piątek, 30 października 2009

"The Woodsman" (Zły dotyk) - reż. Nicole Kassell

Historia, na pozór, jakich wiele. Walter, tak mu na imię, po 12 latach odsiadki, wychodzi z więzienia. Postanawia żyć na nowy rachunek, ludzie mu w tym przeszkadzają, tylko miłość może go uratować. Jednak sprawa Waltera jest o tyle bardziej skomplikowana, że jest pedofilem, a takim wszyscy się brzydzą, nawet ci, którzy w zaciszu domowym sadzają swoje córki na kolana, mimo, że one tego bardzo (i podejrzanie) nie lubią.

Były więzień musi stawiać czoła nie tylko nienawiści otaczających go ludzi, ale przede wszystkim nienawiści i wstrętu do samego siebie, do swego popędu seksualnego, sile nad którą najtrudniej mu zapanować, która nawet zduszona, upchnięta gdzieś w najgłębszych zakamarkach mózgu, czeka tylko na sposobny moment, by dać o sobie znać.

Kevin Bacon w tej trudnej roli sprawił się znakomicie. Jego zadaniem było pokazanie, że pedofil pedofilowi nierówny. Wśród potworów o nieodwracalnie przetrąconej psychice, zdarzają się też ludzie, owszem, wyrządzający wielkie zło, ale świadomi tego chcący z tym skończyć.
Twarz Bacona przez cały film jest niesamowicie spięta, nieruchoma, jego czujny wzrok wyraża zarówno strach przed bliźnimi, jak i samym sobą. Jest tylko jeden moment, gdy się rozjaśnia, łagodnieje i Bacon–Walter ładnieje - rozmowa z dziewczynką w parku ("woodsman" - lubi miejsca zadrzewione). Kevin B. świetnie panuje nad mimiką, oczami, przekazuje nimi wszystkie emocje, od najbardziej oczywistych, po najmniejsze niuanse. Dramat opowieści oparty jest w głównej mierze na osobie, ciele tego aktora.

Atmosfera jest napięta, ale nie do przesady. Film jest bardzo stonowany, nie epatuje nadmiernie ani przemocą, ani jakimiś drastycznymi scenami. Subtelnie dotyka najbardziej wstydliwych wątków życiorysu głównego bohatera. A jego czyny są bardziej zasugerowane, niż pokazane. Akcja dramatu rozgrywa się głównie w głowie i odbija się na twarzy Waltera czyli Kevina B. Dzieki temu, „Woodsmana” mogą oglądać także ludzie o słabszych nerwach, ale emaptyczni, otwarci na każdego człowieka, chcący chociaż w minimalnym stopniu poznać mechanizmy kierujące jego postepowaniem.
Bardzo ciekawa jest tu postać Vickie (grana przez żonę Bacona – Kyrę Sedgwick), kobiety skrzywdzonej w młodości w sposób, jaki krzywdził Walter, która, co ciekawe, jako jedyna, oprócz jego szwagra, nie odwraca się od niego i postanawia mu pomóc.

Jednym słowem - „The Woodsman” – wart jest obejrzenia, z wielu względów. Bardzo bolesna i ciągle aktualna tematyka, od której nie można uciekać wzdrygając tylko ramionami i wykrzykując – 'wykastrować", 'zabić" itp. A poza tym, jak nam sygnalizują autorzy filmu, kto wie, czy ten który krzyczy najgłośniej, tzw. "szanowany obywatel", sam nie ociera się o pedofilię w zaciszu swego słodkiego wypielęgnowanego domku, gdzie nikt nie słyszy i nie widzi, tylko dziecko czasem zapłacze, gdy tatuś zaprasza do wizyty na swoich kolanach. Świetna scena – kluczowa, w filmie –wspomniana już rozmowa Waltera z dziewczynką w parku.

No i warto spojrzeć, jak sprawę zwolnionych z więzienia pedofili rozwiązuje się w USA. Wychodzą z odpowiednimi zakazami, wpisami do akt, które zabraniają im pracy w przeróżnych placówkach oświatowych, zbliżania się na określoną odleglość do miejsc, gdzie przebywają dzieci itp. Chodzą regularnie na psychoterapie. A co najważniejsze, każdy z nich ma indywidualnie przydzielonego policyjnego „anioła stróża”, który go obserwuje, składa mu regularne wizyty w domu, słucha jego tłumaczeñ z takich czy innych uczynków.
U nas, niestety, od lat, wiele się na ten temat mówi, od czasu do czasu podnosi się większy raban, a nie zrobiono do tej pory nawet rejestru skazanych za pedofilię. A tych, którzy wychodzą na wolność zostawia się bez pomocy, samym sobie. Czyli każdy pedofil po odbyciu kary może sobie spokojnie dalej robić swoje, zatrudniając się w przedszkolu czy szkole.

