i znaleźć wspólny język z każdym, bez względu na różnice wieku, zawodu, statusu społecznego, uzależnień, orientacji seksualnej? Odpowiedź na to pytanie nie jest już tak oczywista. Bo i nie tak często ludzkie relacje oparte są na wzajemnej ciekawości, otwartości, szczerości, zdolności do kompromisów, ba, nawet przyznanie się do swego błędu i racji tej drugiej osobie.
Najczęściej, narzucone sztucznie granice nas dzielą, a tutaj, wręcz przeciwnie są wyzwaniem do ich przekraczania i poznawania nie tylko innego, ale i siebie, by przekonać się, że stać nas na więcej niżbyśmy się tego po sobie spodziewali. Jest tu taka bardzo dobra sekwencja związana z przyjazdem ojca na pogrzeb Lorenzo, który z powodu braku akceptacji rodzica, wyprowadził się z domu. Ojciec, powiadomiony o śmierci syna, przyjeżdża do stolicy wraz z macochą Lorenzo, by zabrać jego ciało i pochować go przy boku zmarłej matki. Jednak, o co siebie zapewne wcześniej nie posądzał, zaprzyjaźnia się z tymi, którzy pokochali jego syna, takim jakim był. Przekonał się, że są świetnymi ludźmi, a nie jakimiś przerażającymi odmieńcami. A nawet zgadza się, by zgodnie z wolą Lorenzo, skremować jego ciało i pochować w mieście, gdzie znalazł szczęście. Bardzo fajną kobietą okazuje się macocha, prosta kobieta, fryzjerka ze śmieszną fryzurą, która bardzo szybko nawiązuje kontakt ze starzejącym się i smutnym Sergio "Jest pan gejem? Nie, pedałem, Jestem nieco staroświecki" (jakbym czytała "Lubiewo" Witkowskiego). Ich dialogi są rewelacyjne. I ta nieskrywana radość kobiety z powodu tego, że może poznać kogoś tak uroczego, zabawnego, a w dodatku geja.
Bardzo pokrzepiający obraz, choć u niejednego widza, przypuszczam, może wywołać jakąś nieokreśloną tęsknotę i żal, że czegoś, albo kogoś, mu w życiu brakuje. Taki już jest Ferzan Ozpetek, on to potrafi.
wtorek, 6 sierpnia 2013
Cezar musi umrzeć - reż. Paolo i Vittorio Taviani
„Od kiedy poznałem, czym jest sztuka, więzieniem stała się dla mnie ta cela” - tymi oto słowy wita się z nową rzeczywistością, po wystawionym spektaklu, jeden z więźniów, grający rolę Kasjusza. I tymi słowy kończy się film braci Tavianich. Optymistyczne to czy pesymistyczne podsumowanie? Trudno jednoznacznie uznać. Optymistyczne - bo mężczyzna mający dożywocie znalazł sposób na zakosztowanie odrobiny wolności poprzez zaangażowanie własnej wyobraźni i być może udział w kolejnych adaptacjach teatralnych (takie odbywają się z osadzonymi w tym więzieniu cyklicznie). A smutne, bo od teraz, gdy poznał ten specyficzny smak wolności, nie będzie mógł się już cieszyć tym małym skrawkiem przestrzeni jaką jest cela, prycza i kilka przyborów kuchennych, przypisanym tylko jemu. Będzie tęsknił za tym co utracił jeszcze bardziej. Ale to dzięki sztuce poczuł, że jest pełniejszym człowiekiem, posiadającym o wiele szersze spektrum odczuć i uczuć. Poodkrywały się w jego głowie przeróżne zapadki schowków, w których je pozamykał, by nie cierpieć psychicznych katuszy.
