poniedziałek, 1 lutego 2010

"Lektor" - reż. S. Daldry

Oceniam ten film, jako przyzwoitą robotę, w której zgrabnie połączono przyjemne z pożytecznym, czyli inicjacją seksualną 15latka z dojrzała ponad 40-letnią kobietą wpleciono w temat odpowiedzialności tzw. "prostych" Niemców, za udział w zbrodniach hitlerowskich. Jeśli do tego dołączyć analfabetyzm Niemki – strażniczki obozowej i łączący się z nim jej wstyd oraz wielkie zamiłowanie do literatury – mamy całkiem przyjemną opowieść o wojnie i holocauście.
Jeśli ktoś faktycznie chce poznać poważne rozważania na temat, "jak to było urodzić się Niemcem w nieodpowiednim czasie", niech lepiej sięgnie po ksiązke „Łaskawe” Littela, który uprzedza czytelników już na wstepie "nie myślcie sobie, ze jesteście lepsi, mieliście tylko więcej szczęścia". W tym kontekscie przytocze pytanie jakie zadaje Hanna Shmitz, sędziemu, drążącemu ją , dlaczego nie otwprzyła drzwi zamkniętym w kościele kobietom, skazanym na spalenie – „ja byłam za nie odpowiedzialna, miałam je doprowadzić na miejsce, do obozu, gdyby otworzyła drzwi kościoła, wszystkie by uciekły. Czy pan sędzia postąpiłby inaczej, czy może „jak pan sedzia by postąpil?”. Sędzia oczywiście nie miał obowiązku udzielać podsądnej odpowiedzi.

W ogóle, uważam, że jedną z najlepszych sekwencji w filmie, jest proces Hanny Schmitz, a dokładniej - dyskusje profesora ze studentami prawa. Podczas nich padło bardzo istotne zdanie: „Nie ważne, czy uważamy dany czyn za naganny, ważne czy był on zgodny z prawem, z prawem epoki w którym zaistniał.

Film nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia. Ot, oryginalny – z uwagi na różnicę wieku, ale nie tylko bo także pochodzenia i wyksztalcenia, dzielącą kochanków – melodramat. A żeby było jeszcze ciekawiej - umiejscowiony w Niemczech, tuż po wojnie, by pokazać czkawkę, jaka Niemców czasem dopadała za ich wojenne grzechy.

Wydaje mi się, że efekt filmu zepsuło pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Niepotrzebnie Daldry połączył dość banalny melodramat z tak poważną tematyką jak zbrodnie hitlerowskie, tym bardziej, że miłosno-seksualna sekwencja, była znacznie dłuższa i całkowicie przytłoczyła dramat społeczno-polityczny. Pojawił się syndrom zgagi, czyli niespodziewany niesmak i pieczenie w gardle po smacznym jedzeniu.

Niemniej, w celach rozrywkowych, film warto zobaczyć. Nie był to zmarnowany czas, także ze względu na obsadę głównych ról. Chociaż, nie do końca, bo David Kross, jako 15 letni kochanek, nie bardzo mi przypadl do gustu. Trudno było zrozumieć, co Hannę Schmitz urzekło w tym niedorostku. I to nawet nie chodzi, o to, że nie miał urody Johhnego Deppa, on nie miał żadnego wdzięku. Domyslam się, że tak miało być, że to Hanna miała znowu górować, tak jak kiedyś górowała nad kobietami w obozie. To ona miała temu związkowi nadawać ton, to chłopak miał się bardziej zakochać w niej niż ona w nim, by mogła go kiedyś bez bólu porzucić, kolejny raz zerwać z przeszłością, by nie przyznać się do swego kalectwa, za jaki uważała swój analfabetyzm. Nie było to jednak przekonywujące, tym bardziej, że trudno było zrozumieć jej analfabetyzm, bez nakreslenia charakterystyki tej kobiety – znamy tylko w przyblizeniu jej wiek, nie znamy pochodzenia, żadnej historii, dlaczego żyjąc w Niemczech ponad 40 lat nie nauczyła się czytać ani pisać, jakieś kuriozum. Zupełnie papierowa postać, wycięta li tylko na potrzeby urozmaicenia scenariusza.. Natomiast Fiennes jako dorosły Michael - jest ok, choć znam jego lepsze role.
Jednym słowem warto, czemu nie, ale "Lektorowi" do najlepszego filmu Daldry'ego "Godziny" jest bardzo, bardzo daleko.

czwartek, 28 stycznia 2010

Czas, który pozostał - reż. F. Ozon

Kolejny film F. Ozona, świetny, w jego klimacie, opowiadający jak zwykle o relacjach rodzinnych, o nieuniknionej stracie, która wpisana jest w ludzki los.
Już w pierwszej scenie filmu dowiadujemy się, że nasz bohater, przystojny, 34-letni gej,  bardzo obiecujący fotografik ( moda ), o imieniu  Romain (bardzo dobry Melvil Poupaud) skazany jest na rychłą śmierć. Ma bardzo złośliwego, mocno zaawansowanego raka.  Szanse na wyleczenie są poniżej 5%. Decyzję co do leczenia lekarze zostawiają swojemu pacjentowi. Romain rezygnuje, zamiast leżeć w szpitalu, tracić włosy, wagę, woli jeszcze trochę pożyć i uregulować pewne sprawy ze swymi bliskimi, nie wtajemniczając ich absolutnie w swój problem. Wyjątek czyni tylko dla babci, z którą jest najbardziej zaprzyjaźniony. To właśnie jej powie o śmierci, której spodziewa sie lada moment, bo tylko babcia, mimo, że w bardzo dobrej formie, ale jednak stojąca nad grobem (ma już grubo powyżej 80-ki, a ludzie przecież nie żyją 100lat), może wiedzieć, tak naprawdę, co on czuje.

