sobota, 23 czerwca 2007

Leila Khaled: Hijacker

Ciekawym, chcącym poszerzyć albo wzbogacić swoją wiedzę i odczucia na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego, polecam. To godzinny dokument, nakręcony przez Linę Makboul, Palestynkę mieszkającą w Szwecji, w Goeteborgu, opowiadający o innej Palestynce – Lili Khaled, ktora w sierpniu 1969 roku, jako 24-letnia członkini Narodowego Frontu Wyzwolenia Palestyny ukazała się uzbrojona w granaty przerażonym pasażerom i załodze lotu z Rzymu do Aten. Samolot ostatecznie wylądował w Damaszku, a incydent nie pociągnął za sobą ofiar w ludziach. Lila rok później po raz drugi sterroryzowała obsługę innego samolotu. I wtedy również nikt z pasażerów nie ucierpiał, zginął natomiast zabity przez ochronę, jej towarzysz.

Ten film to fascynujące spotkanie dwóch kobiet, które łączy tylko narodowość, poczucie więzi z ziemią, z ktorej ich rodzice zostali wypędzeni po II wojnie światowej przez Izraelczyków. Dzieli je wiele, a przede wszystkim różnica pokoleń i miejsce zamieszkania. Rezyserka filmu, to jeszcze młoda kobieta, która Leilę pamięta z czasów dzieciństwa i młodości, która była wtedy dla niej bohaterką, mającą odwagę sprzeciwić się okupantowi. Obecnie autorka filmu mieszka w Szwecji i zastanawia się, czy to aby nie dzięki Lili, Palestyńczycy mają taką złą opinie w świecie. Leila natomiast mieszka w Jordanii, w Ammanie. Bardzo miło, szczerze i serdecznie przyjmuje swojego gościa ze Szwecji. Słuchamy przejmującego wywiadu z kobietą, która pewnego dnia doszła do wniosku, że narzekanie to za mało, że trzeba coś zrobić, by świat wreszcie dowiedział się jaki los Izraelczycy, wiedzący przecież czym jest życie na wygnaniu, zgotowali Palestyńczykom.

Padają nazwiska Moshe Dajana i Icchaka Rabina, walczących w podziemnej organizacji paramilitarnej Hagana (podziemna organizacja paramilitarna - prawda jaki ładny eufemizm dla słowa „terroryzm”?). Mordowali oni z jej ramienia bezlitośnie wygnanych Palestyńczyków. Można by też tu dorzucić nazwsko Ariela Sharona. Tych ludzi nigdy nie nazywa się terrorystami, tylko bojownikami, a po czasie nagradza się ich lukratywnymi stanowiskami w rządach.

No właśnie, na pytanie reżyserki, czy moralne jest mieszać do swego wołania o pomoc, czy choćby tylko o uwagę świata, niewinnych cywili, Leila odpowiada pytaniem, czym jest w takim razie napadanie jednego państwa na drugie, wypędzanie ludzi z ich domów, zabijanie niewinnych kobiet i dzieci ? – czyli to co możni tego świata robią gdzieś codziennie i nikt ich jakoś nie nazywa terrorystami. Czy ktoś by się ośmielił tak powiedzieć oficjalnie, w wiadomosciach TV "terrorysta" Bush, Putin, kiedyś Jelcyn, czy Nixon?

Tak terroryzm jest zły, dobry jest tylko ten, który wygrywa – to gorzkie, ale prawdziwe słowa kończące film.

Reżyserka pytając przez telefon, po powrocie do Szwecji (w Ammanie, podczas spotkania nie miała na to odwagi), czy Leila czuje się odpowiedzialna za złą opinię, jaką "cieszą się" powszechnie Palestyńczycy, słyszy w słuchawce milczenie.
Takie są koszty oporu. Oporu słabszego wobec silniejszego.

Oprócz Leili Khaled i jej najbliższej rodziny, spotykamy się z innymi uczestnikami tamtych tragicznych wydarzeń – z pilotami napadnietych samolotów, z pasażerami, ze stewardessą, także z mężczyzna, który towarzył Leili podczas pierwszego ataku, odwiedzamy z reżyserką Hajfę i stojący obecnie w ruinie dom rodzinny bohaterki filmu, z którego gdy miała 4 lata, została wypedzona z rodzicami, a gdzie ma obecnie całkowity zakaz wjazdu. Leila otrzyma wzruszający prezent od ekipy filmowej przywieziony z wyprawy do Hajfy. Zobaczymy także jedyne zdjęcie Leili z młodości, na którym się uśmiecha i dowiemy się w jakim okresie było ono robione.

