poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Kret - reż. Rafael Lewandowski

W pierwszych słowach mojej recenzji chciałabym ostro zaprotestować i zaapelować: skończcie drodzy Polacy filmowcy z produkowaniem filmów otematyce lustracyjnej. Skończcie z obsadzaniam w roli grzebiących w przeszłości byłych współpracowników z SB  Borysa Szyca! Ludzieeee! Więcej fantazji w pisaniu scenariuszy  i więcej pomysłowości w zakresie obsady. Mamy tyle pięknych i ciekawych tematów, leżących wręcz na ulicy, w sensie dosłownym (bezdomni, żebrzący Rumuni, pobici geje, zgubione pieniądze, zwiędły kwiatek na mrozie, po który sięga kobieta w latach przejściowych - sama widziałam! ... itd.) i przenośnie leżących – na przykład powodzie,dręczące ostatnio nasz kraj. A wy ciągle tylko lustracja, lustracja. Temat wyobracany i wykorzystany  już na wszystkie strony. No chybaaaa, że ktoś odważy na film o jakimś prominentnym duchownym, skuszonym przez diabła.  Protestując i złorzecząc w duchu na monotematyczność kina polskiego, jednak wybrałam się na „Kreta”. Bo akurat miałam chwilę czasu, bo liczyłam na cud, bo lubię, jeszcze,  Borysa Szyca,  bo ciekawią mnie nowe nazwiska naplakatach, w tym przypadku - Rafael Lewandowski. „Kret”, jak się dowiedziałam, to debiut fabularny tego pana. Do tej pory nakręcił kilka dokumentów. Mając w pamięci niedawny wspaniały debiut innego dokumentalisty Borysa Lankosza i jego „Rewers”, miałam nadzieję, że ten będzie równie udany. Niestety. „Kret” co prawda nie jest beznadziejny, ale nie porywa, nie olśniewa, nie budzi większych emocji, a także nie odkrywa Ameryki w temacie lustracji. Mnie już nie podnieca już kolejne biadolenie nad jej brakiem tuż po roku 1989. Wiadomo, przecież, nie od dziś, że Polak mądry po szkodzie, a i to rzadko.  Już dawno przestało być sensacją, że czym bardziej znana i ceniona postać życia publicznego, tym większe prawdopodobieństwo, że był „umaczany”.  Nie grzeszyli z SB najczęściej ci, którzy za czasów komuny żyli jak mysz pod miotłą, nic ciekawego nie robili, nigdzie nie jeździli, nie działali, nie tworzyli, a chodzili grzecznie do pracy i zarabiali zgodnie z regułą:  „czy się stoiczy się leży 1000 zł się należy” na skromne i spokojne życie. Oczywiście były sławne wyjątki „nieumaczania”, jak choćby Piotr Fronczewski, który niczego nie podpisał, gdy go milicja złapała na jakims złym uczynku, ale być może wcale im na nim aż tak nie zależało.  W „Krecie” podobało mi się jedno - w końcu pokazano  jasno metody naboru do służb:  straszenie, szantaże, groźby zemsty na najbliższych. Trzeba było być człowiekiem ze stali, żeby się nie ugiąć. Zresztą w filmie pada kilka razy wyraźne „Ty też takim mogłeś być”. Jednym słowem, ukazano ludzką twarz człowieka sprzedanego SB i, co najważniejsze -  nieludzką tych, którzy nękali. Tu świetna kreacja Wojciecha Pszoniaka, jako Garbarka,  etatowego esbeka, który momentami przybierał znamiona demona. Trochę może przerysowano tę postać, ale przecież "oni" takim, szatanem, jawili się tym, których gnębili. Jasne, winni są i ci i ci, ale ich winy nie są równoważne, świat nie składa się tylko z czarnych i białych charakterów czy  barw w ogóle, tak jak to niektórym wygodnie jest głosić. Świat zwyczajnych ludzi, takich jak rodzina Kowalów z filmu, nie jest nawet kolorowy, jest przede wszystkim bury i szary. Do zalet filmu zaliczam więc to, że w finale, choć wygląda to na ekranie bardzo  naiwnie (co z kolei jest wielka wadą filmu) karę ponoszą ci, którzy na nią szczególnie zasłużyli.