Tak więc, Romain zaczyna ostatnią podróż przez swoje życie. Odwiedz rodzinny dom, spotyka sie z rodzicami i siostrą, z którymi ostatnio nie miał najlepszych relacji. Jest „innej” orientacji, a to jak wiadomo, nie sprzyja rozkwitowi uczuć rodzinnych. Choć stosunki w rodzinie, trzeba to przyznać, osiągnęły już stopień poprawności, rodzice wyglądają na pogodzonych z niezręczną sytuacją, to jednak ciągle jeszcze skrzy na linii siostra i brat, między rodzeństwem dochodzi do scysji.Nieprzyjemna rozmowa ma także miejsce miedzy Romain’em a jego partnerem Sashą. Romain – podejmuje decyzję zerwania z kochankiem. Z takim zamiarem nosił się juz od dawna, wizja śmierci tylko decyzję przyspieszyła. Ogólnie atmosfera robi się przykra, smutna.
Ktoś może się oburzać, nazwać Romaina egoistą,  postanawia umierać w samotności. Egoizm? A być może odwaga?  Cały bagaż strachu i niepewności dźwigać samemu. Nie obciążać bliskich swoją traumą. Śmierć i tak przyjdzie, dlaczego nie stawić jej czoła nie rozpaczając, dlaczego by nie wykorzystać czasu, który pozostał, na rozliczenie się z życiem (później Romain szuka jeszcze raz zbliżenia z siostrą i Sashą), albo nawet na danie komuś nowego życia? Ale, być może, faktycznie, bliscy będą  mieli żal, że nie uprzedził o swoim odejściu - być może oni też by mu chcieli coś powiedzieć na odchodnym, za coś przeprosić, przytulić ostatni raz. Bardzo ciekawy problem, czy jest jakiś jeden cudowny hipotetyczny przepis, jak go rozwiązać? Wielu z nas przekona się kiedyś na własnej skórze, jakie wyjście jest najlepsze. Bo jedno jest pewne – strata, odejścia, są wpisane w los człowieka, można się buntować, można to przyjąć na klatę. Jest w filmie piękna opowieść babci Romaina, o tym jak ona poradziła sobie ze swoją stratą (śmierć męża), dała radę, przeżyła, ale okaleczyła przy okazji całą rodzinę, głównie swego syna, czyli ojca Romaina. Każdy wybiera swoją drogę, którą będzie podążał na spotkanie ze śmiercią.
Film warto także zobaczyć dla pewnej sceny - jak pięknie można rozwiązać problem niepłodności męża w małżeństwie, które pragnie mieć dziecko - scena trójkąta w hotelu, czegoś takiego jeszcze nie było. Wielkie brawa dla twórców.

Tę krótką filmową opowieść dedykuję innemu, trzydziestoparoletniemu fotografikowi, Irkowi-Erykowi, bardzo utalentowanemu, który podobnie jak Romain, musiał niespodziewanie opuścić, w pełni życia i sił twórczych, swoją żonę i córeczką.

niedziela, 24 stycznia 2010

"Punkowe Landrynki"? Czyli suplement do recenzji "WCK", tej poniżej.

Właśnie, tak sobie myślę, że muszę chyba niektórych przestrzec przed tym filmem. Skoro chwalę muzykę, pisząc, że na szczęście mało w filmie prawdziwego punka, a uzupełnienie do niego stanowi ploomkająca muzyka pana Blooma. Na dodatek podoba mi się zielony, naiwny plakat do filmu, i uważam go za jak najbardziej adekwatny do treści – to znak, że ci, którzy liczą na prawdziwe punkowskie klimaty, prawdziwie rozwrzeszczane, podlewane w dużych ilościach jabolem czyli winem patykiem pisanym, to się zawiodą.

Tak jak zawiódł się jeden z moich ulubionych felietonistów kulturalnych GW, prowadzący swój Kajet Konesera w DF - Krzysztof Varga (felieton ""Punkowe Landrynki" DF 3/20010) Rzeczywiście – nie ma tu brudnego punka, jaki autorowi znany jest z jego młodości, kiedy to chadzał po szkole ze swymi kolegami pić wino truskawowe na warszawskie skarpy, a wieczorami łapali czarnego doła słuchając do upadłego najnowszych nagrań zachodnich punkowych kapel, przysyłanych im przez znajomych znajomych z Anglii. Jasne, jeśli ktoś oczekiwał po Borcuchu, że zrobi film na miarę „Control”, czy „Wściekłość i brud” to się rozminie z tym na co liczył. Borcuch nie ogłaszał przecież, że zrobił hagiografii polskiego punka, a pan Varga (mieszkaniec Warszawy, bywalec przodujących klubów i konsument najnowszych ówczesnych trendów muzycznych) musi pamiętać, że punk rodził się także na polskiej prowincji, a poród tam bywa cięższy i bardziej opóźniony niż w stolicy.

Wszak Borcuch, ze swoim temperamentem, obrał sobie za cel, ukazanie historii młodych ludzi, mieszkających gdzieś w małym miasteczku, którzy żyjąc w kraju za żelazną kurtyną mogą ratować się przed nudą, wizją życia jakie prowadzą ich rodzice, tylko uciekając w muzykę, bo tylko ona tak naprawdę dawała im tę szansę i mieli do niej dostęp. Nowinki z Zachodu docierają do nich jednak z poslizgiem, żaden z chłopaków nie wspomina o rodzinie czy znajomych zagranicą. Radzą sobie więc jak umieją, śpiewając utwory polskich zespołów, takich jak np. WC. Od nich też chyba wzieli nazwę zespołu, dodając „K” na końcu. Może i dla niepoznaki, nie chcąc się przyznawać się przed otoczeniem, ściemniają, że chodzi o „Wszystko Co Kocham”, a nie WC-Klozet. To taka moja dygresja i fantazja, bo ja też, podobnie jak K. Varga dziwiłam sie, że taka subtelna i pełna miłości nazwa dla punkowego zespołu.