Bardzo poruszający, ciekawy, subtelnie zrobiony film, gdzie nie ma tendencji usprawiedliwiania nikogo lecz jest chęć zrozumienia, tego co tak trudno pojąć, nie żyjąc tam, gdzie toczy się wieloletnia wojna o "dom", swoje miejsce na Ziemi.

poniedziałek, 18 czerwca 2007

Na tym świecie

To paradokumentalna opowieść, mocno dramatyczna, o dwóch młodych afgańskich uchodźcach, którzy próbują znaleźć dla siebie lepsze miejsce na tym świecie, od tego które przypadło im w udziale z racji ich pochodzenia. Jamal i Enayat na skutek ponad dwudziestoletnich radziecko-amerykańskich działań wojskowych znaleźli się wraz 53.000 rodaków w jednym z obozów dla uchodźców na terenie Pakistanu. Pierwsi Afgańczycy pojawili się tu już w roku 1979 w wyniku inwazji ZSRR, najnowszych wygnały z kraju amerykańskie naloty bombowe z października 2001 roku. I tak sobie ludzie wegetują latami, dostając na starcie na rodzinę: jeden namiot, płachtę brezentu, 3 koce i piecyk. Dzienna racja żywnościowa wynosi zaś: 480 g mąki, 25 gr tłuszczu roślinnego i 60 g nasion strączkowych. Ale to nic nie znaczy w porównaniu z amerykańskimi kosztami bombardowań z roku 2001, które wyniosły 8 mld dolarów. Czegóż się nie robi w imię pokoju Made in USA? A tak nawiasem, teraz mamy rok 2007 a działania nadal trwają.

A my tymczasem, z pomocą M. Winterbottoma, śledzimy drogę, urodzonych już w obozie Jamala i Enayata, do Anglii, którą rozpoczeli w lutym 2002. Czy możemy sobie wyobrazić jak strasznie źle musi być człowiekowi, skoro decyduje się oddać wszystkie swoje ciężko zarobione oszczędności w ręce przemytników i różnej maści szmuglerów, narażając się dodatkowo na poniżenie, niepewny los, a nawet śmierć? Ci kilkunastoletni chłopcy zaryzykowali, dostając na drogę błogosławieństwo swych krewnych, mających tak jak oni nadzieje, że się uda.

Droga do ich wymarzonego raju jest długa i mało ciekawa, choć prowadzi przez wiele ineteresujących miejsc. Ale my widzimy tyle ile widzą chłopcy przez szpary w brezencie powlekającym rusztowania cieżarówek, czasem bywa, że nie widzimy nic, gdy siedzą zamknięci w ciemnych, zapełnionych towarem tirach. Na szczęście od czasu do czasu zdarzają się postoje, przesiadki, noclegi, wtedy możemy wraz z nimi odetchnąć pełną piersią, choć nie zawsze świeżym powietrzem; przejść się po biedniejszych ulicach Teheranu, Ankary, czy włoskiego Triestu.
Film spina klamra jednej scenerii – codziennej zabawy i pracy dzieci w obozie uchodźców, z tym, że w końcowej części wszystko toczy się tak samo – te same zabawy, śmiechy, te same sukienki, ubrania, tylko Jamala i Enayata brak. To robi wrażenie.

Ten szczególny obraz, przepięknie sfilmowany przez Marcelego Zyskinda, mimo swej surowości, oszczędności jeśli chodzi o narrację, dialogi oraz znajomości tematu mniej lub bardziej udanych ucieczek ze Wschodu na Zachód, wciąga, przykuwa uwagę, sprawia, że obserwujemy tę swoistą drogę przez mękę młodych niczemu winnych ludzi, z uwagą i troską, bojąc się o nich jak o własne dzieci, pytając się w imię czego ludzie skazują innych ludzi na taki los.
I pewnie takich filmów powstanie jeszcze więcej, i ciągle z tym samym pytaniem, bo tak to już jest na tym świecie, że mimo, iż znamy na nie odpowiedź, nie potrafimy wiele zrobić, by nie trzeba go było zadawać.

W pewnym momencie, dzieło Winterbottoma, przywodzi na myśl polski film „300 mil do nieba” W. Dzikiego. Na szczęście są to skojarzenia wyłącznie pod względem technik nielegalnego przemieszczania się młodych ludzi, a kontekst polskiej ucieczki do Szwecji odbiega znacznie od afgańskiego. Jest jeszcze jedna różnica – z chłopców z „300 mil do nieba” zrobiono niemal bohaterów narodowych, natomiast Jamal i Enayat są jednymi z wielu, o których nikt, oprócz krewnych, nie będzie pamiętał. Niemniej, wszystkich czterech chłopców łączy niesamowita odwaga poparta determinacją.

Scenariusz do „Na tym świecie” napisał Tony Grisoni, współpracujący często z Terry'm Gilliamem, jest autorem m.in. „Krainy traw”. Muzyka Włocha Dario Marianelli, oparta na wschodnich rytmach i instrumentalizaji oraz śpiewie - wprost urzeka. A modlitwa Jamala, jego jedyna nadzieja, odmawiana gorliwie w tajemniczym dla nas jego języku ojczystym, w meczecie gdzieś w Londynie, wieńcząca dzieło jego wyprawy, szeptana podczas napisów końcowych, pojawiających się na jaskrawokolorowych ścianach, przywodzących na myśl pozostawione domy w dalekim Afganistanie – przyprawia o dreszcze.
Polecam, tym, którzy nie chcą mieć świętego spokoju.

