wtorek, 19 sierpnia 2008

"Strajk" - Volker Schlondorff

Byłam ciekawa tego filmu. Między innymi też dlatego, by sprawdzić, z jakiego powodu po ukazaniu się go w Polsce Anna Walentynowicz i cała antywałęsowska solidarnościowa ekipa była aż tak bardzo zbulwersowana schlondorffowską wizją strajków w stoczni gdańskiej. Najpierw zobaczyłam film, później poczytałam troszkę w internecie o pretensjach stoczniowców. I cóż, film uważam, za całkiem udany, nowoczesny: świetny, szybki, ale wyważony, montaż z migawkami autentycznych filmów dokumentalnych. Nowoczesna muzyka Jeana Michela Jarre'a. Ale przede wszystkim - “Strajk” nie nuży. A tego się najbardziej obawiałam. Bo i temat zgrany i taki, że nic tylko go na klęczkach oglądać.  Na szczęście, można było wstać z klęczek i popatrzeć, jak to onegdaj Solidarność wyglądała od kuchni, kiedy powstawał jej zaczyn. 
Stricte historyczne wydarzenia ożywione są epizodami z życia osobistego głównej bohaterki, niejakiej suwnicowej Agnieszki Kowalskiej, po mężu Walczak (czyli incjały obu pań jak najbardziej się zgadzają AW). 

Po seansie byłam zdumiona, czego ci wszyscy skwaszeni ludzie chcą od tego filmu?  Co im się nie podoba?  Przecież, jeśli prototypem filmowej Agnieszki Kowalskiej jest Anna Walentynowicz, to tylko się cieszyć, jak wspaniale została tu ukazana. Przecież tu jak wół stoi, że najwiekszą charyzmą w stoczni cieszyła się właśnie ta kobieta. To ona była drożdżami walki o wolne związki zawodowe. To ona była w stoczni niemal “od zawsze”, Wałęsa był człowiekiem przybyłym “skądś”, którego na przywódcę robotników wypromowała współpracująca z robotnikami inteligencja. A Agnieszka mu, bez żalu, dla dobra sprawy, miejsca ustąpiła, bo ”kto z rządu zechce negocjować z prostą kobietą”? I to o niej w zwycięskiej euforii Sierpnia 1980 zapomniano, a Wałęsę noszono na rękach.
Więc dlaczego, na Boga, ta kobieta i jej przyjaciele (np. Państwo Gwiazdowie) z Solidarnosci tak pomstowali na niemieckiego reżysera? Że niby Niemiec nie będzie nam pluł w twarz?! Nie będzie pokazywał, że niektórzy polscy komunistyczni robotnicy popijają sobie w pracy?! Nie będzie bluźnił, że wierząca kobieta, robotnica, przodownica pracy socjalistycznej, KATOLICZKA! ma nieślubne dziecko i to z komunistycznym działaczem związkowym! Nie będzie nas Niemiec pouczał, że komuch na stanowisku może mieć ludzkie odruchy i pomagać dziewczynie, która marząc o morzu przybywa z zapadłej wsi do portowego miasta, a on załatwia jej pracę, mieszkanie oraz przy okazji dziecko. Nie będzie nam Niemiec pokazywał, że tuż po wojnie ludzie w Polsce mogą być jeszcze analfabetami... itd. itp.

Żałosne są te pretensje  Polaków, którzy nie mogą przyjąć do wiadomości, że robiąc rewolucję, nie stali się, i  nie byli,  świętymi. Że rewolucja nie od razu miała być rewolucją, że jej początkiem była zwyczajna walka o chleb  i godne warunki pracy, a dopiero później inteligencja i kościół poderwali robotników do walki z hasłami o Polskę wolną od “okupacji” radzieckiej i katolicką. Ludzie nie bywają bezinteresownymi altruistami, a na pewno nie przez długi czas. W końcu - każda rewolucja zaczyna się bardzo szlachetnie i humanitarnie bitwą o symboliczną kromkę chleba, ewentualnie o wyzwolenie spod niewoli, a kończy na walce o władzę. 