Bardzo ciekawy eksperyment reżyserski. Zrobić film o osadzonych za podłe czyny w więzieniu o zaostrzonych rygorach przez pryzmat ich odnajdywania się w sztuce. Swoista resocjalizacja przez czynny udział w kulturze, coraz częściej stosowana z pozytywnym skutkiem. W filmie reżyser wraz z asystentem przychodzą z zewnątrz. A bywa, że za reżyserię, czy animację kultury w więzieniu biorą się sami więźniowie, jak to było w przypadku zabójcy Andrzeja Zauchy i jego kochanki, czyli swojej żony, Yvesa Goulaisa. Człowiek ten w więzieniu ukończył studia filologiczne, prowadził kursy językowe dla więźniów, kręcił filmy krótkometrażowe – założył nawet Studio Filmowe „Zza krat”., reżyserował przedstawienia teatralne, twierdził, że praca nad filmami pomaga mu odzyskać wolność. – „Najważniejszy środek do spełnienia tego celu to wyobraźnia”. - mówił.
Święta prawda, nie tylko w przypadku osadzonych w więzieniach. Wyobraźnia to taki cudowny wehikuł, który może nas uwolnić, ponieść w dowolną przestrzeń i czas, ale równie prawdopodobne jest, że w tym samym stopniu może nas zniewolić (obsesje wszelkiego rodzaju). Trzeba być niezłym kierowcą, żeby nad tym wehikułem zapanować.
Wracając do eksperymentu braci Tavianich. W scenariuszu pokuszono się o chwyt, by salę teatralną, w której zawsze odbywały się próby przedstawień, oddać do remontu. Więźniowie zmuszeni są więc odbywać próby w swoich celach i na spacerniaku. Dzięki czemu „trenują” role w swoim „naturalnym” środowisku.Co jeszcze bardziej wpływa na ich utożsamianie się z bohaterami sztuki, tym bardziej, że postaci dramatów Szekspira to często także zabójcy, czy inni złoczyńcy, jak oni, targani najróżniejszymi emocjami.
Podobały mi się te momenty, kiedy zacierają się granice między tekstem dramatu i próbą, a więziennymi realiami i rozważaniami więźniów na temat swojej przeszłości. Razem z nimi musieliśmy na siłę wyrywać się z tego swoistego stopienia się sztuki z prawdziwym życiem.
Punktem kulminacyjnym filmu jest spektakl na deskach więziennej sceny przed publicznością, która tłumnie przybyła z zewnątrz. Owacje, okrzyki aprobaty dla trudu „zapatrzonych w sufit” (tak o sobie i współwięźniach mówi jeden z ich przedstawicieli - nie „osadzeni”, a „zapatrzeni w sufit albo pryczę”) i triumf. Jednym słowem - wielka magiczna chwila, tym bardziej, że wszyscy „zabici” na scenie wstają żywi, by się pokłonić widzom. .
Być może nie jeden z tych „aktorów-naturszczyków", wzruszył się i zamarzył, by tak się stało naprawdę. By czas się cofnął, a oni być może mądrzejsi o pewne doświadczenia, przemyślenia, nie trafili by już za bramy tego więzienia.
Film, który wiele mówi o tych, którzy znaleźli się za kratami - nie wszyscy są potworami od urodzenia, a przede wszystkim kładzie nacisk na olbrzymią rolę sztuki w życiu (niektórzy z więźniów, tak na zachętę zdradzę, napisało książki, a jeden z nich został aktorem). Bez sztuki nie bylibyśmy ludźmi, po prostu.
Dlatego powinniśmy kochać artystów, mając zrozumienie dla ich ludzkich słabości, które nie powinny rzutować na ocenę ich dzieł - taka moja skromna uwaga a propos.
piątek, 19 lipca 2013
Salo, czyli 100 dni Sodomy - reż. Pier Paolo Pasolini
Na jednym z forów, znalazłam zdanie, które najlepiej określa wartość filmu, a także moje odczucia wobec niego:
"Ja bym się nawet posunął dalej i powiedział, że obraża nie tylko faszystów, ale także ich ofiary. Dlaczego? Bo przemoc w "Salo" przedstawiona jest tak, że może widza poruszyć i obrzydzić, ale na pewno nie wywoła w nim współczucia. Tutaj właśnie nasuwa się druga interpretacja Salo jako manifestu politycznego. Pasolini pokazuje wyłącznie sceny, w których faszyści fizycznie i psychicznie górują nad swymi ofiarami. Nikt nie kwestionuje modelu narzuconej hierarchii."
