wtorek, 25 lipca 2006

Kobieta Almodovara

Byłam kobietą na skraju załamania nerwowego. Jestem kobietą w kwiecie wieku, bez swego sekretu. Będą niedługo pośród ciemności błąkać się jak za życia w labiryncie namiętności. Poszukując lub żądając prawa do pożądania. Czym sobie na to wszystko zasłużyłam? A tymczasem zwiąż mnie, moje drżące ciało, uwolnij od wysokich obcasów, a opowiem ci wszystko o mojej matce i złym wychowaniu. Porozmawiaj ze mną, jak Kika albo Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy. Albo - bądź moim matadorem, tchnij jeszcze we mnie czerwoną płachtą odrobinę życia.
:-)))

niedziela, 23 lipca 2006

Respiro

Gorąca Sycylia. Małe miasteczko Lampeduza. A w nim, oprócz przeciętnych mieszkańców, pochłoniętych codzienną krzątaniną, żyje Grazia – żona i matka trójki dzieci. Jej mąż – przystojny rybak. Zapracowany po całych dniach. Ciągle na morzu, na kutrze, albo na brzegu, oporządzający zdobyty połów by był zdatny do sprzedaży. Mąż kocha żonę, ona jego chyba też. Tak, na pewno go kocha, mimo, że nie raz doskakuje mu do oczu, które nie widzą, że jest jej smutno, albo wesoło, bez niego. Dzieci, a szczególnie dwójka chłopców, kochają matkę, często są towarzyszami jej szalonych wypraw na plażę, gdzie czuje się absolutnie wolną, związaną z morzem kobietą , jej symbolem raju. Kąpie się nago. Słucha głośno muzyki z prześlicznego, jak rajska pomarańcza, radia tranzystorowego i tańcząc w objęciach wyimaginowanego partnera. Przyjaźni się z psami, a próba likwidacji jednego z nich doprowadza ją wręcz do małej rebelii – uwalnia je wszystkie, zamknięte w szopie z przeznaczeniem na rzeź. Grazia pragnie śmiać się i rozmawiać z mężczyznami, a nawet popłynąć z nimi w morze. A na dodatek jest piękna. Tak niewiele trzeba, by uznano ją za wariatkę. Zresztą podobnie by było, gdyby była stara. Miejscowa społeczność wywiera nacisk na męża Grazii, by wywiózł ją do Mediolanu na leczenie. Nie przystoi, by kobieta w tym wieku, matka, żona, żyła sobie wolna jak ptak, nieważne, że bez grzechu. Bezmierne i irracjonalne szczęście sąsiadki kłuje w oczy, a głęboki smutek nawiedzający ją czasem dla równowagi – budzi obawę. Grazia wie, że wyjazd do szpitala ją zabije. Boi się śmierci przez uduszenie. Ona chce oddychać, zachłystywać się głęboko powietrzem wilgotnym i pachnącym morzem.
Czy możemy być wolni, szczęśliwi i szaleni w swoich spełnieniach bez oskarżenia o szaleństwo?

środa, 24 maja 2006

Moja droga Wendy

To miała być podobno jedna z części trylogii amerykańskiej Larsa Von Triera. Napisał on do tego filmu scenariusz, ale za kamerę zaprosił Thomasa Vinterberga ("Festen" czy "Wszystko dla miłości" z J. Phoenixem). W roli głównej Jamie Bell, znowu, jako syn górnika, tym razem w małej amerykańskiej mieścinie. I podobnie jak Billy Elliot, nie ma zamiaru iść w ślady ojca. Ale, niestety nie z powodów zamiłowań artystycznych, tylko dlatego,że "bo nie!".
Dick nie ma matki, namiastkę jej uczuć czy opieki i troski daje mu czarna niania Clarabell - osoba, która zawsze w niego wierzy i powtarza, że przyjdzie dzień, kiedy zrobi on coś dla świata. Ta kobieta, wbrew pozorom, miała duży wpływ na życie chłopca.

