Chwilę mnie nie było. Ale zaraz będę. Właśnie wróciłam z festiwalu
filmowego Era Nowe Horyzonty. Wspaniała przygoda. Już tęsknię, żeby ją
przeżyć w przyszłym roku. Wiele filmów, wiele wrażeń, trochę obserwacji i
wniosków, lepszych i gorszych. Będę tu je spisywać. Pozdrawiam tych,
którzy to czytają. Już wkrótce wpadnę do znajomych. Tu i ówdzie
zaglądnęłam, sporo się działo, gdy mnie nie było. No to narazie.
Myślałam, że uda mi się na potrzeby bloga stworzyć oddzielne, nazwijmy
to - impresje filmowe, poza tymi, które zamieściłam na forum. Niestety,
czas tak szybko biegnie, tyle jest ciekawych rzeczy do zrobienia,
zobaczenia, przeczytania, przeżycia, przegadania, że nie dam rady.
Nie lubię robić przeklejek tekstów spłodzonych przeze siebie w różne
internetowe miejsca, kojarzy mi się to brutalnie z najstarszym zawodem
świata. Ale przecież nie jestem z kolei jego pępkiem /świata/ i nie
wszyscy w necie odwiedzają zarówno moje forum jak i blogi. A poza tym,
blog traktuję teraz po trosze jako wyjście zapasowe w razie zamknięcia
forum, co zresztą widać. Tyle tytułem tłumaczenia się. A teraz do
rzeczy.
Podobało mi się wiele filmów na festiwalu. Na pewno więcej było tych,
które znalazły moje uznanie niż dezaprobatę. Tak naprawdę zawiedziona
byłam dwoma, trzema tytułami. Ale - jest, może nie 10, a 5 filmów,
które wstrząsnęły, a przynajmniej bardzo poruszyły, basią podczas 7.
ENH: "DO CIEBIE CZŁOWIEKU" , "CZASY i WICHRY" (prod. tureckiej), "TO
JEST ANGLIA" i dwa gigadokumenty, 240-minutowe: "POTOSI: czas podróży" i
"ANDY WARHOL - biografia". Ten ostatni, o Warholu - może nie tyle
wstrząsnął, co świetnie uzupełnił i uporządkował od A do Z wiedzę o
twórczości i sztuce tegoż.
"DO CIEBIE, CZŁOWIEKU" – reż Roy Andersson (ten od „Pieśni z drugiego
piętra”). Temat filmu stary jak świat - pustka egzystencjalna, samotność
ludzi wśród ludzi, tęsknota za prawdziwym dialogiem i porozumieniem,
która nigdy nie zostaje zaspokojona. Wszyscy chcą być szczęśliwi, ale
nie potrafią wyrwać się z zaklętego kręgu swego ego. Nie potrafią, bo są
zbyt leniwi, obojętni wobec świata i innych jego mieszkańców, krzątają
się niemrawo wokół swoich drobnych i drobniutkich spraw, żyją na ćwierć
gwizdka, organizując sobie namiastki namiętności, które tak bardzo
chcieliby przeżyć w swoim mało ciekawym życiu. Czasem wołają, pytają,
próbują, zbliżają się do siebie, po to, by zaraz się rozminąć.
Szczęście, wolność i kontakt z drugim człowiekiem mogą sobie znaleźć
jedynie w marzeniach, także sennych.
Ale jak to jest pokazane! Jak prawdziwie a jednocześnie niebanalnie, aż
ciarki przechodzą. Ten film to swoisty zlepek scen z życia całej galerii
zwyczajnych bohaterów dnia szarego: apatycznych, trwoniących
bezustannie swój potencjał, wypełniających mechanicznie swe małe
codzienne rytuały, które nimi do cna zawładnęły. Czasem wykonają wysiłek
i spojrzą w niebo, licząc na jakiś cud? Niestety, nic samo nie
przychodzi. Szczęście, na które składają się również bliskie więzi z
bliźnim, to ciężka praca. Bóg za nas jej nie wykona.
("Do ciebie człowieku" - to wg mnie najlepszy film festiwalu, także pod
względem formalnym. Jedyny konkursowy, któremu dałam 6/6.)
Uwaga osobista: W okresie tego magicznego filmowego święta rządziły nami
jakieś tajemnicze fluidy. Na film trafiłyśmy z Anią, po dłuższej
rozmowie, na ten sam temat, którym uraczył nas Roy Anderssson, przybite
jak ludzie na ogół strasznie samotnie i powierzchownie żyją,
zabiegani, zaaferowani i zainteresowani tylko sobą, bez ciekawości, bez
szczerej chęci zatrzymania się na dłużej przy kimś drugim, a
jednocześnie jak bardzo są uzależnieni od innych, od ich akceptacji,
opinii, dobrego humoru, jak ludzie kochają.... przeglądać się w oczach
innych. Często o tym rozmawiamy.... Z tym, że ja już jak ta matka z
„Arizona Dream” jestem z pewnymi faktami pogodzona, już przestało mi
zależeć, częściej się teraz śmieję (czasem trochę gorzko) niż płaczę,
chcę żyć i cieszyć się życiem takim jakie ono jest, trudno. Ona jeszcze
cierpi, czasem prawie śmiertelnie.... ale na „Do ciebie człowieku” (w
oryginale było mniej wiecej „Do was, żyjący”) płakałyśmy jak bobry obie.
Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła o tym Roy’owi powiedzieć, pewnie by
się ucieszył, ale nie znam szwedzkiego, mogłabym po angielsku, ale to
wymagałoby trochę trudu, poza tym, musiałabym poszukać adresu, trzeba by
trochę na dłużej przysiąść.... ech, Roy masz rację. :)
Nemo, dzięki za mobilizację. :)