I ja z tym się zgadzam. Przecież w tym filmie rządzą tak na dobrą sprawę trzy wpływowe osoby, trzy podstawowe władze: burmistrz, książę, biskup, czyli państwowo, majętni i kościół. Ludzi przez nich pojmanych i ubezwłasnowolnionych jest o wiele więcej. Niestety, mimo liczebnej przewagi nie stać ich na zjednoczenie, nikt, poza jedną kobietą, nie przejawia żadnego buntu. Wolą jeść pokornie, za przeproszeniem, "gówno", byle tylko żyć (nawet jeśli życie równa się pełzaniu i spełnianiu najbardziej nikczemnych zachcianek władzy). Jedni jedzą te symboliczne ekskrementy ochoczo i z uśmiechem, inni z obrzydzeniem, a jeszcze inni z modlitwą na ustach, z poświęceniem swego upodlenia dla Madonny.
Społeczeństwami, rządzą i manipulują niewiele warte, ale za to bezczelne jednostki, mające, albo kreujące na użytek świata, swój doskonały wizerunek. A miliony pokornie się tym chorym umysłom podporządkowują. Ludzie czasem powinni jednak znać granice posłuszeństwa wobec hierarchii, bo inaczej doprowadzi ich ona do zagłady.
Znamienne, że taki film zrobił człowiek, który wcześniej nakręcił najpiękniejszy wg mnie film z życia Jezusa "Ewangelia wg świętego Mateusza". I wiele innych filmów, bardzo uduchowionych, czasem opartych na wątkach antycznych. A jeśli pokazywał seks, to raczej w kontekście ludycznym i radosnym "Opowieści kanterberyjskie", Kwiat 1000 i jednej nocy" itd.
Wydaje mi się, że fakt, iż przeżywał, obserwował, wojnę jako młody chłopak, odbił się jednak na jego wrażliwej psychice, a i życie w pełnym hipokryzji włoskim społeczeństwie, też mu pewnie już zbrzydło, i w końcu musiał temu dać upust, robiąc takie "Salo, czyli 100 dni Sodomy" Popełnił swoiste artystyczne (i nie tylko - wiedział na co się naraża tym filmem) samobójstwo, tak jak, w filmie, akompaniatorka podkładająca muzykę do orgii - ich obserwatorka, jedyna niewinna, bezstronna, ale samotna, która nie zgodziła się na życie w ciągłym, uwłaczającym godności, poniżeniu.
"Ja bym się nawet posunął dalej i powiedział, że obraża nie tylko faszystów, ale także ich ofiary. Dlaczego? Bo przemoc w "Salo" przedstawiona jest tak, że może widza poruszyć i obrzydzić, ale na pewno nie wywoła w nim współczucia. Tutaj właśnie nasuwa się druga interpretacja Salo jako manifestu politycznego. Pasolini pokazuje wyłącznie sceny, w których faszyści fizycznie i psychicznie górują nad swymi ofiarami. Nikt nie kwestionuje modelu narzuconej hierarchii."