Dick nie zalicza sam siebie do osób, którym powiodło się w życiu. Jest nieśmiały, czuje sie niepewnie i samotnie. Pewnego razu zostaje właścicielem niedużego pistoletu i oto zaczyna się opowieść o miłości do Wendy - tak pieszczotliwie nazywa, i tak też traktuje, obiekt swej namiętności.
Miłość, jak to miłość - sprawia, że chłopak nabiera pewności siebie, zaczyna czuć swoją wartość, a także wielki przypływ sił i postanawia pomóc innym. Zaraża fascynacją bronią palną rówieśników, podobnie jak on wyalienowanych z życia. Zaczynają oni stanowić jedność, bractwo, mające swoje tajemne miejsce spotkań, swoje sekrety, rytuały, obrzędy, znaki, zaklęcia - jak np. to, że nigdy nie będą strzelać poza swoją kryjówką. Każdy z nich, bowiem, zdobywa jakiś pistolet. Ćwiczą celność strzału, studiują rodzaje ran postrzałowch itd. Jednym słowem zabawa całą gębą. Uważają się przy tym za pacyfistów, a broń ma ich tylko w tym utwierdzać.
Ale niebawem przekonają sie, że broń to nie jest zabawka, a zabawy bronią nie kończą się dobrze. No i raczej trudno być pacyfistą, gdy ma się gnata pod ręką.

"Moja droga Wendy" to taka swoista artystyczna odpowiedź na "Zabawy z bronią" Michaela Moore'a. Oczywiście, to moja interpretacja, bo nie przypuszczam, żeby taki zamiar mieli twórcy filmu. W stonowany, spokojny sposób, bez nadmiernego dydaktyzmu, w formie niewinnego wręcz z początku filmu przygodowego dla młodzieży, pokazuje i ostrzega czym jest broń, jaka z niej "femme fatale", jak potrafi rozkochać w sobie, sprawić, że mężczyzna poczuje się silny, bezpieczny i taki...męski, stopniowo się od niej uzależnia, nie może bez niej żyć i nawet jeśli czuje, że źle przez nią skończy - nie może się uwolnić.

czwartek, 27 kwietnia 2006

Kawa i papierosy

Cudowne, ożywcze kino. Lekkie jak piórko, ale wiadomo, że to co lekkim się wydaje, rodzi sie bólach i pocie. Podobno Jarmusch "Kawę i papierosy" pił i palił przez prawie 17 lat, żeby w końcu zaprosić nas na spotkanie przy "Kawie i papierosach". Jestem tak tym filmem zachwycona, jak również "Nocą na Ziemi", że ośmielę sie nieśmiało porównać Jarmuscha, autora mistrzowskich opowiadań filmowych do Antoniego Czechowa - arcymistrza krótkiej formy w literaturze. Pewnie to trochę na wyrost, z krzywdą dla Antoniego, ale tak mi się to towarzystwo jakoś nasunęło.

Podoba mi się, że reżyser ma pomysły. W "Nocy na ziemi" wymyślił, abyśmy przejechali się o tej samej porze z nocnymi taksówkarzami i ich pasażerami w różnych miastach świata. A w "Kawie i papierosach" podsłuchujemy z kolei, w okolicach pory lunchu, krótkie dialogi, przeważnie dwuosobowe, przy kawie ( rzadko herbacie) i papierosie w przeróżnych lokalach/kawiarniach Ameryki.
Dialogi nie są krótkie z tej przyczyny, że Jim Jarmusch postanowił w czasie tylu a tylu minut zmieścić tyle a tyle nowelek filmowych. Nie, ludzie po prostu nie mają sobie wiele do powiedzenia. Czasem do tych rozmów wtrącają się osoby trzecie. I wtedy bywa dość zabawnie (Steve Buscemi czy Bill Murray), albo i poważnie - jak np. w miniaturze "Kuzynki" (świetna podwójna rola Cate Blanchett).