Podsumowując, warto czy nie warto zobaczyć? Jeśli ktoś jeszcze nie czuje się zaspokojony w temacie lustracji, niech popatrzy, może trochę ochłonie. Jeśli ktoś chodzi do kina „na aktorów” – warto iść przede wszystkim na Mariana Dziędziela – jest genialny jako sterany życiem mężczyzna w średnim wieku, kochający mąż i ojciec, rozpaczliwie broniący dobrego imienia, swego i Solidarności oraz na Wojciecha Pszoniaka, czyli tego, który na tym jego marnym losie korzysta. Warto odnotować także małą rólkę Jerzego Janeczka, słynnego Witii Pawlaka z trylogii „Samych swoich”. To miłe zobaczyć kogoś znajomego na ekranie po wielu latach. Co do Borysa Szyca, który w znacznym stopniu zdopingował mnie do pójścia do kina na „Kreta”, mam mieszane uczucia. Nie poraził mnie swą kreacją, zagrał poprawnie, ale chwilami miałam takie odczucie, jakby nie do końca był pewny tego co robi, jakby go coś uwierało, jakby się źle czuł w skórze swej postaci, albo nie był przekonany do scenariusza. Scenariusza, który uważam, miał duże wady, np. sporo było waty w dialogach, szczególnie tych, prowadzonych na łonie rodziny młodego Kowala (Szyc właśnie). Te scenki rodzinne z nim, jego żoną Ewą i synkiem Tomkiem były mocno drętwe i o niczym. Głównie skupiono się na karmieniu dzieciaka jogurtem. Można to było dopracować, albo w ogóle z tych martwych scen zrezygnować, bo podczas nich wkradała się nuda i zwyczajnie człowiek czuł, że jest w kinie i miewał poczucie marnowania czasu na oczywiste oczywistosci.  I znowu powtarza się kolejny grzech, tak jak w przypadku „Erratum”, gdy dokumentalista bawi się w „Zosię samosię” przy kręceniu fabuły, porywa się i na reżyserię i na scenariusz. Może trzeba było wziąć przykład z Borysa Lankosza i jego „Rewersu”.

Na zakończenie, warto wspomnieć jeszcze o ciekawym wątku w filmie, a mianowicie ukazanie środowiska polonijnego we Francji. Bardzo dobra sekwencja,  poprowadzona brawurowo przez Sławomira Orzechowskiego, jako lidera polonusów w departamencie Nord – Pas – de - Calais (jedno z większych skupisk Polaków we Francji – tam też zadomowiła się kiedyś rodzina I sekretarza PZPR Edwarda Gierka, stamtąd prawdopodobnie pochodzi także sam reżyser filmu, pół Francuz pól Polak). Trochę smutno było patrzeć, że oni, Polacy, kochają się tam i są radośni na tej obczyźnie bardziej niż my w ojczyźnie, ale jednocześnie cieszyło, że rodzina Kowalów, ojciec i syn, mimo problemów, mimo dźwigania wielkich moralnych bagaży, przekazywanych z ojca na syna,  jednak nie zrezygnowała z życia w kraju. Chociaż... kto wie, czy z czasem nie zmienią zdania?  A dlaczego, dowiedzą się ci miłośnicy polskiego kina pod wezwaniem „mimo wszystko”, którzy wybiorą się na „Kreta”.

