niedziela, 5 lipca 2009

"Doberman" - reż. Jan Kounen

Yann Doberman  (Vincent Cassel ) jest przywódcą przestępczej grupy, napadającej na banki, poczty, konwoje przewożące gotówke. Towarzystwo to składa się z  przesympatycznych, na pozór menelów, żyjących, mimo sporych pieniędzy zdobywanych w akcjach, na złomowisku, w budach cygańskich, przyczepach itp. Są oni entuzjastami najnowocześniejszych wynalazków w dziedzinie broni. To w nią głównie, jako narzędzie ich pracy i źródło utrzymania, inwestują. Przypuszczam, że niejednego egzemplarza z ich kolekcji mogło by im pozazdrościć współczesne wojsko polskie.

W tej niezwykłej komórce społecznej, funkcjonującej prawie jak rodzina, jest też, jak na rodzinę przystało, kobieta. Piekna, głuchoniema Cyganka ( Monica Belucci) -  dziewczyna wodza Dobermana, jakże by inaczej. Doprawdy, urodziwa i fascynująca z nich para.

Pozostali panowie zdecydownie nie dorównuja urodą ani urokiem Dobermanowi, lecz każdy z nich ma w sobie to "coś", za co go lubimy. Jeden z nich - wielki facet, brzydki jak noc - obłędnie zakochany w swoim piesku, drugi Manu (Romain Duris) straszny niechluj, ale ciągle uśmiechnięty, lubiący pokazywac światu swoje oryginalne uzębienie, i trzeci - ten najmniej sympatyczny,  nerwus. przeżuwajacy na okrągło całą dobę gumę, nękany bezustannie telefonami od opuszczonej żony. A, i jest jeszcze piekna Sonia - czyli gej mający w cieplutkim domu u swoich rodziców żonę i małe dziecko. Pod względem urody mógłby śmiało konkurować z Bellucci.

Wszystkich tych niecnych grzeszników podtrzymuje na duchu ksiądz Ellie, dysponujący zawsze, ku pocieszeniu,  w razie jakichś moralnych wątpliwości,  stosownym cytatem z Biblii. Mniejsza o to, czy jest on zmyłą, czy zagubionym wśród swoich owieczek prawdziwym pasterzem, w każdym razie dobrze służy klimatowi filmu.

Przeciwnikiem owej bandy zbirów jest niemniejszy od nich zbir policjant - inspektor Cristini (Tchecky Karyo), który obrał sobie za punkt honoru całkowite jej zlikwidowanie.  Zgodnie z maksymą, że cel uświęca środki, nie wzbrania się przed  żadną metodą prowadzącą do unicestwienia Dobermana.
  A my, oczywiście, trzymamy kciuki, żeby mu się to nie udało. Ci biedacy "dobermanowcy" pracują jak mogą i umieją, nie zabijają  z zimną krwią, poza tym są lojalni względem siebie, kochają się, przyjaźnią, płaczą jak dzieci po utracie pieska, są bezradni jak niemowlęta w obliczu wielu życiowych sytuacji. To policja jest "be", bezwględna, okrutna, skorumpowana, nieludzka. Ściga Dobermana, by zaspokoić własne ambicje, wyżyć się, pokazać, "ze nikt mi tu nie będzie mi podskakiwał", nie liczą się dla niej żadne uczucia, a już szczególnie - uczucie litości, czy współczucia.

Film ogląda się bardzo dobrze, nikt się  nie przejmuje, że jest krew i zabijanie, cały czas jesteśmy podekscytowani,  a to namiętnością między nadzwyczaj przystojną parą Casselem a Bellucci, a to pojedynkiem miedzy inspektorem a Dobermanem, przejmujemy się losami Soni, którą Karyo wystawia na bardzo ciężką próbę lojalności i wytrzymałości na poniżanie.

Atuty filmu to dobry, szybki montaż, świetne zdjęcia i ujęcia, wspaniale dobrane typy bohaterów, aktorskie kreacje dopracowane w najmniejszych szczegółach, i co do każdej, nawet najmniejszej rólki, wartkie dialogi, muzyka. No i przede wszystkim przywódcy stada - tytułowy Doberman - piękny, w gruncie rzeczy gdzieś tam szlachetny i wspaniałomyślny oraz jego prowokacyjna, wyzywająca, kipiąca seksem, ale zła i odpychająca, trzymająca na dystans wszystkich samców, wierna swemu Dobermanowi - Bellucci (Nathalie). Czujemy, czujemy tę dziwną wierność ważnym wartościom w świecie, gdzie niby poszanowania wartości brak. Są w tym świecie zachowane pewne autorytety, podstawowe zasady współżycia (wierność, lojalność, szacunek dla swojej i innych godności) w przeciwieństwie do świata prawa - gdzie o te wartości kompletnie się nie dba, a wręcz bezlitośnie się niszczy.

Jeśli ktoś jeszcze nie widział - polecam.

sobota, 20 czerwca 2009

4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni - reż. Ch. Mungiu

czyli - jeden dzień z życia rumuńskich studentek.

To nie jest film dla rasowych przeciwników aborcji, szafujących tu i tam efektownymi plakatami z  fotografiami martwych embrionów począwszy od płotów w pipidówie a na wystawowych ekspozycjach w europarlamencie kończąc. I chociaż tym razem zajęto się także kobietą,  jako istotą w pełni ludzką, mającą nie tylko ciało, brzuch i macicę, ale także różnego rodzaju uczucia, włączywszy niechęć do bycia matką z przypadku, nie jest to także film dla zwolenników legalnego przerywania ciąży. Ale po kolei. Christian Mungiu opowiada o dwóch studentkach, mieszkających we wspólnym pokoju, w jednym z bukaresztańskich akademików w późnych latach 80-tych XX wieku. Otilla i Gabita - zastajemy je podczas  rozmowy. Dowiadujemy się z niej, że Gabita wybiera się na zabieg usunięcia ciąży, a na Otilli spoczywa cały ciężar jego organizacji. Gabita to dziewczyna nieco zahukana,  nieporadna, wystraszona, nieśmiała – domyślamy się, że jej ciąża to bardziej wynik jakiegoś nieporozumienia, niż kwestia miłości, czy świadomej decyzji.  Otilla – jest natomiast osobą bardziej zdecydowaną, śmiałą, doskonale wie jak obracać się w świecie, gdzie wszystko, począwszy od paczki papierosów aż po aborcję,  trzeba załatwiać na lewo. Tak, Otilla sprawia wrażenie dzielnej i pewnej siebie,  ale nie jest na pewno cwaniarą bez skrupułów. Ot, dwie przeciętne dziewczyny, jakich wszędzie pełno.