Portret Agnieszki Kowalskiej/Walczak w filmie “Strajk” jest piękny. Agnieszka na początku jest prostą, niewykształconą (wojna, wiejskie pochodzenie – nie jej wina), ale bardzo dzielną, szlachetną, inteligentną i mądrą kobietą. W pracy daje z siebie wszystko – jest uczciwa, solidna, ambitna, i bardzo koleżeńska, powszechnie lubiana. Ma syna. Wie kto jest jego ojcem (wszak to porządna kobieta, nie sypia na codzień z mężczyznami), ale wychowuje go samodzielnie. Syna kocha i nie zaniedbuje. Po czasie, spotyka miłość swego życia, trębacza z zakładowej orkiestry dętej. Wychodzi za niego za mąż. Niestety, mąż jest chory na serce – szczęście w życiu osobistym Agnieszce nie sprzyja. Ale za to świetnie daje radę w pracy i w organizowaniu protestów, tak jak wspomniałam – ma ogromną charyzmę i posłuch w zakładzie. To ona jest motorem strajkowych działań, z pewnością niedocenionym przez działaczy Solidarnosci ze świecznika. Tak wynika z filmu. A więc, czego tu sie wstydzić pani Anno W. ? Nawet jeśli fakty z życia osobistego filmowej bohaterki nie zgadzają się z pani dziejami, to trzeba pamiętać, że jest to film fabularny na motywach wydarzeń historycznych, nie o Annie Walentynowicz. Niektóre fakty mogą się i nie zgadzać, wierzę w to. Ale uważam, że reżyser i inni autorzy filmu w niczym bohaterce filmu nie uwłaczyli, takie jest życie. Święci nie rodzą się na kamieniu, a przez pewne ubarwienia postać Agnieszki jest bardziej wiarygodna, prawdziwie ludzka i przez to piękna. Nawet niektórzy święci zanim zostali świętymi, też nieźle w życiu grzeszyli. A że NIELICZNI robotnicy pili?  Tak bywało w socjaliźmie – “czy sie stoi czy się leży 1000 zł się należy”. Być może to oni wymyślili to hasło.  O co się tu obrażać? Chyba nikt nie ma złudzeń co do realiów socjalnych ukazanych w filmie? Tylko, kurcze, że też to Niemiec musiał pokazać! Mogł przecież alkohol zastąpić wodą święconą i różańcem. No właśnie, a może cnotliwym Polakom za mało było modlitwy w stoczni? Za mało księży (był tylko raz jeden, ito nie w stoczni, a w kościele - pewnie Jankowski). Polacy są czasem tacy śmieszni, tacy małostkowi, tacy obłudni,  chceliby się oglądać tylko w rozdartych w patriotycznym geście koszulach na piersiach. Nie mają odwagi spojrzeć na siebie krytycznie, by wyciągnąć jakieś wnioski na przyszłość. 

Podsumowując – film jako skrócona, ale solidna, opowieść o ruchu solidarnościowym i ludziach, ktorzy go tworzyli, jest udany. Jedyny zarzut to polski dubbing niemieckiej aktorki (K. Tchalbach) grającej Agnieszkę. Szkoda, że nie udało się znaleźć do tej roli kogoś, kto mówi w naszym języku. Poza tym, czasem, czasem, można by miec zarzuty co do warsztatu aktorskiego pani Tchalbach, pewne sceny były słabe (pogrzeb Walczaka np.). Nie oceniam "Strajku" pod względem merytorycznym, nie jestem historykiem, ani tym bardziej pracownikiem IPN-u. I tylko się cieszyć, że znalazł się ktoś, nawet Niemiec, kto spojrzał na problem podziałów w Solidarności, bo i o tym jest także ten film. I być może to najbardziej uwiera naszych rodaków, że Niemiec nam pokazuje, że Solidarność Solidarnością, a tak naprawdę to nie jesteśmy wcale solidarni. 
 
Link do strony z pretensjami w kierunku autorów filmu:
 

sobota, 16 sierpnia 2008

Przybyli ułani... czyli kolejne święto polskie

Jest taki cykl filmów polskich ujętych w ramy pt. „Święta polskie”. Należą tu takie tytuły jak: „Miss mokrego podkoszulka”, „Biała sukienka”, „Żółty szalik”, „Długi weekend” i jeszcze kilka innych. Jako, że Polacy lubią świętować i celebrować oraz pomnażać okazje ku temuż, cykl wydaje się nie będzie miał końca. I dobrze, bo mnie się on naprawdę podoba. Te filmy są krótkie, skondensowane, na konkretny temat, a przy okazji jakże prawdziwie polskie.

Wczoraj, z okazji 15 sierpnia, czyli w rocznicę bitwy warszawskiej w roku 1920 i Wniebostąpienia Najświętszej Marii Panny czyil - Dnia Wojska Polskiego, TVP nr 1 uczciła filmem nakręconym z tejże okazji przez Sylwestra Chęcińskiego - „PRZYBYLI UŁANI…”. Rzecz o względności historii, bohaterstwa i symboli – to co kiedyś było święte, dziś, służy jako podpórka czy moneta przetargowa do mnożenia prywatnych i często bardzo przyziemnych korzyści. Prawdziwych bohaterów już nie ma, są ludzie, o tzw. czystych rękach, którzy dla Polski nie zrobili nic, dzięki temu, jak mówi jeden z młodych ulizanych polityków „mają czyste ręce” i mogą śmiało wytrzeć sobie gęby patriotycznymi hasłami i napluć w twarz, tym, którzy mieli "pecha" żyć po wojnie w Polsce, w której może było mniej świąt kościelnych, co nie znaczy, że ludzie byli gorsi.