sobota, 13 sierpnia 2011

Wiano - reż. Jan Łomnicki

Bardzo głęboki PRL. Czas akcji - lata 60-te ub. wieku. Miejsce - wieś gdzieś. Taka prawdziwa, jakiej teraz nie uświadczysz – bite drogi, wozy konne, baby w chustkach na głowach, marszczone kwieciste spódnice, procesje z obrazem świętej Panienki od domu do domu, czasem nawet, jeśli ktoś mocno zgrzeszył - na kolanach, a w soboty potańcówki w wiejskiej izbie klubem szumnie zwanym. Jedynym zwiastunem „nowego”na wsi, jaskółką, która przyfrunęła z miasta, jest Edek (wspaniały Tadeusz Łomnicki, brat reżysera filmu), nauczyciel, nasłany przez PZPR, co okaże się być mu kłodą rzuconą pod nogi w niedalekiej przyszłości, gdy przyjdzie mu zdawać egzamin z lojalności wobec partyjnego statutu. Ale najpierw Edek nieźle zamiesza, uwodząc dziewczynę miejscowego supermana – Staszka (wspaniały, do złudzenia przypominający Marlona Brando – Roman Wilhelmi), odsiadującego karę w więzieniu za potrącenie człowieka. Czas kary się kończy i Staszek, wracając na wieś, liczy na czas nagrody. A tu masz babo placek – jego Ula (urocza i subtelna jak zawsze Marta Lipińska) prowadza się po wsi z miastowym nauczycielem, takim co to się jeszcze po drogach skuterem nowiutkim obwozi, terkotem i tumanami kurzu drażniąc zazdrosnych. Ale, żeby tylko to jedno nieszczęście na Staszka spadło! W domu rodzinnym też mu się nie najlepiej wiedzie. Całe gospodarstwo zostało przepisane na brata, u którego teraz Staszek za parobka musi robić, śpiąc kątem w stodole, obok ojca. Któregoś dnia, droga Stacha splata się z drogą, którą, wlokąc jedną nogą, idzie Bronka . Gra ją Zofia Kucówna (kiedyś żona Adama Hanuszkiewicza), nie mająca na filmwebie żadnej, choćby najkrótszej notki biograficznej, nie wspominając o zdjęciu (jak tak można!?), ale to tylko tak nawiasem. Bronka jest półsierotą, mieszkającą z kochającym ją ponad życie ojcem. Od słowa do słowa i Staszek zawraca w głowie ułomnej na ciele Bronce. To bardzo wartościowa dziewczyna, wrażliwa, mająca tę samą potrzebę miłości i zaspokojenia pożądania, jak wszyscy inni w jej wieku. Niestety, jak do tej pory bez szans spełnienia. Bronka to wiejskie popychadło i pośmiewisko, nie mogła nie ulec urokowi przystojnego Staszka, tym bardziej, że dziewczynie niczego oprócz zdrowia w nodze nie brakowało. A tak się wcześniej broniła przed ślepą namiętnością, rojąc sobie, tak naiwnie, po kobiecemu, że to przed nią powinni do szaleństwa zakochani mężczyźni klękać. Ale największą pokusą dla Staszka były jednak morgi Bronki, co to je jej tata wcześniej na spółdzielnie przepisał. Staszek poczuł szansę, by odegrać się na całej wsi i zostać gospodarzem, co prawda tylko trzech mórg, ale zawsze. Zanosiło się więc na raj na ziemi: Bronka, wiejska pokraka miałaby za męża najprzystojniejszego chłopaka we wsi, on – czyli Staszek byłby wreszcie panem na swych morgach, Ulka jego ukochana, najpiekniejsza dziewczyna we wsi (co nie znaczy, że najgłupsza, o nie, w ten stereotyp autor scenariusza Jerzy Pomianowski na szczęście nie poszedł) miałaby również to co czego była godna – męża nauczyciela, jego mieszkanko przy szkole i skuter, no i oczywiście, co najważniejsze – miłość Edka, o której była przekonana do pewnego momentu…. Niestety, jak się okazało wszystkich poróżnił Bóg, Partia i obraz świętej Panienki, kiedy to miłość Edka do Ulki została wystawiona na ciężką próbę.

I na tym skończę moje wprowadzenie w fabułę, może jednak ktoś zaciekawiony, zarówno czasem i miejscem akcji (choć wątpię, żeby znalazło się wielu chętnych do poznawania okresu prawdziwej komuny na wsi, gdzie rzadko sięgały służby SB, i gdzie nie można zaczepić tak ostatnio ukochanego przez filmowców tematu lustracyjnego), a może zachęcony nazwiskiem reżysera (tak jak ja) – Jana Łomnickiego (ukochany polski serial „Dom”), albo tą wspaniałą obsadą aktorką , sięgnie kiedyś po film? Moim zdaniem warto. Ja z wielką przyjemnością, z rozrzewnieniem wręcz popatrzyłam na wieś, którą znam z dzieciństwa, wieś rozmodloną, przepełnioną skrajnymi prostymi namiętnościami, gdzie nie ma owijania niczego w bawełnę, gdzie jak mówi, groźnie marszcząc brwi, jedna z czołowych gospodyń: „Boga można się nie bać, ale żeby nie bać się sąsiadów!??”. Wielkim atutem filmu jest aktorstwo, reżyser zadbał by zagrały u niego największe tuzy polskiego ekranu, i żeby było ciekawiej, czym szacowniejsze nazwiska tym mniejsze epizody grają: Kazimierz Opaliński (dziadek Staszka), Zbigniew Zapasiewicz jako ksiądz. I tu, przy okazji księdza, dobrze jest zaznaczyć na plus dla filmu, że scenarzysta również zadbał, żeby nie było stereotypu jak na czasy komuny, ksiądz jest tu najświatlejszą postacią, niestety, jest bezsilny wobec mentalności ludu. Warto tu przy okazji nadmienić, że film bardzo dobrze ukazuje niełatwe moralne dylematy zwyczajnych ludzi PRL-u, którzy żyją między młotem i kowadłem, z jednej strony tradycja, religia i obrzędy, cała ta duchowa otoczka, a z drugiej partia, z którą łatwiej wyżyć i przeżyć.