Czy są przyjaciółkami? Trudno powiedzieć. Chyba bardziej tu  można mówić o kobiecej solidarności niż przyjaźni. Otilla pomaga Gabicie, bo wie, że i ona może w każdej chwili znaleźć się w podobnych tarapatach. Tym bardziej, że ma stałego chłopaka, z wielkim apetytem na seks, a jedyny środek antkoncepcyjny jaki stosują, i to raczej bardzo rzadko, to szklanka wody zamiast,

Dziewczyny są ubogie, nie stać je na zabieg u kobiety – lekarki w miarę w godziwych warunkach,  decydują się więc na usługę u jakiegoś ciemnego typa, w wynajętym pokoju hotelowym. Spotyka je w związku z tym mnóstwo upokorzeń, strachu, ale nic nie jest w stanie powstrzymać ich determinacji by rzecz doprowadzić do końca, bez względu na ryzyko komplikacji, z którego każda z osób tego dramatu zdaje sobie  doskonale sprawę.

  Porażająca jest w tym filmie, oprócz samej aborcji w iście chałupniczym stylu,  samotność kobiet,  kompletna oddzielność ich świata od świata męskiego. I co gorsza, one tę obcość traktują jako rzecz zupełnie naturalną. Nie próbują nawet tego zmienić, nawiązać choćby nić porozumienia ze swymi mężczyznami, tak jakby z góry zakładały, że z ich strony mogą liczyć tylko na wykorzystanie, zapłodnienie, a później  niezrozumienie, porzucenie  czy potępienie. Może ciągle mają w głowie ludzkie: „sama chciała”, „po co się pchała” itd.  A może zupełnie niesłusznie przybierają taką postawę? Mam wrażenie, jakby reżyser przemycił gdzieś żal do kobiet, może zarzut, że niepotrzebnie aż tak bardzo odgradzają się od mężczyzn, że powinny jednak bardziej zaangażować ich w swe kobiece problemy, oczekiwać od nich pomocy.  Tylko, czy jest to możliwe, w tamtym kraju, w tamtych czasach?  Na takie ewentualne pytanie nie otrzymujemy w tym filmie odpowiedzi.Mężczyźni w życiu tych kobiet są tu na dobrą sprawę nieobecni, są raczej źródłem ich kobiecych problemów niż pociechą.

  Mungiu wskazuje (i w tym leży siła jego filmu), że nie ma niewinnych w tej sytuacji. Winny jest Bebe - konował wykorzystujący przerażenie kobiet zaskoczonych  nieoczekiwaną zmianą sytuacji życiowej, żerujący niczym hiena na martwych płodach. Winne są także kobiety, podejmujące w życiu zbyt pochopne decyzje, winni są mężczyźni, zbyt mało interesujący się przeżyciami tych, z którymi współżyją, winne jest także wielkie osamotnienie, na jakie skazuje ludzi system, stosujacy politykę bezdusznych nakazów i zakazów, która jeszcze nigdzie i nigdy się nie sprawdziła.  Czy jest ktoś niewinny? Tak,  jest nim tylko i wyłącznie nienarodzone dziecko, usunięty płód.

  "4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni"  wstrząsa,  i co ciekawe, nie jak by się wydawało w tej spektakularnej tragicznej warstwie zabiegu aborcji, ale w banale codziennego życia w jaki jest on wkomponowany. Wydawałoby się, taka decyzja, przerwanie ciąży, cały świat powinien zamrzeć w tym momencie - oto zaraz z woli swej matki umrze dziecko! A tu nic, dzień jak co dzień. Ranek zaczyna się od zakupów u studenta w akademiku – papierosy, dezodorant itd.; później depilacja nóg, żeby się ładnie na łóżku zabiegowym prezentować; acha,  trzeba pamiętać o spakowaniu ceraty na podkładkę; później telefon w celu potwierdzenia rejestracji w hotelu; kolacja urodzinowa matki chłopaka, wysłuchiwanie andronów dorosłych przy stole urodzinowym. Prawie tak jakbyśmy oglądali dokument „jeden dzień z życia rumuńskich studentek”. Na czym więc polega mistrzostwo Mungiu? Od samego początku czekamy w napięciu na jakąś tragedię, na jakieś spektakularne nieszczęście, które potencjalne amatorki aborcji, oglądające ten film, zapamiętają do końca życia. Nic (?) takiego się nie dzieje, nic oprócz pomyślnie zakończonego zabiegu. Wszyscy żyją, oprócz dziecka.

   Przeraża - jak człowiek żyjący w ciągłym upodleniu i upokorzeniu (i nie miejmy tu na myśli tylko czasów komuny)  gubi poczucie człowieczeństwa,  traci godność i szacunek dla życia, nie tylko swojego, ale nawet ( tym bardziej) jeśli ma ono 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni.

niedziela, 7 czerwca 2009

Himalaya - dzieciństwo wodza - reż. Eric Valli

Po „Antychryście”  L. Von Triera, tak dla kontrastu, żeby nie dać się pogrążyć w ciemnościach szatańskiej aury, zaserwowałam sobie piękną, prostą opowieść, tym razem o pełni akceptacji natury, jej ukochaniu, podporządkowaniu się jej prawom i życiu zgodnym z jej rytmem. Mówię o filmie „Himalaya”.
To obraz egzystencji ludzi z bardzo wysokich partii Himalajów. Trudy z jakimi borykają się oni na co dzień, wynagradza im w pewnym stopniu niesamowita uroda krajobrazu, z którym obcują od świtu do nocy. Piękna natura, lecz jakże surowa, nierozpieszczająca swych mieszkańców, wzbudzająca respekt swą potęgą, ale jednocześnie wdzięczność, że bywa też czasem dla człowieka łaskawa. Tereny te pozbawione są na dobrą sprawę roślinności, która mogłaby się przysłużyć tamtejszym mieszkańcom. Maleńkie poletka, przynoszą za mało plonów, by mogli oni z nich wyżyć. Jedynie co tam można zbierać w większej ilości, to kryształy soli. Hodowla jaków zaspokaja w jakimś stopniu zapotrzebowanie na pokarm (mleko), ale to wszystko za mało. Ludzie, by zaopatrzyć się w coś do jedzenia, muszą wędrować co jakiś czas górskimi szczytami, w położone niżej i bardziej zaludnione doliny, w celu wymiany soli na zboże.
Ale myliłby się ten, kto by przypuszczał, że życie na dachu świata jest nudne. W świecie, gdzie główną troską jest zapewnienie pożywienia, czasu na na miłość, na marzenia, na zabawę, na spory i kłotnie nie brakuje tym bardziej. I tu, jak wszędzie, człowiek nie jest wolny od namiętności.