Madeinusa - czyli dyskretny urok Wielkiej Nocy

Mnie się podobało. I to bardzo. Mimo, że pomysł z "obcym" z wielkiego świata wkraczającym w hermetycznie zamknięta wiejską społeczność, nie jest odkrywczy, ale za to zawsze niosący pewien ładunek niepokoju, napięcia wynikającego z braku porozumienia między przybyszem a miejscowymi.
I tak jest tym razem – wysoko w Andach leży sobie maleńka peruwiańska wioska, a jej mieszkańcy (rewelacyjne role naturszczyków) właśnie przygotowują się do obchodów świąt Wielkiej Nocy. Wszyscy są bardzo podekscytowani i to bynajmniej nie wspomnieniem męki i śmierci Pana, a okresem jaki przypada między jego spoczynkiem w grobie a zmartwychwstaniem. Ucywilizowani Indianie są przekonani, że wtedy Bóg ich nie widzi, a więc można sobie jawnie i z czystym sumieniem pogrzeszyć. Jest to czas rozwiązłości seksualnej, pijaństwa, złodziejstwa i nie tylko. Oczywiście w niedzielę wszystko wraca do normy, czyli ludzie będą grzeszyć po kryjomu, a bardziej bogobojni poczekają spokojnie rok, do kolejnej Wielkiej Soboty.

Wspaniałe spojrzenie na religię i obrzędowość katolicką, narzuconą kiedyś przed wiekami, a pojmowaną i tak po swojemu i przystosowaną do swoich potrzeb. Jakie to szczere i naturalne i... praktyczne – ludzie przecież mają odwieczną potrzebę grzechu, w końcu są tylko ludźmi - jakie to wygodne tłumaczenie), żyją skrępowani strachem przed karą, wiecznym także ludzkim potępieniem, takie dwa dni oczyszczenia od grzesznych myśli, tłumionych popędów pewnie im dobrze robi na psychikę, o czym zresztą przekonamy się podczas filmu. Tym bardziej, że ich życiem rządzą najbardziej podstawowe uczucia – miłość, zazdrość, nienawiść z instynktem samozachowawczym na czele.

Ale jednocześnie ci prości ludzie podświadomie czują, że ich miejscowe tymczasowe przyzwolenie na grzech, jest karygodne – nie życzą sobie by gringo przybyły z dalekiej Limy był świadkiem ich szczególnego świętowania. Rodzi się konflikt, którego symbolem jest imię tytułowej bohaterki – Madeinusa.
Być może jej matka, która porzuciła rodzinę i uciekła do Limy, zapatrzyła się tak jak jej córka, na metkę T-shirta z napisem „Made in USA”, która jakimś trafem „zawędrowała” do wioski....

W filmie jest sporo tajemnicy, od początku do końca przewija się motyw nieobecnej matki, pamiątek po niej, które ze szczególnym pietyzmem hołubi Madeinusa, a wśród nich szczególną pozycję zajmują kolczyki. To one są tym przysłowiowym pistoletem, który wystrzeli w finale. My wpadamy do wioski z gringo i zastajemy ją, tak jak on, w pewnym stanie rzeczy i musimy sobie z tymi wszystkimi tajemnicami, niedopowiedzeniami i emocjami które się tam kotłują, poradzić, i nie możemy nikogo prosić o pomoc, bo nie jesteśmy tu mile widziani. Podglądamy życie tej małej społeczności, ale chyba tak jak on – czujemy się obco, ludzie ci nie wzbudzają naszej większej sympatii, trzymamy stronę zielonookiego gringo, tak jak Indianie trzymają się razem. Dla nas „Madeinusa” znaczy „wykonano w USA” a dla Madeinusy i jej rodaków – to jej tajemniczo brzmiące imię, które dla fantazji nadała jej matka.

Ja film polecam – choćby dlatego by zobaczyć jedyne w swoim rodzaju wioskowe wybory Miss, tzn. tu się to nazywa wybory na Najładniejszą Najświetszą Panienkę – czyli na wybiegu mamy do wyboru wszystkie miejscowe dziewice cud urody, zdjęte niczym ze świętego obrazka Niepokalanej, a zwycięzżczyni, za wiedzą całej wsi i z aprobatą także ze swej strony (a ma wyjście?) , będzie zdeflorowana przez własnego ojca – wszak Jezus nie widzi, a grzech jest słodki. Czyli pochwała religii jako cugli dla prostego ludu? Być może, ale niekoniecznie, może bardziej konstatacja, że występek jest wpisany w naturę ludzką.

Ten oryginalny tchnący autentyzmem film podobno nie miał wyśmienitych recenzji, ale ja patrzyłam i chłonęłam z prawdziwym zainteresowaniem i przyjemnością, jako że siedzi we mnie dusza niespełnionego podróżnika, a zawędrowanie do takiej wioski, to prawdziwy rarytas, nawet jeśli stworzono by ją tylko na potrzeby filmu. Namawiam do spróbowania.