niedziela, 25 października 2009

"Brüno" - reż. Sacha Baron Cohen

Bruno to facet, który postanowił zdobyć sławę. Niestety, mieszka w Austrii, kraju, okrytym w ostatnim wieku wielką niesławą.  Kolebka faszyzmu – Hitler, Haider, hipokryzja, agorafobia – piwnice, zarówno mentalne jak i fizyczne jako sposób na relacje międzyludzkie  etc. Bruno postanawia więc wyjechać do Ameryki, a ściślej do LA. Jako bystry, młody mężczyzna, jest on bowiem świetnie zorientowany, także seksualnie, i wie,  że w obecnych czasach istnieją dwa niezawodne sposoby dojścia do slawy  a/ zadeklarować światu swoją homoseksualność (można sobie ten fakt również wymyśleć) i  b/ zaistnieć w mediach. Akurat z tym pierwszym nie ma problemu, Bruno raczej jest gejem,  a co do drugiego punktu – no cóż, można przecież uczyć się od największych, czyli od tych najbardziej sławnych – którzy, a to grają koncerty na rzecz walki z AIDS, lub bronią własną piersią puszczy amazońskiej,  albo karmią, prawie piersią, a na pewno dobrze wypchanym  portfelem biedne azjatyckie lub afrykańskie dzieci, a to sprzedają własne dzieci co lepszym stacjom telewizyjnym na żer różnych dziwnych programów itd. itp. Niestety, dla Bruno, co smaczniejsze kąski, owego medialnego tortu,  zostały już obdzielone,  większość globu ziemskiego została już rozdysponowana dla największych  i mało części świata będącego w biedzie zostało już do zagospodarowania. Bruno rzuca się więc rozpaczliwie  na Bliski Wschód (czyli  wzwód, jak to "śmiesznie" nazwał) – zaczyna pośredniczyć w negocjacjach między Izraelem , Palestyną Iranem i sam już wlaściwie w końcu nie wie między kim  a kim, bo o polityce, prawdę mówiąc, nie ma zielonego pojęcia. A nie ma, ponieważ jego ulubionym zajęciem jest odawanie się uciechom cielesnym ze swymi męskimi kochankami, zarówno z tego świata, jak i z zaświatów ( jedna z najgorszych momentów). I tu dochodzimy do mniej smacznej i strawnej częsci filmu.

Zgadzam się z tymi, ktorzy zauważają obrzydliwość, a może raczej dosłowność, a częściej przejaskrawienie pewnych scen, chodzi o te wyśmiewające seks gejowski ( ale nie tylko), ale jednoczesnie doceniają , zauważają humor i satyrę na pewne przejawy życia społecznego. I te mi sie najbardziej podobały i jednocześnie śmieszyły.  Choć nie wszystkie były zabawne, niektóre z nich były naprawdę drastyczne. Ot, choćby kompletne uprzedmiotowienie  Meksykanów i wykorzystywanie ich do najbardziej podłych świadczeń – w filmie służą jako meble, fotele, stoliki itp. Ale nie, nie, to nie chora wyobraźnia reżysera  podytkowała mu taki pomysł –  kiedyś ze zgrozą przeczytałam o tym, jak mężczyźni w pewnych, wiadomych, przybytkach, traktują klęczące, i oczywiście rozebrane, dziewczyny, "używając" je jako stoliczki na popielniczki.

Przerażali też głupi rodzice, którzy dla pieniędzy, albo sławy dziecka, po to, by zaspokoić swe niespełnione marzenia, są w stanie poświęcić jego zdrowie, a nawet zaryzykować życie – jestem przekonana, że castingowe rozmowy z nimi na temat zatrudnienia dzieci w filmie, nie były sfingowane.

W ogole, jestem pewna, że Cohen, w kwestii satyry na współczesne zidiociałe społeczeństwa, czerpał wprost z życia i jego obserwacji, niczego tu nie musiał specjalnie wymyślać,  niczego może oprócz scen seksu – tu mogła go ponieśc fantazja, jak to zresztą w przypadku seksu się zdarza.

Podsumwując, czy film uważam za udany? Pod względem ironii, krytyki, ostrej satyry nie tylko na amerykańskie społeczeństwo, jak najbardziej, uważam za udany i bardzom trafny, choć środki ku temu są naprawdę ostre, a przy tym nieskomplikowane. I tu przechodzę do humoru  – no cóż, nie rozumiem tych co narzekają, przecież wiedzieli na co się zdecydowali.  Chcieli zobaczyć Sachę Barona Cohen to widzieli.  Jest on określonego rodzaju satyrykiem i prześmiewcą, zawsze  konsekwentnie dążącym do jasnego celu,    łączy przyjemne z pożytecznym. Przyjemne - to jego praca, nasz śmiech (bo jednak on się pojawia) i spora kupka pieniedzy na jego koncie. A pożyteczne, to to wszystko nad czym się  przez chwilę i przez śmiech, zadumaliśmy podczas seansu. Prawdopodobnie, gdyby  nie zdecydował się na humor tego rodzaju, pies z kulawą nogą by go oglądał. Nie podoba mi się jego prostactwo, np. sceny w salonie kosmetycznym były przeobrzydliwe. Ale, czy powszechna wariacja na punkcie dbałości o wygląd, wycinania sobie wszystkiego, by osiągnąc idealną gładkość skóry, idealne proporcje nie siąga granic absurdu?   Tak jak humor Cohena.  Spójrzmy na to z tej strony – pomysłowość i głupota jego dowcipów absolutnie dorównuje "pomysłowości" i głupocie ludzkiej. Weźmy akcesoria do umilania harców w gejowksim łóżku, były przesadzone, owszem, ale czy aż tak bardzo?  Czy asortyment seksszopów, jest wiele uboższy? Jeśli można, jak czytałam, kupić w takim sklepie m.in. sztuczną rękę do "fistingu" (właśnie całkiem niedawno wzbogaciłam swój słownik o nowy piękny termin z zakresu cielesnej ars amandi), czyli do wkładania jej sobie, albo komuś do ... tak, tak, do d.....  ewentualnie gdzie indziej , noooo.... to chyba życie prawie prześcignęło samego Bruna/Cohena. :) :(