WCK nie jest jeszcze do szpiku kości zbuntowanym, wykrzykującym wszystkim w twarz swą nienawiść do świata, zespołem. Oni dopiero zaczynają. Tak naprawdę, dopiero pierwszy raz spotkali się z prawdziwym życiem, jego brudem i zakłamaniem. Wcześniej śpiewali tylko dla fasonu, bo cóż tak naprawdę miało ich wkurzać? Że mieli odrabiać lekcje i chodzić do szkoły? Na to jako antidotum uzywali wina na nadmorskiej plaży. Dopiero konflikt z komisarzem stanu wojennego, a wcześniej doświadczenie seksualne Janka z sąsiadką, naprawdę ich boleśnie doświadczył. To był ten kamyczek, który być może poruszył lawinę. Być może. Bo tak naprawdę nie wiemy, czy zespół nie rozpadnie sie po maturze, gdy każdy z chłopaków pójdzie w swoja stronę. Ale na pewno, tamto doświadczenie z zakonczenia roku szkolnego, pozostawi w nich jakiś ślad, dostali prawdziwą szkołę życia. I teraz, albo nadal pozostaną buntownikami na swoja miarę, albo poddadzą sie i będą trybikiem w maszynie, który trzeba oliwić na przykład alkoholem, albo uciekna na zachód. Tego już nie wiemy.

Bardzo lubię pana Vargę, ale myśle, że niepotrzebnie obraził się na Jacka Borcucha, że zrobił film, o którym felieton zatytułówał „punkowe landrynki”. To jest spojrzenie reżysera na punkową młodzież, z perspektywy prowincji (Borcuch pochodzi z Kwidzynia). Varga – może mieć swoje, wielkomiejskie, warszawskie i nikt też do niego nie ma o to pretensji.
"Wszystko co kocham" – opowiada w bezpretesjonalny sposób o tysiącach młodych, z setki małych miast w Polsce, którzy radzili sobie jak umieli z życiem, a że muzyka jest lekiem na całe zło – jedni jej słuchali, drudzy zakładali swe małe szkolne zespoły, umierające pewnie najczęściej wraz z opuszczeniem szkolnych murów.

Pan Varga pisze w swym felietonie:
„Pozostaje mi czekać, aż ktoś zrobi wreszcie prawdziwy brudny film o polskim punku. Mógłby to zrobić Wojciech Smarzowski, u ktorego w „Domu złym” leci przecież inny klasyk tamtych czasów „Spytaj milicjanta „ Dezertera.”
No, fajnie by było, pewnie. Moglibyśmy porównać, a nawet pofantazjować, że oto Janek z WCK nie zaprzepaścił swoich ideałów, także muzycznych, rozwinął się, rozbuntował jeszcze bardziej, nabrał odwagi, porzucił grzeczne ułożone życie u babci (na które się zanosiło) i proszę – wyrósł na prawdziwego rasowego punka, a może nawet się prawdziwe rozpił (tu talent Smarzowskiego miałby zapewne pole do popisu), rozhulał, stał sie legendą, autentycznym punkowym wyrobnikiem. Czemu nie? Bywało przecież i tak. Póki co, pożegnaliśmy go na rozdrożu jego życiowych wyborów.

piątek, 22 stycznia 2010

Wszystko, co kocham - reż. J. Borcuch

"Rewers”, „Dom zły” i „Wszystko co kocham” – trzy polskie filmy w jednym roku rozliczające się z minionym mrocznym okresem współczesnej, powojennej Polski. I aż dwa z nich opowiadające o przełomowym stanie wojennym, ogłoszonym przez polityka klasy, jaką nie może się poszczycić żaden z obecnie rządzących – Wojciecha Jaruzelskiego. „Dom zły” i „Wszystko, co kocham” – jakże różne obrazy tej samej epoki. Dwie zupełnie przeciwległe perspektywy spojrzenia, dwa sposoby radzenia sobie z życiem. I to nawet nie chodzi o to, że „Dom zły” to wieś, a „Wszystko, co kocham” – małe miasto. Bohaterowie dnia codziennego co prawda nie rodzą się na kamieniu, ale miejsce i czas ich zaistnienia nie ma ograniczeń. Można, tak jak to zrobił Smarzowski skupić się na apatii, bierności, narzekaniu na system, obwinianie go za wszelkie zło. A można,  jak Borcuch – pokazać, że życie o każdej historycznej porze może być piękne, pulsujące, pod warunkiem, że się je weźmie autentycznie w swoje ręce. I nieważny jest kaliber naszych poczynań, grunt by były one szczere i naznaczone miłością oraz taką naiwną, lecz jakże zbawienną, radością życia.
Wszystkie te trzy filmy łączy jeden wątek – każdy przyzwoity człowiek żyjący w socjalistycznych czasach skazany był na prowadzenie, z jakże różnym skutkiem, swych małych prywatnych wojen i wojenek z "nimi".