Fabuła filmu jest niewymyślna, co nie znaczy, ze nie budująca napięcie. Oto z dolin powraca karawana jaków z workami wyczekiwanego zboża Niestety, okazuje się, że jej przewodnik, nie żyje. Jego ojciec, Tinle, nie wierzy w przypadkową śmierć syna, uważa, że przyczynił się do niej Karma, który w trakcie wędrówki objął przywództwo karawany. Tinle nie chce, by Karma był teraz najważniejszy w wiosce, nie może pogodzić się z utratą całkowitych wpływów na jej los. Nadchodzi czas kolejnej wyprawy, już pod dowództwem młodego Karmy. Starszyzna, wg starych zapisów, map nieba, ustala termin wyprawy.
Lecz stary Tinle, pewny swego doświadczenia i znajomości gór, nie ustępuje, organizuje swoją, niezależną, z udziałem tych, którzy na pozór się do niej zupełnie nie nadają. Angażuje do niebezpiecznej wędrówki swego drugiego syna - mnicha, o dłoniach malarza artysty, nie opuszczającego od lat klasztoru, a także owdowiałą synową i kilkuletniego wnuka oraz garstkę najstarszych mężczyzn z wioski. Rozpoczyna się rywalizacja, walka o pierwszeństwo, a w końcu o przetrwanie.
Przepiekny film także o starości, o tym jak trudno pogodzić się mężczyźnie z przemijaniem, z faktem nadejsśia momentu ustąpienia miejsca młodości, gdy ciało już zmęczone, a duch jeszcze tak silny. I z drugiej strony, to opowieść o wielkim szacunku wobec starości, z jej pełnym rozumieniem i pełną akceptacją.

Aż chciałoby się przenieść w ten świat, gdzie emocje są tak czyste, proste, a życie może i wyczerpujące fizycznie, ale za to nie tak zajebiste, jak nasze stara się być. Tam, gdzie tak naprawdę człowiek ma tylko jednego pana, a raczej panią, naturę, czuje jej władzę, ale mimo wszystko, jak to człowiek, buntuje się, po czym skarcony, dziękując za naukę, wraca na swoje miejsce.

Wartość filmu mocno podbudowuje aktorstwo czyli występ w przeważąjącej części naturszczyków, albo aktorów z tych rejonów, czyli wszystko co za tym faktem dalej idzie - oryginalna, piękna uroda tubylców, stroje, biżuteria (zawsze mnie fascynuje niesamowite zamiłowanie do estetyzmu, wrodzone wyczucie piekna u ludów żyjących w tak "mało cywilizowanych" miejscach). No i muzyka! muzyka - kompozycje rodaka reżysera (Erica Valli - wielkiego entuzjastę i fotografika Himalajów) filmu, Francuza Bruno Coulaisa, inspirowane nepalskimi motywami - zapierajace dech w piersiach.
Ten film chłonie się jak zimną wodę w upalny dzień.

A notkę o filmie dedykuję panu Jackowi, który zainspirował mnie, by wreszcie ten film zobaczyć. "Himalaya" - czekał na swój dzień w moich przepastnych pudłach, nagrany jakiś czas temu, w przeczuciu, że kiedyś będę chciała po niego sięgnąć. Właśnie nadszedł ten czas.  Czas przypomnienia, że tak jak dla Tinle szlak solnych karawan, tak i dla mnie pewne obszary życia są już bezpwrotnie zamknięte.

środa, 3 czerwca 2009

Antychryst - reż. Lars Von Trier

Bohaterami tej, okrzykniętej przez wielu, niesłusznie, jako skandalizująca i obrazoburcza, opowieści jest On (Willem Dafoe) i Ona (Charlotte Gainsbourg ). Brak imion, określeń "mąż", "żona" to oczywiście znak, że Lars Von Trier ma ochotę na historię mocno uniwersalną. "On" jest znanym psychoterapeutą, ona chyba (? - spóźniłam sie na początek) antropologiem, zresztą nieważne.
"Oni" wskutek nieszczęśliwego wypadku utracili kilkuletniego synka, jedyne dziecko. Chłopiec wypadł przez okno, po tym gdy zaskoczył Ich podczas aktu miłosnego. Gdy dochodzi do tego typu nieszczęścia, najczęściej związek Jej i Jego, rozpada się bezpowrotnie. Oni rozchodzą się w bólu i we wzajemnych pretensjach, pogrążeni w swych oddzielnych depresjach, bądź obsesjach. Filmowy On zawodowo zajmuje się leczeniem takich osób, zdaje sobie sprawę z tego co Ich czeka. Poza tym, wydaje się, że chce pomóc cierpiącej straszne męki żonie, kobieta dręczona poczuciem winy załamuje się kompletnie. On postanawia ją wyleczyć, wbrew zaleceniom i zwyczajowi – lekarz, gdy w grę wchodzą bardzo bliskie osoby nie powinien podejmować się takiego zadanie. Ona się wzbrania, chce by jednak ktoś obcy objął ją psychologiczną opieką, bo jak mówi do męża (załóżmy, że byli małżeństwem) - „ty zawsze musisz mieć rację!”. On jednak się upiera. Ona nie ma sił protestować – ulega.

Okres żałoby dzieli się wg specjalisty na etapy: żal, niepokój, ból, rozpacz. Gdy żona osiąga stopień niepokoju, mąż decyduje się na poskromienie demonów lęku, proponuje żonie grę psychologiczną polegającą na określeniu przez nią głośno źródeł strachu. Niestety, Ona nie potrafi dokładnie sprecyzować, czego się boi. Wtedy On proponuje, by określiła miejsca, w których poczuła lęk. Kobieta, o dziwo, wskazuje las. Ten sam las, w którym tak chętnie, wraz z dzieckiem, spędzała każdą wolną chwilę. Pada decyzja wyjazdu w zakątek, które będąc ukochanym na Ziemi, okazało się dla niej najbardziej mrocznym i niebezpiecznym.