Wspaniałą, zabawną niespodzianką jest udział w filmie znanych ludzi - muzycy, aktorzy także - którzy grają pod swoimi imionami nazwiskami, jakby samych siebie w wyimaginowanych sytuacjach. I tak mamy tu m.in. duet Jack White i Meg White (zespół White Stripes), Iggy Pop i Tom Waits czy Alfred Molina i Steve Coogan. Nawiasem mówiąc, to właśnie z nimi filmiki najbardziej polubiłam ("Jack pokazuje Meg cewkę Tesli", "Gdzieś w Kalifornii" i "Kuzyni").
Ale tak w gruncie rzeczy, to wszystkie są świetne, bardzo trudno jest wyróżnić najlepszy. Historie są dowcipne, zabawne, ale zabarwione goryczą,która pozostawia w nas jakiś smutny osad.I jakże są prawdziwe. Ileż to razy spotykamy sie z ludźmi, np. "na kawie", pełni nadziei, że będzie to extra wydarzenie, że nagadamy sie za wszystkie czasy, albo i pomilczymy nieuciążliwie w przyjażni, co jest chyba najtrudniejsze - być ze sobą i nerwowo nie trajkotać. A tu znowu okazuje się, że nić porozumienia i zrozumienia między ludźmi jest bardzo trudno zawiązać. Ot, choćby z tego, miedzy innymi powodu, że gdy jesteśmy młodzi, każdy żyje swoimi sprawami, skupiony jest na swojej osobie, swoich dążeniach. Gdy jesteśmy już starsi, mamy czas i chętnie posłuchalibyśmy już co ma do powiedzenia o świecie i sobie ten drugi, ale cóż - starość nie radość, bywa że zasypiamy znużeni podczas rozmowy - kapitalna ostatnia miniatura zamykająca całość!
Zwykle nasze pospieszne, albo obowiązkowe spotkania kończą się z ulgą i bywa smutkiem, że znowu udało sie tylko wypić zdrowie, stukając sie filiżanką lub plastikowym kubkiem z kawą, przypalając kolejnego papierosa, który świetnie pomaga przykryć nerwowość i powierzchowność kontaktów między ludźmi, nawet sobie bliskimi, czy to z powodu więzi rodzinnych czy zawodowych.

Ale oczywiście, nie tylko o to chodzi w piciu kawy i paleniu papierosow, a o co, to juz każdy, który UŻYWA, wie sam...
Ja w nałóg papierosowy pogrążam się coraz bardziej wmawiajac sobie, że pozwala mi jaśniej myśleć, uspokoić się, wyciszyć, stłumić głód, zwieńczyć posiłek i tak jak w filmie - nawiązać rozmowę, przybliżyć kontakt, zająć ręce - to takie totalne chodzenie na łatwiznę, przyznaję. Moja wina, moja wina, moja wielka wina. Kary - mam nadzieję, nie dostąpię.

piątek, 31 marca 2006

Przystań

1/ Przystań rybacka, żeglarska, promowa.
2/ Przystań życiowa (przenośnie)
3/ Tryb rozkazujacy, druga osoba liczby pojedynczej, czasownika "przystawać - zatrzymywać się na chwile".
Dokładnie te trzy znaczenia niesie w sobie film J. Hryniaka, jego debiut fabularny, z roku 1997. Niedawno widziałam drugi film, w kolejności tworzenia, tego reżysera - "Trzeci", który zachęcił mnie by przyjrzeć sie "Przystani".

Przystań jako miejsce, odnosi się bezpośrednio do akcji filmu. Karolina (Maja Ostaszewska), główna bohaterka, mieszka w małym miasteczku, niedaleko jeziora, które jest ulubionym miejscem jej wycieczek rowerowych. Tam może wyciszyć się po pracy (ma etat świetliczanki w szkole podstawowej), tam może spokojnie pomyśleć i pomarzyć, zapewne o miłości i ciekawym życiu. Marzenia bardzo zwyczajne, typowe dla każdej młodej dziewczyny. Jak trudno je zrealizować, przekona się już niebawem.
Pewnego dnia spotyka, w bardzo ciekawy, romantyczny sposób - co jeszcze bardziej pobudza jej pragnienia - przystojnego Jana (Rafał Królikowski). Czyżby to był ten, z którym będzie mogła zawinąć do życiowej przystani? Wydaje się, że tak, że oboje są o tym przekonani. Choć znają się tak krótko. Jeden czy dwa dni po wspólnym wieczorze w kinie, Jan wyjeżdża z miasteczka. Jakiś kurs szkoleniowy, na którym tu był, właśnie się kończy. Prosi Karolinę o numer telefonu. Marzenia rozkwitają. Tym bardziej, że już nazajutrz Jan dzwoni i zaprasza dziewczynę do siebie, do Warszawy. Obiecuje nawet znaleźc jej pracę w stolicy. Czyż mogło ja spotkać wieksze szczęście? Żeby zrobić na Janie wieksze wrażenie, postanawia nawet zmienić fryzurę.
Jedzie, jedzie pełna obaw, ale i nadziei. Może Jan ją pokocha, tak jak ona czuje, że mogłaby pokochać jego. Tylko dlaczego na miejsce spotkanie wybrał akurat ekskluzywny (jak na Warszawę) hotel? Ale, pojawia się mały problem - nauczycielka w pociągu spotyka swojego ulubionego podopiecznego ze świetlicy, Szymka (Tomasz Popławski).