Film z założenia jest komedią. W wiosce Osiek trwają przygotowania do odsłonięcia tablicy, upamiętniającej bytność na tymj terenie dworu ziemiańskiego oraz datę wyzwolenia wsi z rąk bolszewików. Uroczystość mają uświetnić, prócz samego wójta, także wysokie i niższe władze kościelne, władze wojewódzkie no i dobrze by było, gdyby zjawił się jakiś bohater tamtych czasów. Okazuje się, że jest na to szansa. Marian (Zbigniew Zamachowski) ma teścia, który jako chłopiec obserwował działania wojenne. Ani Marian, ani jego żona, nie wiedzą, ani ich to kompletnie nie interesuje, że ledwo żywy staruszek, którego postanawiają "wynająć" na uroczystość (oczywiście nie za darmo) faktycznie ma swoją małą tajemnicę tyczącą tamtego wydarzenia sprzed ponad 80 lat. Bo tak naprawdę, czy kogoś na świeczniku obchodzi los czy przeżycia bohaterów naszej współczesnej historii, ważne jest by przy ich pomocy celebrować i ubijać swe polityczne, i niepolityczne, interesy.  Dowodem może być niedawna awantura z okazji obchodów Powstania Warszawskiego wywołana przez smarkatych  pisowczyków wykrzykujących wrogie hasła w twarz uczestnikom Powstania, a konkretnie W. Bartoszewskiemu, tylko dlatego, że sprzyja on partii, na którą ci 30, 40 i 50 letni smarkacze mają uczulenie.

Tak więc, film może i jest komedią, dobra rola Z. Zamachowskiego, K. Preis i w ogóle całej ekipy (Kurowska, Ciunelis, Feldman, Sapryk itd. ), ale na pewno z przedrostkiem "tragi-". Smutne te losy Polaków są - ci co naprawdę walczyli o Polskę, nie wiedząc jaka ona będzie po wojnie, bo nie od nich to zależało, tylko od tzw. wielkiej polityki, są teraz szkalowani i opluwani przez mentalnych gówniarzy, którzy dzięki ich walce mogli wyrosnąć na silnych, ale tylko w gębie, tzw. patriotów -pożal się Boże.

wtorek, 1 lipca 2008

"Zdarzenie" i co powiedział Mark Twain

„Cywilizacja jest bezgranicznym mnożeniem niepotrzebnych potrzeb” – powiedział Mark Twain. Znalazłam to, przewrotnie nadrukowane na foliówce reklamowej (sic!) służącej do transportu zakupów zrobionych w Empiku. I za ten niebanalny humor cenię sobie tę instytucję nad wszystkimi innymi podobnymi. Co prawda nie jestem jej notorycznym klientem i nabywcą nieprzebranych tytułów prasowych, które piszą o wszystkim a często o niczym, gier komputerowych lasujących mózgi i wykrzywiających kręgosłupy małolatom i nie tylko. Nie kupuję także masowo książek, które zostały przeniesione na ekrany. Zresztą, nauczyłam się, wreszcie, kupować ich jak najmniej, tylko wyjątkowe, w myśl hasła, jak na byłą bibliotekarkę przystało: "dajmy żyć bibliotekom!". Nie zwijam machinalnie kolorowych ulotek zachęcających do czerpania bezgranicznych wydumanych przyjemności życia, za które trzeba słono płacić. Kiedy jestem w Empiku ograniczam się już do minimum (najczęściej jakiś film czy książka – jednak!).  Zaczynam być już totalnie zmęczona natłokiem i gromadzeniem wszystkiego, z informacjami na czele.  Ale cenię sobie Empik, że bądź co bądź, żyjąc z naszych słabości i pakując nam przeróżne cywilizacyjne  gadżety, cytuje Twaina. Pewnie i tak niewielu cytat zauważy, jeszcze mniej przeczyta,  jeszcze jeszcze mniej  zechce się tym przejąć,  jeśli w ogóle zrozumie. 
 
