piątek, 26 października 2007

Pachnidło

Opowieść piękna. Zmysłowa. A to za sprawą bardzo nastrojowych zdjęć Franka Griebe, stałego operatora Tykwera. A i muzyka (autorstwa m.in. samego reżysera) nie pozostawała obrazowi dłużna - delikatny kobiecy głos pięknie komponował się z uniesieniami młodego adepta sztuki branży perfumeryjnej. A i aktorzy, na czele z Benem Wishawem – zagrali koncertowo. Może czasem, czasem Rickman odstawał, ale można to było nawet zrzucić na karb nieporadności postaci jaką grał – wdowca i ojca młodej pannicy. A płacz po jej stracie, nie był jakoś wstrząsający, bo może mu już łez brakło?
Czułam także wszystkie zapachy, te bardzo zróżnicowane i bardzo mocne, wyraziste, jak i te subtelne, wyczuwalne tylko przez Jana Baptystę G.

Jedno z pytań filmu: "czy cel może uświęcać środki"? Dlaczego jednym wolno zabijać tysiące w majestacie Bogów, czy w imię innych swoiście pojmowanych dobroczynnych idei? A nie wolno było tego czynić Grenouille’owi? Wszak pracował nad zapachem miłości, takim, który załagodzi wszelkie spory, pozbawi zahamowań, otumani i porwie do czynu i uczuć wszystkich bez wyjątków: największą biedotę, która już dawno zapomniała jak smakuje miłość, jak i biskupa, któremu nie wolno sobie jej smaku nawet przypomnieć. Kilka istnień ludzkich dla błogiej szczęśliwości wszystkich, które stąpają po Ziemi.

Nie żebym kibicowała, że użyję tej sportowej terminologii Janowi Baptyście. Trudno popierać tak beznamiętne i interesowne mordy, w dodatku na tak pięknych istotach płci żeńskiej, bo tylko piękne, choć niekoniecznie niewinne, padały jak muchy z ręki mistrza. No, może nie do końca można te morderstwa nazwać „beznamiętnymi”, wszak brały się z wielkiej pasji i idei tworzenia czegoś wyjątkowego dla ludzkości – rozkosznego zapachu, którego woń łagodziłaby międzyludzkie obyczaje i stosunki. Niestety, Grenouille zapomniał, że cechą zapachu jest jego nietrwałość, i nie wiedział jeszcze, że ludzie, dla zmysłowych rozkoszy tracą rozum.
A więc, nie żebym kibicowała, ale na pewno patrzyłam z zainteresowaniem, czy mu się uda. O tych dziewczynach wiedzieliśmy tak mało...A Jana B. znaliśmy od niemowlęcia, na tyle, by mu nawet współczuć - od urodzenia był dzieckiem niechcianym, odrzucanym, porzucanym, przekazywanym sobie z rąk do rąk, bitym, poniewieranym – jednym słowem zawsze, całe życie niekochanym. Na szczęście urodził się z genialnym powonieniem co nadało jego życiu sens,niestety innych tego życia pozbawiło.
Jego perfumy miłości nie mogły więc być zapachem doskonałym - Jan Baptysta nie umiał kochać, cały on był raczej miłości pragnieniem, niż jej spełnieniem. Ot, taka bajka, ale bardzo ładnie i malowniczo opowiedziana.

Ben Wishaw – wspaniały. Cały on świetnie wpisał się w rolę oszołomionego zapachami życia Jana Baptysty Grenouille’a – sylwetka wiotka i "zwiewna" niczym zapachy, którym się poświęcił. Twarz również, szczupła, prawie ascetyczna, ciągle napięta, skupiona, ze sporym nosem, w myśl powiedzenia „organ używany...itd.”. Ben w większości filmu grał nosem. Na takie wrażenie złożył się także świetny montaż. Nozdrza dokładnie w odpowiednim momencie drżały, rozdymały się, ożywały wiodąc Jana Baptyste śladem zapachów, nie samych dziewczyn, tak bardzo potrzebnych mu do spełnienia swej życiowej powinności.