Borcuch porusza ciekawą sprawę - czym jest patriotyzm, poczucie wolności. Para głównych bohaterów – Janek i Basia /skąd ja to znam? /wywodzą się z dwóch, jakże odmiennych rodzin. Janek jest synem mundurowego, dokładnie oficera marynarki wojennej, czyli pochodzi ze sfery jakże pogardzanej w ówczesnym czasie, zresztą przez filmową rodzinę jego dziewczyny także. Ojciec Basi, jak się domyślamy, jest działaczem Solidarności. Na kilka miesięcy przed wybuchem staniu wojennego zostaje aresztowany, z czego cała rodzina jest bardzo dumna.
Wraz z upływem fabuły, nabieramy jednak wielkiego szacunku do ojca Janka (Andrzej Chyra - jak zawsze świetny). Okazuje się być on człowiekiem godnym zaufania, mającym honor, spokój, zdecydowany w imię wolności stracić cały swój dotychczasowy dorobek zawodowy. Natomiast działacz Solidarności po wyjściu z krótkiego aresztu, postanawia szukać wolności poza zachodnimi granicami ukochanej ojczyzny,  dokładnie w Niemczech. I teraz pytanie - która wolność jest mocniejsza i prawdziwsza? Ta, którą nosimy w sobie, zawsze i wszędzie, czy ta zagwarantowana prawnie? Kto bardziej kocha ojczyznę, ten kto zostaje z nią na dobre i na złe, czy ten, który w chwili zawieruchy dziejowej bierze nogi za pas i ucieka, gdzie żyje się dostatniej, łatwiej i swobodniej.   Piękny i ważny wolnościowy motyw, i bardzo subtelnie ukazany. A przy okazji przypomnienie – nie sądźmy ludzi po pozorach, po przysłowiowych sukniach czy mundurach.
Ale oczywiście, najważniejsza jest tu historia młodości, pożegnania z niewinnością  – przełom dziejowy łączy się z przełomem dojrzewania, a najważniejsze - zawsze być wiernym sobie, nie porzucać swoich ideałów i być zawsze wolnym, nawet jeśli się nie jest. Amen.

Film, wydaje mi się wart Złotego Klakiera w Gdyni 2009, trzymam kciuki za uhonorowanie go czymś na festiwalu Sundance. Pochwała dla młodych aktorów, starych nie trzeba już chwalić, tylko potwierdzać, że  jak zawsze nie zawodzą (A. Chyra, K. Herman i cała reszta). Miło było zobaczyć, i posłuchać (co za głos! sama Faithfull by się nie powstydziła) Ewy Kolasińskiej, którą pamiętam głównie ze "Spotkań z balladą".  No i cóż, pozostaje mi tylko teraz zobaczyć "Tulipany" Borcucha i czekać na kolejny jego film. Acha, początek "Wszystko, co kocham" nie porywa za mocno, ale warto poczekać aż się chłopaki z zespołu WCK rozkręcą, nie tylko na scenie. Poza tym świetnie, że film ilustruje nie tylko muzyka punkowa, bo bym chyba nie ścierpiała. Dawka, którą nam zaserwowano jest w sam raz. Później uzupełnia ją, raz mocniejsze raz słabsze, ploomkanie pana Blooma, ogólnie więc muzyczny bilans wychodzi na zero i jest dobrze.

środa, 20 stycznia 2010

Ciesz się biedą!

Film prowokacja, swoisty performance. Renzo Martens, z urody wypisz wymaluj Klaus Kinski, holenderski dziennikarz udaje sie z kamerą do Konga i próbuje z potwornej biedy jaka panuje w tym kraju, „uczynić” dobro narodowe. A dlaczegóż by nie? - wydaje się pytać, skoro przychody z darów pieniężnych, płynących z całego świata na „biedne dzieci”, przewyższają znacznie dochód z rocznego eksportu złóż mineralnych. Czy warto więc rządzącym starać się o poprawę bytu, a co za tym idzie i świadomości, narodu, będącego pod ich „pieczą”, który mogą niewolniczo wyzyskiwać na plantacjach i kopalniach bogaczy, mających takie czy inne powiązania z ludźmi trzymającymi władzę?

Widzowie, którzy w porę nie przejrzą przewrotności Martensa, mogą odnieść wrażenie niemoralności dziennikarza.  Jego happening czyli neon z napisem Enjoy poverty zainstalowany w zabitej dechami wiosce, napędzany rowerowym dynamem, i osobliwy wykład w jego blasku  dla tubylców, budzi początkowo niesmak. Jak to? Jak można cieszyć się biedą? Z biedą – tak zawsze nas uczono, należy walczyć. A Jolanta Kwaśniewska, kiedy jeszcze nie była panią prezydentową rzekła w jakimś wywiadzie nieopatrznie, że biedy należy się nawet wstydzić (teraz zapewne ugryzłaby się wcześniej w język).  A tu nagle peany na cześć biedy. No tak, wydaje się mówić Martens – skoro przynosi ona takie dochody państwu tylko dlatego, że jest, to dlaczego się z niej nie cieszyć? A na uboczu dodaje, że 70% kwoty pochodzącej z darów, wraca do darczyńców (niestety już nie objaśnia w jaki sposób to sie dzieje), bo dobro darczyńcy liczy sie najbardziej. Nie od dziś przecież wiadomo, że datki pieniężne, czy jakieś żywieniowe zrzuty, są pomocą doraźną i na dłuższą metę wiele nie zdziałają w krajach afrykańskich. Są one z miejsca rozdrapane, przez ludzi którzy mają do nich bezpośredni dostęp. Skuteczna pomoc to budowanie szkół, czyli wykształcenie, a co za tym idzie zmiana świadomości i umożlwienie dostępu rdzennym mieszkańcom do administracji, do zarządzania firmami, uczynienie ich właścicielami majątku kraju, w którym mieszkają. I teraz pytanie „czy to jest możliwe?, czy biały człowiek kiedykolwiek zrezygnuje dobrowolnie ze swej władzy i afrykańskiego dobrobytu? Czy tylko wykurzenie siłą białych sprawi, by czarny nie był niewolnikiem na swej ziemi?