 

sobota, 10 października 2009

Dworzec dla dwojga - reż. E. Riazanow

Kobieta i mężczyzna po przejściach spotykają się na dworcu pewnego radzieckiego miasta. On  jest jednym z podróżnych, którzy wysiedli w przerwie przewidzanej w rozkładzie jazdy, by zjeść obiad w dworcowej restauracji, ona, jako kelnerka ten obiad mu serwuje. Niestety, danie nie przypada do gustu Płatonowi, zostawia prawie nienaruszony talerz, postanawiając nie płacić za usługę. Z tym nie może pogodzić się Wiera - za podany posiłek należy się zapłata.  Dochodzi do kłotni, ostrej wymiany zdań, żadne nie chce ustąpić,  spór kończy się interwencją kolejowej milicji.  W takich okolicznościach rodzi się miłość.  Miłość mimo wszystko, mimo wielu różnorakich odległości  jaka dzieli mężczyznę i kobietę. Pierwszy dystans to ten fizyczny, liczony w setkach kilometrów.  Drugi to różnice środowiskowo-statusowe: on  sławny i uznany pianista, ona – prosta kelnerka;  on – żonaty, ona – samotnie wychowująca syna, mająca stałego, acz przejezdnego adoratora (wspaniała, krótka, ale jakże wyrazista rola Nikity Michałkowa)  dostarczającego jej, nie w pełni legalnie, towar na handel na miasteczkowym bazarze.  Wiele ich dzieli, to prawda,  ale i łączy, głównie samotność , powierzchowność związków w jakich od lat żyją,  zżera ich głód prawdziwego uczucia, zainteresowania, troski, jakiej chcieliby doświadczyć ze strony drugiej osoby. Znajomość, nie rokująca początkowo dobrze, zaczyna z upływem każdej godziny przeradzać się w  głębsze więzi, bezinteresowne,  spontaniczne,  inne, od tych, jakie było im przeżywać wcześniej. Ale czy na pewno… ? 

Film posiada zupełnie przewrotne zakończenie. Jedni mogą je postrzegać  jako przemianę Wiery, która wreszcie odnajdzie się u boku ukochanego i z walecznej, krzykliwej kobietki przekształci w potulną, kochającą żonę, podążającą za swoim ukochanym krok w krok, na dobre i na złe.  Inni, jednak, odbiorą sceny oddania się Wiery jako ironię i krytykę tradycyjnie pojmowanej instytucji małżeństwa, gdzie mężczyzna jest od wydawania poleceń, a kobieta od ich spełniania.  Tak, bo rosyjska kobieta, ma w sobie wielki potencjał poświęcenia, dla miłości, kochanego mężczyzny, jest gotowa  oddać wszystko - zdrowie,  dzieci, pracę, całą siebie i iść za nim choćby na koniec świata, nawet jeśli tym końcem miałby być obóz dla więźniów, położony, gdzieś hen, na Syberii . Ot, choćby przypomnieć sobie „Zbrodnię i karę" F. Dostojewskiego i Sonię wlokącą się za Raskolnikoswem zesłanym na Północ. Zresztą, o tym często wspomina się w różnych publikacjach traktujących o współczesnej obyczajowości Rosjan i Rosjanek. Dlaczego w Rosji tyle jest kobiet zarażonych HIV, ano, dlatego, że podobno rosyjska kobieta nie odmówi mężczyźnie miłości bez zabezpieczenia, dla niej najważniejsze, jest by uszczęśliwić swego faceta, może też chodzi o to by go w ogóle mieć, nawet za cenę własnego zdrowia. 

Wielu film Riazanowa postrzega jako komedię romantyczną, melodramat.  I tak miało być, tak samo mieli go odbierać również  radzieccy cenzorzy. Druga warstwa filmu, to olbrzymia krytyka, pomieszana ze śmiechem przez łzy, socjalistycznej gospodarki rynkowej, sprzyjającej m.in. rozkwitowi nielegalnego handlu, tzw. spekulanctwa, będącego obiektem walki  radzieckich służb wewnętrznych, a mimo wszystko zawsze świetnie prosperującego, wskutek kwitnącej korupcji – wiadomo, „tylko ryba nie bierze”. Spekulanctwo, czyli obrót towarami, których brak na rynku, wg własnych zasad,   sprzyjało nie tylko szerzeniu się korupcji, ale także nieprzyjemnemu panoszenie się  wszystkich handlowcow, traktujących wielkopańsko przymilnych klientów, zdanych na ich łaskę lub niełaskę.  

Poza tym, mimo sympatycznego romantycznego tematu miłości, z ekranu wyłania się bardzo niemiły obraz relacji międzyludzkich Kraju Rad.  Zresztą ich sceną zaczyna się cały film - agresja, opryskliwość, brak empatii, zrozumienia i zainteresowania  dla drugiego człowieka, pośpiech, nieuprzejmość – tak odnoszą się ludzie, żyjący w ustroju, który w założeniu  miał być najbardziej przyjazny dla swych obywateli. 

Podczas seansu nieodparcie przypominała mi się inna wersja, zachodnia,   miłości między podróżującymi koleją żelazną,  mianowicie „Miłość przed wschodem słonca” i „Miłość przed zachodem słonca”.  Jest sporo różnic między radzieckim „Dworcem dla dwojga” a dwoma filmami Linklatera. Przed wszystkim – wiek bohaterów, czas akcji – Płaton wraz z Wierą mają dla siebie około 48 godzin, a Celine i Jesse mają ich tylko kilka, a wiąże się to głównie z zamysłem filmowców co do przekazu – „Dworzec” mimo swej emocjonalnej kameralności, jest jednak filmem większej akcji, większego zaangażowan w szerzej pojmowane problemy społeczne,  niż „Przed zachodem i wschodem słonca” razem wzięte, będące tylko i wyłącznie psychologiczną,  intymną opowieścią o spotkaniu kobiety i mężczyzny, o których niewiele wiemy, tak jak i oni o sobie nawzajem. 

Ale oba filmy, mimo wielu różnic wspólnego bądź co bądź tematu tematu,  obrazują  ten sam urok  przelotnego spotkania, przypadkowej podróżnej znajomości, której początek bywa wielką, fascynujacą zagadką i nadzieją na spełnienie, a koniec… może jednak  lepiej, żeby go nie było…  Tak jak to miało miejsce w „To się wydarzyło w Madison County”, gdzie miłość zrodzona, również podczas podrózy (fotograf NG i gospodyni domowa),  pozostała dla kochanków wielkim skarbem i podporą w ich życiu, mimo, a może właśnie dlatego,  że kobieta nie złożyła na oltarzu miłości siebie i swej rodziny. 