„Pachnidło” to film nawet urzekający, głownie obrazem – wspaniała scenografia, dbałość o szczegóły zarówno wnętrz jak i kostiumów oraz postaci żyjących w tamtych czasach. Świetna scena końcowa, zbiorowego aktu seksualnego spełnionego wskutek cudownego zapachu, jaki nagle poczuli, rozjuszeni wcześniej do białości wizją ukarania mordercy, ludzie. No właśnie, bo to nie miłość nimi powodowała, że nagle zaczęli się kochać, ulegli obezwładniającemu zapachowi PRAGNIENIA miłości. Sprawił on, że musieli się kochać fizycznie od razu, tu i teraz z kimkolwiek obok. Czy po to urodził się Jan Baptysta Grenouille? Zakończenie filmu jest tego pytania odpowiedzią. A scena była piękna, także wizualnie, bo prawdziwa, wykonana przez żywych statystów, a nie przez program komputerowy (mam nadzieję). Setki twarzy i ciał ludzkich, niby wszyscy tacy sami, ale każde inne. Brawa za przedsięwzięcie.

I tu mała dygresja. Przy okazji tej wieńczącej film sceny, przypomniał mi się inny film, dokumentalny "Nagi świat". O Spencerze Tunicku, amerykańskim fotografiku, specjalizującym się w monumentalnych instalacjach złożonych z setek, setek, czasem nawet tysięcy, nagich ciał wkomponowanych w środowisko, w jakimś żyje człowiek. Przeważnie są to ulice, place wielkich miast, czasem jakieś budowle, pomniki, portowe nabrzeża, czy wybrzeża morskie. Jeździ on sobie wraz z dwoam czy trzema asystentami po całym świecie i nawołuje ludzi do swych fotograficzno-artystycznych happeningów, nie płacąc im za udział ani grosza. Takie zdjęcia wyglądają naprawdę niesamowicie. Jego największym osiągnięciem logistyczno-artystycznym jest fotka zrobiona w Barcelonie na wielkim placu przed Narodowym Instytutem Kultury , gdzie udało mu się w czerwcu 2003 roku zgromadzić, rozebrać, odpowiednio ułożyć i sfotografować ponad 7 tysięcy rozebranych Hiszpanów. Ten sam plac, wykorzystał właśnie Tykwer do sfilmowania sceny finałowej „Pachnidła”. Czy był to przypadek, czy może niemiecki reżyser został zainspirowany tak a nie inaczej do tej sceny właśnie przez Tunicka? W każdym razie tak to mi się jakos ładnie skojarzyło, i tym sposobem XXI-wieczny artysta wkradł mi się niepostrzeżenie w tę opowieść rodem z XVIII – wiecznej Francji.

czwartek, 20 września 2007

This Is England

Jestem ostatnią osobą, która podejrzewała by siebie, że będzie prawie szlochać nad losem jakiegoś skinheada z zapyziałego miasteczka Wysp Brytyjskich. A jednak tak się stało. Za sprawą reżysera Shane Meadowsa, Stephena Grahama i kompozytora – Ludovico Einaudi, którego muzyka wprost "znęcała się" nad widzem, szarpiąc jego serce, podczas dramatycznej finałowej sceny. Film niemal perfekcyjny, jeśli chodzi o dotarcie do uczuć widza. Scenariusz reżysera wprost modelowy – bohaterowie jednego miejsca, środowiska, ale jednak mocno zróżnicowani. Ich charaktery, z których żaden nie jest zdecydowanie czarny ani biały, zmieniają się ciągle pod wpływem następujących po sobie wydarzeń, niczym szkiełka w kalejdoskopie, tworząc barwną opowieść o odwiecznych ludzkich tęsknotach za akceptacją, przyjaźnią, miłością, rodziną i stabilizacją. Dialogi wartkie, błyskotliwe, wyważone, przekonywujące. Gra aktorów znakomita. Humor, dowcip, ale również prawdziwa troska autora „co z tą Anglią”? Za dużo w niej biedy, szarości, nijakości, braku celu w życiu prostych ludzi, brutalności, gniewu, w końcu rasizmu. A wszystko to na tle imperialistycznych zapędów (wojna o Falklandy) i mieszania się w konflikty zbrojne. Czyż nie lepiej, by politycy zajęli się własnym narodem, tu i teraz, gdzie obecnie żyje? Mało im jeszcze trosk i zmartwień, muszą szukać nowych?