środa, 23 maja 2007

Kiedy Otar odszedł - film na Dzień Matki

Film o kobietach z mężczyzną w tytule. Film francusko-belgijski opowiadający o trzech, mieszkających w postkomunistycznym Tbilisi, Gruzinkach. O matce Otara, jego siostrze i siostrzenicy. Otar to lekarz, który dla chleba przekwalifikowal się na murarza i wyjechał do Paryża, do Francji, będącej od dawien dawna krajem rodzinnych fascynacji.

Film wspaniale pokazuje relacje panujące między kobietami. Dwie z nich są matkami, i wdowami jednocześnie. Dwie z nich są też córkami, półsierotami zarazem. Jedyny męzczyzna jaki pozostał w rodzinie, gdzie tradycyjnie jest on jej głową, tuła się po świecie. Kobiety są jak osierocone, tęsknią, każda na swój sposób, i czekają na wieści od niego. Kobietom tym, jak i wszystkim ludziom, w nowej Gruzji żyje sie ciężko. Brakuje pieniedzy na zaspokajanie podstawowych potrzeb. Żeby przeżyć trzeba codziennie sprzedać jakąś rzecz z dobytku domowego. Poza tym, ciągle coś się psuje, czegoś brakuje, a to wody, a to prądu, a najbardziej chyba brakuje Otara. O Otarze ciągle się mówi. Otara sie wspomina. Otara się bardzo kocha, z Otarem się kłóci, mimo że jest nieobecny, na Otara się czeka. Otar musi podtrzymywać swoje kobiety na duchu, wyrabiać mniemamnie, że komuś z rodziny życie się udało, że mają one swego szczęśliwego mężczyznę. Otar musi żyć!
Wzruszający film. Pięknie, i prawdziwie, ukazujący świat trzech kobiet w różnym wieku. Najstarsza z nich Eka, matka i babcia, wzbudzająca wiele ciepłych uczuć i żal, że tacy ludzie muszą kiedyś odejść. Dzielna i mądra kobieta, która wie czego chce i nigdy się nie poddaje.
Jej córka, Marina - w średnim wieku wdowa po żołnierzu poległym w Afganistanie. Ładna. Dosyć surowa, bo tak wychowała ją matka (Eka), która co cieplejsze odruchy serca zostawiała dla jej brata.
No i Ada, córka Mariny, a wnuczka Eki - najmłodsza z nich, bardzo wrażliwa dziewczyna, studentka, świetnie mówiąca po francusku, najmniej z nich rozgadana, skupiona w sobie, analizująca rzeczywistość, wyciągająca trafne wnioski, potrafi zaskakiwać swoich bliskich swoimi sądami. Tylko jej jedynej dane jest marzyć o przyszłości i mieć nadzieję na lepszy byt, ale czy jest to możliwe w ojczyźnie? Co prawda w telewizji Eduard Szewardnadze zapewnie o lepszym jutrze, ale chyba już nikt mu nie wierzy.

Mimo tych przygnębiającyh realiów, to w gruncie rzeczy bardzo optymistyczny i serdeczny film, z wielka czułością ukazujący niełatwą egzystencję trzech kobiet. Ich codzienność, ich walki, czy sprzeczki, spod których wyraźnie prześwituje wzajemna miłość, bo szorstkość to tylko taka zbroja mająca chronić przed rozczulaniem się, które odbiera siły. Ale kobiety nie szczędzą sobie pewnych zakamuflowanych gestów, przekazywanych niby mimochodem, które dają im poczucie wzajemnej miłości, bycia razem. Bez tych znaków nie dałoby się żyć. Np. piękne sceny masażu palców stóp - córka i wnuczka na przemian masują stopy babci Eki - ile oddania, troski i miłości w końcu, w tej zwyczajnej, ale jakże niezwyczajnej czynnosci. Tak przy okazji, dla mnie te momenty filmu były szczególnie przyjemne, bo przywiodły mi na myśl wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to też przynosiłam ulgę zmęczonym stopom w ten sam sposób mojej kochanej cioci.
A te pogaduszki o mężczyznach! Tylko kobiety, i tylko te, które się lubią, potrafią tak mówić o facetach. Naprawdę, panowie mozecie nam zazdrościć, i możecie być dumni, że tak z was potrafimy żartować. Nie! to nie są nawet żarty, choc to tak wygląda - to są słowne pieszczoty ;-))
Ale wracając do filmu. Ile w tym 100-minutowym obrazie jest treści, o więziach rodzinnych, o szacunku, solidarności, wzajemnym zrozumieniu i trosce, odwadze, poświęceniu, a przede wszystkim o miłości matczynej, zawsze i wszędzie, bezinteresownej, bezwarunkowej, oddanej, niepokonanej, czasem inspirującej i szalonej - jak to z miłością - okazuje się, że każdą, bywa.
Bardzo polecam ten film. Ludziom ciekawym różnych światów. Warto go zobaczyć, jest mądry, nie pozbawiony humoru, niełopatologiczny, pełen subtelności, czaru - bo to film o prawdziwych kobietach!
A przede wszystkim jest to film genialnie wyreżyserowany i zagrany! Wszystkie trzy panie: Nino Khomasuridze (Marina), Dinara Drukarova (Ada) a szczególnie Esther Gorintin - jako matka seniorka, która napracowała się tu najwięcej powinny dostać Oskara. Wiem, że Cezara dostała reżyserka Julie Bertucelli za debiut.
Ja w każdym razie wzruszyłam się do łez. A dokonały tego, również za sprawą świetnego scenariusza, te trzy niespecjalnie znane przecież w świecie aktorki, które uświadomiły po raz kolejny, jakie trudne, ale jeśli chcemy - to i piękne może być życie.