„Wiano” ogląda się bez cienia nudy, wręcz przeciwnie, czuje się to zwierzęce buzowanie hormonów, które determinują zachowania ludzkie, które czasem trudno trzymać na wodzy, bo Bóg, sąsiedzi, partia. Ale warto pamiętać o najważniejszym , hormony hormonami, Bóg Bogiem, sąsiad sąsiadem, partia partią, ale najważniejsze, by nie zapominać o godności drugiego człowieka.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Karen płacze w autobusie - reż. Gabriel Rojas Vera

Dlaczego taka duża Karen płacze w autobusie? Może jest chora? Właśnie dowiedziała się o śmierci kogoś bliskiego? A może rozstała się na zawsze z kochankiem? A może mąż ją pobił? Może się czegoś boi? Może czegoś żałuje? Może, może, może… ileż pytań bez odpowiedzi ciśnie się na usta, gdy widzimy kogoś pochlipującego w środku transportu publicznego. Jeśli ktoś nie może się opanować i daje upust swoim emocjom nie bacząc na miejsce, otoczenie, sprawa może być poważna...  Przejechawszy kilka przystanków, Karen wysiada. Jest już późny wieczór, ulice miasta, daleko poza centrum, są puste. Karen łomocze do drzwi zaniedbanej kamienicy, prosi o pokój. Z głębi domu odzywa się głos gospodyni, że takim nie dysponuje. Karen obiecuje, że zapłaci za trzy miesiące z góry. Zostaje zakwaterowana. Domyslamy się, że bohaterka filmu nie jest biedna (na co wskazuje także duże obrzydzenie do brudu i karaluchów), ale może być nieszczęśliwa.  I nie mylimy się, o czym przekonujemy się nazajutrz, gdy telefonuje ona do swojej matki, z prośbą o pomoc.  Lecz nie znajduje Karen zrozumienia u rodzicielki. Wręcz przeciwnie,  namawia ją ona do powrotu do domu, do męża, albo choćby na spotkanie z nim.  Znamy, więc już powód łez Karen.  Tylko nie wiemy jeszcz, czy są to łzy szczęścia, czy radości. Karen godzi się na spotkanie z mężem, dzięki temu mamy okazję przekonać się, że jest on dobrze ubranym, przystojnym i  kulturalnym mężczyzną w średnim wieku, przyzwoicie sytuowanym, mogącym sobie pozwolić na utrzymanie domu i żony. Oczywiście, mąż namawia grzecznie żonę do powrotu, ale  Karen nie ma już ochoty służyć jako szatniarka, pomoc kuchenna, pokojówka oraz pani do towarzystwa w jednym.  Ma ochotę sama zarobić na swoje utrzymanie, żyć na własny rachunek. Podjęła to ryzyko, mimo nie pierwszej młodości, średniej urody i takiejż figury, zaczynając "od zera", ale za to z kilkoma tysiącami pesos w portfelu. Niestety, o pracę dla takiej kobiety, jak ona nie jest łatwo, a torebkę z pieniędzmi ukradziono. Na szczęście za pokój zapłaciła z góry. Aby przeżyć zaczyna żebrać. To znaczy prosić na przystankach autobusowych o parę drobnych monet na przejazd. Ludzie są współczujący i litościwi, dzięki temu Karen egzystuje, cierpliwie szukając pracy. Jej upór zostaje nagrodzony. Karen znajduje jakąś marną pracę, ale i nowych znajomych, i to z całkiem przyzwoitych kręgów, zarówno mężczyzn jak  i kobiety, które śmiało zadają Karen pytanie „czym się zajmujesz”? A ona ciągle jeszcze odpowiada z zakłopotaniem, jak do tej pory: „czytaniem książek”, np. Ibsena. Trudno przecież chwalić sie pracą rozdawacza ulotek. Dzięki znajomej z wynajmowanego obok pokoju, Patricii, osóbki nader wyzwolonej, zaprzyjaźnia się z miejscowym dramatopisarzem, zaczyna bywać, w teatrze, na bankietach, zostaje jego kochanką, dostaje od niego propozycję wyjazdu do Argentyny (sztuki przyjaciela zyskują rozgłos w krajach ościennych) zwieńczoną prośbą o podanie marynarki. Czy Karen ją poda, czy nadal będzie jeździła autobusem, i czy będzie jeszcze w nim płakać? Zobaczcie debiut fabularny kolumbijskiego, 34-letniego reżysera Gabriela Rojas Vera. Film nie poraża tempem akcji, bo i w życiu Karen, która postanowiła być „kimś”, nic specjalnego się nie dzieje, ale cały czas utrzymuje stały poziom zainteresowania zmaganiem Karen z codziennością, jakże różniącą się od tej, którą wiodła u boku męża, i... oczekiwaniem na odpowiedź na pytanie, czy Karen będzie teraz szczęśliwa?  