Głównym bohaterem jest kilkunastoletni, osierocony przez ojca zabitego na wojnie z Argentyną o dalekie wyspy, Shaun (bardzo dobra rola, nagrodzona zresztą BIFA, Thomasa Turgoose’a). Shaun to dobry, porządny chłopiec, ale trochę samotny –nosi dziwne spodnie, nie ma ojca, musi więc w niektórych momentach życia liczyć tylko na siebie. W takiej sytuacji przyjąłby zaproszenie do towarzystwa od samego diabła, a co dopiero od grupy skinheadów, w której na dodatek są piękne i chętne dziewczyny. Istna sielanka zostaje zakłócona, gdy z więzienia wychodzi ich prawdziwy przywódca, Combo (Stephen Graham – rewelacyjny!!!). Grupa zmienia zupełnie swój charakter – z rozrabiackiej bandy staje się gangiem o profilu rasistowskim. A między starym wygą Combo i młodziutkim żółtodziobem Shaunem rodzi się coś na kształt przyjaźni, opartej na zauroczeniu (Combo widzi w Shaunie siebie, gdy był dzieckiem, Shaun widzi w Combo utraconego ojca) i imponowaniu sobie nawzajem. Niestety, nieodwzajemniona miłość, nuda, wewnętrzna pustka, bezradność, brak zajęcia, chęci by je sobie znaleźć i co tu dużo mówić – głupota, no – może: niezbyt wysoka inteligencja, powodują narastanie frustracji Combo i jego kolesiów, a tę najlepiej przecież wyładować na cudzoziemcach, zajmującej wg nich miejsca, które należą się Anglikom. Robi się coraz mniej przyjemnie, katastrofa wisi w powietrzu.

Shane Meadows koncertowo przedstawia proces rodzenia się agresywnych, nacjonalistycznych ruchów młodzieżowych. To nie są z gruntu źli ludzie. Takimi się stają wskutek różnych okoliczności. Nie wszyscy potrafią znaleźć sensowne ujście dla swoich frustracji, wynikających z poczucia krzywdy, opuszczenia, kompleksów, samotności, pozostawienia ich bez pomocy. Radzą więc sobie ze swoimi problemami, z niedostosowaniem tak jak umieją, jak jest najłatwiej, czyli spuszczaniem lania bogu ducha winnym i najlepiej słabszym . Do tego świetnie nadają się „inni”. Czyli jak nie ma pod ręką homoseksualistów (bo miasteczko jest małe, kto się do tego przyzna?), to mogą to być obcokrajowcy – których można przecież śmiało obijać w imię miłości do ojczyzny i czystości rasy.

„To jest Anglia” świetny film ze społeczno-politycznymi realiami tytułowej Anglii lat 80-tych w tle, zrodzony, jak się można domyślić, z elementów biografii samego reżysera (nawet imiona maja z Shaunem podobne: Shaun - Shane). Historia jakich wiele, dziejąca się co rusz pod różnymi szerokościami geograficznymi, ale opowiedziana wyjątkowo sprawnie i poruszająco. Jeden z najlepszych filmów tegorocznego ENH. Jeśli wejdzie na ekrany kin – polecam i uprzedzam – skinhead też człowiek, chusteczki trzymać w pogotowiu.

piątek, 7 września 2007

Dwa "dziwne" filmy 7. ENH

Dwa najdziwniejsze filmy festiwalu „CZŁOWIEK Z LONDYNU” Beli Tarra – najnowsza fabuła awangardowego reżysera z Węgier, będąca oryginalną ekranizacją powieści Georgesa Simenona i „DOMY SCHINDLERA” – dokument amerykański, a architekcie Rudolfie M. Schindlerze, reprezentujacym postwojenny modernizm, głównie lat 20-40 tych XX wieku w tamtejszym budownictwie mieszkalnym, głównie w zakresie nowoczesnych willi na wybrzeżu Los Angeles.