Etap niepokoju, wskutek kliku ćwiczeń terapeutycznych wydaje się być szybko przekroczony. Ona może już wejść na następny stopień, a jest nim ból. I od tego momentu zaczynają się prawdzie schody. W tym momencie narasta w niej, odwiecznie wpajane jej (znaczy im - kobietom) przez religię chrześcijańską, w kręgu której my Europejczycy żyjemy, poczucie winy. Poczucie winy i oskarżenia, że to Ona jest nosicielką wszelkiego zła. Nie na darmo przecież stworzono nam biblijną przypowieść o kuszeniu Adama przez Ewę – To Ewa jest winna wszelkim nieszczęściom ludzkim, to przez Nią żyjemy w piekle na Ziemi. I to kobiety, całe ich kolejne pokolenia muszą odkupować jej winę, cierpiąc wszelkie upodlenia, poniżenia.

Tak więc i Ona, filmowa bohaterka, całą odpowiedzialność za nieszczęście w rodzinie bierze na siebie. Ale kobieta z filmów Larsa Von Triera ewoluuje. To już nie jest Bess McNeill z „Przełamując fale”, pokorna, zamroczona miłością do kalekiego męża, poświęcajaca swą cześć i cale życie dla mężczyzny. To już nie są pokorne, rozmarzone Grace z „Dogville” i „Manaderlay”, albo nawetr Selma z „Tańczącej w ciemnosciach” ktore zamiast upragnionej miłości i współodczuwania otrzymują ze strony męzczyzn jedynie gwałt, albo mechaniczne spółkowanie ewentualnie podłe oszustwo.
„Ona” z „Antychrysta” to kobieta, która zaczyna wreszcie odzyskiwać świadomość ról i win narzuconych im przez mężczyzn, kościół katolicki, mający olbrzymi udział w kształtowaniu świadomości calych społeczeństw.
Mało tego, teraz stojąc na skraju bezdennej rozpaczy, zaczyna wpadać we wściekłość, szał chęć destrukcji. Ogarnia ją dziki, zwierzęcy popęd – jakby nie było główna przyczyna grzechu pierworodnego, to z niemożności jego okiełznania bierze się poczucie winy, uzależnienia, niemożność uwolnienia się od mężczyzny, i na odwrót - męzczyzny od kobiety, który nie może się pogodzić z faktem bycia zależnym od seksualności kobiecej.

To natura a wraz za nią KOBIETA ze swą NATURAlną seksualnością, wiodącą wprost ku naturalnemu rozmnażaniu i przedłużaniu gatunku, jest Antychrystem. „Ona” wypowiada wojnę Naturze - okalecza siebie, „Jego”, pragnie całkowitego wyzwolenia, i ... znowu staje się winna. I znowu to ONA ponosi karę, jest przegrana w tym pojedynku.

A kobiety i mężczyźni na widowniach kin, na internetowych forach, uznani krytycy filmowi plują na nią, wołają: „pierdolona cipa, pizda”. Prawie tak samo, jak mnóstwo mężczyzn na całym świecie na swe kobiety.

Dokładnie na tym polega prowokacja Von Triera – ci wrzeszczący ludzie wypełaniają swą rolę na medal! Poniewierają „nieczystą” kobietą, suką jedną, jak przykazał ... ktoś im przykazał?

A filmowy On choć okaleczony, lecz jakże szybko zregenerowany, idzie sobie w las pojeść jerzyn. Po dobrze zakończonej robocie nalezy się przecież posiłek – genialna twarz Dafoe w ostatnim kadrze – zadowolenie z siebie pomieszane z ironią. To dobre samopoczucie „Jego” zostaje niestety na moment zakłócone przez świadków tragedii „Onej” – lis, kruk i sarna – trzej żebracy, trzej królowie życia - chaos, ból i rozpacz – pojawiają się z wymownym spojrzeniem, że są z nim, nie odeszli daleko.

A z oddali przybliżają się do "Onego" setki bezimiennych kobiet, zaraz chyba go stratują, tyle ich jest. To symbol tych istot, o ktorych wspomina w swej pracy naukowej „Ona”, żona, którą zaczęła pisać w ich leśnej chatce, na temat wielowiekowego prześladowania kobiet w kulturze, nie tylko zresztą chrześcijańskiej, ale o niej się wspomina, bo to ona jest nam bliska – tortury, palenie na stosie to tylko cielesne kary, o wiele gorsze są mentalne tortury, jakim kobiety sa poddawane od wieków – wpajanie im poczucia winy, trakowanie ich jak zło, w optymistycznej wersji jako mniejsze zło, które od biedy trzeba tolerować.

W filmie, zresztą jest sporo symbolizmu, Lars Von Trier w tym przypadku bardzo się postarał, w końcu zadedykował swego „Antychrysta” Andriejowi Tarkowskiemu, ojcu kina symbolicznego poświęconego filozoficznym i religijnym ponadczasowym problemem człowieka.
Mamy więc, wspomniany marsz kobiet o wymazanych twarzach, ktore prawdopodobnie będą obecne w sennych koszmarach Jego, mamy jedno z najpiękniejszych ujęć drzewa, być może symbolicznej rajskiej jabłoni, pod którym Ewa, czyli Ona zwiodła na pokuszenie Adama, czyli wzbraniającego się wcześniej przed pokusą, męża/Jego. A spomiędzy wielkich korzeni drzewa, wyłaniają się dziesiątki rąk ludzkich, kobiecych, męskich? w każdym razie należy przypuszczać, że są to ręce grzeszników z winy Ewy.
Są sceny wzięte wprost z obrazów Bosha – ludzkie ciała zastygłe w cierpiętniczych gestach. Są piekne malarskie sceny niczym senne mary, komputerowo wykreowane – wszystko po to by opowieść o Adamie i Ewie, ubraną w piekne szaty kolejny raz sprowadzic do jednej konkluzji – "To Ona jest winna! Ta pizda!" (to są oryginalne cytaty z form filmowych).