poniedziałek, 21 maja 2007

Fast Food Nation? Tylko nie to!

Wczoraj czekałam na J. z dobrym obiadkiem, bo się stęskniłam i tak w ogóle, poczucie obowiązku, zdrowe domowe odżywianie, itp. Itd.. A tu dostaję telefon” Cześć. Jadę. Właśnie skończyłem pysznego Big Maca. Obiadu nie będę jadł. Za godzinę jestem” No fajnie. Jeszcze chwila, a i my będziemy „Fast Food Nation”. Bo - dość tanio, wygodnie, pozornie smacznie i czysto. I nawet dobre na motyw przewodni filmu o Amerykanach.
Może i dobre, ale wyszło słabo. Fabuła bez nagłych i niespodziewanych zwrotów akcji, przy tak znanym i ogranym już temacie, sprawiła, że film normalnie nudzi. Materiał zawarty, oraz sposób jego wykorzystania w filmie nadają się bardziej na przyzwoity dokument pt. „Jak to z fast foodem bywa” niż na pełnometrażową fabułę.

W filmie są trzy grupy bohaterów. Idąc od góry, czyli od tych najbardziej uprzywilejowanych, mamy mózg „Olbrzyma” (to nazwa handlowa filmowego hamburgera) czyli ci, którzy nad nim intelektualnie pracują. Dalej są fizyczni lepszej kategorii – czyli sprzedaż, ta w rękach białych Amerykanów. I na końcu – Meksykanie, od najbardziej czarnej roboty, czyli produkcji kotletów z czego się da, byle tylko należało do krowy czy wołu.

Kolejno poznajemy przedstawicieli tych grup, licząc, że w końcu dojdzie między nimi do jakiegoś dramatycznego finałowego spotkania. Niestety. Każda nacja, czy grupa społeczna, smaży się we własnym sosie, ich drogi nie schodzą się, a napięcie kumulowane od początku filmu nie zostaje wyładowane - widz jest sfrustrowany, zmarnował czas na oglądanie oczywistości, na dodatek bez sosu. Urwaną kończynę robotnika i wkręconą w maszynę produkującą to i owo widział już wieki temu w „Ziemi Obiecanej”; idok zwierząt zabijanych prądem, odzieranych ze skóry itd. itp. ma od czasu do czasu w porze kolacji podczas oglądania codziennych wiadomości; los imigrantów w USA, cieszących się z każdego zarobiona dolara za marną pracę też już przerabiał niejednokrotnie i to na lepsze sposoby; bakterie w jedzonku zatruwające głodnych – owszem to też jeden z ukochanych newsów naszych mediów. Aż się prosiło, żeby w sumie tak ważne sprawy okrasić jakąś zdecydowaną akcją, by widz nie usnął przy filmie i nie udławił się, zajadając smakowitego hamburgera o woni grillowanej wołowiny.

Najbardziej, względzie akcji, liczyłam na ekologiczną zadymę wszczętą przez prowincjonalnych wielbicieli Greenpeace, a mającą na celu uwolnienie miejscowej gleby od zatrucia bydlęcymi odchodami sztuk pasionych na świeżym powietrzu. Młodzi gniewni (wśród nich Avril Lavigne), sprawiający wrażenie, ze działają bardziej z nudów niż z przekonania o swej racji, postanowili uwolnić nocą tysiące biednych krów. Rozproszyły się bidulki po okolicy, a mnie się wtedy tak zamarzyło - niechby chociaż jedna wpadła pod samochód, powodując jakiś taki mały i niegroźny karambolik, żeby się wreszcie coś w tym filmie zaczęło dziać.

Reżyser, niestety, w celu wzburzenia krwi widza, postawił na seks i na demonicznego strażnika w fabryce kotletów - Mike’a (hm z tego Bobby Cannavale to nawet niezła sztuka mięsa, trzeba przyznać), który żadnej ładnej robotnicy nie przepuścił. I nawet był niezły ubaw, gdy jedna z uwiedzionych rzuca się z nożem na drugą, oczywiście z zazdrości o byczego Casanovę.