Te dwa filmy mają jedną wspólną cechę – ciszę, zminimalizowanie słów. Do widza przemawia głównie obraz. W „CZŁOWIEKU Z LONDYNU" są to długie ujęcia, przedstawiające w czarno-szarych barwach życie pewnego Londyńczyka, pracującego nocą na nadbrzeżu Tamizy, który pewnego razu staje się mimowolnym świadkiem morderstwa. Myliłby się, ten, kto by sądził, że filmowa wersja prozy angielskiego autora kryminałów, będzie trzymającym w napięciu thrillerem. Nie w przypadku Tarra, który znany jest ze swej metody filmowej, gdzie czas jest jednym z głównych aktorów jego produkcji. W swojej filmografii posiada filmy mające długość taśmy wystarczającej na prawie 8 godzin projekcji.
Tym razem węgierski reżyser, nazywany drugim Tarkowskim czy Antonionim, zmieścił się w 130 minutach, co i tak dla widza przyzwyczajonego do szybkich skondensowanych współczesnych, najczęściej amerykańskich produkcji, i tak wydaje się wiecznością. Film jest szary, powolny, niejeden by powiedział „beznadziejny”. Tak jak zresztą życie głównego bohatera, pana Maloin. Jest on człowiekiem bezgranicznie samotnym, mimo, że posiada żonę i córkę. Żyje jakby był niewidzialny, przemyka przez miasto i życie cichcem, wtapiając się bezbłędnie w piękne choć smutne pejzaże zaniedbanych ulic. Ale jednak, z czasem okazuje się, że ten przeciętny Londyńczyk jednak żyje. Ma swoje emocje i uczucia, jest na pewne sprawy szczególnie wyczulony, a nawet rozeźlony. Nie godzi się na brud, bierze się w końcu za jego sprzątanie, nie patrząc, że sprzątając sam się pobrudzi.

Wydawałoby się, że film jest pozbawiony akcji, oglądamy przeważnie kilkuminutowe ujęcia, czasem w ruchu, gdy na przykład wracamy razem z Maloin pustymi, przygnębiającymi ulicami do domu, po nocnej zmianie. Czasem są to ujęcia statyczne, ot choćby to z drzwiami starej szopy. Patrzymy na nie w ciszy, ale czujemy niemal fizycznie, wiemy, że te oto stare deski, uporządkowane w szereg i spięte starą żelazną klamrą, są zasłoną niezwyczajnego zajścia między dwoma mężczyznami.
Bo taka jest specyfika filmu Tarra, on igra z naszą wyobraźnią, to my sami snujemy projekcje tego co on nam zasugeruje. I na tyle jego filmy są fantastyczne, na ile pozwala nam na to nasza fantazja, daje nam w tym przypadku wolną rękę i wolny wybór.

„DOMY SCHINDLERA” (nie mylić z listą Schindlera), to 1.5 godzinny dokument z kilkuzdaniowym prologiem o kim mowa z konstatacją, iż dzieła tego amerykańskiego architekta o austriackich korzeniach, przemówią same za siebie i opowiedzą nam o człowieku, który je stworzył, a więc wszelki komentarz jest zbędny. Na początku – szok! Jak to tak, nie będzie opowieści o życiu? o zmaganiach z betonową materią? o założeniach modernizmu? o historii tych, trochę wydawałoby się na początku topornych willi; o tym kto, dla kogo, za co i za ile? Nie, nic, ani słowa. W ciągu 90 minut, słyszymu szum drzew, odgłosy ulicy i krzątaniny, jaka dochodzi z okolicy i wnętrz domów. Ludzi nie widać, jakby wymarli, oglądamy tylko puste wille, wytwory wyobraźni i ręki architekta oraz budowniczych. Surowa geometria, grube ściany, nieduże okna, płaskie dachy, spokojną harmonia, bez żadnej stylizacji i broń Boże ozdobników (oto odpowiedź na minioną secesję), sztuka i materia wyłącznie w służbie funkcjonalności. Na szczęście wszystko w życiu ewoluuje, a więc założenia modernizmu również. Film daje nam przegląd tego procesu właśnie. Te najwcześniejsze, najstarsze wille, są niczym bunkry - ponure, w środku ciemne, doskonałe jako sceneria filmów kryminalnych o więzionych przez przypadkowych przybyszy domownikach. Och, niedobre emocje budzi taka architektura...
Ale z czasem, ludzie i artyści łagodnieją, a z nimi ich sztuka. I tak też dzieje się z zabudowaniami nadmorskich terenów Los Angeles w latach około 50-tych XX wieku. Nadal pozostają w stylu, ale ich linia i forma jest bardziej lekka. Nadal brak symetrii w planowaniu poszczególnych segmentów budynków, ale okna nabierają rozmachu, zajmują w murach więcej miejsca, wnętrza stają się jaśniejsze i weselsze. I widzom na sali robi się jakoś raźniej. Pojawia się bowiem więcej domowych odgłosów na ścieżce dźwiękowej; a to brzęk naczyń, zgrzyt sztućców z kuchni, jakieś dalekie rozmowy, ba... raz nawet udaje nam się podglądnąć mężczyzną czytającego książkę na tarasie przestrzennnej willi. Nieśmiało więc pojawia się cel, dla którego funkcjonuje modernizm – człowiek i życie. I zaraz zrobiło się cieplej i przyjaźniej, ba... nawet czasem zwiewnie, jeśli by tak można rzec o modernistycznych bryłach. Po prostu – pięknie.
Oto na jaką ciekawą wędrówkę zabrali nas twórcy tego dokumentu, podobnie zresztą jak Tarr – zaproponowali nam spacer po zamożnym sektorze Los Angeles, tak jak Tarr zabrał nas do biednej dzielnicy Londynu... obaj wcisnęli nam pod rękę naszą wyobraźnię.