Jest taka jedna świetna sekwencja, która może powalić wątpiących, iż film Martensa jest rodzajem happeningu, mającym ukazać hipokryzję białych ludzi. Otóż Martens odkrywa w jakimś kongijskim mieście małą usługową firemkę – dwójka chłopaków robi i sprzedaje ludziom zdjęcia z imprez okolicznościowych – są to imprezy radosne, jakieś rodzinne święta itp. Martens uświadamia tym młodym, że o wiele lepiej mogą zarobić robiąc i sprzedając mediom zdjęcia umierających biednych dzieci. Zabiera ich więc do jakiegoś szpitala (wyglądającego bardziej na przytułek), tam inscenizuje scenki żywcem takie, nad jakimi płacze cały nażarty i litościwy Zachód, a więc – płaczące z głodu dzieci,  wielkie brzuszki, chudziutkie kończyny, zaropiałe oczy, muchy łażące po wychudzonych maleńkich twarzach, które wyglądają bardziej na twarze starców, umęczone błagalne spojrzenia, albo zupełnie już zobojętniałe. Ok, zdjęcia wychodzą super! Po czym z Martensem przeprowadza ostrą rozmowę jeden z lekarzy bez granic, obwieszczając, że robienie takich zdjęć przez Kongijczyków jest niemoralne i zabrania dalszego fotografowania. A czym jest w takim razie robienie takich zdjęć i zarabianie na nich przez białych dziennikarzy z Nowego Jorku czy Paryża? A to co innego - odpowiada pan doktor – biały fotograf, przyjeżdża tu po informację. Czyli zdjęcie wykonanego przez czarnego nie niesie żadnych informacji, nie może być źródłem zarobku, mimo, że wygląda tak samo, jak zdjęcie białego, który zarobi na nich krocie i na dodatek może zyskać międzynarodowa sławę.

Marten „załatwia” także w swym filmie kwestię dokarmiania biednych Afrykanów przez przybyłych dziennikarzy – owszem, na zakończenie swej wędrówki częstuje zaprzyjaźnioną wygłodzoną rodzinę garnkiem warzyw z rybą i drugim garnkiem z mięsem. Rodzina wcina aż jej się uszy trzęsą, a wokół pełno gapiów, którzy przełykają śline. Niestety, choćby nie wiadomo jakie miękkie serce miał fotograf, może on nakarmić jednorazowo jedynie swych modeli, reszta Afryki i tak pozostanie głodna.

W tym okrutnym, brudnym filmie pojawia się jedno piękne, wręcz poetyckie, zdjęcie - jest wieczór, rzeka Kongo, a po niej płynie łódź z neonowym napisem „Enjoy Poverty” – klimat niczym z „Jądra ciemności” – nigdy nie będzie porozumienia między białym władcą i czarnym poddanym, a w tle piosenka J. Brela o wierze w miłość między ludźmi która przenosi przysłowiowe góry.

Moim zdaniem bardzo ciekawy film, a jego twórca to odważny prowokator. Ryzykując niezrozumienie, potępienie widza za próżność i narcyzm, czemu zresztą nie zaprzecza, przyznając się do tej jednej z podstawowych ludzkich cech, prowokuje do przemyśleń i oceny dobroczynności białych – najłatwiej jest bowiem biednemu rzucić pieniądze, pojechać i poeksperymentować na nim medycznie, i czerpać z tego samosatysfakcję, trudniej jest, albo jest to wręcz niebezpieczne dla białego, podzielić się z czarnym swoim mieszkaniem, stanowiskiem, własnością, wpływając tym samym na jego wyższą świadomość, którą wcześniej nadszarpnął przez lata kolonializmu.
Polecam ten film i radzę wytrzymać do końca. I nie uważać Martensa za idiotę!

czwartek, 31 grudnia 2009

Eden jest na Zachodzie - reż. Costa-Gavras

Film wpisuje się ulubioną przez większość widzów konwencję kina drogi. Opowiada o losach Eliasa - być może Turka, Algierczyka, Marokańczyka (nie jest to uściślone), ktory w poszukiwaniu raju wybrał się, za ciężkie pieniądze  zapłacone przemytnikom współczesnych niewolników, w podróż przez Morze Śródziemne do Francji. Niestety, jak to najczęściej bywa, wskutek łotrostwa wspomnianych przewożników, nie obywa się bez dramatycznych przygód. Pomijając warunki transportu, które śmiało można by nazwać bydlęcymi, przemytnicy, aby pozbyć się kłopotliwego bagażu, zabierają wszystkim wszelkie dokumenty, zdjęcia, czyli to, co mogłoby służyć do identyfikacji przewożonych nielegalnie osób, i opuszczają chyłkiem łódź, zostawiając wszystkich na pastwę losu, a raczej na pastwę niechybnej i szybkiej deportacji.  Prawdopodobnie wcześniej dali cynk odpowiednim służbom, o nadpływajacym ładunku. Ale Elias to stosunkowo bystry chłopak, zauważa co się święci i, aby nie dostać się w ręce zbliżającego się nabrzeżnego francuskiego patrolu policji, ratuje się ucieczką, skacze do wody. I tak zamiast w Paryżu, który obrał sobie za cel podróży, ląduje na francuskiej Riwierze, wprost na plaży eksluzywnego klubu dla bogaczy o nazwie „Eden”. Odtąd jesteśmy świadkami dalszej części jego wędrówki, już na własną rękę, ku ziemi obiecanej, jaką jawi mu się tylko i wyłącznie stolica Francji.