środa, 27 lipca 2011

"80 dni" czyli starsze panie są fajne! - reż. Jon Garaño, José María Goenaga

Film niezwykły pod wieloma względami – 80 dni z życia dwóch kobiet, mało tego – 70letnich! Wyobraźcie sobie te zmarszczki, tę niełabędzią szyję, tę niedoskonałą figurę, a w dodatku panie mają skłonności lesbijskie – tego jeszcze nie było! Axun i Maite pochodzą z tej samej, niedużej miejscowości w Hiszpanii. Przyjaźniły się jako nastolatki. Po szkole każda z nich poszła w swoją stronę. Axun wyszła za mąż, osiadła na wsi. Maite skończyła konserwatorium muzyczne, wykłada w wyższej szkole, daje koncertyi wybiera się na emeryturę. Żyje samotnie, jest lesbijką. Po ponad 50 latach, przypadek sprawia, że obie panie spotykają się w szpitalu u wezgłowia leżących w śpiączce krewnych. Axun odwiedza zięcia, który miał ciężki wypadek drogowy, a Maite pielęgnuje brata po wylewie. Ich przyjaźń zaczyna pomału odżywać. Maite jest kobietą światową, otwartą, szczerą, nie kryje swoich uczuć, choć nie ładuje się nikomu do życia z butami – jest bardzo subtelna, taktowna, nienachalna. Axun natomiast to kobieta wycofana, czasem nawet zacofana, nieśmiała, zakompleksiona. Co prawda, pamięta pocałunek jaki dawno temu złożyła na jej ustach Maite, ale ze strachem przywołuje go w pamięci – czuje się nieswojo z myślą, że może za nim tęsknić. Maite wyznaje przyjacielowi, że kiedyś podkochiwała się w Axun, ale taktownie nie wspomina o tym swej przyjaciółce, nie chce jej spłoszyć. Wie, że jednym niewłaściwym gestem może popsuć ich przyjaźń. Ale i Axun odkrywa, że w obecności Maite czuje się wspaniale, jest sobą, śmieje się, promienieje, jest zupełnie inna niż w swym domu, w towarzystwie męża, z którym praktycznie nie rozmawia, spożywając tylko wspólnie posiłki – to one są ich największą namiętnością. Częstotliwość spotkań kobiet, jak również ich intensywność, nabiera tempa. Niestety, dla nobliwego małżonka oczekującego grzecznie co wieczór na przybycie żony z miasta, przychodzi czas próby – zaczyna podejrzewać swą połowicę o zdradę. Oczywiście z mężczyzną. Jak potoczą się losy przyjaciółek, czy miłość okaże się najważniejsza, czy zwycięży rutyna życia i strach przed kompromitacją? Powiem tylko jedno, wiele ludzie tracą, gdy decydują się żyć w ramach narzuconych im przez społeczeństwo, gdy wypychają z życia miłość, która grozi rozsadzeniem tych ram. Niestety, bardzo często wybiera się święty spokój, stabilizację, tym bardziej, gdy ma się 70 lat, a szkoda, chciałoby się powiedzieć. Starość ciała rzadko przecież idzie w parze ze starością duszy, serca, umysłu. Choć czasem stan duszy, niestety bywa, że niewydolne fizycznie ciało warunkuje. Ludzie przekorni, ktorzy macie dość zalewającej nas plastikowej młodości, oglądajcie ten film! Wreszcie możecie popatrzeć na stare kobiety, na ich roziskrzone oczy, uśmiechnięte od ucha do ucha usta, na ciała, które pragną dotyku... erotycznego. Jest rewelacyjny, nie tylko ze względu na to, że ukazuje miłość starszych pań, ale także na świetnie rozpisane role – kobiety są swoimi przeciwieństwami, na dodatek obdarzone inteligencją i wspaniałym poczuciem humoru. Twórcy filmu z wyjątkowym smakiem poruszaja się w tak delikatnych tematach, jak: miłość starych ludzi, w dodatku lesbijska, starości w ogóle, różnicy statusów kobiet, że nie musi on być przeszkodą w uczuciach itp. Niestety, film także pokazuje jaki wielki rozdźwięk istnieje między światem emocjonalnym mężczyzn i kobiet, jak wiele panowie tracą nie rozmawiając otwarcie ze swymi kobietami, wstydząc się swych uczuć, kryjąc emocje. Być może niejedna miłość lesbijska poczyna się z zawodu, jaki mężczyźni sprawiają kobietom w tym względzie?