Człowiek z Londynu i człowiek z Los Angeles. Fikcja i fakty. Dwa filmy – jedna cisza. Niesłychane, że można się jeszcze zatrzymać i popatrzeć, posłuchać spokoju, dać upust wyobraźni, pofantazjować, co prawda pod ścisłym nadzorem reżysera, ale zawsze.

Na „Człowieka z Londynu” ja wyciągnęłam A., a to pod wpływem lektury „Tego piekielnego kina” Wojciecha Kuczoka, gdzie Bela Tarr ma dla siebie cały porządny rozdział. I dobrze, bo to może nie od pierwszej chwili porywający reżyser, przekonuje po czasie, gdy się na spokojnie przetrawi jego filmową strawę i wyciągnie z niej odpowiednie wartości. Jedną z niezaprzeczalnych jest niezwykła uroda czarno-szaro-białych zdjęć, oraz spokój jaki emanuje z ekranu, nawet, gdy jest krwawo i groźnie. No i akcja "umownie" za kadrem, co pozwala tworzyć swoje scenariusze.

Na „Domy Schindlera” wyciągnęła mnie A. Jako przyszła kulturoznawczyni nie omieszkała o nie zahaczyć. Spodziewałyśmy się więcej treści wyłożonej jak kawa na ławę. Otrzymałyśmy piękny szkic o ewolucji artystycznej jednego z architektów modernizmu, pogłębiony o zadumę nad przemijaniem ludzkiej materii w kontraście z trwałością architektonicznego budulca.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Afryka po belgijsku i Turcja uniwersalnie choć w oryginale. Czyli rodzina, ach rodzina.

„KIEDY WIATR UNIESIE PIASEK” – reż. Marion Hansel (ta od „Między złem a głębokim błękitnym oceanem”). Zapowiadało się dosyć ciekawie. Gdzieś w Afryce, na pustyni, w małej wiosce, zanika ostatnie źródło wody.Jedna z nielicznych rodzin, postanawia opuścić swe domostwa i poszukać innego miejsca do życia. Jak się można domyślić, będzie ciężko, niebezpiecznie – tereny na ich szlaku często są dotknięte wojną, co niesie czasem tragiczne konsekwencje. Niestety, jest jakoś mało autentycznie. Nieszczęściem tego filmu, jest to, że twórcy chcą bardzo pięknie pokazać Afrykę i jej mieszkańców, tak żeby wzruszyć do głębi serca ewentualnych sponsorów budowania nowych studni. Ogląda się to jak kolorową pocztówkę z pozdrowieniami od wędrowców szukających wody na pustyni. Owszem, nie szczędzi się nam nieszczęść po drodze, to prawda, ale jakoś mi to wszystko za czysto wygląda, dosłownie i w przenośni. Mąż i żona wraz z trójką dzieci, są piękni, mają czyste, kolorowe szaty, mimo, że nie myją się ani razu, krajobrazy są urocze, a uczynki złych ludzi spotykanych po drodze są okrutne, ale jakieś takie.... za „eleganckie”, nie przerażają. Właśnie, cały film jest za „elegancki”, zbyt „wymuskany”, to chyba dobre słowo. Ogólnie – idea szczytna, ale jakoś mało poruszająca. A szkoda. Na szczęście film ratuje i nadaje mu zupełnie inny wymiar, taki bardziej ludzki, dość wątle zaznaczony, ujawniający się z większą siłą dopiero pod koniec filmu, wątek specyficznej, afrykańskiej hierarchii wartości, wyznawanej w przeciętnej wiejskiej rodzinie, którą to wymuszają ciężkie warunki bytowe. Porażające jest, gdy kolejny raz dowiadujemy się, że zwierzę hodowlane jest bardziej cenne od dziecka. I dzieci o tym wiedzą. I kochają swych rodziców.