A mówiąc już całkiem poważnie, z filmu przebija totalna beznadzieja o życiu tych co w USA, marność nad marnościami, ludzki motłoch, który trzeba wykarmić, byle jak najtaniej i z jak największym zyskiem, a bakterie zwalcza się nie z troski o tego, który je może zjeść i zachorować, a ze względu na święty spokój dla trzymających kasę – procesy sądowe kosztują i psują opinię, nawet gdy się je wygra, a konkurencja nie śpi.

Życie przeciętniaków jest smutne, także białych. Mają oni swoje marzenia, swoje bunty, a i tak skończą na taśmie w miejscowej fabryce kotletów z mięsnej tektury, może tylko trafią na lepszy odcinek, np. na pakowalnię, a nie tak jak Meksykanie na śmierdzącą wykrawalnię nerek z wołowych trupów. A fast food ich wszystkich znakiem.

Przy okazji można sobie ten film zobaczyć. Jest Ethan Hawke – jako wujek (sic! lata lecą!) 20-letniej siostrzenicy,; jest Bruce Willis traktujący siebie jako żywą reklamę branży, w ktorej pracuje i wtranżalający z apetytem hamburgery, mimo, że dokładnie wie co je. Jest Patricia Arquette jako atrkacyjna siostra rzeczonego Hawke'a i matka tej małej. Brakuje tylko zaciekawienia widza tematem, choć wszyscy się pewnie mocno starają. Ale jeśli ktoś ma mało czasu, może sobie spokojnie film odpuścić i przyrządzić w tym czasie smaczne domowe placki ziemniaczane.

wtorek, 8 maja 2007

Krwawy diament

Co najmniej 2 w 1:
1/Film wojenny, poruszający ważką kwestię ingerencji obcych mocarstw w polityke wewnętrzną i gospodarkę państw afrykańskich, w tym przypadku na przykładzie Sierra Leone i wojny domowej z roku 1990. I co najważniejsze, i najbardziej bolesne – film dotyka w tym wątku, w bardzo nieoględny sposób, siłowego wcielania nastoletnich (ok. 12/13 lat) chłopców w szeregi rebelianckich oddziałów zbrojnych. I tak jak Luis Mandoki w swoich „Głosach niewinności” pokazuje nam "tylko" polowanie salwadorskich wojska na chłopców - nie widzimy obrazów zalanych krwią, scen szkolenia, przeobrażania dzieci w maszynki do zabijania, tak E. Zwick bez ogródek ukazuje widzom przebieg tego procesu. Zaczyna się od komplementowania chłopców, że oto stają się mężczyznami (jakby największą cnotą mężczyzny było zabijanie wszystkich kto nawinie się pod rękę, w tym kobiet, dzieci i starców), później przekupywanie ich wszelkimi dobrami materialnymi, a dla znieczulenia jako premia – mocny narkotyk. O nauce zabijania nie wspomnę.

2/ Film sensacyjno przygodowy. Na tle tejże oto wojny, toczącej się o wpływy w polityce diamentowej, śledzimy przygody niejakiego Danny’ego Archera, afrykanera, rodem z Zimbabwe (Rodezja), zabijaki i przemytnika diamentów do sąsiedniej Liberii. Przypadek splótł go z rdzennym mieszkańcem Sierra Leone, rybakiem z małej wioski, którego wojenne losy, a dokładnie rebelianci, rzucili do kopalni diamentów, gdzie pewnego dnia udaje mu się wydobyć z rzeki niespotykanje urody i wielkości kamień. I tak się zaczyna....

Film ogląda się nawet w napięciu. Tematyka wojenna znacznie podnosi temperaturę akcji. Reżyser nie szczędzi okrucieństwa. Dla zrównoważenia, wplata nieco melodramatycznych nutek – np. znajomość, a może nawet coś więcej, Archera z amerykańską dziennikarką, która to znajmość ma bardzo korzystny wpływ na ich oboje. Ona trochę twardnieje, on z kolei mięknie, jeśli chodzi postawę wobec afrykańskiej rzeczywistości.
Niestety, reżyserowi nie udaje się uniknąć demagogicznych przemówień i typowego amerykańskiego zakończenia.

Jak dla mnie, nieco za duży misz-masz. Mam trochę mieszane uczucia. Nie wiem czy do końca fortunne jest połączenie kina typowo rozrywkowego, jakim jest burzliwe poszukiwanie diamentu, z poważnym kinem politycznym i problematyką wojen domowych w Afryce i wykorzystywaniem w niej dzieci. Ale może nie ma co narzekać. Może każda okazja jest dobra, by przypomnieć światu o kontynencie, na którym ludzie nie boją się Boga, bo piekło mają za życia i na co dzień.