I na tym, jeszcze raz to powiem, polega prowokacja Triera, ludzie krzyczą to, czego sobie reżyser życzy. Szkoda, tylko, że większość w to naprawdę wierzy. I myslę sobie na koniec, że mina Larsa Von Triera może pokrywać się z uśmieszkiem Dafoe wieńczącym dzieło: Zadowolenie gorzkie, bo prowokacja się udała i... ironia.

Ja myślę, przy okazji,  że być może niektórzy Von Triera osądzają powierzchownie. On nie jest mizoginistą, jego znęcanie się nad kobietami, jest przewrotne, stosuje w swych filmach terapię wstrząsową, tzn. potrząsa kobietami, krzycząc - "patrzcie jakie jesteście głupie!!" mając nadzieję, ze się obudzą z marzeń i spojrzą na facetów, na swoje dla nich poświęcenie, na życie, na miejsce jakie w nim zajmują trzeźwym okiem.  LARS VON TRIER feministą ? Kto wie. On mi wygląda na szalonego. :) :)


Ważne jeszcze inne sceny:
- rozmowa o żołędziach, jako dowód mentalnej przepaści dzielącej mężczyznę i kobietę. Ona o spadajacych żołędziach mówi jak o łzach dębu, On żachnał się "nie opowiadaj bajek dla dzieci". Pan racjonalny, a Pani emocjonalna.

- on, gdy ona znajduje się w głebokiej depresji z powodu poczucia winy, dobija ją spostrzeżeniem, że unieszczęśliwiała dzieciaka, zakładając mu odwrotnie buty. Typowa wrażliwość psychoterapeuty.

- On, na szczycie psychologicznej piramidy, stopniującej poziom lęków Jej, umieszcza oczywiście, co? Kto zgadnie? Umieszcza oczywiście Ją. To Ona, kobieta jest sama dla siebie największym zagrozeniem. To dość wygodne założenie, oczywiście nie dla kobiet. :)

niedziela, 31 maja 2009

Wojna polsko-ruska - reż. Xawery Żuławski

Xawery Żuławski, debiutując niecałe trzy lata swoim "Chaosem" (recenzja na tym blogu), dał się już poznać nielicznym, jako całkiem dobrze rokujący reżyser. Teraz, "Wojną polsko-ruską", udowodnił całej Polsce, że jest reżyserem nadzwyczajnym , z "wizją w oku" - przenieść bowiem na ekran tak niezwykłą, chaotyczną, jak życie postaci zaludniająch tę opowieść i uczynić z niej całkiem zgrabnie ułożony film, a na dodatek soczystą komedię, no... może komediodramat,  to naprawdę sztuka. Pytanie, jak to się mogło udać, mając na uwadze fakt, że film nie odbiega zbytnio od pierwowzoru literackiego. To wielka zagadkę, albo... raczej wielka pochwałę dla aktorów, którzy potrafili zagrać, wypowiedzieć wszystkie zakręcone kwestie w specyficznym języku jakże specyficznych bohaterów. I co ważne - przy całej ich komiczności, komiksowości, groteskowości nie czuje się żadnego lekceważenia postaci. Wręcz przeciwnie, każda nawet najzabawniejsza osoba (Natasza - Soni Bohosiewicz), mimo swego kuriozalnego często zachowania, budzi pewną sympatię, a nawet  szacunek - szczerość, szukanie miłości, prawdy i sensu życiu (Andżela - Maria Strzelecka), choćby nieumiejętne, zawsze wzrusza i sprawia, że ludzie stają nam się bliżsi. A poza tym, nikt tu nie jest zły, co najwyżej nieporadny, zagubiony, nierozgarnięty.

Ci młodzi na ekranie są jacy są, nie tylko ze swej winy, także z winy kraju, jego historii, w którym się urodzili i wychowywali, oni, a kiedyś ich rodzice. Dzieciom, w przeciwieństwie do "starych", przyszło żyć w kapitalistycznej wolnej Polsce. Ale czy to ma jakiś lepszy wpływ na ich los, czy to ich czegoś nowego uczy, czyni ich życie bardziej wolnym, urosły im jakieś skrzydła? Wątpię. Nie zauważyłam. Nadal powtarzają kwestie, którymi nasiąknęli w swych rodzinnych domach - o "parszywych ruskich", o korupcji i łapówkach, otwierających wszystkie drzwi. Tak jak ich rodzice kiedyś z nadmiaru i nieposzanowania pracy, tak oni dziś, z jej braku, pogrążają się w inercji. Manipuluje się nimi tak samo jak podówczas ich rodzicami. Za PRL-u robiła to miłościwie im panująca, pod flagą czerwoną ze złotym młotem i sierpem, partia robotnicza, teraz ich życiem steruje kapitał, często również obcy, który możni tego świata chcą zgromadzić na swoich kontach. Tak mało się zmieniło. Dlatego, myślę, ten tytuł - "wojna polsko-ruska", "ruskich" już dawno u nas nie ma, lecz mentalność "polskich"rodem z tamtych lat nadal się dobrze ma.
Zmieniły się (albo w ogóle pojawiły) jedynie gadżety - komórki, foliowe kolorowe reklamówki, grill co niedzielę w przydomowym ogródku, albo na balkonie; łatwiejszy dostęp do narkotyków zgrabnie opakowanych w jednoporcjowe zamykane foliówki itp. Masłowska nie doszła jeszcze do etapu powszechnej komputeryzacji, dostępu do internetu a za nim do pornografii oraz gier. Teraz to ogólnie wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Lecz w głowach, mimo powszechnej edukacji już w stopniu co najmniej średnim, ciągle to samo siano. Obecnie każdy, za przeproszeniem, matoł kończy technikum, liceum, jak nie profilowane to prywatne . Tego nawet za komuny, głoszącej równość wszystkim, nie było. Gdzie się ma podziać prawdziwa inteligencja, jak ma się ona odrodzić, zniszczona przez kolejne wojny? Edukacja się szerzy, ale nijak się to nie przekłada na wzrost świadomości tych, którzy ją pobierają. Żadne zmiany ustrojowe, żadna Europa ani tym bardziej Ameryka, tego nie zmieni, totalna mentalna pauperyzacja, czego zresztą mamy przykład w "elitach" rządzących.