A skoro już jestem przy egzotycznym temacie. Bardzo, ale to bardzo urzekł mnie film turecki"CZASY i WICHRY". Misternie, subtelnie skonstruowana, podzielona wg pór dnia (i nocy), opowieść o rodzinie. O tym jak dzieci na pewnym etapie swego życia nienawidzą swoich rodziców, bojąc się, że mogą być do nich podobne. Tak samo jak oni zacofani, zachowawczy, bez szerszych horyzontów, żyjący w kołowrocie dnia codziennego. I co gorsze, oni, czyli chłopcy – dwójka bohaterów filmu, widzą, że są już na dobrej drodze by powielać ojcowskie schematy. Są przerażenie do tego do tego stopnia, że pragną śmierci swych ojców. Jest to pewna metafora uwarunkowania rozwoju, postępu: by narodziło się nowe, musi umrzeć stare.
Przepiękna historia, osadzona w XXI wieku w górskiej tureckiej wiosce, gdzie życie płynie leniwie, tradycyjnie, niczym w kilkaset lat temu. Życie, którego każdy dzień wyznacza rytm modlitewnego rytuału – choćby się świat walił, w godzinę modłów duch we wsi zamiera. I dobrze – w tym czasie wszelkie burze ustają i życie toczy się, chwała Bogu, dalej. Nowe trzeba budować na pewnej, trwałej opoce.
Choćby wiały wichry, życie ludzkie toczy się tak samo, pewne rzeczy są niezmienne i powtarzalne, także owe trudne relacje "dzieci - rodzice", bez względu na upływający czas.
Jeden ze ścisłej czołówki festiwalowych filmów. A reżyser nazywa się Reha Erdem. A "Czasy i wichry" to jego czwarty film. Aż się chce zobaczyć poprzednie. Może się uda.

Słowa zaklęcia, wypowiadane niemal codziennie: "nie będę taka..., nie będę tak żyć, jak...., nie dam się zrobić tak, jak..., nie pozwolę, by... jak moja matka. Już ich nie wypowiadam, ale nie daję się i ciągle walczę, by się spełniały.