Co prawda, nie jest to poziom „Hotelu Ruandy”, gdzie twórcy bardziej skupiają się na pewnej idei, niż sensacji i morderczej akcji wojennej, ale mimo wszystko wydaje mi się, że „Krwawy diament” wart jest zobaczenia. Mimo nawet rozmytego i dość naiwnego przesłania, by konsumenci diamentów, czyli baaaaardzo bogaci panowie i panie, dopytywali się przy kupnie o pochodzenie klejnotów.
Ten film, myślę, jaki by nie był, daje jednak pewien ogląd, a może niejednemu nawet otworzy oczy, na współczesną Afrykę i losy jej mieszkaców, a szczególnie dzieci.

Poza tym przepiękne zdjęcia zupełnie niezwykłych krajobrazów, często z lotu ptaka, które dodatkowo wzmacniają grozę i bezsens wojny.
A jeśli komuś nadal jeszcze za mało mężczyzny w Leonardo Di Caprio, myślę, że po tym filmie poczuje się choć trochę usatysfakcjonowany. Całkiem nieźle sobie poczyna sobie on jako biały twardziel na czarnym Lądzie.

Dopisane po dyskusjach z ludźmi, którzy "Krwawy diament" widzieli:
Za hipokryzję uważam, lamentowanie niektórych wrażliwych, którzy zarzucają producentom tego rodzaju filmów, że chcą się jedynie wzbogacić na nośnym ostatnio w kinie afrykańskim temacie, a dzieci i tak będą głodować, a wojny i tak będą trwać. To co, lepiej, żeby świat nadal tkwił w przeświadczeniu, że Afryka to takie coś bardzo duże, gdzie oprócz lwów i żyraf mieszkają leniwi Murzyni, którzy gdy byli wyrobnikami w zachodnich koloniach, jakimi były kiedyś ich ojczyzny, to mieli dobrze, a teraz skoro się wyzwolili, to niech maja za swoje? Nie każdy czyta Kapuścińskiego, a oficjalne media pokazują Afrykę tylko wtedy, gdy Angelina Jolie pojedzie tam w poszukiwaniu nowego kandydata do adopcji, albo gdy rzezie przybiorą już tak monstrualne wymiary, że stają się swoistą atrakcją wieczornych wiadomości. Ale czy takie skrótowe tv - "sensacje" podparte są jakąś sensowną analizą tych konfliktów? Raczej nie. Bo wtedy by głośno trzeba powiedzieć, że Afryka to niezła krowa dojna dla przemysłu zbrojeniowego niejednego zachodniego mocarstwa, albo świetne, bo tanie, źródło zaopatrywnia się w wszelkiego rodzaju minerały i kruszce. Takie analizy, czy po prostu informajce, znajdują tylko zainteresowani tematem i bynajmniej nie w publicznej telewizji, najbardziej dostepnym medium, czy Pani Domu, ale w odpowiednich publikacjach.

I nie zgadzam się z zarzutem, że takie filmy nikomu nie pomogą. Bo to, że się będzie mówiło w ten czy inny sposób, ale prawdziwie i coraz więcej o losie Czarnego Lądu, z pewnością poruszy prędzej czy później serce czy sumienie niejednego widza, wzbogaci jego świadomość o pewne fakty i być może JEDNAK kiedyś, gdzieś, powie on „Nie”. A to już będzie coś. Bo milczenie równa się przyzwoleniu.
Mamy już przykład z naszego europejskiego podwórka, że sztuka, film, może mieć także misyjną działalność. „Grbavica” jest tego przykladem.
Nie można tego typu filmów rozpatrywać tylko pod kątem żerowania na sensacji. To bardzo krzywdzące dla twórców, którzy poruszają takie, czasem niewygodne dla polityki, tematy.

Być może, że dzięki takiemu filmowi, jak "Krwawy diament", zgodnie z jego (może i naiwnym) przesłaniem, jakiś widz, obecny dwudziestolatek, gdy stanie się już bardzo bogaty i kupi swej ukochanej pierścionek z oszlifowanym diamentem, przypomni sobie JEDNAK dzieci z Sierra Leone, zaciągnięte na wojnę domową o przejęcie przez rdzennych mieszkańców, kontroli nad wydobyciem i dystrybucją tych kamieni. Taka refleksja, z pewnością nie uzdrowi świata ani Afryki, ale to i tak będzie „COŚ”.

300

No więc dziewczynki, zobaczyłam tych prawdziwych mężczyzn ociekających testosteronem, potem i krwią i nie umarłam z wrażenia, niestety. A nawet sobie zanuciłam w głowie, w trakcie seansu, na melodię Kayah: „dziękuję wam, mamusiu i tatusiu, że nie jestem chłopcem”. :)
To tak tytułem wstępu. Nawiasem mówiąc - wstęp do "300", o szkoleniu spartańskich malców na prawdziwych mężczyzn, był najlepszą sekwencją filmu.