Życie Silnego, bo o tym opowiada fabuła filmu, i jego kobiet, jest, co tu dużo mówić, niezbyt ciekawe. Jego główna troska, to w miarę płynne zaopatrzenie w towar do nosa i posiadanie kogoś do pary. Tak więc nie dziwmy się, że ich rozmowy, a raczej wyrzucane z siebie monologi, będące też pewną  formą rozrywki, obracają się tylko wokół tych tematów. Czasem na horyzoncie pojawi się ktoś taki jak Andżela, dziewczę heavymetalowe, wątpiące w Boga, poszukujące sensu życia, marzące o karierze artystki, stanowiące jakże miły i egzotyczny przerywnik w życiorysie i poszukiwaniach Silnego.
Owszem, wizerunki bohaterów "Wojny polsko-ruskiej" wydają się nieco przerysowane, ale czy na pewno? Czy takie mroczne Andżele, Magdy z kręgu określanego powszechnie "blacharami", Natasze - kobiety obcujące z mężczyznami do tego stopnia, że nabrały ich męskich cech i w wyglądzie i zachowaniu, nie mijają nas na ulicy, jeśli tylko się dobrze przyjrzeć i wsłuchać? A Silny? Facet z rodzaju tych, którym na wszelki wypadek, tak jak psu, nie patrzymy w oczy, by ich nie zdenerwować i nie sprowokować do zaczepki. Myślę, że twórcy nie przesadzili w portretowaniu swych postaci. Co nie przeszkadza reżyserowi zaserwować widzom sporej dawki groteski z ich udziałem, a wszystko po to, czemu groteska służy - by rozśmieszyć, przerazić, przejaskrawić, jednym słowem by widz nie zasnął, a może nawet poczuł coś co skłoniłoby go do refleksji.

Myślę, że "Wojna polsko-ruska"należy do gatunku tych filmów, które będzie chciało się oglądać wielokrotnie. Być może zostanie nawet okrzyknięty filmem kultowym, tak bardzo ich ostatnio ich brakuje (a właśćiwie, to wcale ich nie ma) w naszej najświeższej kinematografii. Wpisuje się w modny postmodernizm jak ulał. Być może będziemy cytować z pamięci, ku uciesze wtajemniczonych, niektóre kwestie Ja już mam jedną ulubioną na początek, czyli zrozpaczone Silnego: "tyle dobrych reklamówek skazanych na całkowitą marnację!" - toż to gotowe ekologiczne hasło reklamowe, które można, wraz z Szycem, wykorzystać w walce z ich nadmiernym kupowaniem i rozrzucaniem po łonie natury. Być może już niedługo co bardziej odważni założą gustowne wzorzyste szlafroczki z futerkiem i wyjdą w nich do baru na piwko. A zamiast zwyczajowego "hallo" do telefonu komórkowego zaczniemy pytać o hasło. Być może. I niech tak będzie! Polacy nie gęsi swojego Tarantino, ups! Żuławskiego mają. Tak tak, Żuławski o niebo lepszy, bo swój i wiemy z czego się śmiejemy.... A wszystko to dzięki dużej zasłudze aktorów z Borysem Szycem na czele, który otrzymał od losu swoje kolejne 5 minut. Niech ich tylko nie zmarnuje. Ale czymże byłby Szyc bez zastępu swych wspaniałych, przecudnych koleżanek - Marysi Strzeleckiej (która już od pierwszego wejrzenia zauroczyła mnie w "Chaosie"), Romy Gąsiorowskiej, którą teraz zacznę pilnie śledzić, albo znanej nam już z "Rezerwatu" Soni Bohosiewicz , czy Anny Prus, Magdy Czerwińskiej. Wszyscy zachowują się i mówią, jakby od urodzenia wychowywali się przed blokiem z ferajną Silnego.

Na ekranie nie zabrakło też samej autorki "Wojny..." Doroty Masłowskiej we własnej osobie. Żuławski, autor scenariusza, uczynił ją, tak jak to było w oryginale literackim, odpowiedzialną za świat, który sama wykreowała. Jesteśmy tego świadomi, od samego początku, że to ona, "Masłoska", jest tu Bogiem, to ona powołuje do życia, uczy mówić, sprawia, że ścieżki bohaterów splatają się ze sobą, albo się rozbiegają, to ona buduje, albo rujnuje dekoracje. Jesteśmy świadomi, że nasi bohaterowie, tak jak w życiu, są manipulowani, że tak naprawdę to nie oni decydują o sobie, bo od tego są ci, gdzieś wyżej. Silny, Magda i reszta, wypełniają tylko narzucone im role.

Jednym słowem, Xawery Żuławski rewelacyjnie przysłużył się Masłowskiej (i vice versa) oraz jej debiutowi literackiemu. W wywiadach przyznaje uczciwie, że miał trudności z przebrnięciem przez książkę, kiedy się ona ukazała na rynku. Dopiero propozycja producenta Jacka Samojłowicza zmobilizowała go, by się w nią wgryźć, przeczytać jeszcze raz i raz i zrobić film - adaptację, która być może będzie zaliczana do nielicznych, przewyższających swój pierwowzór - dzieło literackie. Przewyższa, nie przewyższa, prawdopodobnie jest to kwestia dyskusyjna, ale na pewno je przybliża. Wersja filmowa "Wojny polsko-ruskiej" jest bardziej komunikatywna i przystępna, a przy tym zachowuje oryginalną materię książki, jest świetną, lekką, a jednocześnie niegłupią wizję świata, którego być może wielu nie byłoby w stanie bez Żuławskiego sobie wyobrazić, a niektórzy, śmiem twierdzić, nawet zdać sobie sprawę, że taki istnieje.

sobota, 23 maja 2009

Ewangelia wg świętego Mateusza - P.P. Pasolini

czyli

"Antychryst" o Chrystusie
Jak to możliwe, że najlepszy w historii kina film o życiu Jezusa Chrystusa, dedykowany papieżowi Janowi XXIII i włączony do kanonu zalecanego przez Watykan, wyszedł spod ręki ateisty, marksisty i homoseksualisty wielokrotnie oskarżanego i skazywanego na więzienie za obrazę uczuć religijnych, wyeliminowanego w końcu ze społeczeństwa w bestialski sposób. A może właśnie dzięki swej „inności” Pier Paolo Pasolini potrafił na tę opowieść spojrzeć nieco inaczej, w sposób wolny od jakichkolwiek doktrynalnych obciążeń ? Włoski reżyser dorastał jako wrażliwe dziecko wychowywane zgodnie zasadami wiary chrześcijańskiej. Z czasem, w miarę dojrzewania, odkrywał być może coraz większą rozbieżność między teorią a praktyką we wspólnocie wiernych i dążył do wyzwolenia z religijnych okowów krępujących jego niezależne myślenie. Gdy już to osiągnął, paradoksalnie poczuł się jeszcze bardziej pokorny i spragniony ładu, który wprawdzie często uwiera, ale jednocześnie daje duchowy spokój.

