Oj, nie trzeba było braciom Ianowi (Gregor Mc Ewan) i Terry’emu (Colin Farrell) nazywać nowo zakupionej, po okazyjnej cenie, łajby imieniem (sen)Kasandry. Czyżby młodzi chłopcy przespali lekcje z mitologii i nie wiedzieli, że to może źle rokować na przyszłość? Tym bardziej w ich przypadku nie trzeba było ryzykować. Gdy jeden z nich cierpi na przerost ambicji w dziedzinie wielkiego amerykańskiego sukcesu, które to ambicje nie idą w parze z jego predyspozycjami psychicznymi, a drugi jest nałogowym hazardzistą, zapijającym niepowodzenia w grach szklaneczkami whisky.
Tu małe skojarzenie, co do śniącego o sukcesach za wielką wodą Iana. Czyżby Woody Allen chciał "Snem Kasandry"ostrzec wszystkich Śniących o Ameryce? A szczególnie tych, którzy tak jak ukochana Iana – Angela, marzą o karierze w Hollywood? Chyba nie bez przyczyny główna rola kobieca to początkująca londyńska aktoreczka . A przy okazji, ma przynajmniej Allen możliwość trochę pokpić z tego zawodu, co rusz rzucając w przestrzeń uszczypliwe uwagi na temat ulotności i małej praktyczności pracujących na scenie, czy przed kamerami. Oczywiście nie są to kpiny mocno złośliwe. Raczej dobroduszne, z perspektywy dobrego wujka, który pragnie uchronić swych podopiecznych przed wodą sodową uderzejacą do głowy pod wpływem publicznego sukcesu. Przecież wiemy, a i sami aktorzy tego nie ukrywają, że Allen tak naprawdę kocha aktorów, zresztą sam nim bardzo często bywa. I szkoda, że nie pojawił się w śnie Kasandry.
A propos wujka. Bo i taki pojawia się w fabule filmu. Jest to również dobry wujek, a przynajmniej do pewnego czasu. Wcielił się w niego kolejny z moich ulubionych angielskich aktorów – Tom Wilkinson. Howard to bogaty brat matki obydwu braci. Lekarz parający się otwieraniem kolejnych klinik dla bogaczy, chcących zachować wieczną młodość. Właśnie inauguruje kolejny przybytek chirurgii plastycznej w dalekich Chinach /prawda jak kochany Woody jest na czasie? :)/ . Wpada na chwilę do Londynu, by odebrać długi wdzięczności od kochającej rodziny. Do tej pory to on sypał drobnymi datkami dla potrzebujących siostrzeńców, zapraszał na sute obiady siostrę i jej męża niedołęgę. Niestety, jak wiemy, wielkie interesy nie zawsze są czyste. Wujek doigrał się, jego księgowy przestał być lojalnym pracownikiem. Wyjście by ujść cało z opresji w jakiej się znalazł jest tylko jedno. Ian i Terry otrzymują propozycję nie do odrzucenia. Czy ją przyjmą, jakie będą tego konsekwencje? Czy odważą się przekroczyć granicę, za ktorą traci się możliwość powrotu do „wtedy”, do tego co było, za którą istnieje już tylko „teraz”. „Teraz”, bo wszystko to kim kiedyś się było staje się nieważne, bo bo za tą granicą jest już człowiek zupełnie innej kategorii, skalany łamaniem podstawowych przykazań boskich i ludzkich norm moralnych.
„Match Point”, „Scoop”, „Sen Kasandry” to swoista trylogia o zbrodni i karze, jaką Allen wyreżyserował w ciągu ostatnich trzech lat. Rok po roku kolejny film, czy ktoś inny w jego wieku może się pochwalić takim tempem? W pierwszym filmie – zbrodnia nie została ukarana, w drugim, owszem tak, z pomocą sił nadprzyrodzonych. W „Śnie Kasandry” – sprawiedliwość też się dokona, i będzie najbardziej sprawiedliwa. Może dlatego, tak się stanie, że w odróżnieniu, od tamtych dwóch filmów w zbrodnię zostaną uwikłani ludzie pochodzący z nizin społecznych? W odróżnieniu od zacnego wujaszka, bardzo bogatego lekarza, który z całego tego zamieszania (którego był sprawcą) wyjdzie bez minimalnego, choćby nawet moralnego, uszczerbku?