Film ogląda się bardzo dobrze, może jest ociupinkę za dlugi, można go było skrócić o 20-30 minut, na pewno nic by nie stracił, ani na akcji ani w swej wymowie. Ale, cóż, socjalistyczne rządy nie żałowały pieniędzy na kulturę pod warunkiem, że grzecznie się ona prowadziła i nie podskakiwała zbyt wysoko do rządowych gardeł. Fabuła biegnie podwójnym torem czasoprzestrzeni – retrospekcja i akcja bieżąca, czyli pobyt Płatonowa w obozie karnym przeplata się z życiem na wolności. Tak, tak, jednego dnia wielki artysta, bywalec wielkich sal koncertowych pokocha prostą kelnerkę prowincjonalnej restauracji dworcowej,  a innego, wskutek różnych zbiegów okoliczności może znaleźć się  wśród skazańców za kratkami.  Czyli, jednak wielkie socjalistyczne przesłanie – nie wywyższajmy się jedni nad drugimi, wszyscy jesteśmy równi, fortuna nie wybiera, a już na pewno równi jesteśmy w obliczu  miłości.  :)
 

środa, 16 września 2009

Moskwa nie wierzy łzom - W. Mieńszow

Piękna w swej prostocie historia trzech kobiet przybyłych z głębokiej prowincji ZSRR do stolicy kraju, z nadzieją, że właśnie tam znajdą swój sposób na życie, a może nawet szczęście. Ludmiła, Katarina i Antonina –  przypadek sprawił, że zamieszkały razem w hotelu robotniczym, lecz to one same wypracowały sobie przyjaźń, która  połączyła je na długie lata.  Każda z dziewczyn ma inny temperament. Różnią je także  marzenia, ambicje jakie wiążą z Moskwą.   Ludmiła i Tosia -  przyjechały tu  głównie w poszukiwaniu pracy i męża.  Z tym, że Tosia, mniej wymagająca, chce skromnego chłopaka, Ludmiła  zaś - albo bogatego, albo z dobrego domu, ewentualnie artystę.  Katia zaś, została robotnicą zupełnie niechcący - zabrakło jej punktów, by dostać się na studia.  Życie z upływem czasu często brutalnie weryfikuje ich plany, burzy marzenia, co nie znaczy, że dziewczyny  unieszczęśliwia, zgodnie z powiedzeniem, że „co cię nie zabije, to cie wzmocni”.  Tak, te rosyjskie kobiety są mocne i dzielne,  niczym pospolite drzewa, jesiony (to o nich i o szlachetnych lecz wyniosłych dębach jest piosenka, będąca muzycznym leitmotivem filmu), których nasiona zapuszczają głęboko korzenie, tam gdzie je tylko wiatr poniesie. I one - Katia, Tosia i Luda, niczym owe drzewa, także wrosły w glebę Moskwy, stały się jej solą, solą z niejednej łzy wylanej w chwili rozpaczy, rozczarowania nad ludźmi i życiem, które wydawało się, że gdzie jak gdzie, ale w stolicy, będzie najbardziej fascynujące, a okazało się tak pospolite, jak u nich, na prowincji. Solą z niejednej kropli potu, jaka spłynęła z ich czoła, gdy harowały na swoją, i miasta, przyszłość, pracując w piekarni, na hali fabrycznej, czy ślęcząc po pracy wieczorami nad książkami.  
 
Te proste kobiety, wywodzące się z klasy robotniczo-chłopskiej   nieco tendencyjnie przedstawione w opozycji  do przystojnego Moskwiczanina z dziada pradziada,  dobrze urodzonego w inteligenckim domu, Rodiona Raczkowa (nazywanego pretensjonalnie na sposób zachodni "Rudim"), operatora telewizyjnego, który uwodzi jedną z dziewczyn – Katię.  Przedstawia mu się ona, jako córka znanego lekarza, będącego w rzeczywistości jej wujkiem, za co zostaje srodze ukarana, bowiem gdy prawda wychodzi na jaw (a jest to jeden z najbardziej tragikomicznych momentów w filmie), mężczyzna urażony, zniesmaczony wycofuje się. Tak naprawdę to on okazuje się prawdziwym prostakiem w białych rękawiczkach.  Nie dziwmy się temu, film powstał w latach głębokiej komuny, odwrócenie ról w filmie (dobry inteligent a zła robotnica), który miał przynieść sukces w tym kraju byłoby raczej trudne.  
 
Mimo wszystko, mimo tej kłującej w oczy w wielu mijescach tendencyjności fabuły, „Moskwa nie wierzy łzom” to urzekający film, z rodzaju takich, po którego projekcji rozpiera Cię szczęście, że dwie godziny nie poszły na marne. Wręcz przeciwnie, masz wrażenie, że spotkałeś się z przyjaciółmi, którzy naładowali cię pozytywną energią, choć niekoniecznie opowiedzieli ci wesołą historię.  Poza tym, to zajmujący obraz Moskwy lat 50-tych i 70-tych. Z nastrojami panującymi na ulicach  - na przykład: obściskująca  się para zostaje upomniana przez funkcjonariusza milicji, że zachowuje się nie obyczajnie i ma natychmiast porzucić swe praktyki;  z uwielbieniem dla ludzi sztuki, szczególnie aktorów - tu jako ówczesne "cameo" - pojawia się na chwilę znany aktor Innokientij  Smoktunowski. Możemy zobaczyć, wyrażnie i z dbałością ukazane, trendy w modzie czy fryzjerstwie wówczas aktualne - tak jakby twórcy filmu chcieli zaznaczyć, że ich ojczyzna nie odstaje w tej materii od reszty świata.  Przemycono także, jak sądzę, cieniutką nutkę autoironii na temat kobiet zatrudnionych na typowo męskich stanowiskach, co ZSRR ustawiało w kategorii krajów mocno  egzotycznych w cywilizowanym świecie. Ale takie przecież były powojenne realia. W czasie wyzwalania kraju,  i innych terenów, spod okupacji niemieckiej zginęło mnóstwo rosyjskich mężczyzn, ktoś więc musiał te rękawy zakasać i wziąć się do odbudowania i budowania kraju. I tak im to pozostało na długie lata. 