I ja z tym się zgadzam. Przecież w tym filmie rządzą tak na dobrą sprawę trzy wpływowe osoby, trzy podstawowe władze: burmistrz, książę, biskup, czyli państwowo, majętni i kościół. Ludzi przez nich pojmanych i ubezwłasnowolnionych jest o wiele więcej. Niestety, mimo liczebnej przewagi nie stać ich na zjednoczenie, nikt, poza jedną kobietą, nie przejawia żadnego buntu. Wolą jeść pokornie, za przeproszeniem, "gówno", byle tylko żyć (nawet jeśli życie równa się pełzaniu i spełnianiu najbardziej nikczemnych zachcianek władzy). Jedni jedzą te symboliczne ekskrementy ochoczo i z uśmiechem, inni z obrzydzeniem, a jeszcze inni z modlitwą na ustach, z poświęceniem swego upodlenia dla Madonny.
Społeczeństwami, rządzą i manipulują niewiele warte, ale za to bezczelne jednostki, mające, albo kreujące na użytek świata, swój doskonały wizerunek. A miliony pokornie się tym chorym umysłom podporządkowują. Ludzie czasem powinni jednak znać granice posłuszeństwa wobec hierarchii, bo inaczej doprowadzi ich ona do zagłady.
Znamienne, że taki film zrobił człowiek, który wcześniej nakręcił najpiękniejszy wg mnie film z życia Jezusa "Ewangelia wg świętego Mateusza". I wiele innych filmów, bardzo uduchowionych, czasem opartych na wątkach antycznych. A jeśli pokazywał seks, to raczej w kontekście ludycznym i radosnym "Opowieści kanterberyjskie", Kwiat 1000 i jednej nocy" itd.
Wydaje mi się, że fakt, iż przeżywał, obserwował, wojnę jako młody chłopak, odbił się jednak na jego wrażliwej psychice, a i życie w pełnym hipokryzji włoskim społeczeństwie, też mu pewnie już zbrzydło, i w końcu musiał temu dać upust, robiąc takie "Salo, czyli 100 dni Sodomy" Popełnił swoiste artystyczne (i nie tylko - wiedział na co się naraża tym filmem) samobójstwo, tak jak, w filmie, akompaniatorka podkładająca muzykę do orgii - ich obserwatorka, jedyna niewinna, bezstronna, ale samotna, która nie zgodziła się na życie w ciągłym, uwłaczającym godności, poniżeniu.
środa, 17 lipca 2013
Vera Drake - reż. Mike Leigh
Akcja filmu dzieje się ponad 50 lat temu, a jego problem jest wciąż aktualny i jak najbardziej gorący, przynajmniej w wielu krajach, poza Anglią - miejscem historii, którą oglądamy w filmie "Vera Drake".
Aborcja - temat bolączka, przede wszystkim dla mężczyzn, głównie w okresie przedwyborczym. Temat przetargowy i dyżurny w momencie zachwiań politycznych i trudności gospodarczych, od których trzeba odwrócić uwagę znerwicowanego społeczeństwa. Problem moralny dla kobiet - wiadomo, one same to wiedzą i czują, mężczyźni nie muszą im o tym przypominać. Jeśli tak bardzo leży im na sercu dobro kobiety i przyszłego dziecka, niech pomyślą o tym przed albo jeśli są wierzący, niech wypiją szklankę wody (100% środek antykoncepcyjny) zamiast.
Jakkolwiek by się do sprawy legalności aborcji nie podeszło, po której stronie - przeciwników czy jej zwolenników nie opowiedziało, zawsze każda ze stron w sporze - legalna aborcja "tak" czy "nie" - będzie miała swoje racje.
"Vera Drake" to historia prostej, uczciwej z gruntu, i dobrej, kobiety, gospodyni domowej, żony, matki dwójki dzieci, która "pomagała młodym kobietom" - jak sama eufemistycznie określiła swoje zabiegi przerywania ciąży. A oddawała się tej pomocy z takim samym zaangażowaniem, równie spokojnie, mechanicznie, beznamiętnie, jak zabiegom sprzątania, polerowania, czy prania, które wykonywała u różnych bogatych rodzin dorabiając jako pomoc domowa. Była jednak jedna istotna różnica między tymi zajęciami - za prace porządkowe Vera Drake brała pieniądze, a za aborcję - nie. Z czystej życzliwości pomagała "biednym kobietom" - ofiarom swoich własnych, i męskich, chwil zapomnienia, namiętności, słabości, czasem nieświadomości, głupoty, czy wreszcie gwałtu.