Już od pierwszych kadrów „Ewangelii według świętego Mateusza” daje się wyczuć, że na ekranie odczytuje ją człowiek niekoniecznie wierzący w Boga, ale na pewno szanujący Jezusa i jego nauki. Człowiek zmęczony, tęskniący za dobrem i dawnym naturalnym porządkiem rzeczy, marzący o tym, by idee, które kiedyś Chrystus głosił i za które umarł na krzyżu, zostały wreszcie wcielane w życie (także przez wyznawców religii katolickiej). Pasolini - na szczęście - nie nakręcił kolejnej cukierkowej opowieści z dziejów Zbawiciela. Jego film jest bardzo surowy, ascetycznie oszczędny w środkach (dotyczy to zarówno przekazu jak i scenografii, kostiumów oraz gry aktorskiej) i wierny Ewangelii - obrazuje skrupulatnie wszystkie jej rozdziały:
1. „Narodzenie i dzieciństwo Jezusa”; 2. „Czyny Jana Chrzciciela i przygotowanie do działalności Jezusa”; 3. „Działalność Jezusa w Galilei”; 4. „Męka i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa”. Przy okazji nadmienię, że film Pasoliniego to świetna powtórka z lekcji religii, pełna znanych i powszechnie używanych na co dzień cytatów, które stały się już niemal porzekadłami, choć nie zawsze jesteśmy świadomi ich pochodzenia.

Co najważniejsze - w ostatniej, czwartej części, nie ma za grosz przemocy. I za to reżyserowi chwała. Sekwencja męki Jezusa ogranicza się do pojedynczych scen obrazujących wyśmiewanie go, zakładanie korony cierniowej na głowę i wzięcie na ramiona krzyża. Potem następuje bardzo krótka, ledwie zasygnalizowana droga krzyżowa, w końcu ukrzyżowanie. Wszystko – powtarzam - bez zbędnego epatowania okrucieństwem i brutalnością (żadnego biczowania, strumieni krwi, opluwania, bluzgania słowami itp.).
Pasolini, tak przecież odważny, kontrowersyjny i bezkompromisowy w ukazywaniu zła i zepsucia, tym razem oszczędza nasze uczucia religijne i niereligijne. Nie gwałci intymności cierpienia i poniżenia Jezusa, jak robi to na przykład Gibson w „Pasji”, która jest dla mnie żelaznym przykładem filmu religijnego pod publikę i opiera się na braku poszanowania dla Tego, którego się podobno kocha. Mel Gibson zdecydował się na film obrazujący tylko i wyłącznie samą mękę. W jego ujęciu ostatnie dwanaście godzin żywota Chrystusa na ekranie spływa krwią, co niektórych widzów doprowadza niemal do ekstazy porównywalnej z tą, którą przeżywają gapie obserwujący wypadek drogowy lub jakieś inne ludzkie nieszczęście. Tutaj jeszcze dodatkowo owo uniesienie może potęgować niechęć, może czasem nienawiść, wyzwalająca się w stosunku do prymitywnych i okrutnych oprawców Jezusa. Zdecydowanie nie jest to katolickie, pokojowe podejście do tematu.
Tymczasem włoski reżyser rzetelnie i bez żadnych zbędnych ozdobników ukazuje nam pracowitą misję Jezusa na Ziemi oraz wypełnianie kolejnych proroctw wiodących go na krzyż. Tu i ówdzie słyszy się głosy, że Jezus Pasoliniego to niemal rewolucjonista. Być może coś w tym jest. Przemowy Syna Bożego są rzeczywiście bardzo płomienne, i żarliwe. Porywają rzesze przyszłych wiernych głosząc treści jakby żywcem wyjęte z marksistowskich programów. Chrystus nakazuje m.in. wyzbycie się zamiłowania do dóbr doczesnych, chwali skromność, krytykuje bogactwo i obłudę ówczesnych kapłanów, wątpi w szczere intencje majętnych obiecujących podzielenie się swym bogactwem z biednymi, by tym sposobem zasłużyć sobie na łaskę Pana („Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”). A przy tym wszystkim wymaga bezwzględnej wierności, lojalności oraz posłuszeństwa. Ale, czy to może być zarzut w kierunku Pasoliniego, wszak on tylko przenosi słowa Ewangelii na ekran. Jeśli komuś nasuwają się jakieś niemiłe podobieństwa między marksizmem a naukami Jezusa, nie jest to winą reżysera.
Po nakręceniu „Ptaków i ptaszysk”, w których reżyser znowu próbuje szukać bliskich związków między chrześcijaństwem a marksizmem, ktoś zapytał Pasoliniego: "Dlaczego wciąż zajmujesz się tematami religijnymi, skoro jesteś niewierzący?". "Jeżeli wiesz, że jestem niewierzący, to znasz mnie lepiej niż ja sam. Być może i jestem człowiekiem niewierzącym, ale takim, który tęskni za wiarą" – odpowiedział skandalista i obrazoburca. Czy to nie piękne? I nie smutne zarazem, że tęsknota jest prawdziwa, wrażliwsza niż jej spełnienie?
"Ewangelia wg św. Mateusza" powstała w 1964 roku, a więc 43 lata temu. Uważam, że ten film nie zestarzał się ani trochę. Wręcz przeciwnie, na tle współczesnych rozbuchanych produkcji (także religijnych) jeszcze bardziej fascynuje - nie rozprasza uwagi widza wybujałą formą skupiając się dokładnie na przekazie treści a nie na jej „złotej” ramie.

Bardzo charakterystyczny jest sposób sfilmowania „Ewangelii”. Wszystkie emocje Pasolini wyraża przez długie, powolne zbliżenia na oblicza aktorów, których mimika jest dosyć oszczędna lecz bardzo sugestywna. Zadziwiające doprawdy, jak reżyser potrafił wydobyć ten jeden, najbardziej trafny wyraz twarzy u, jakby nie było, całej rzeszy naturszczyków, bo tylko tacy tu grają (starszą Marię odtwarza na przykład matka reżysera). Dziesiątki oczu, ust, zmarszczek, uśmiechów i innych grymasów - cała galeria ludzkich uczuć związanych z pojawieniem się Jezusa na Ziemi.