Piękny zbiorowy portret ludzi , którzy zaludniali stolicę ZSRR. Ich marzeń, nadziei, potencjału jaki w nich drzemał. W końcu na decyzję opuszczenia swych rodzinnych miejsc,  oddalonych czasem od Moskwy o tysiące kilometrów, było stać tylko tych najodważniejszych, zdecydowanych, może czasem i zdesperowanych, by wziąć  życie za rogi. No i ta wspaniała ówczesna solidarność, jaka ich łączyła. To prawda, że bieda przybliża, a bogactwo dzieli.  Mamy tego świetny obraz w filmie.  I ciekawostka – już wtedy dziewczyny  narzekały  na mężczyzn, że to zarozumiałe i zniewieściałe (tak! - juz wtedy) typy, charakteryzujace się wysokim mniemaniem o sobie, a tak naprawdę niewiele, oprócz wybujałego ego, zamiłowania do alkoholu i kobiet, mający do zaoferowania. Na szczęście, każda reguła ma swoje wyjątki,  o czym z czasem, i na szczęście, przyjaciółki przekonały się na własnej skórze. A jednym z tych wyjątków jest tajemniczy i fascynujący Gosza, grany przez wspaniałego rosyjskiego aktora Aleksieja Batałowa (tak, tego od „Lecą żurawie”), który charyzmą jaka od niego bije, w momencie gdy pojawia się na ekranie, urokiem osobistym, spojrzeniem mógłby konkurować z samym J. Deppem, przynajmniej w moim prywatnym rankingu. 

 W 1981 roku film doceniono, i uhonorowano, Oskarem w kategorii film nieanglojęzyczny. Nie wiem z kim się  ścigał, ale bardzo dobrze, że wygrał, bo to wspaniała, czysta, orzeźwiająca opowieść o ludzkim losie, uniwersalnym,  każdego czasu, miejsca i… ustroju, o losie, którego stery każdy z nas ma swoich rękach, i o tym, że warto być czujnym, nie przegapić okazji, szczególnie podczas podczas burzy,  by bezpiecznie zawinąć do portu.
 

Mistrz i Doda

Oto, dla przypomnienia, kilka słów o pomysłach reżysera, pisanych ponad rok temu, jeszcze przed wejściem filmu na ekrany kin.

"Mistrz i Doda"
„Serce na dłoni” – taki będzie tytuł nowego filmu Krzysztofa Zanussiego.  W obsadzie między innymi: Nina Andrycz, Stanisława Celińska, Bogdan Stupka oraz znany zestaw: Maciej Zakościelny, Agnieszka Dygant, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Szymon Bobrowski no i dla wielkiego huku .... nasza rodzima seksbomba - Doda. Nie będę krytykować decyzji reżysera w  kwestii doboru nazwisk. W końcu aktor serialowy też człowiek, trzeba mu (i sobie) pomóc, nie jego wina, że w Polsce dane jest mu ostatnio grać tylko w takich produkcjach).  Ale co do Dody – o tak!  do tego posunięcia (nomen omen!) mam jednak zastrzeżenia.

Szkoda, że taki człowiek, jak Zanussi nobilituje swoim nazwiskiem, wspaniałym dorobkiem, charyzmą w końcu, przedstawicielkę kultury  najniższej, ktora, nota bene, tak naprawdę wiele z kulturą wspólnego nie ma. Takie czasy!

Ech! A jeszcze kilka miesięcy temu, słuchałam z uwielbieniem na twarzy i w serduszku,  jak reżyser apelował do nas zgromadzonych na pewnej sali, by się nie dać schamieć. Myślę, jestem pewna, że miał wtedy na myśli także omijanie szerokim łukiem  prostackich  jarmarków, gdzie dla taniej, lecz przynoszącej miliony,  sławy, kupczy się wszystkim, na czele z intymnością małżeńskiej alkowy, sekretnymi zakątkami kobiecego ciała, pseudodziecięcą obliczoną na poklask naiwnością,  a zaraz obok rynsztokową wulgarnością  itp.
Zatrważające,  jak wszyscy w obecnych czasach  dają sobie na luz, schlebiając gustom najbardziej marnym.  Nawet najwięksi,  ci z resztkami autorytetu, którzy powinni jednak  trzymać odpowiedni bieg, by na wyluzowanym pędzie do przodu nie stracić godnego mistrza wyrazu  twarzy.  Nawet dla eksperymentu szkoda ryzykować jazdę bez trzymanki - można się normalnie wywalić, a już szczególnie w starszym wieku. Tym bardziej szkoda, kiedy ma się tak wiele do stracenia – cały dorobek życia może iść w zapomnienie, tylko dlatego, że mistrz postanowił DODAć sobie wątpliwego współczesnego splendoru, dopinając  do autentycznego (jak sam zapewniał w wywiadzie na planie filmowym) serca na dłoni nadmuchaną lalę z plastiku.
Zabawne jest w tym wszystkim to, że ta para wcześniej zapewne w ogóle nie wiedziała nawzajem o swoim istnieniu. Teraz pałają do siebie wielką miłością (czego dowód mieliśmy w „Kropce nad i”), atencją nawet, tak, tak! Ta wzajemna  atencja mogłaby być nawet imponująca, ciekawa. Starszy pan reżyser zauroczony młodą kobietką, i na odwrót.  Ale na Boga – K. Zanussi to nie Woody Allen, a Doda to nie Scarlett Johansson. Litości!