Może sama była kiedyś w podobnej jak one sytuacji? Tego nie wiemy. Do końca filmu nie poznamy pobudek jej działalności. Możemy się tylko domyślać, że prawdopodobnie sama kiedyś stanęła przed wyborem decyzji o aborcji. Raczej była świadoma, iż w świetle prawa, aborcja nie jest dobrym uczynkiem, a przestępstwem. Jednak, jak się wydaje, nie dopuszczała do siebie tej myśli wypełniać misję ponad wszystko. Nie była chyba tak naiwna, jakby się to mogło wydawać na początku filmu.
Vera niesienie pomocy potrzebującym miała we krwi. Opiekowała się chorymi, samotnymi, biednymi, bez względu na koszty. I "pomoc kobietom" również wpisywała się w jej wielkie współczucie i miłość do bliźniego. Dopiero syn uświadomił jej, że tak naprawdę zabija życie dzieci w łonie tych biednych kobiet. Znowu pojawia się pytanie - naiwność czy obojętność, a może świadome zapominanie o takim aspekcie jej czynów.
Na ekranie nie ma zbędnych postaci, każda z nich służy pośredniej charakterystyce Very Drake i ocenie jej postępków. Każdy, na wieść, że żona, ciotka, sąsiadka itp. dokonywała przez długie lata nielegalnych aborcji - zajmuje od razu jasne stanowisko, a reakcje otoczenia są bardzo różne: przerażenie, pogarda, konsternacja, oszołomienie, obojętność, współczucie, zrozumienie ale chyba nie ma tu nikogo kto jednoznacznie potępiałby tę kobietę.
Co charakterystyczne, z największym odrzuceniem Vera spotyka się ze strony swego syna - młodego, dwudziestokilkuletniego mężczyzny, kawalera, bez dziewczyny, którego w życiu czeka jeszcze wiele moralnych wyborów, ale on już, na progu swego dorosłego życia, czuje się sędzią moralnym ludzkości.
Jak świat światem problemu aborcji nie da się uniknąć. Problemem jest jej legalność, która gwarantuje kobiecie bezpieczeństwo, ale nie zapewnia komfortu psychicznego - nie oczyszcza z poczucie winy.
Film Mike'a Leigha nie zajmuje stanowiska w kwestiach moralnych tego zagadnienia. Te pozostawia do rozstrzygnięcia uczestnikom rzeczywistych zdarzeń. Nie poznajemy uczuć, rozterek kobiet, które się na nią decydowały. One są tu tylko po to, byśmy mogli porozważać: aborcja w majestacie prawa, czy poza nim. Tak czy tak, aborcja zawsze będzie krzywdą i złem koniecznym.
Film wart jest także uwagi ze względu na genialną kreację Imeldy Staunton, którą możemy ostatnio podziwiać w "Szeptach" (The Awekening).
Aborcja - temat bolączka, przede wszystkim dla mężczyzn, głównie w okresie przedwyborczym. Temat przetargowy i dyżurny w momencie zachwiań politycznych i trudności gospodarczych, od których trzeba odwrócić uwagę znerwicowanego społeczeństwa. Problem moralny dla kobiet - wiadomo, one same to wiedzą i czują, mężczyźni nie muszą im o tym przypominać. Jeśli tak bardzo leży im na sercu dobro kobiety i przyszłego dziecka, niech pomyślą o tym przed albo jeśli są wierzący, niech wypiją szklankę wody (100% środek antykoncepcyjny) zamiast.
Jakkolwiek by się do sprawy legalności aborcji nie podeszło, po której stronie - przeciwników czy jej zwolenników nie opowiedziało, zawsze każda ze stron w sporze - legalna aborcja "tak" czy "nie" - będzie miała swoje racje.