niedziela, 24 lipca 2011

Witajcie w mroku - reż. H. Dederko

Nie znam, niestety, poprzedniego osławionego procesami sądowymi, filmu Henryka Dederko pt. „Witajcie w życiu” („Amway’ jako sekta?), ale mam wrażenie, że reżyser nawiązując do tego właśnie tytułu, chciał w swym ostatnim filmie znowu pokazać grupę ludzi "opętanych", manipulowanych i manipulujących.  A wszystko to w celu poczucia bycia kimś wyjątkowym,  w przypadku „Witajcie w życiu” – na płaszczyźnie materialnej, w  „Witajcie w mroku” – emocjonalnej W „Witajcie w mroku” młodzi ludzie manipulują mieszczanami, wykorzystując symbolikę śmierci,  strach i fascynację jaka się z nią wiąże, tajemniczość okultyzmu, wszelkich wiedz tego rodzaju, na czele z bajkowością wampiryzmu, bawią się szokiem, jaki wywołują swymi praktykami i wyglądem w zwykłych śmiertelnikach. 

Nie wiem jaki osobisty stosunek do gotów ma Dederko, ale sądząc po filmie, wygląda na to, że chyba nie za bardzo ich lubi, czy ceni. Nie wiem nawet, czy kręcąc ten film, był nimi szczerze zainteresowany. Czy nie wykorzystuje ich egoistycznie tylko i wyłącznie dla własnych celów, chcąc zachęcić przeciętnego widza do włączenia telewizora, by z wypiekami na twarzy mógł zobaczyć tych dziwaków, co to piją krew, śpią w trumnach, zaglądają do grobów, przebijają sobie ciała ćwiekami, mają swoje tajemnicze zloty (tutaj festiwal w Bolkowie – jakiś czas temu,  przejeżdżając, miałam sposobność zobaczyć jak fajnie ich czarne sylwetki wpisują się w krajobraz tego miasteczka i jego zamku), noszą ostry czarny makijaż itd, itpl. I jeśli ktoś na to liczył, to się naprawdę nie zawiódł. Napatrzył się na to wszystko do woli. I tyle, nic poza tym. Z ekranu wiało przerażającą pustką, ludzie wypowiadający się do kamery nie szokowali wyglądem (przynajmniej mnie), lecz bezdenną nicością, mentalną pustką, wyrzucając z siebie pseudo intelektualny bełkotu, sprawiali wrażenie, jakby sami dobrze nie wiedzieli o czym mówią, a raczej - co recytują. Zobaczyliśmy ludzi znudzonych życiem, ociężałych, bawiących się tylko wyłącznie w bal przebierańców. Bo jeśli ktoś faktycznie, czuje potrzebę samookaleczania z powodu bólu psychicznego, robi to w ukryciu, skrzętnie chowając  ślady po ranach przed otoczeniem. Jest to jego głęboką intymną tajemnicą, rodzajem autoterapii, a nie powodem do chwalenia się tym przed światem. 

Właśnie, największym zaskoczeniem był dla mnie udział w tym filmowym projekcie pana doktora etnografa Jana Witolda Suligi, lecz po przeczytaniu napisów objaśniających, iż jest on załozycielem Centrum Terapii Uzależnień Duchowych, doskonale rozumiem pobudki jego wystąpienia w tym filmie (reklama dźwignią interesu). Ale czy bycie gotem, nabijanie  ciała metalem, ubieranie się na czarno, różowe dredy, spanie w trumnie to uzależnienie? Wg mnie to raczej rodzaj buntu, krzyku „halo! widzicie mnie? Jestem tutaj”, z którego się wyrasta niczym z przysłowiowych krótkich spodenek. To akurat mija z wiekiem, nie spotkałam się raczej z tego typu przebierańcami w średnim wieku. Jedynie co, to tacy ostają się w kapelach muzycznych, ale to jest ich sposób zarabiania na życie, na żony i dzieci, a więc coś co z buntem nie ma nic wspólnego. 