A oto kilka wrażeń, już po zobaczeniu "Serca na dłoni", pisanych bez przypominania sobie słów powyżej: :)

Żenujące dzieło . Miałkie i prościutkie, na miarę mizernego debiutu.  Sam pomysł na fabułę nienajgorszy, ale dalsza realizacja poniżej oczekiwań. W końcu nazwisko Zanussi do czegoś zobowiązuje, to dobra marka, nie tylko w temacie sprzętu gospodarstwa domowego. Zanussi obwołany kiedyś intelektualistą kina polskiego ma prawo, jak każdy, z upływem lat do wypalenia się, ale na Boga, nie może sobie pozwolić na robienie tego rodzaju ciężkich knotów. W. Allen również obniża swoje loty, ale robi to w sposób płynny, prawie niezauważalny, nie pikuje na ziemię na zbity pysk jak nasz rodzimy reżyser.  Co do udziału Dody wyraziłam już swoje zdanie powyżej, jeszcze przed zobaczeniem filmu. Teraz już wiem, jak to wyglądało. Doda występuje w filmie dwa razy. Po raz pierwszy jako Doda ta, którą znamy, czyli sexbomba całą gębą i biustem,  umilająca jakimś romantycznym pieśnidłem wieczór podtatusiałemu szemranemu biznesmenowi zza wschodniej granicy (Bohdan Stupka).  I to było nawet ok. - wiadomo, artyści, zarówno kultury wyższej jak i niższej, dorabiaja sobie koncertując na prywatnych spotkaniach. Ale, gdy zobaczyłam Dodę drugi raz, pod koniec filmu,  na ekranie telewizora, włączonego gdzieś pod mostem,  w siedlisku bezdomnych, śpiewającą arię operową, parsknęłam śmiechem -  Doda i aria operowa,  a już tym bardziej w takiej scenerii, jak "zasmarkani" bezdomni. Sztuczne silenie się na idealizm, że każdy może się zmienić, wszystko zależy od okoliczności. Owszem, ogólnie mogę się zgodzić z taką teorią, ale nie w przypadku Dody, ktorą znamy jako pazerną szansonistkę, podpierającą swą karierę "artystyczną" obyczajowymi prowokacjami, zawracającą w głowach naiwnym nastolatkom,  w przeciwieństwie do kariery divy operowej, ktora opiera się głównie na talencie i naprawdę ciężkiej pracy. Może gdyby Zanussi, do zobrazowania swych idealistycznych koncepcji wybrał jakąś aktorkę, a nie znaną powszechnie Dodę, byłby bardziej wiarygodny, a nie śmieszny.

Cały film jest sztuczny, nieprawdziwy, bardzo niedbale nakręcony, zauważa się kilka niedoróbek realizacyjnych, ma się wrażenie, mimo wyraźnych dłużyzn,  jakby wszystkim na planie bardzo się spieszyło, jakby chcieli czym prędzej kończyć,  by wstydu  sobie oszczędzić.  Zero lekkości, banalne, wygłaszane, a nie mówione, dialogi, wszyscy sztywni, widać, że grają.  Było mi wstyd, że mój wielki autorytet w ten sposób zaczyna kończyć swą  jakże wspaniale rozpoczętą ("Życie rodzinne", "Barwy ochronne" i wiele innych)  filmografię.  A najgorsze jeszcze, że nie chce się przyznać do faktu, iż tym razem nie wypaliło. Tłumaczy się na prawo i lewo, broni jak lew,  opowiada o niezrozumieniu przez widza polskiego,  a o sukcesach zagranicznych. Być może… jakiś małolat,  wielbiciel Dody, ktoś kto nie zna  starego dorobku Zanussiego uwierzy w to proste dziełko, które przecież naprawdę  nietrudno zrozumieć - mamy tu wyłożoną  kawę na ławę -  nad czym tak ubolewa reżyser.  „Serce na dłoni” po prostu  trudno zaakceptować.  Wajda też raz zaeksperymentował z "Panną Nikt", i szybko dał sobie spokój, wrócił pokornie do tematów narodowych,  i chwała Bogu.  To samo radzę Panu Krzysztofowi, niech zostawi "swołocz", nie licząc na jej nawrócenie i wraca do swych inteligentów i ich moralnych dylematów, bo w tym temacie jest najlepszy i niezastąpiony (tylko inne pytanie, gdzie ich szukać?! Tych prawdziwych, oczywiście.).  Zniżanie się do poziomu mas również wymaga klasy i świadomosci pewnych granic, których nie wolno przekraczać. Jedyny jasny punkt tego filmu, to króciutki występ Niny Andrycz, jako matki biznesmena – ta kobieta zawsze trzyma poziom i fason damy, i wszędzie czuje się świetnie.

Polecam tylko ciekawskim oraz prawdziwie kochającym Zanussiego i od razu proszę - wybaczcie mu, tak jak i ja to uczyniłam. :)

 

czwartek, 23 lipca 2009

"Longford" - reż. Tom Hooper

Jeśli ktoś lubi Jima Broadbenta, z przyjemnością odkrywa jego nowe wcielenia (ja ciągle jestem pod wrażeniem kreacji kochanka i przyjaciela "Iris"), polecam kolejne, tym razem jako Lorda Longforda – Franka Pakenhama. Postać autentyczna, bardzo kontrowersyjna ze względu na swą swoistą działalność dobroczynną. Pakenham, katolik głebokiej wiary, który, jak sam mówi: „brzydzi się grzechem, lecz kocha grzeszników”, z wielkim zapałem oddaje się pracy z więźniami. Spotyka się z nimi, jest wręcz do dyspozycji na każde wezwanie, a zainteresowanie jakie wykazuje skazanym na wykluczenie ze społeczności, którą skrzywdzili, długie rozmowy na temat Boga i jego skłonności by wybaczyć każdemu każdy grzech, powoduje, że wielu więźniów odzyskuje cudownie wiarę, co bardzo często skutkuje skroceniem wyroków, nawet tych dożywotnich.