Dedykuję to, jakże trafne i prowokujące do pewnych refleksji  spostrzeżenie mądrego Amerykanina  jako swego rodzaju motto, które mogłoby przyświecać najnowszemu dziełu M. Nighta Shyamalana „Zdarzenie”.  I tyle. Więcej o filmie nie ma co gadać. Nie jest skomplikowany, momentami wręcz łopatologiczny, szczególnie w końcówce. Ale ma ważne przesłanie, kompletnie nie odkrywcze, zdarte od dziesiątków lat, ale ciągle przez ludzkość lekceważone: „Człowieku! Szara i wielka eminencjo!   Szanuj zieleń! ”. Chciałoby się dalej krzyknąć:  „Opanuj się z mnożeniem swych potrzeb! Nie musisz drukować  tylu bzdurnych gazet, niepotrzebnych nikomu ulotek reklamowych, nie musisz zmieniać co 2 lata mebli w salonie na te z coraz bardziej wyszukanego drewna, nie musisz tyle i tak szybko jeździć, ograniczaj spaliny, nie produkuj tyle plastiku, bo jak tak dalej pójdzie sam zamienisz się w sztuczne tworzywo, którym po części i tak już jesteś,  etc. etc.  A poza tym, ten film  to momentami niezła zabawa z dreszczykiem.  Na filmy NS czeka się jak na historie  opowiadane w ciemnym dziecięcym pokoju, tuż przed zaśnięciem, w czasach, gdy model rodzinny określany był sumą co najmniej 2 + 2  (albo i więcej), a telewizor stał u rodziców, w tzw. "dużym" pokoju. /"Salony" bywały tylko u arystokratów/.  Gdy z rosnącym w miarę upływu opowieści napięciem i mimo świadomości ich bzdurności, także strachem,  czekało się z głową nakrytą kołdrą na wielkie końcowe „buch!”. Niestety, w „Zdarzeniu” wielkiego gromu na zakończenie nie było. Ale te shyamalanowskie niesamowite gawędy są o tyle lepsze od tych naszych improwizowanych na chybcika niesamowitych pościelowych horrorów, że nie są one właśnie bezładne, ani przez moment improwizowane czy obliczone tylko i wyłącznie na wzbudzenie prymitywnego strachu.  I dlatego lubię tego reżysera, że zaspokajając  naszą kolejną niepotrzebną (a może tylko na pozór nieprzydatną?Lękom trzeba dać upust.) potrzebę,  nie marnuje jednocześnie ani swego ani naszego czasu, łącząc  przyjemne z pożytecznym.  