Terry – najbardziej niepozbierany gość tej całej rodziny, najbardziej ubogi, nieporadny życiowo, słaby psychicznie (może właśnie dlatego jest takim nieudacznikiem) – jest jednak najbardziej wrażliwy. I tu Allen świetnie trafił z obsadą tej roli przez Colina Farrella. Już od lat, od momentu, gdy zobaczyłam tego aktora w „Domu na krańcu świata”, wiedziałam, że ma on duży potencjał do wcielania się w postaci wrażliwców. I nie przejmowałam się za wiele krzywdzącymi opiniami kinomanów, że jest plastikowy, drewniany, a nawet zdarzały się opinie, że jest głupi (tak, tak, i nie wiem na jakiej podstawie – bo chyba nie na tej, że trochę tu i ówdzie porozrabiał i dwa razy zaklął). No i znowu nie zawiodłam się. Niektórzy, w euforii obwieścili, że Terry to jego najlepsza rola. Myślę, że trochę przesadzili z tym zachwytem. Znam lepsze. Ale ta też jest bardzo, bardzo przyzwoita. Ewan McGregor – jako jego brat dupek bez skrupułów – także nieźle daje sobie radę.
Podsumowując – „Sen Kasandry” nie lśni oczywiście tak jak stare i starsze filmy mistrza. Nie ma przede wszystkim zgrabnych dialogów z intelektualnymi podtekstami, do których nas przyzwyczaił. Ale jest za to, i jak zwykle, trochę gorzkiej ironii – głównie na temat bogatych i biednych tego świata. A także w kwestii ofiary przekraczania granic wiodących do szybkiego bogactwa. Nie ma nic za darmo, zdaje się przestrzegać reżyser. Jeśli nie ma potu i znoju, to będzie kara za grzech wiodący do łatwego pieniądza. No, może jednak nie dla wszystkich .... :(
Tu małe skojarzenie, co do śniącego o sukcesach za wielką wodą Iana. Czyżby Woody Allen chciał "Snem Kasandry"ostrzec wszystkich Śniących o Ameryce? A szczególnie tych, którzy tak jak ukochana Iana – Angela, marzą o karierze w Hollywood? Chyba nie bez przyczyny główna rola kobieca to początkująca londyńska aktoreczka . A przy okazji, ma przynajmniej Allen możliwość trochę pokpić z tego zawodu, co rusz rzucając w przestrzeń uszczypliwe uwagi na temat ulotności i małej praktyczności pracujących na scenie, czy przed kamerami. Oczywiście nie są to kpiny mocno złośliwe. Raczej dobroduszne, z perspektywy dobrego wujka, który pragnie uchronić swych podopiecznych przed wodą sodową uderzejacą do głowy pod wpływem publicznego sukcesu. Przecież wiemy, a i sami aktorzy tego nie ukrywają, że Allen tak naprawdę kocha aktorów, zresztą sam nim bardzo często bywa. I szkoda, że nie pojawił się w śnie Kasandry.