Na szczęście, Elias jest przystojnym młodym mężczyzną (można sprawdzić - wystarczy tylko wyklikać "Riccardo Scamarcio", odtwórcę głównej roli), podoba się kobietom (a nawet mężczyznom, o ile trafi na geja), bywa, że spotyka się z ich strony z sympatią i pomocą. Czasem jest to kłopotliwe, ale umożliwia mu podróż, co nie jest łatwe, zważywszy, że chłopak stracił wszystko, ubranie, pieniądze, dokumenty.  Niestety, przyjemna aparycja to jednak za mało, by można było liczyć na bardziej konkretną pomoc, w postaci zatrudnienia, mieszkania etc.

Film stanowi świetny przegląd rozmaitych sylwetek, postaw ludzkich, ich stosunek do obcego, a w konsekwencji w ogóle do człowieka. Daje się zauważyć, że kobiety jednak wykazują się bardziej humanitarnym podejściem, a może po prostu próbują w tej grze ugrać także coś dla siebie? Odrobinę ciepła, oparcia o męskie ramię, jakieś wspomnienia dawnych uczuć? Mężczyźni raczej nie patyczkują się z bezbronnym, wydanym na ich łaskę lub niełaskę imigrantem – oszukują go na wszystkie sposoby,  wykorzystują bez skrupułów jego naiwność, brak obycia, nieznajomość języka, okradają go z czego tylko się da, czyli z ostatnich groszy, ze zdobycznego ubrania itp.,   wyśmiewają,  zabawiają się jego kosztem, szczują, angażują do niewolniczej pracy. Oczywiście, są pojedyncze wyjątki, należy do nich tylko wspomniany gej (po wcześniejszym wykorzystaniu seksualnym Eliasa przymyka oko na jego cichą rejteradę z klubu Eden) i...  obcokrajowiec, Niemiec - kierowca tira. Czyli mamy niezłą krytykę współczesnego francuskiego społeczeństwa, choć trzeba przyznać, że Costa-Gavras nie ukazuje zdecydowanie żadnych aktów nienawiści. Raczej brak zrozumienia i empatii, obojętność, chłód,  zainteresowanie tylko wtedy, jeśli można takiego imigranta wykorzystać, czy to w obozie pracy, czy po prostu okradając niecnie.

Smutne wnioski ... chlubimy się rozwojem naszych (naszych, bo rzecz tyczy nie tylko Zachodniej - i to w tym filmie też jest zaznaczone) cywilizacji, najnowszymi technologiami pomocnymi do wytwarzania niezmierzonych i często zupełnie niepotrzebnych dóbr materialnych, lecz duchowo nadal stoimy w miejscu  -  czcząc od tysiącleci niezmiennie i namiętnie swoich bogów,  godność ludzką ciągle mamy za nic.

niedziela, 6 grudnia 2009

"Dom zły" - reż. W. Smarzowski

Co to się nie nadziało przed premierą „Domu złego”, /you/tuby rozgrzane do czerwoności, branżowa prasa zapowiadała, że oto objawi nam się polski Tarantino,  a na dodatek jeszcze w zimowych i groteskowych klimatach coenowskiego „Fargo”....  Na forach filmowych huczało jak w ulu, w końcu reżyser Smarzowski zasłynął kilka lat temu swym „Weselem”, które na podobieństwo „Wesela” Wyspiańskiego, chciało rozprawić się z polskim społeczeństwem III RP, biorąc je pod lupę/kamerę, niestety, nie uwzględniając, o ile pamiętam, zbyt szerokiego wachlarza ( tak jak młodopolski mistrz dramatu), grup społecznych. Skupił się głównie na nowobogackich pochodzenia chłopskiego. I na to wygląda, że to środowisko jest Wojtkowi S. ciągle bardzo bliskie sercu, a może po prostu, tak ma już opanowaną jego „stylistykę” (ogólnie rzecz ujmując), że nie warto, nie ma ochoty, nie chce mu się,  brać i rozpracowywać inne warstwy naszego kochanego narodu. Zmienił natomiast ewidentnie czas akcji. Zaglądamy mianowicie na polską wieś, dokładnie na jej mały fragment, bo tylko do jednej chałupy, patrzymy jak też mogło wyglądać życie bohaterów „Wesela” ponad 20 lat wcześniej, zanim zdążyli dorobić się wielkich pieniędzy w wolnej Polsce, jeśliby oczywiście czasów III RP dożyli, nie zapiwszy się wcześniej na umór.