niedziela, 15 czerwca 2008

Chopper

Będąc ciągle pod wrażeniem  „Zabójstwa Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” w reżyserii Andrew Dominika zdecydowałam się na kupno jego debiutanckiego filmu z 2000 roku, pt. „Chopper”. Film ten jest też poniekąd debiutem, czyli pierwszą prawdziwą rolą, i to pierwszoplanową, a nawet tytułową, Erica Bany. Zestawiając te dwa filmy można wysnuć wniosek, że A. Dominik zainteresowany jest procesem powstawania wizerunku bożyszcza, w czym duży udział ma ludzka fascynacja złem i podatność na różnego rodzaju "drapieżne" prowokacje. Chopper to ksywa niejakiego Marka Reada, psychopatycznego osobnika, odsiadującego sporą część życia w australijskich więzieniach. O Chopperze nie wiemy nic ponad to, że ma problemy z emocjami, nie potrafi ich utrzymać na wodzy, jest osobowością dążącą bezwzględnie i  za wszelką cenę do dominacji we wszystkich dziedzinach życia. Nie znosi sprzeciwu, czy obecności rywala pod swoim bokiem, zarówno w celi więziennej, na szczeblach organizacji przestępczych, jak i na parkiecie dyskoteki. Jeśli się z nim spotyka, wpada w niekontrolowaną furię.  Może zabić albo okaleczyć każdego, także siebie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ma jakiś swój specyficzny, tylko jemu znany, kodeks wartości, który gdy bielmo wściekłości opada mu z oczu, sprawia, że i zaklnie ze złości na siebie w obliczu pogromu, którego był przyczyną. Mark wchodzi także na drogę współpracy z policją w tropieniu handlarzy narkotyków. Ale, nie jesteśmy do końca pewni, czy robi to z niewiadomych źródeł tzw. wyższych pobudek, czy raczej z zemsty na tych, którzy wzbogacili się i  zajęli najwyższe miejsce  w gangsterskich szeregach, podczas gdy on siedział w więzieniu. Trudno bowiem podejrzewać go o aż tak ludzkie odruchy. Tak jak trudno uwierzyć, że samodzielnie napisał swą autobiografię, skoro śmieje się z siebie, że jest analfabetą, współczując biednym uczonym, którzy nigdy w życiu nie zobaczą takiej góry pieniędzy jak on. Prawdopodobnie ktoś temu przestępcy, w  zamian za sporą kasę, pomógł znacznie w napisanie swej biografii,  w oparciu o którą nakręcono film. A i być może w jej krwawym ubarwieniu także. Jak wieść niesie, wersja ekranowa opowieści o Chopperze jest o niebo łagodniejsza od literackiego pierwowzoru.  Nie od dziś wiadomo, że nic tak dobrze się nie sprzedaje jak obrazy ze złem i degrengoladą w tle. To nikt inny jak tylko australijskie media przyczyniły się do stworzenia legendy o Chopperze.  I Chopper, tak jak Urodzeniu Mordercy u Olivera Stone’a, dobrze o tym wie. A że jest osobnikiem chełpliwym o niezaspokojonym ego, świadomie i sukcesywnie buduje swój masakryczny wizerunek. Jest taka sekwencja w filmie – w więzieniu, kumpel, który ma już dość zabijania na polecenie Choppera, buntuje się i dźga go kilkakrotnie nożem w brzuch. Czyja ksywa na drugi dzień bije po oczach w podnieconych australijskich dziennikach, Choppera czy tego drugiego, który miał już dosyć więziennych jatek? Oczywiście Choppera, z obowiązkowymi fotkami zalanego krwią korpusu. A co to się dopiero działo, gdy Chopper obciął sobie uszy, by dostać się na salę chorych! To był wręcz ogólnokrajowy  orgazm. Chopper niby taki psychopata, ale swój rozum ma! Wie, niczym współczesne sztaby od wizerunku gwiazdeczek zwanych szumnie ikonami, co i gdzie trzeba nacisnąć, by zaistnieć, a następnie zarobić masę szmalu. Wie, że zapach krwi znęci każdego szmatławca, którymi karmią się masy. Nawet więcej, Chopper nie tylko wie , ale śmieje się w nos społeczeństwu, które najpierw osadziło go za kratami, za to czym się ono ukradkiem podnieca, a następnie wyniosło go na ołtarze popkultury (zresztą podobna sprawa była z Charlesem Mansonem zabójcą m.in. żony Polańskiego, którego podobizny ozdabiały koszulki noszone przez inne pop gwiazdy).
Chopper – dla mnie ciekawostka językowa. Czy ksywa odnosi się do narzędzia z potężnym ostrzem (siekiera, tasak), czy raczej do wulgaryzmu, używanego w niektórych dialektach,  którego odpowiednik w polskim języku brzmi po prostu „kutas”? I to i to pasuje, do bohatera opowieści. Ta druga wersja wchodzi w grę z uwagi pewną, dość mocno wyeksponowaną scenę z baru, kiedy Chopper widząc  swą ukochaną z innym mężczyzną, wyciąga na światło dzienne /i na znak pogardy dla dziewczyny/,   to co ma w spodniach.
Warto również wspomnieć o Ericu Banie. Chopper to nie jest rola, w której może zniewalać swą urodą. W tej kwestii jest wręcz odrażający. Ale jeśli chodzi o grę aktorską, spisuje się świetnie. Momentalnie i bezbłędnie przeistacza się na przemian w ogarnietego furią niebezpiecznego psychopatę czy uśmiechniętego łagodnie i przyjacielsko nastawionego  kumpla z celi albo zaufanego policyjnego informatora.  Bana stworzył postać bardzo groźną i zagadkową, taką którą trudno rozgryźć do końca. Tak naprawdę, nie wiemy, kim ten człowiek jest, kiedy mówi poważnie, kiedy drwi, i z kogo, z siebie czy z nas.

piątek, 13 czerwca 2008

W dolinie Elah

No i proszę, jaka niespodzianka. Zamiast dramatu sensacyjnego zaprawionego ostrym protestem przeciwko wojnie w Iraku (wszystko jedno czy kontra Bushom, czy z Saddamowi Husajnowi i terrorystom) otrzymałam dość subtelną opowieść o cierpieniu, będącym udziałem zwykłych Amerykanów, wierzących ślepo swoim politykom i maszerujących pokornie na wojny w różnych zakątkach świata na każde ich skinienie.
 