A propos wujka. Bo i taki pojawia się w fabule filmu. Jest to również dobry wujek, a przynajmniej do pewnego czasu. Wcielił się w niego kolejny z moich ulubionych angielskich aktorów – Tom Wilkinson. Howard to bogaty brat matki obydwu braci. Lekarz parający się otwieraniem kolejnych klinik dla bogaczy, chcących zachować wieczną młodość. Właśnie inauguruje kolejny przybytek chirurgii plastycznej w dalekich Chinach /prawda jak kochany Woody jest na czasie? :)/ . Wpada na chwilę do Londynu, by odebrać długi wdzięczności od kochającej rodziny. Do tej pory to on sypał drobnymi datkami dla potrzebujących siostrzeńców, zapraszał na sute obiady siostrę i jej męża niedołęgę. Niestety, jak wiemy, wielkie interesy nie zawsze są czyste. Wujek doigrał się, jego księgowy przestał być lojalnym pracownikiem. Wyjście by ujść cało z opresji w jakiej się znalazł jest tylko jedno. Ian i Terry otrzymują propozycję nie do odrzucenia. Czy ją przyjmą, jakie będą tego konsekwencje? Czy odważą się przekroczyć granicę, za ktorą traci się możliwość powrotu do „wtedy”, do tego co było, za którą istnieje już tylko „teraz”. „Teraz”, bo wszystko to kim kiedyś się było staje się nieważne, bo bo za tą granicą jest już człowiek zupełnie innej kategorii, skalany łamaniem podstawowych przykazań boskich i ludzkich norm moralnych.
„Match Point”, „Scoop”, „Sen Kasandry” to swoista trylogia o zbrodni i karze, jaką Allen wyreżyserował w ciągu ostatnich trzech lat. Rok po roku kolejny film, czy ktoś inny w jego wieku może się pochwalić takim tempem? W pierwszym filmie – zbrodnia nie została ukarana, w drugim, owszem tak, z pomocą sił nadprzyrodzonych. W „Śnie Kasandry” – sprawiedliwość też się dokona, i będzie najbardziej sprawiedliwa. Może dlatego, tak się stanie, że w odróżnieniu, od tamtych dwóch filmów w zbrodnię zostaną uwikłani ludzie pochodzący z nizin społecznych? W odróżnieniu od zacnego wujaszka, bardzo bogatego lekarza, który z całego tego zamieszania (którego był sprawcą) wyjdzie bez minimalnego, choćby nawet moralnego, uszczerbku?
Terry – najbardziej niepozbierany gość tej całej rodziny, najbardziej ubogi, nieporadny życiowo, słaby psychicznie (może właśnie dlatego jest takim nieudacznikiem) – jest jednak najbardziej wrażliwy. I tu Allen świetnie trafił z obsadą tej roli przez Colina Farrella. Już od lat, od momentu, gdy zobaczyłam tego aktora w „Domu na krańcu świata”, wiedziałam, że ma on duży potencjał do wcielania się w postaci wrażliwców. I nie przejmowałam się za wiele krzywdzącymi opiniami kinomanów, że jest plastikowy, drewniany, a nawet zdarzały się opinie, że jest głupi (tak, tak, i nie wiem na jakiej podstawie – bo chyba nie na tej, że trochę tu i ówdzie porozrabiał i dwa razy zaklął). No i znowu nie zawiodłam się. Niektórzy, w euforii obwieścili, że Terry to jego najlepsza rola. Myślę, że trochę przesadzili z tym zachwytem. Znam lepsze. Ale ta też jest bardzo, bardzo przyzwoita. Ewan McGregor – jako jego brat dupek bez skrupułów – także nieźle daje sobie radę.
Podsumowując – „Sen Kasandry” nie lśni oczywiście tak jak stare i starsze filmy mistrza. Nie ma przede wszystkim zgrabnych dialogów z intelektualnymi podtekstami, do których nas przyzwyczaił. Ale jest za to, i jak zwykle, trochę gorzkiej ironii – głównie na temat bogatych i biednych tego świata. A także w kwestii ofiary przekraczania granic wiodących do szybkiego bogactwa. Nie ma nic za darmo, zdaje się przestrzegać reżyser. Jeśli nie ma potu i znoju, to będzie kara za grzech wiodący do łatwego pieniądza. No, może jednak nie dla wszystkich .... :(