Szymek jest jednym z bohaterów drugiego motywu filmu - przyjaźni. Karolina ma bliską koleżankę Jolę, z którą dzieli wynajmowany pokój. Jola to typowa prowincjonalna gwiazdeczka, która rozpaczliwie poszukuje miłości, i nie jest w tych poszukiwaniach tak wybredna jak Karolina.
Ale Karolina tak naprawdę głebokim uczuciem przyjaźni darzy dwóch mężczyzn z miasteczka - dyrektora szkoły (Jan Machulski) w wieku przedemerytalnym i właśnie Szymka w "mężczyznę" wieku szkolnym. To właśnie jego spotyka, ku swemu utrapieniu, w pociągu. Jednak opiekuje sie chłopcem, mimo, że jedzie na randkę swego życia.

No i na tym by trzeba skończyć opowieść o fabule, która z biegiem czasu, staje się coraz bardziej interesująca i zaskakująca. Czy spełni się sen Karoliny o zawinięciu do przystani? To zdanie pytające to nie jest moja "górnolotna" figura stylistyczna - Karolinę bowiem często nawiedza dosyć męczący sen o przejażdżce łodką po jeziorze i niemocy dobicia do starej przystani właśnie. Znamy takie sny, takie niby nic, gdzieś chcemy dotrzeć, dojechać, a nie możemy...jak to strasznie męczy. Na pocieszenie, te sekwencje ze snem są pieknie sfilmowane, tak trochę w kolorze sepii, w stylu starych zdjęc z albumu babuni. Bo i stroje pań na łódce są też sprzed lat.
No więc, czy sen o znalezieniu przystani zakończy sie w końcu pomyślnie? Jeśli tak, to gdzie ona się znajdzie?
Czy Karolina już będzie musiała posłuchać rady swego dyrektora, jej opiekuna duchowego, który tuż przed śmiercią powiedział: " Zmieniaj zycie, ale jeśli zauważysz, że życie zaczyna zmieniać Ciebie - PRZYSTAŃ".




Muszę jeszcze koniecznie odnotować świetną, małą, ale jakże znaczącą, także dla bohaterki filmu, rolę Marka Perepeczko. Gra tu miejskiego lumpa, cynicznego, acz sprawiającego wrażenie sympatycznego, wydrwigrosza. Przelatuje przez ekran jak meteor, udowadniając, że naprawdę zmarnowano jego talent w Polsce. No i Kora nam miga uśmiechając się do Karoliny przed warszawskim hotelem, ogolona niczym Sinead O'Connor. Takie fajny miły wtręt.

Dużym atutem tego ciekawego, moim zdaniem, filmu jest jego kolorystyka - barwy są dość intensywne, wysycone, a światło często takie jak przed zachodem słońca w pogodny jesienny dzień. Zresztą - z jesienią kojarzy się także nastrój nostalgii, melancholi, tęsknoty jaki unosi się w oczekiwaniu kolejnego lata (kolejnych nadziei), po tym które się przed chwilą skończyło.

środa, 29 marca 2006

T. Capote + P.S. Hoffman = Oskar

Wielkie brawa dla P.S.Hoffmana za postać Trumana Capote'a! Mam nadzieję, że ten piękny sukces, ta spełniona modlitwa "daj mi Boże Oskara", którą zapewne niejeden aktor odmawia w cichości ducha, nie będzie powodem dla niego do powtórzenia słów Capote'a zamykających z goryczą film:
"Więcej jest łez uronionych z powodu spełnionych modlitw, niż z niespełnionych". /z nieukończonej powieści "Answered Prayers"/

Nie, nie - jestem pewna, że tak się nie stanie. A jeśli pojawią się kiedyś łzy u Hoffmana, to tylko radości. Ten aktor, do tej pory przeważnie drugoplanowy, udowodnił światu, a nieprzekonanych do niego upewnił w swym błędzie, że jest znakomity, że potrafi zagrać najbardziej skryte i skomplikowane uczucia ludzkie.
Bo taki nam się jawi Jego Capote - pokręcony (mówiąc kolokwialnie) i nieodgadniony.