Niestety, mamy podejrzenie, że działalność lorda nie jest do końca bezinteresowna, kierowana tylko i wyłacznie szlachentymi pobudkami. Nasz bohater lubi szczycić się swymi osiągnieciami, pisze swoją autobiografię, udziela na prawo i lewo wywiadów wszystkim mediom, korzysta z każdej okazji, by zareklamować swą osobę. Nawet promocję książki córki przeobraża w swoje show. Zaczynamy podejrzewać, że ten starszy mężczyzna, tak brzydzący się grzechem sam z rozkoszą pławi się w grzechu próżności, a więźniowie, to społeczność na tle której może tak mocno, i łatwo, zabłysnąć. Ale pewnego dnia przyjdzie mu zmierzyć się z iście godnym siebie przeciwnikiem Myrą Hindley, seryjną morderczynią dzieci, ktore porywała wespół ze swoim kochankiem. Ta inteligentna kobieta doskonale wyczuwa słabości lorda, jego pasje, zna go przecież z telewizji , książek, wie dokładnie, który guzik nacisnąć, by facet zapomniał o jej potwornych zbrodniach, a na dodatek obdarzoną pewnym magnetyzmem całkowicie oczarowuje Pakenhama. Zaczyna tej kobiecie bezgranicznie ufać, ma nadzieję, że oto nadarza się okazja by obwieścić światu swój kolejny sukces w udowadnianiu, że nawet potwory mają w sobie pokłady dobra, ktore objawiają się oczywiście pod wpływem żarliwych modlitw i czytania żywotów świętych. Lord Longford naraża się na wielką krytykę, nienawiść ze strony rodzin pokrzywdzonych dzieci, jednak nic go nie zraża, w pełni oddaje się swej misji. Jak to się dla niego skończy, czy Myra Hindley opuści wcześniej więzienie, czy może Frank przyzna się do błędu, a może chytrze przekuje go zgrabnie w swój sukces – warto zobaczyć ten film. Świetne aktorska trójka, wspomniany Broadbent, a także o nieprzeniknionej twarzy Samantha Morton (niedawno Debra Curtis w „Control”) jako Myra oraz Lindsay Duncan – godnie znosząca jakże szlachetną, lecz może czasem bezkrytyczną, pasję swego męża, Lady Elizabeth Longford.

Acha, zapomniałam, przecież Andy Serkis, dorównuje w pełni wspomnianej trójce. Jego Ian Brady jest równie tajemniczy, diaboliczny, cyniczny jak jego kochanka, Myra.

Film jest skromny, bez fajerwerków, wymagający od widza pewnego skupienia, zamyślenia, w sam raz jako odskocznia od wakacyjnych szaleństw (można zobaczyć na HBO).

piątek, 17 lipca 2009

"Piękność w opałach" - reż. Jan Hřebejk

czyli przybywa rycerz na białym koniu.

Praga,  rok 2002. Czas wielkiej wody, która zalewa miasto i rujnuje życie wielu rodzin. Między innymi także Marceli (ulubienica czeskich reżyserów - Anna Geislerova), tytułowej piekności. Jarda (
Roman Luknár ), jej mąż,  mechanik, by więcej dorobić, ima się kradzieży samochodów. W tym samym czasie, w Toskanii, Evzen Benes, starszawy przystojny Czech mieszkający od kilkunastu lat  w odziedziczonej po matce pieknej toskańskiej willi, jedzie do ojczyzny, by wykupić starą rodzinną posiadłość. Szczęśliwym, albo i nie - zależy dla kogo, zbiegiem okoliczności, pracownik z warsztatu Jardy kradnie bogatemu przybyszowi  ekskluzywny samochód. Samochód, niestety, albo i nie, zależy z czyjego punktu widzenia na ten fakt patrzeć, posiada nawigację satelitaraną. Wyśledzenie złodzieja to kwestia kilkuanstu minut. Mąż Marceli trafia do więzienia, a ona popada w tytułowe  opały.  Ale jak to z pięknościami bywa, w opałach nie pozostają długo. Zawsze znajdzie się jakiś pocieszyciel, który przytuli, wytrze łzę, zrobi śnaidanie do łóżka. I tak też dzieje się i tym razem. Marcela przypadkowo poznaje ofiarę kradzieży, czyli właśnie, pięknego, dojrzałego i majętnego toskańczyka , Evzena. Mężczyzna ten,  niczym anioł, ma starą ale szlachetną twarz, srebrne włosy i bezgranicznie dobre serce. W jego roli - doskonały, pamiętny ze „Szpitala na peryferiach” Josef Abrham, rysom któremu dostojności dodały lata oraz bujny zarost. Evzen współczuje Marceli i jej rodzinie.  Postanawia zaopiekować się nieszczęsną kobietą z dziećmi. Zaczyna się od drobnych sum pieniędzy wkładanych ukradkiem w książki, a kończy zaproszeniem do Toskanii na czas nieograniczony. Wszyscy są szczęśliwi, oprócz męża piękności, Jardy, któremu w końcu kończy się czas odsiadki. Wraca do opuszczonego domu, z goryczą podsumowując, że „żona wybrała pieniądze”.  Ale los sprawia, że Marcela wraz z włoskim aniołem oraz dziećmi przyjeżdża do Pragi na pogrzeb swej matki, która, po prostu, umarła z tęsknoty za nimi. Po ceremonii dochodzi do spotkania małżonków, także w ich dawnej małżeńskiej alkowie. Jest cudownie, dokładnie tak jak Marcela lubi. Od teraz będzie już rozdarta, między mężem-kochankiem, z którym planowała przecież rozwód, a Evzenem wypełniającym rolę jej ojca (a dzieciom dziadka), którego brak odczuwała od dzieciństwa.  Będzie rozdarta między wyborem życia na granicy ubóstwa, ale za to pełnym mocnych emocji, a komfortową wegetacją w Toskanii.  Na co się zdecyduje? Czy będzie musiała wybierać? Nie wiemy, żegnamy się z nią, gdy znowu zaczyna kłamać. Tak jak kiedyś kłamała dzieciom, że ich tatuś pojechał do pracy do Indii, ukrywając fakt, że jest złodziejem odsiadujacym karę w więzieniu. I w tym momencie, przypominają nam się slowa Riszy (świetny Jiří Schmitzer ), męża matki Marceli. Risza, to  taki domowy zły duch, który psuje wszystkim najdrobniejszą choćby chwilę  szczęścia, każdego sprowadza do parteru, poniża i upokarza,  tylko po to, by podać mu później z satysfakcją  pomocną dłoń. „Wasza mamusia kłamie!” powie ktoregoś pięknego ranka dzieciom Marceli, oznajmiając im, że to nie tatuś z Indii pisze do nich listy, pisze je ich mamusia, z pokoju obok. Dzieci, wraz z widzem, doznają szoku. Risza - to bardzo ciekawa i ważna postać tego filmu – ten  obleśnawy, gburowaty mężczyzna w średnim wieku, facet na którego łaskę lub niełaskę zdana jest matka Marceli. Będąc panną z dzieckiem, podobnie zresztą jak Marcela, znajduje sobie opiekuna,  Riszę właśnie. Może nie najwyższych lotów, ale jurnego i chętnego przyjąc ją pod swój dach wraz z dobytkiem w postaci cudzego potomka. Tak samo jak i kiedyś zgodził się przygarnąć ciężarną Marcelę Jarda.  Historia, jak widać,  lubi się powtarzać.