Na pierwszym planie, oczywiście, twarz najważniejsza – Zbawiciela. Trochę inna niż ta, do której przywykliśmy (nie ma np. charakterystycznych długich włosów). Widać, że jest to twarz człowieka wywodzącego się ludu, lecz o inteligentnym wyrazie, zazwyczaj mocno skupiona, uduchowiona, jeden jedyny raz rozjaśniona uśmiechem (scena z dziećmi). A należy ona do Enrique Irazogui, wówczas studenta, pół Żyda, pół Baska. Pozostali aktorzy to bliscy znajomi reżysera, jego rodzina, ludność zamieszkująca plenery zdjęciowe. Scen zbiorowych jest niewiele - jeśli już, to filmowane raczej z bardzo dalekich ujęć. Krajobrazy, surowe niczym oblicza wieśniaków zaludniających ekran, także współgrają z ascetyczną konwencją filmu. Często posępne i smutne, gdzieniegdzie tylko urozmaicone skromnym akcentem roślinnym czy jakimś domostwem. Nic nie jest w tym filmie tak ważne jak Jezus i jego żarliwe nauki.

Kilka ekranizacji życia Chrystusa już widziałam. "Pasja" Gibsona mnie zniesmaczyła. Inne raczej znużyły, były sztampowe, robione na zamówienie albo z braku pomysłu na inny film. „Ewangelia wg świętego Mateusza” według Pier Paolo Pasoliniego porwała mnie jak żadne inne dzieło tego gatunku. To film zrobiony z potrzeby serca – prosty i po prostu. Wielki.

środa, 13 maja 2009

Veronica Guerin - reż. Joel Schumacher

We Francji nakręcono film "Une Femme a abattre", koncentrujący się na tajemnicy zabójstwa niepokorne dziennikarki Anny Politkowskiej. Miejmy nadzieję, że wejdzie on już niedługo na ekrany polksich kin, tym bardziej, że jedną z ról kreuje w nim Paweł Deląg. A mnie w związku z ową wiadomością, przypomniał się inny portret kobiety w tym, jakże czasem niebezpiecznym zawodzie, Irlandki Veroniki Guerin, zmarłej również tragicznie, bo nie chciała ulec naciskom tych, których jej dziennikarska twórczość zaczęła mocno uwierać.

Gdy pojawiły sie napisy koncowe pomyślałam sobie:  hmmmm,  "dobre, ale czegos tu brakuje". Film o dziennikarce irlandzkiej,  zabitej przez bohaterów jej reportaży - dublińskich narkotykowych gangsterów nie może być nieciekawy.  Ta historia jest fascynująca, przerażająca, sama w sobie, tym bardziej że ostatnio wiadomości o zabójstwach tego typu są niemal na porządku dziennym. Ale mam wrażenie, ze reżyser Joel Schumacher zbyt chłodno potraktował temat dramatu, włącznie z jego tytułową postacią. Może stało się tak ze względu na poprawność, by nie podpaść czy nie urazić rodziny Guerin (historia jest od początku do końca autentyczna), może właśnie taki był ich zamiar, by film był bardziej zbliżony do chłodnego dokumentu niż do ognistej opowieści o kobiecie, która  gangsterskim kulom postanowiła się nie kłaniać.

W każdym razie postać Guerin jest niezadowalająco płaska. Trudno orzec na podstawie tego filmu, skąd u niej wzieła się taka pasja, taka energia i upór, by samotnie walczyć z przestępczym światem, na przekór zdrowemu rozsądkowi. Na szczęście do płytki dvd dołączone są ponad 3-godzinne dodatki, a w nich komentarze m.in. autorek scenariusza, Irlandek z krwi i kości, bardzo emocjonalnie zaangażowanych w wydarzenia, które opisują. To ich słowa, a nie film, pomagają zrozumieć motywy działalności dziennikarki.
Pochodziła ona ze średniozamożnej klasy średniej, nie była osobą wykształconą w zawodzie (była księgową). Dziennikarkę uprawiała bardziej intuicyjnie niz profesjonalnie, jej styl czasem pozostawiał wiele do życzenia. Brała na warsztata nośne i niebezpieczne tematy, których nikt inny nie chciał , albo bał  się nimi zajmować.  Była bardzo odważna, lubiła wyzwania i adrenalinę, którą traktowała  wręcz jak narkotyk, poza tym łatwo nawiazywała kontakty z ludźmi, także tymi spod ciemnej gwiazdy, tak więc gangsterskie interesy stały się jej żywiołem zawodowym. Wielu kolegów po fachu było o jej sukcesy- z czasem stała się narodową gwiazdą - zazdrosnych. Nie cieszyła się wśród nich wielką  popularnością czy estymą. A swoisty taniec śmierci jaki uprawiała z gangsterami miał też być moze zwiazek z odwzajemniona sympatią jaką czuła do głównego informatora-gangstera (kapitalny Ciaran Hindes). Ale tak jak mówię - o tym, i innych motywach, jej czynów dowiadujemy się z dodatków.

Schumacher, mam wrażenie,  pokazuje nam poprawny obraz dziennikarki, jaki realizatorzy otrzymali za pośrednictwem jej najbliższej rodziny i współpracowników. Film jednak wciąga, mimo, że jego zakończenie poznajemy na początku. Interesujący jest bowiem klimat społeczno-polityczny Irlandii, zawiłości prawne, z jakimi boryka się Veronica w swojej reporterskiej robocie i to jak świetnie i inteligentnie sobie z nimi radzi, jak dzielnie stawia czoła zagrożeniom, jak pewna jest swoich racji i celu tego co robi, nawet jeśli ma to być kosztem rodziny czy jej życia. Niestety, za mało w tym filmie namiętności, Veronica jest taka porządna, taka prawdziwa księgowa,a jej jedynym grzechem jest zbyt mała ilość czasu poświecona synkowi. Brakuje mi tu tej odrobiny szaleństwa, która cechuje prawdziwych idealistów. Bez niego widzę tylko naiwność i chorobliwą ambicję, by nie okazac się tchórzem wobec kryminalistów. A moze tak miało być, może takie były właśnie grzechy Veroniki Guerin?