Zaczyna się od wiadomości, jaką otrzymują rodzice czekający na powrót syna z Iraku. Okazuje się, że ich syn Mike, zaginął w bazie wojskowej na terenie USA, tuż po przylocie z wojny.
Ojciec zaginionego (Tommy Lee  Jones), weteran wojny w Wietnamie, dba o to,  by tradycja wojaczek w rodzinie nie zaginęła. Już jeden z jego dwóch synów zginął  w ostrzelanym śmigłowcu w pierwszej irakijskiej wojnie. Niestety, było za mało. Ojciec wysyła 19-letniego syna na drugą, w celu, jak sam mówi, wyrobienia charakteru (!). Nie chodzi tu więc nawet o żadne wzniosłe hasła antyterrorystyczne, jakimi posługuje się przywódca Bush w swej na poły prywatnej antyhussajnowskiej kampanii. O zgrozo, ojciec pragnie,  by jego jedyny syn przeżył na wojnie swoją męską mentalną inicjację, by sprawdził się  jako nieustraszony mężczyzna walczący … no właśnie - z kim? W obronie – kogo? Niestety, ten stary, głupi człowiek dopiero pod koniec życia dowiaduje się, że wojna nie buduje a rujnuje, także ludzkie charaktery. I trzeba było, żeby to zrozumiał, śmierci jedynego, ostatniego już syna. I co gorsza, człowiek ten zejdzie z tego świata ze świadomością, że jego syn umarł jak antybohater. Nie w bitwie, a w kraju, zepsuty, zniszczony moralnie. I to on, ojciec, także się do tego przyczynił. Zamiast fanfar i salw  żałobnych na cześć syna,  kolejnego z amerykańskich chłopców, który poświęcił swe młode życie dla ojczyzny (zawsze bawią mnie takie sformułowania – "zginął za ojczyznę" - na obczyźnie) otrzymuje gorycz, zawód, wyrzuty sumienia. I dobrze. Także, dlatego, że wreszcie ktoś z Amerykanów zrobił taki film o irackiej wojnie. Bez żadnych sensacji, bez krwi, walk, bez fotogenicznych helikopterów, nawet bez zemsty za jakieś przekręty narkotykowe na terenie wojennym (sic!). Otrzymujemy obraz o bolesnej prozie życia, będącej udziałem żołnierza po powrocie z pola bitwy, o nieodwracalnych spustoszeniach w psychice człowieka, jakie niesie udział w napaści na obcy kraj i dalej jego okupacja. . Bo na wojnie, owszem można się sprawdzić, ale chyba rzadko kto jest usatysfakcjonowany tego typu sprawdzianem na człowieczeństwo (np. jeśli o zadźganiu nożem kolegi mówi się, z głupawym, acz nerwowym, uśmiechem na ustach, jak o krojeniu chleba).


„W dolinie Elah” – jest swoistym wołaniem o pomoc. Prośba o ratunek pojawia się w filmie trzy razy. Na początku,  w komisariacie policji – dziewczyna błaga, by uratowano jej psa. Prośba zostaje zignorowana. Drugi raz - w środku: Mike dzwoni z Iraku do ojca, wyczerpany psychicznie prosi go, by go stamtąd zabrał. Ojciec pociesza syna, że to chwilowo załamanie, że przejdzie. Nie przechodzi. I trzecie wołanie – symboliczne. Amerykańska flaga  na maszcie przed jednostką wojskową zawieszona do góry nogami, co wg zwyczaju wojennego znaczy „ratujcie nam tyłki”. To wołanie wcale nie jest takie zabawne, jakby się mogło wydawać. Podobnie, jak tamte dwa, których zlekceważenie przyniosło bardzo poważne i smutne skutki.  
Dlaczego "Dolina Elah"?  Jest to, jak wiemy, miejsce zwycięstwa mizernej postury pasterza Dawida nad olbrzymem Goliatem. Goliat to oczywiście USA. Dawid – to prosty, pasterski, innowierczy Afganistan, czy także Irak (może bardziej niż o pasterstwo chodzi o inną wiarę i quasi (pretekstowe) nią zagrożenie), wokół których USA od lat się kręci i drażni. Ten film to artystyczne ostrzeżenie Goliata-USA  przed zadzieraniem z niby niepozornym Afganistanem, czy innymi państwami islamskimi które choć nie mają wielkich i uzbrojonych po zęby armii, mogą jednak, długotrwałym i skutecznym oporem, wykrwawić na śmierć (głównie finansowo) Amerykę. 