Poznajemy go, gdy jak to zwykle, bryluje, albo raczej błaznuje, na przyjęciu, wygłasza różne mniej lub bardziej ważne kwestie tyczące literatury, bądź pracy twórczej pisarza. Obwieszcza rozbawionemu towarzystwu, które nie wiadomo czy bardziej podśmiechuje się z jego poglądów czy sposobu bycia, że on - Truman Capote, jest zawsze uczciwy, bo wiadomo jaki procent jego własnych doświadczeń jest w książkach, które pisze. Ale - na obecnym etapie jego życia, a więc w wieku ok. 39 lat (czyli tyle ile ma Hoffman), jego biografia, jak mówi, staje się nudna. Czuje się wypalony?

Zaczyna więc szukać tematów z życia innych ludzi. Trafia w gazecie na wiadomość o morderstwie: 4-osobowa rodzinie ginie we własnym domu. To może być inspirujące. Postanawia jechać na miejsce zbrodni. Zabiera ze sobą swoją przyjaciółkę Harper Lee - również pisarkę, autorkę wchodzącego na rynek "Zabić drozda' - jedyną osobę z którą do końca i do bólu bywa szczery.

I tak oto rozpoczyna się jego przygoda ze złem, a także podróż w głąb samego siebie. Oficjalnie, spotkania z więźniem Perry Smithem - jednym z morderców, tym bardziej inteligentnym, co niestety nie znaczy lepszym jako człowiek - nazywa tylko "pracą". Broni albo boi przyznać się do ewentualnej przyjaźni, fascynacji, także obserwacji samego siebie, w spotkaniu ze złem. Okazuje się bowiem, że Perry jest mu bardzo bliski, prawie jak brat. Capote mówi: "czuję, jakbysmy wychowali sie w tym samym domu, tylko ja wyszedłem z niego drzwiami frontowymi, a Perry tylnymi". Zrozumiał, że przy mniej sprzyjających warunkach, na skutek takiego a nie innego pochodzenia czy wychowania, mógłby siedzieć obok jego celi. Ale nie siedzi, i czy to znaczy, że jest od niego lepszy?

Najdziwniejsze jest to, że Capote od początku do końca pozostaje dla nas postacią nieodgadnioną. Gdy już, już wydaje nam się, że jednak pokochał Perry'ego, może jak brata, a może jak mężczyzna mężczyznę, nagle dzieje się coś, co uświadamia nam, że nie - on faktycznie tylko pracuje nad swoją nową książką, a jego jedyną miłością jest myśl, że oto stanie się prekursorem nowego gatunku literackiego - powieści dokumentalnej, która zapoczątkuje rozwój tzw. "literatury faktu".
I znowu, za chwilę, gdy jesteśmy już przekonani prawie na 100% - jaki to z niego zimny i nieczuły drań, widzimy go płaczącego przy rozstaniu z mordercami, tuż przed egzekucją. Ale czy to są prawdziwe, szczere łzy, sami już nie wiemy... Zresztą chyba i on, Truman Capote, czuje się zagubiony w swoich uczuciach - gdy po wykonaniu wyroku na mordercach rozmawia z przyjaciółką, skarżąc się, że naprawdę nie mógł nic zrobic, żeby ich uratować - ona przypomina mu: "A czy naprawdę tego chciałeś?"?

Doprawdy Capote bywa czasem przerażajacy, wydaje się, że nie ma w nim żadnych ciepłych odruchów. Jest tylko zimna krew w dążeniu do celu, i czasem namiastka, przebłysk uczucia, do którego chciałby być zdolny, a może by nawet mógł być, gdyby sam takiego uczucia doświadczył, gdy tego najbardziej potrzebował i od osoby, która chciał kochać, czyli od matki.

Tym bardziej, na tle historii Capote'a i Perry'go Smitha nabierają znaczenia jedyne słowa podziękowania, które Hoffman jako spełniony aktor i syn wygłosił po otrzymaniu Oskara w kierunku swojej matki, obecnej na gali.