 A może pobudką nakręcenia filmu „Witamy w mroku” było wywołanie niechęci do gotów, ukazanie ich mentalnej pustki, pozerstwa, jeśli tak, to reżyser odniósł w tym względzie niewątpliwy sukces. Nie twierdzę, że takie są moje poglądy, mówię o emocjach,jakie ten film wywołuje. Osobiście nic nie mam do tych ludzi, wręcz przeciwnie, jak wspomniałam kilka wierszy wcześniej, budzą oni moje zainteresowanie, lubię czarny kolor, nie wierzę w Boga Jedynego (ale także w szatana, wampiry etc. jedyne w co wierzę to w siłę natury, czyli najbliższy byłby mi animizm),wzbudzają nawet mój pewnego rodzajut podziw – mieć tyle odwagi w taki akurat sposób chcieć wyróżnić się z szarego motłochu. Zabierając się za film Dederki, liczyłam jednak na cos więcej niż tylko na fasadę, niestety nie poglębia on mej wiedzy na ich temat, a może, po prostu, na to wygląda, że nie ma o nich nich za wiele do powiedzenia?  Ot taka przypadłość, jakich wiele, lat chmurnych i durnych, niezgoda na mieszczańską egzystencję, sposób na zagubienie, samotność, nudę i prozę życia, która mija z wiekiem jak  młodzieńczy trądzik. 

niedziela, 3 lipca 2011

Wszystko o mojej matce - reż. P. Almodovar

Fascynację, czy zainteresowanie,  twórczoscią Almodovara, jak i jego filmy, odłożyłam, jak widać, już do lamusa. Jakiś czas temu przemknęło mi przez myśl, że dobrze by było przypomniec sobie  te jego stare klimaty i specyficzną pogodę ducha wynikającą z  akceptacji i bezwarunkowej miłości człowieka. I czyż może być lepszy przykład filmu spełniającego te wymagania, jak  „Wszystko o mojej matce”? Matka, jej miłość do dziecka, kojarzy się bowiem z miłością bezwarunkową. I taka też miłość, bezwarunkowa  - bez względu na płeć, śmiertelne choroby, różnego rodzaju  dziwactwa, starość, a nawet gatunek żyjącej istoty  – pies Sapik też jest bardzo kochany - przepełnia ten obraz Almodovara, który kończąc swój film, składa dedykację wszystkim (sic!), którzy pragną być matkami, życząc im spełnienia, by mogli doznać tego właśnie matczynego uczucia, czystego bezinteresownego, zdolnego przenosić góry.

 Almodovar w zasadzie nie pokazuje nigdy w czystej formie przemocy, prześladowań, a już szczególnie  ze względu na orientację seksualną swych bohaterów.  Tak jakby  w ogóle przemocy na świecie nie było.. A jeśli już pokaże, to raczej w zabawnej, często gorszącej widzów, formie (np. Kika).  Transwestyci i transseksualiści – każdy ma prawo do życia, skoro zostali do niego powołani.  Jeśli już pokazuje problemy tej grupy ludzi, to są to zazwyczaj problemy miłosne.  Czasem delikatnie zaznaczy brak ich akceptacji, wyrzucenie poza nawias (ich miejsca schadzek) postrzegania jako monstra – reakcja matki, gdy zauwazyła, że Lola tuli jej wnuka „To to monstrum przyczyniło się do śmierci mojej córki”. Jednak odżegnuje się od scen stricte okrutnych - w jego filmach króluje miłość i radość życia, na przekór jego smutkom.

„Wszystko o mojej matce” to królestwo kobiet – które również, jak wszyscy ludzie, bywają wobec siebie nieprzyjazne, zazdrosne (Nina), ale w obliczu prawdziwego nieszczęścia budzi się w nich owa tzw.  "solidarność jajników", której tak zazdroszczą im mężczyźni, czego dowodem jest ów złośliwy, ukuty przez nich termin, na kobiece współodczuwnaie i współdziałanie. Jeśli w tym filmie pojawia się mężczyzna, to jest to typowy macho, prostak Kowalski ze sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, przekładający się w życiu realnym na podobnego do siebie faceta, aktora, błagającego jak pies o „laskę” tę,  która ma na imię „przyjemność” – Agrado. Albo – jest nim zniedołężniały, także umysłowo, ojciec Rosy. No, niestety...

Kilka słów o wspomnianej/wspomnianym Agrado. Jej ukierunkowanie siebie tylko i wyłącznie na przyjemnosć, przeradza się  w misję i powołanie,. A zabawna opowieść, wygłoszona w teatrze,o tym jak budowała swój kapitał czyli ciało, może, ale nie musi, rozwiać wątpliwości tych, którzy traktują operacje plastyczne, jako wyłącznie  spełnianie pustych zachcianek.

Najpiękniejsza scena to scena triumfu miłości -  dwie kobiety, jedna straciła syna w wyniku jego fascynacji tą drugą kobietą, ta śmierć obróciła się w koleją miłość i fascynację tych obu kobiet sobą nawzajem.
Miłość bliźniego do bliźniego wręcz wylewa się z ekranu (że dorzucę jeszcze temat transplantologii). To nawet może zakrawać na kicz, ale jeśli przyjmiemy, że kicz jest zaprzeczeniem istnienia gówna ("Nieznośna lekkość bytu"),  to wyjdzie nam, że Almodovar poddaje nas, i siebie, nieustannej psychoterapii.