środa, 11 czerwca 2008

Nic - Doroty Kędzierzawskiej

Dorota Kędzierzawska dobrą reżyserką jest. Przekonuję się o tym po każdym obejrzanym kolejnym filmie. Jej „Nic” z roku 1997 to wielkie „Coś” w sprawie wołania o godność kobiety w świecie, w którym rządzą mężczyźni. Godność to wolność, a przede wszystkim wolność wyboru. Także w kwestii macierzyństwa.
Piękne i poruszające studium "nic" - kobiety samotnej, mieszkającej w środku wielkiego polskiego miasta, spragnionej miłosci męża mężatki, matki trójki małych dzieci, kompletnie podległej mężowi, traktującemu ją jak służącą i naczynie na spermę. „Hela”, „Helutka”, jak w przypływie pożądania seksualnego mówi do niej jej pan, zachodzi w kolejną ciążę. Niestety, małżonek jest już zmęczony trójką hałaśliwych dzieci i nie życzy sobie kolejnego potomka. Grozi swej żonie nawet śmiercią, jeśli go nie posłucha i dziecko urodzi.  Kobieta jest absolutnie przerażona, zagubiona i osamotniona. Znikąd nie otrzymuje pomocy, ani zrozumienia. Podejmuje pewną desperacką decyzję. Cichym świadkiem - obserwatorem jej moralno-egzystencjalnej szamotaniny jest stara kobieta , sąsiadka z piętra niżej, zwana przez mieszkańców kamienicy „jędzą” – w tej roli ulubiona aktorka reżyserki Danuta Szaflarska. Tylko ona zdaje się młodej kobiecie współczuć i tylko ona daje jej jedną dobrą radę. Helutka z niej korzysta. Niestety, mężczyźni i ich prawo znowu odnosi gorzki triumf .
Oczywiście to nie jest tak, że reżyserka w czambuł potępia cały męski świat. Pewien samotny stary dróżnik jest dowodem, że trafiają się czasem mężczyźni empatyczni, ale niestety, w hierarchii społecznej zajmują oni raczej niewysoki szczebel.  Nie mają więc wpływu, albo mają bardzo nieznaczny, na formowanie zasad współżycia społecznego.

Przepiękny film. Z bardzo ciekawą obsadą.W głównych rolach niezawodowcy. Helutkę gra tancerka warszawskiego Teatru Wielkiego - Anita Kuskowska-Borkowska. Świetna kreacja i bardzo dobry dobór aktorki jeśli chodzi o walory zewnętrzne. No i Janusz Panasewicz jako jej mąż. Też nieźle się spisał. Dzieci – wyjątkowo jak na polski film – bardzo naturalne. Głównie jeśli chodzi o dziewczynkę, bo dwaj chłopcy są mali i raczej są sobą niż grają. Nastrój smutku, rozpaczy i samotności w dużym stopniu, oprócz aktorów, budują zdjęcia Artura Reinherta. Kolor sepii, światło, pewne ciekawe, artystyczne ujęcia sprawiają, że niektóre kadry ogląda się niczym dzieła sztuki.
Film dedykuję mężczyznom, którzy wiedzą lepiej od kobiet, co nie znaczy, że czują… Także tym, wykorzystującym śmierć zmarłej zaledwie kilka dni temu siatkarki Agaty Mróz, na robienie sobie publicity. Sobie i organizacjom oraz instytucjom (z kościołem na czele) na rzecz których działają. Mężczyźni owi wołają, głęboko wzruszeni, o beatyfikację, a później kanonizację Agaty, która zmarła kilka tygodni po urodzeniu dziecka. Agata Mróz, chora na białaczkę, wiedziała, że ciąża oraz poród, nie przyczynią się do poprawy jej zdrowia, ale zaryzykowała, choć tak bardzo chciała żyć. Wielkie wyrazy uznania dla Agaty.  Wspaniała kobieta, zrobiła tak wiele dla Polaków. Zawsze na swój sposób aktywna i walcząca. Kiedyś w drużynie siatkarek, teraz z chorobą i na rzecz rozwoju pobierania szpiku kostnego dla takich chorych jak ona. Lecz kobiet, które podejmują, świadomie lub mniej świadomie, ryzyko śmierci przy i po porodzie jest mnóstwo. Taki nasz los i nasz instynkt macierzyński. Niech mężczyźni zajmą się swym instynktem – ojcowskim. Niech się do naszego nie wtrącają. Niech nie tłamszą instynktu ojcowskiego poprzez celibat, niech go nie zabijają posyłając młodych mężczyzn na wojny, niech nie zabierają życia już urodzonym, niech popracują nad prawem i warunkami do rozwoju fizycznego, emocjonalnego i intelektualnego tych, których powołali do życia. By dzieci nie były traktowane i nie czuły się li tylko produktem maszynek do rodzenia, odstawionym do taśmowej wylęgarni, czy hodowli, jakim bywają domy dziecka czy inne instytucje wychowawcze.
Wiem, że tego filmu żaden z tych w/w mężczyzn nie zobaczy, bo są oni:
a/ za "wrażliwi"
b/ zbyt zajęci walką z aborcją. Może nawet walczą o urodzenie dziecka spłodzonego z gwałtu w łonie 14 –letnią dziewczynki (sprawa z ostatnich dni)
c/  podpisują jakiś  akt wysyłający kolejny pluton żołnierzy na wojnę w Iraku czy Afganistanie, a może jeszcze na inną
d/ modlą się za kobiety i ich na... oraz nienarodzone dzieci
e/ modlą się za dzieci niechciane i niekochane
f/ przeklinają kobiety, bo ich nie lubią a potrzebują…