"Piękność w opałach" to baśń o spełnieniu marzeń ładnych, i brzydkich, dziewczyn. Przychodzi bowiem taki czas, że każda zaczyna marzyć:  oto, któregoś dnia przybędzie rycerz na białym koniu, by porwać ją hen za góry i doliny, jak najdalej od jej parszywego życia, i uczynić ją damą swego serca. Dobrze by było, gdyby  rycerz okazał się wspaniałym dżentelmenem, nie żądającym niczego w zamian. Tylko panny wyborem by było, czy zechce, i w jaki sposób, mu się odwdzięczyć. I taki dokładnie jest Evzen. I takim też rycerzem, ale w wersji dla brzydszych i starszych panien,  jest Risza, który stanowi mocno wypaczony obraz rycerza z bajki.  Jaka piekność taki rycerz, chciałoby się powiedzieć. Ale rycerz to rycerz, lepszy czy gorszy, najważniejsze, że przybywa i ratuje chlipiącą dziewoję. Czyż dlatego, Evzen zaprasza do Toskanii także wstrętnego Riszę, pokrewną poniekąd sobie duszę
?

Kobiety nie mogą się obejść bez facetów! Czyżby o taki, nieco szowinistyczny akcent w filmie chodziło reżyserowi?  A może inaczej, może Hrebejk to takie lightowe wydanie Larsa Von Triera, który upokarzając w swych filmach, kobiety,  pohukuje na nie przewrotnie zza kadru– nie dajcie sie wykorzystywać facetom, weźcie się za siebie, stać was na to, jesteście tego warte.  Raczej nie. W „Piękności w opałach” czułam, jeśli nie satysfakcję, to smutek, a może po prostu konstatację: życie udowadnia, iż kobieta to w istocie płeć słaba, której najmocniejszym atutem jest jej seksualność, co ją jednocześnie uzależnia i wciąga w opały ale i z nich często wybawia.

Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że oto w filmie czeskim pojawiła się ostra krytyka współczesnych Czechów. Niemal wszyscy są tu oszustami (kapłan sekty, pośrednik sprzedaży nieruchomości, lokatorka w domu Evzen, Risza, Jarda, w końcu sama Marcela), krętaczami, istotami dość małymi, jakby spadkobiercami komunistycznego systemu. Wszystko co wielkie, wysokie i szlachetne przypisane jest Evzenowi, czyli potomkowi lepiej urodzonych, spadkobiercy przedwojennych czeskich tradycji, które mogły zostać zachowane dzięki emigracji na Zachód. Ci, ktorzy zostaliw kraju, to ludzie, których morale bezpowrotnie wykrzywiła komuna. Resztki szlachetności, prawości, zachowała jedynie matka Jardy, ale jej nikt tak prawdę mówiąc nie traktuje poważnie, uważa się ją za kobietą oszołomioną religią sekty, której jest bezgranicznie oddana, i mentalnie i materialnie.
Trochę krzywdzące? Podobnie krzywdzące jak obraz kobiet?  A może nie? Może tak faktycznie jest, tylko wstyd się wszystkim przyznać do tak niechlubnych cech. Może wygodniej jest milczeć i żyć, usprawiedliwiając się, że przecież wszyscy wokół żyją podobnie. Wszyscy chcą coś w życiu ukręcić, za każdą cenę:  trochę seksu, trochę uczucia, trochę wsparcia, trochę kasy, trochę lepszego poczucia własnego ego, trochę więcej komfortu i psychicznego i materialnego, a jeśli ktoś już to wszystko ma – wtedy proszę bardzo, może zostać aniołem.
Ale i nawet one, kto wie.... Nie jesteśmy do końca pewni pobudek dobroczynnych czynów Evzena.


„Piekność w opałach”, wbrew pozorom, to gorzki film, a ten posmak, świetnie, chwytając za serce (szczególnie pieśń tytułowa), dopełnia i trochę osładza nam Raduza, czeska pieśniarka, której utwory przepięknie  komentują poczynania ekranowych bohaterów.  Warto się nią zainteresować. To dodatkowa korzyść spotkania z "Pięknością w opałach".