Cóż, za wiele to w temacie „300” nie ma o czym pisać. Film jest przeniesieniem komiksu Millera na ekran. A komiks jak to komiks, nikt się tu nie ma zamiaru bawić w żadne subtelności, ma być czytelnie, wyraziście, tak by dało się połknąć, bez długiego i męczącego rozgryzania. I tak dokładnie jest. Fabuła – niespecjalnie skomplikowana. Bohaterowie prości acz mocarni. I nie dziwię się, że twórcy "300" wpakowali tu królową i jej perypetie z Theronem - bez tego wątku film byłby jednym nudnym polem walki, na którym ciągle zwyciężają ci sami. Druga sprawa, że ten kobiecy wątek jest poprowadzony na takiego odczepnego, że wstyd. Ale pamiętajmy - komiks!
Ale jeszcze bardziej wciśnięte na siłę były zdjęcia z panią-wyrocznią, dziewicą, która wiła się niemiłosiernie, niczym doświadczona "gimnastyczka" przy rurze w klubie go-go, ukazując co rusz jędrną pierś, tylko po to, by na końcu oddać ją na użytek paskudnego mnicha, który jak nam oznajmia narrator, również posiada nieprzebrane zasoby testosteronu i tylko tak, całując „te piekne ciało”, może dać mu upust.

Natomiast król Persji, Kserkses wypadł w filmie niczym, za przeproszeniem, z berlińskiej parady gejów. I tu wydaje mi się, że Amerykanie przesadzili. Jak by nie było, za niedługo na amerykańskiej liście państw, którym trzeba będzie pokojowo pomóc odnaleźć się we współczesnej rzeczywistości, pierwsze miejsce ma zająć Iran właśnie. Nie ma co ładna prowokacja!(podobno Irańczycy naprawdę poczuli się urażeni wizerunkiem swoich przodków w filmie). Leonidas to kwintesenscja męskości, bohaterstwa i szlachetności, a Kserkses to nieprzymierzając jakiś dziwoląg (jak na ówczesne czasy), pół chłopa pół baby (nie znoszę słowa "ciota"), żebrzącego o uklęknięcie (sic!) i ocierającego się przy tym nieprzyzwoicie o męskiego wodza Spartan oraz spiskującego przeciwko niemu za pomocą zdrad i kalek. Wstyd! Tylko komu? Hm.
A już końcówka filmu, gdy jakiś spartański niedobitek, w zastępstwie ubitego Leonidasa bieży rozwścieczony prosto na nas, z okrzykiem „zwyciężymy mistycyzm i tyranię” jest żenująca, tym bardziej, ze jak wiemy Sparta jako państwo zniknęła z powierzchni Ziemi. Tylko nie rozumiem, dlaczego on mówił o mistycyźmie, czy w ten sposób zakamufowano słowo ‘islam”? A może tłumaczenie było niepoprawne?

Jeśli chodzi o brutalność scen, nie robiły na mnie specjalnego wrażenia, pewnie ze względu na odrealnioną komiksową stylistykę. O wiele mocniejszy był pod tym względem oglądany przeze mnie ostatnio „Labirynt Fauna” mimo, że nie było całej tej wielkiej batalistyki. Bohaterowie, na czele z Leonidasem byli strasznie papierowi, tacy "na hurra", czasem nawet śmieszni, tak jakby postawili tylko na siłe mięsni, zapominając o rozumie.
No nie wiem, pewnie to ze względu na te majtkowe stroje, wypucowane jędrne mięśnie i całą tą choreografię, kładącą nacisk na uwypuklenie męskich cech, ale często miałam wrażenie jakbym oglądała występy poprzebieranych chippendalesów. No przepraszam, nie wczułam się ani za grosz w dramaturgię. „300” się tylko oglądało, nic poza tym, ale nie powiem, było na co popatrzeć. I posłuchać, choć muzyka za bardzo patetyczna, podobna do tej z Gladiatora, zresztą wokalizy też były podobne do wokaliz L. Gerard. Takie wszelkie podobieństwa, jeśli od razu rzucają się w oczy czy uszy, odwracają uwagę, bo zaczynamy kombinować, "skąd my to już znamy", tym bardziej przy takiej marnej fabule.

Często w dyskusjach o „300” padają porównania tego tytułu do „Sin City”, oczywiście ze względu na autora komiksów, na których te oba filmy bazowały. Ja „Sin City” stawiam o wiele wyżej. Nie ma porównania. W "Mieście Grzechu" jest zabawa, lekkość, przymrużenie oka, jest wiele wątków, bohaterowie są soczyści, no ba! Przy takiej obsadzie, nie może być inaczej. „300” nie ma tej ikry, którą się czuło w „Sin City” - to dziwne, bo przecież ilość „chłopa z ikrą”, wydawałoby się, jest wieksza w 300.
Ale ogólnie jestem kontenta, że widziałam 300. No, powiedziałabym raczej, że „zaliczyłam”. Wiedziałam na co idę, nie spodziewałam się wiele i nie zawiodłam sie. Bo jak mówiłam wcześniej, było na co popatrzeć, a kino też m.in. na tym polega. Szkoda, że bez emocji. Tak jakbym widziała dłuższy teledysk na MTV, nogi mi w pewnym momencie, podczas krwawej bitwy, same zaczęły chodzić po fotelem, tak skocznie było.