P.S. Hoffman równie doskonale dokonuje obserwacji Capote'a, i dzieli sie z nami jej wynikami, jak sam Capote poddaje obserwacji Perry'ego Smitha. I tak jak Capote zapewnia Perry'ego, że pisze książkę, by ludzie nie uważali go za potwora, tak samo Hoffman ukazuje nam pisarza z "ludzką twarzą" - bowiem nie czujemy do niego specjalnej sympatii jako do czlowieka, ale potrafimy mu współczuć i rozumiemy oraz nie dziwimy się, że wraz z książką "Z zimną krwią" jego życie, jako pisarza, zamarło.

Truman Capote chyba w najśmielszych marzeniach, nie spodziewał się, że literatura faktu osiągnie taki rozwój. Historie kryminalne, historie obyczajowe, typu walka ze śmiertelną chorobą, handel ciążą, walka z kalectwem itp. - a także opowieści o sławnych postaciach, i ich najsekretniejszych uczuciach produkują się taśmowo i sprzedają dzisiaj jak świeże bułeczki. Także w filmowej wersji. Ku satysfakcji oferujących, jak i kupujących.
Z tym, że rzadko która z tych opowieści ma nalepkę HQ, jak ta z tytułem "Capote".

środa, 15 marca 2006

Amator

13 marca br. minęła 10 rocznica śmierci, jednego z naszych największych reżyserów, cieszącym się również uznaniem w świecie. Krzysztof Kieślowki.
JEGO filmy się pamięta - przemyślane, głębokie, zaanagażowane, robione "po coś",jednym słowem - bardzo mądre. Bo Kieślowski intelektualistą kina jest. Spotkanie z niejednym jego filmem jest spotkaniem bardzo osobistym, tak intymnym, że nawet trudno się na jego temat głębiej wypowiadać, w obawie utraty wspólnej tajemnicy jaką się ma z kimś najbliższym ("Niebieski", 'Czerwony" np.)

"AMATOR"
Film z 1979. Dzieło sztuki. Zawsze żywe, aktualne i dotkliwe. Skondensowana opowieść o narodzinach filmowca, być może w przyszłości artysty, i wszelkich tego konskewencjach.
Filip Mosz (J.Stuhr) z okazji narodzin dziecka kupuje kamerę. Jeszcze nie wie, jak ten czyn zmieni, a nawet w pewnym sensie - zburzy, jego dotychczasowe życie. Dzięki kamerze pozna, nie tylko otaczający go świat, ludzi, ale również samego siebie. Przekona się, co dla niego jest najważniejsze. A na pewno nie jest to, jak mu się dotychczas wydawało święty spokój. Pozna radość tworzenia filmów. Narazie są to reportaże z życia zakładu, w którym pracuje, z życia miasteczka, gdzie mieszka.
Ale pozna również smak odpowiedzialności za swoją twórczość, za ludzi i sytuacje, które w taki czy inny sposób przedstawia. Pozna złożoność i kolory życia, a na pewno jest ich wiele, nie tylko czarny i biały. No i motyw, który odwiecznie przewija się biografiach ludzi sztuki - jak trudno pogodzić, przynajmniej na początku drogi artystycznej, dom rodzinny, który w zamierzeniu ma być dla nich przystanią, a staje się, co tu dużo mówić - czasem piekłem. I tak na dobrą sprawę, nie ma tu winnych. Jeden kocha drugiego (co jest najbardziej smutne), tylko okazuje się, że przez życie każdy chce iść jednak po swojemu, oddzielną ścieżką. Bo jednak samorealizacja jest w życiu najważniejsza i najbardziej potrzebna - ona daje człowiekowi pełnię szczęścia.
Lektura obowiązkowa każdego, kto chce robić film, a może sztukę w ogóle. Podstawowe zasady, które kandydat na filmowca musi zapamiętać: Pasja. Koniec ze świętym spokojem. Nie opowiadaj o tym, czego oczekują od ciebie, tylko o tym co ci w duszy gra. Odpowiedzialność - za ludzi, bo do nich przemawiasz i o nich opowiadasz. A w związku z tym problem wolności - powinieneś być wolny, ale czy to jest możliwe?
A więc co cię czeka: niepokój, poczucie winy i rozdarcie.
Ale pamiętaj - jeśli będziesz dobry, ludzie będą przez chwilę szczęśliwi, dzięki Tobie. Ty czasem też... Warto? Warto.