Mamy nawet tego samego aktora, kreującego rolę ojca i męża czyli pana domu,  jedną z głównych w obu filmach, jest nim oczywiście Marian Dziędziel, w „Domu złym” zwany Dziabasem. Dziabas ma drugą żonę, pierwsza po urodzeniu syna Janusza, przeniosła się od razu na drugi świat. Druga żona, czyli moja ukochana polska aktorka Kinga Preis, jest znacznie młodsza od starego Dziabasa, co oczywiście przysparza tylko rodzinie kłopotów - kobieta, jak mawia Dziabas, wzięta prosto zza barowego kontuaru,  garnie się do ludzi, szczególnie rodzaju męskiego. Małżeństwo mieszka sobie w domku na uboczu, samotnie, bo Januszek, to właściwie ciągle w tango chodzi. Pewnego wieczora do dziabasowego obejścia przybywa przypadkowy gość – zootechnik, który w miejscowym PGRze, ma zastąpić tego, któremu się parę miesięcy wcześniej tragicznie zmarło. Jak to mówią gościnni Polacy „gość w dom – Bóg w dom”, Dziabasowie nie szczędzą przybyszowi napitku ani jadła. Ani pościeli. Od słowa do słowa, od kieliszka do kieliszka, a po chwili mężczyźni prawie szlochają z miłości do siebie, zdradzając sobie nawzajem wszystkie tajemnice, łącznie z zawartością skarpet. Robi się bardzo serdecznie i miło, ale widz swym siódmym zmysłem wyczuwa, że także bardzo niebezpiecznie. I to jest jedna warstwa filmu, ta przeszła, czyli lata późnosiedemdziesiąte ubiegłego wieku. Przeplata się ona z rokiem stanu wojennego 1982, kiedy to  właśnie tenże Środoń (naprawdę znakomity Arkadiusz Jakubik), przybyły kilka lat wcześniej w gościnne progi podkrośnieńskiej wsi, celem ułożenia sobie nowego życia (po nagłym zgonie żony), bierze udział w śledztwie, jako główny podejrzany, w jakimś dziwnym, groźnym wydarzeniu, pewnie morderstwie. Co się dalej wydarzyło tamtego pamiętnego, jakże dobrze zapowiadającego się, wieczora, dowiadujemy się na bieżąco, wracając co rusz do czasu mocno zakropionej bimbrem, makabrycznej kolacji. No i cóż, znowu wychodzi jak zawsze, wszystkiemu winien jest seks i kasa,  kto się nie oprze ich pożądaniu, marnie kończy. Od tego się, zresztą cały ten ambaras zaczął. Dlaczego Środoń wpadł w tarapaty? Ano, dlatego, że nieładnie podglądał ochlapującą się w misce, roznegliżowaną do połowy, panią Dziabasową, czego nie mógł znieść ich piesek i dziabnął w nogę, w imieniu swego pana, miejskiego intruza.

No i tyle z grubsza. Dość prosta fabuła, ciemna zimowa noc, głucha polska wieś, położona na najdalszych i najdzikszych kresach Polski (Bieszczady za takie uchodzą),  samotny wędrowiec, ciemni ludzie, jakieś kreatury, a może bardziej karykatury? Polski upadły ćwierć inteligent Środoń,  a obok niego także samo upadły półinteligent prokurator, polska milicja, polskie kobiety – nierozgarnięta milicjantka, zepsuta Dziabasowa, przedstawicielstwo chłopstwa oczywiścia wypada najgorzej – ubabrany pijany Dziabas, wiejska bezzębna baba w kraciastej chuście rozdająca na prawo i lewo bimber;  jej syn - wiejski głupek reprezentujący wraz z Januszkiem Dziabasem, kwiat narodu, czyli młodzież, również nie wypadają najlepiej.  Jeśli do tego towarzystwa dołaczyć księdza geja, i dobrego milicjanta Mroza (brawa za choć jedno złamanie schematu!) i jeśli dodać, że wszyscy uwikłani są mniej lub bardziej w jakieś miejscowe machloje, no to mamy socjalistyczną Polskę w całej krasie. Biedny naród, który musi pić i kraść, łajdaczyć się, by przeżyć, albo uzbierać na Poloneza. :)

Oczywiście, można by się w tym filmie, jak w każdym doszukać uniwersum o ludzkiej naturze, w której zawsze drzemie zło i tylko czeka na okazję by mogło wynurzyc się na powierzchnię. Życzliwi filmowi mogą się doszukać powiązań państwa Dziabasów z szekspirowskim Makbetem i panią Makbet. Owszem, w każdym filmie, jeśli się dobrze poszpera, można znaleźć odniesienia do Biblii /ulubiona czynność pana K. Kłopotowskiego :)/, czy  bohaterów Szekspira, który w swych dziełach przerobił chyba wszystkie psychologiczne pobudki ludzkich zachowań. Ja, niestety, podczas seansu, siedziałam tylko na tej polskiej wsi, patrząc na biednych ludzi, z lekka ograniczonych umysłowo, których myślenie nie wykracza dalej  poza ich zagrodę, którą marzyli by upiększyć nowym Polonezem. Za skradzione Środoniowi pieniądze. To nie byli ludzie źli, to byli ludzie biedni materialnie i umysłowo, którzy na ścieżkę zbrodni weszli przypadkowo, kierowani instynktem,  jak zwierzęta, walczące o lepszy byt.  Postaci zaludniające „Dom zły” nie należą do skomplikowanych psychologicznie – oni pragną tylko dobrze zjeść, napić się i „podupczyć”, jak mawia pięknie inżynier Środoń, a do tego potrzebne są pieniądze, i tyle. Tam nie ma żadnych skomplikowanych intryg, wyrafinowanych procesów myślowych, żądzy władzy, jest tylko zwierzęce zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych.

Prawdziwe ludzkie zło, rozlewa się w filmie Bałabanowa, „Ładunek 200”. Zło uprawiane dla samej przyjemności jego czynienia, dla upajania się władzą nad pojedynczym ludzkim życiem, dla bezgranicznego upodlenia drugiego człowieka, chciałoby się powiedzieć zło nieludzkie, ale przecież tylko czlowiek potrafi stworzyć drugiej żywej istocie prawdziwe piekło.