środa, 4 czerwca 2008

Podstępny Ripley

„Największą zbrodnią jest przesada, z jaką ludzie reagują na drobne morderstwa” – powiedziała Patricia Highsmiths opisując kolejne kryminalne przygody inteligentnego, lecz złego acz, przy tym wszystkim, bardzo pociągającego pana Toma Ripleya.  No właśnie, gdyby nie owa przesadna reakcja ludzkości na drobne morderstwa, pan Ripley nie byłby zmuszony dokonywać ich aż w takich ilościach. Przecież, jak sam mówi, jest zły, ale nie jest urodzonym mordercą. Wykorzystuje tylko skwapliwie okazje, jakie mu wpadają w ręce. A że ludzie są wścibscy i przesadnie wrażliwi, zamiast inteligentnie przymknąć oko na to i owo,  no to pan Ripley ma przez nich ręce pełne roboty. I  trudno - wspólnie wszyscy wstępują na pierwszy stopień wiodący do piekła. Uwielbiam, kocham pana Ripleya i wszystkie jego filmowe wcielenia. Matt Damon - utalentowany, John Malkovich - gracz i Barry Pepper – jako Ripley Underground ( tytuł oryginalny). Jedna postać w trzech, jakże różnych, odsłonach. W tej ostatniej, pan Ripley porzucił, z nieznanych bliżej powodów, ciepłe Włochy i bawi w chłodnym Londynie. I jak zawsze krąży wokół sztuki. Tym razem może mniej jako koneser (w porównaniu do kreacji Malkovicha), a bardziej jako bon vivant. Tom nieodmiennie lubi używać życia i to w dobrym towarzystwie. W otoczeniu pięknych przedmiotów, tudzież pięknych, i bogatych, kobiet. I jak chce tak ma. Co nie znaczy, że przychodzi mu to z łatwością. Czasem musi tęgo na te wszystkie ziemskie rozkosze zapracować. I to nie tylko głową, w której lęgną się iście piekielne (undergroundowe) pomysły. I tym razem nasz przebiegły i pazerny bohater realizując swą kolejną intrygę uwija się jak w ukropie, także fizycznie, przemierzając tam i z powrotem  setki kilometrów między Londynem a Paryżem.  W Paryżu bowiem mieszka anioł, który jak sam Ripley oznajmia, zupełnie  go odmienił (czy na pewno?). Oczywiście, anioł jest przepiękny, zgrabny, wysoki, o długich nogach i takichże samych blond włosach, iście anielskim obliczu i uśmiechu (prześliczna Jacinda Barrett) oraz z dobrym bogatym rodowodem, czego ziemskim dowodem jest olbrzymi zamek w którym anioł  zamieszkuje wraz z papą, i w którym dzieje się mnóstwo mrożących krew w żyłach akcji pana Ripleya. 
 
A wszystko, jak zawsze, zaczyna się bardzo niewinnie. Dobrze rokujący malarz Derwatt, po udanym wernisażu, mocno podniesiony na duchu oświadcza się swej dziewczynie. Nie usłyszawszy radosnego „tak”, wsiada w samochód i pędzi na oślep przed siebie. Niestety, ze skutkiem tragicznym. Pan Ripley, zaliczający się do grona wielbicieli artysty, wpada na szatański pomysł, by chwilowo przed mediami zataić  przykry fakt śmierci Derwatta, wykorzystać jego dobrą passę i wzbogacić się co nieco na sprzedaży obrazów mistrza. Marchand malarza i narkoman w jednej osobie, grany uroczo przez Allana Cumminga, dziewczyna malarza oraz jego przyjaciel, także malarz, przystają ochoczo na tę propozycję. Koło Fortuny zostaje wprawione w ruch. Potoczy się różnymi kolejami, a pan Ripley – utalentowany, podstępny gracz, odważny ryzykant  – czy odniesie kolejny sukces? Pytanie nie należy do retorycznych, ale zabawa i tak jest przednia. Jak to u boku Toma Ripleya zazwyczaj bywa. Jak zawsze – warto z nim zaryzykować. Może i z niego ladaco, ale jakże przyjemnie i szybko płynie czas w jego towarzystwie. Nie ma ani chwili na nudę. I jak na pana z podziemi przystało – jest diabolicznie przystojny - wyostrzone rysy Barry’ego Peppera, jego skrzywiony uśmieszek, obnażajacy łakome zęby, robią swoje!  Plus – nonszalancja, ironiczny humor, kuszenie do złego bogu ducha winnych, zniewalający brak skrupułów, zamiłowanie do zbytku a jednocześnie wrażliwość na piękno, powodująca, że czasem w jej przypływie Ripley zrobi dobry uczynek. Szczególnie w tej 3 części jest on wyjątkowo łasakwy względem przyjaciół. Może się starzeje? Oby nie!