"Vera Drake" to historia prostej, uczciwej z gruntu, i dobrej, kobiety, gospodyni domowej, żony, matki dwójki dzieci, która "pomagała młodym kobietom" - jak sama eufemistycznie określiła swoje zabiegi przerywania ciąży. A oddawała się tej pomocy z takim samym zaangażowaniem, równie spokojnie, mechanicznie, beznamiętnie, jak zabiegom sprzątania, polerowania, czy prania, które wykonywała u różnych bogatych rodzin dorabiając jako pomoc domowa. Była jednak jedna istotna różnica między tymi zajęciami - za prace porządkowe Vera Drake brała pieniądze, a za aborcję - nie. Z czystej życzliwości pomagała "biednym kobietom" - ofiarom swoich własnych, i męskich, chwil zapomnienia, namiętności, słabości, czasem nieświadomości, głupoty, czy wreszcie gwałtu.
Może sama była kiedyś w podobnej jak one sytuacji? Tego nie wiemy. Do końca filmu nie poznamy pobudek jej działalności. Możemy się tylko domyślać, że prawdopodobnie sama kiedyś stanęła przed wyborem decyzji o aborcji. Raczej była świadoma, iż w świetle prawa, aborcja nie jest dobrym uczynkiem, a przestępstwem. Jednak, jak się wydaje, nie dopuszczała do siebie tej myśli wypełniać misję ponad wszystko. Nie była chyba tak naiwna, jakby się to mogło wydawać na początku filmu.
Vera niesienie pomocy potrzebującym miała we krwi. Opiekowała się chorymi, samotnymi, biednymi, bez względu na koszty. I "pomoc kobietom" również wpisywała się w jej wielkie współczucie i miłość do bliźniego. Dopiero syn uświadomił jej, że tak naprawdę zabija życie dzieci w łonie tych biednych kobiet. Znowu pojawia się pytanie - naiwność czy obojętność, a może świadome zapominanie o takim aspekcie jej czynów.
Na ekranie nie ma zbędnych postaci, każda z nich służy pośredniej charakterystyce Very Drake i ocenie jej postępków. Każdy, na wieść, że żona, ciotka, sąsiadka itp. dokonywała przez długie lata nielegalnych aborcji - zajmuje od razu jasne stanowisko, a reakcje otoczenia są bardzo różne: przerażenie, pogarda, konsternacja, oszołomienie, obojętność, współczucie, zrozumienie ale chyba nie ma tu nikogo kto jednoznacznie potępiałby tę kobietę.
Co charakterystyczne, z największym odrzuceniem Vera spotyka się ze strony swego syna - młodego, dwudziestokilkuletniego mężczyzny, kawalera, bez dziewczyny, którego w życiu czeka jeszcze wiele moralnych wyborów, ale on już, na progu swego dorosłego życia, czuje się sędzią moralnym ludzkości.
Jak świat światem problemu aborcji nie da się uniknąć. Problemem jest jej legalność, która gwarantuje kobiecie bezpieczeństwo, ale nie zapewnia komfortu psychicznego - nie oczyszcza z poczucie winy.
Film Mike'a Leigha nie zajmuje stanowiska w kwestiach moralnych tego zagadnienia. Te pozostawia do rozstrzygnięcia uczestnikom rzeczywistych zdarzeń. Nie poznajemy uczuć, rozterek kobiet, które się na nią decydowały. One są tu tylko po to, byśmy mogli porozważać: aborcja w majestacie prawa, czy poza nim. Tak czy tak, aborcja zawsze będzie krzywdą i złem koniecznym.
Film wart jest także uwagi ze względu na genialną kreację Imeldy Staunton, którą możemy ostatnio podziwiać w "Szeptach" (The Awekening).
Subskrybuj:
Posty (Atom)