Wracając do filmu. Największym jego atutem, moim zdaniem, jest aktorstwo. Tylko najlepsi potrafili, z tych tak schematycznych, ale jednocześnie charakterystycznych dla ówczesnej Polski,  postaci wydobyć błysk ocieplający ich osobowość. To Marian Dziędziel, Kinga Preis, Arkadiusz Jakubik sprawili, że odebrałam ich Dziabasów, Środonia jako ludzi niezepsutych, złych, do szpiku kości, lecz ludzi zagubionych w ówczesnym świecie, nie ze swej winy także. Miejsce urodzenia, zamieszkania, również warunkuje człowieka, oni nie mieli wpływu, sił, możliwości intelektualnych, by wyrwać się z bagna, w którym przyszło im taplać  się dzień w dzień. Jedyna szalona próba, jaką podjęli, zakończyła się fiaskiem.

I jeszcze jedno.  Mam żelazną zasadę – nie czytam recenzji przed zobaczeniem filmu. Niestety, podpuszczona przez „tłuszczę”, prasę i w ogóle ogłuszona wielkim szumem wokół filmu, skusiłam sie na przeczytanie jednego zdania z recenzji krytyka (za którym nawiasem mówiąc nie przepadam, jak się okazało – całkiem słusznie), Krzysztofa Wróblewskiego, zamieszczonej w „Polityce”, ktory podsumował swe wrażenia zdaniem, że „Dom zły” jest najlepszym antidotum na nostalgię za socjalizmem. No i masz, nastawiłam się odpowiednio, nastroszyłam, bo nie znoszę polityki negacji, potępiania wszystkeigo co było w czambuł, burzenia pomników, ogłaszania wszystkich agentami, w ogóle tej całej podniety tym co było ze stratą na rzecz myślenia o tym co jest, albo może być w przyszłości, i w następstwie -  braku umiejętności wyciągania wniosków z błędów popełnionych w historii, czego Polacy od setek lat nie mogą sie nauczyć, popadając ciągle w uzależnienia, także polityczne.

Jak się okazało, „Dom zły”, faktycznie przedstawia w złym świetle nasz polski Dom. Taki on był, z takiego domu ogólnie biorąc, pochodzimy.  Co gorsza, nie otrzymujemy nadziei, że będzie lepiej (końcowa scena chaotycznych ruchów, w jakie popadają bohaterzy filmu). Domownicy zaludniający go nie należą do kwiatu ludzkości, ale przecież miernota stanowią większość całego globu ziemskiego. Brakło mi mimo wszystko, dla zrównoważenia, choć jednej pozytywnej postaci.  To znaczy ona się pojawiła, okazał się nią po części,  porucznik Mróz, o dziwo porucznik Milicji Obywatelskiej, organu znienawidzonego przez socjalistyczną społeczność.   Niestety, i on poległ na placu boju w samczej walce o pierwszeństwo do obcowania z wybranką, pokonany przez rywala. Można oczywiście, jeśli nie zasugerowało sie wcześniej słowami pana Wróblewskiego, dopowiedzieć sobie, że ludzie zawsze i wszędzie jednakowi, zawsze wystawieni na pokusy złych żądz, także w III RP, lecz żadnego sygnału w tym względzie od tworców filmu nie otrzymujemy.

Mój stosunek do filmu? Przyznam szczerze, że na początku, tuż po seansie w kinie, nie był najlepszy. Film mnie nużył. Lubię filmy grozy, ale takiej prawdziwej, nieznanej, tajemniczej. Grozy przedstawionej w filmie – brudu, smrodu i ubostwa polskiej wsi, naoglądałam się już po dziurki w nosie. Akcja filmu nie zaskoczyła mnie ani trochę. Wiadomo było, że jeśli dom na uboczu,  zamieszkany przez zapijaczone kreatury odwiedza nieznany przybysz, na dodatek wędrujący wraz z całym swoim majątkiem, musi sie coś wydarzyć. Pytanie tylko było, kto kogo najpierw weźmie pod nóż.  Postaci wydawały mi się skrojone na jedną miarę, mają być pijane i przygłupie, tak, żeby było i śmieszno i straszno zarazem, jak w ruskim filmie. Po głębszym zastanowieniu i dyskusjach zdanie nieco zmieniłam i tak, jak już wspomniałam wyżej, doceniłam sztukę aktorską, jaką zaprezentował w filmie cały zespół artystów, z naciskiem na trzy nazwiska, ktore już wymieniłam. Jednak, dla mnie liczy się moje pierwsze wrażenie, które mnie na ogół nie zawodzi, i które sobie bardzo cenię. Jak na film  o socjalistycznej Polsce i ludzi uwikłanych w system (te drobne poniżej ludzkiej godności machloje, one nie były tu bez powodu ukazane), w pijaństwo, jest filmem za ubogim, za jednostronnym, za płaskim. Jak na film, mający szersze ambicje (o co posądzają go niektórzy widzowie), biorący sobie za zadanie, ukazanie natury człowieka w ogóle, nie tylko Polaka, jest ubogi jeszcze bardziej.

Niemniej, uważam „Dom zły” za wart uwagi, tego typu makabreski, co prawda w łagodnym wydaniu, ale zawsze, chyba żeśmy w III RP jeszcze nie mieli. Teraz pozostaje nam tylko czekać, na następną, osadzoną tym razem czasem akcji w Polsce współczesnej, katolickiej, rozmodlonej,  z krzyżami na każdej niemal  publicznej ścianie. Można by się śmiało zainspirować historią znaną z gazet i TV, sprawą porwania i śmierci K. Olewnika i pokazać szerszy wachlarz ludzi uwikłanych w zło – od polityków począwszy, poprzez biznesmenów, na prostaczkach wykonujących najbrudniejszą robotę kończąc. Być może, kolejny raz okazało by się, że fabule filmowej trudno prześcignąć życie. :(