Happy Together - reż. Kar Wai Wong

Ho Po-wing (Leslie Cheung ) i  Lai Yiu-fai  (Tony Leung) to para kochanków z Hongkongu, rzuconych przez los, a może bardziej przez marzenia i pogonią za nimi, na drugi koniec świata, do Buenos Aires (zabijając tęsknotę za ojczystą metropolią bawią się czasem  wyobrażeniami o niej stojącej dosłownie na głowie). Motorem napędowym ich karkołomnych życiowych poczynań staje się nie tylko przemijająca namiętność, ale także przypadkowo zakupiona przez jednego z nich kiczowata lampka nocna z widokiem baśniowego wodospadu Iguazu. Wyprawa marzeń nie okazuje się łatwa, a mężczyźni dochodzą do wniosku, że czas zacząć wszystko od nowa. Bieda tylko w tym, że każdy z nich inaczej rozumie zwrot „od nowa”. Dla jednego z nich oznacza on odnowę ich związku, a dla drugiego początek życia od nowa każdego z nich z osobna. Miłość nie jest równoznaczna bowiem z porozumieniem czy zrozumieniem, a co najważniejsze, z czasem i związanym z nim przemijaniem nie gwarantuje wiecznego natężenia emocji i napędu do życia. Wiadomo, wszystko co się narodzi musi kiedyś umrzeć. Miłość nie stanowi w tym względzie wyjątku. Można próbować ją regenerować, jak każdy silnik, i jak próbują to czynić chińscy kochankowie na obczyźnie,  ale wiemy, że żadna regeneracja nie zastąpi nówki. Czas robi swoje, a przemijanie tego co najpiękniesze boli  tym bardziej.

Takiego klimatu wszechogarniającego smutku i tęsknoty dawno w filmie nie widziałam . Lars von Trier może się schować ze swoją "Melancholią". I tym lepiej, że wyprodukowano go tu między mężczyznami, bo to (chyba) oni skazani są bardziej na samotność, to ich ciągle gdzieś gna, to oni wstydzą się mówić wprost o swoich uczuciach i emocjach i przez to jeszcze bardziej cierpią, zabijając poczucie osamotnienia i pragnienia miłości przypadkowymi i powierzchownymi związkami, albo romantyczno-męskimi wędrówkami przed siebie, w poszukiwaniu nowych miejsc, nowych zajęć, pasji, nowych związków (scena pożegnania w Yiu-Faia z nowopoznanym przyjacielem kucharzem, tuż przed jego wędrówką na inny koniec świata – tym razem jest nim miasteczko Usuaia).

A może my wszyscy, tak jak mówił S. Lem w jednym ze swoich wywiadów już tak mamy, że jako ludzie „różnimy się od innych naczelnych przede wszystkim tym, że wiecznie dokądś zmierzamy i jesteśmy wiecznie niezaspokojeni. Człowiek jest już tak skonstruowany, że nasze najwieksze szczęście jest zawsze między wyciągniętą ręką a owocem z drzewa”. I z tym się zgadzam w 100%. Zawsze i wszędzie mówiiłam, że wiekszą rozkoszą jest czekanie niż samo spełnienie ( w filmie mamy tego dowod w scenie nad Iguazu). Być może mężczyźni bardziej odczuwają ów niepokój, a może nawet w takim samym stopniu jak kobiety, tylko kobiety spętane narzuconą im /przez mężczyzn, rzecz jasna :)/, rolą służebną, wiekowymi kulturowymi przypisaniami  do domu, męża, dzieci ogniska domowego itd. itd., jeszcze do niedawna, nie śmiały, bały się, nie czuły się godne, jako przyszłe i obecne, matki rodzicielki,  rościć sobie pretensji ku temu ludzkiemu prawu poszukiwania nowych doznań, ciągle nowego mocno bijącego blasku (oryginalny tytuł filmu brzmi podobno mniej więcej „krótki moment blasku”) życia. Wszelkie wyprawy wiążą się z niewygodami, destabilizacją, niepokojem, ryzykiem, czasem cierpieniem, ale jak się to ma proporcjonalnie do perspektywy radości  odkrywania  nowych, nieznanych bijących kuszącym blaskiem, obszarów – to już każdy musi sobie określic sobie sam.

A film polecam. Nie wszystkim. Głównie nałogowcom melancholikom, znajdą tu, jak to u Kar Waia Wonga, sporo pożywki, za którą przepadają.