sobota, 25 sierpnia 2007

POTOSI: film jak moje marzenie

"POTOSI: czas podróży". Kolejny film festiwalowy niedozapomnienia. Ten 4-godzinny dokument mógłby mieć też podtytuł: „podróż przez życie”. A to ze względu na bardzo mądry i pełen refleksji odautorski komentarz dobiegający zza kadru.
Film ma dwie główne warstwy. Pierwsza - to podróż poślubna szlakiem Inków reżysera Rona Havilio i jego żony Jacqueline. Tę wspaniałą i jakże oryginalną wyprawę (mogli przecież na miodowy miesiąc pojechać do Brazylii i smażyć się na plaży Copacabana albo podziwiać wodospad Iquacu) śledzimy za pośrednictwem dokumentujących ją zdjęć i wspomnień. Druga warstwa – to powtórka tej podróży po 30 latach, do której para podróżników zaprosiła swoje trzy córki, mające w trakcie kręcenia filmu około 20 lat. Tak jak kiedyś – wędrują teraz w piątkę przez boliwijskie Andy, odwiedzając m.in. niezwykłe, położone na wysokości powyżej 4000 m n.p.m, tytułowe miasto - Potosi.
Ron Havilio wykorzystał rewelacyjny pomysł powtórzenia tej podróży jako impuls do różnych przemyśleń m.in. na temat jego długoletniego związku z Jacqueline, o ich rodzinach (oboje mają żydowskie pochodzenie, obecnie mieszkają w Jerozolimie, a korzenie żony sięgają przedwojennej Polski), o cieniu smutku, jaki położyła wojenna historia na ich życie, o jego relacjach z córkami, a także o pewnych przemianach jakie zaszły na przestrzeni lat w relacjach małżonków czy między poszczególnymi członkami ich rodzin. Ten, tak czasem bardzo osobisty, komentarz nie jest absolutnie nachalny. Jest bardzo delikatny, subtelny i świetnie uzupełnia wątek najważniejszy, czyli obraz miasta Potosi i dzieje jego mieszkańców. Mieszkańców spotkanych wtedy, gdy Ron i Jacqueline byli i młodzi i teraz, po latach. Aktualny film przeplata się ze zdjęciami ludzi i zdarzeń sprzed 30 latach. Havilio próbuje rozpoznać młode twarze ze starych fotografii pośród krzątających się na ulicach czy przed swoimi domami starszych Indian. Wymaga to trochę trudu, nieraz trzeba mocno popytać i poszukać, ale czasem warto, bo udaje się odnaleźć bohaterów tamtych lat. Rozmowa z tubylcami należy do żony – Jacqueline cudownie nawiązuje kontakt z nieznajomymi. Jest bardzo ciepła, bezpośrednia, głeboko zainteresowana ich życiem – czuć, że naprawdę żywi do nich niekłamaną sympatię – ludzie rozmawiają z nią szczerze i otwarcie, często bardzo mądrze. Fascynująca jest ta konfrontacja przeszłości z teraźniejszością. Czasy się zmieniły, ale życie Indian nie bardzo, a już na pewno nie ich smutek – Potosi i jego okolice to bardzo piękne, aczkolwiek surowe i smutne strony. Ich historia – nieludzkie wykorzystywanie przez białych okolicznych Indian do pracy w zasobnych kopalniach srebra – odcisnęło piętno na psychice także dalszych pokoleń. Poza tym życie tu i bez białych jest bardzo ciężkie – 4000 m n.p.m robi swoje.
Smutek, melancholia, jakie towarzyszą wspomnieniom, bo choćby były one najpiękniejsze, to jednak wiążą się z nieodwołalnym przemijaniem, połączone jednocześnie jakimś tajemnym sposobem z pogodą ducha, nie odstępują widza od początku do końca filmu. Co jednak nie sprawia absolutnie że jest on przygnębiający. Nie, Potosi to pewien rodzaj konstatacji, pogodzenia się z upływem życia, ze zmianami jakie ono niesie, a jednocześnie podziw dla trwałości i mocy natury, także ludzkiej. No i przede wszystkim – to obraz i historia jednego z najciekawszych miejsc na świecie – miasta Potosi.
Co za piękny film, zaraz po projekcji miałam ochotę przeżyć go jeszcze raz. Tym bardziej, że jest ucztą nie tylko dla oka, komórek mózgowych, ale i dla ucha – obrazom z podróży towarzyszy wspaniała muzyka andyjskich Indian, także tych walczących z wyzyskiem.
Polecam ten film, jeśli będzie okazja, wszystkim, którzy lubią wszelakie podróże z refleksją. Nie polecam turystom, także kinowym. Ci, którym zależy tylko na zaliczaniu tytułów filmów, jak kolejnych znanych zabytków światowej klasy. Niech sobie dadzą spokój, lepiej wybrać się z biurem wycieczkowym pod piramidy Machu Picchu, film też będzie się im dłużył, a 4 godziny, które mu poświęcą przeliczą z żalem na dwa tytuły filmowe, które by mogli w tym samym czasie bezstresowo pooglądać.

wtorek, 21 sierpnia 2007

"Do ciebie, człowieku" - król 7. ENH

Chwilę mnie nie było. Ale zaraz będę. Właśnie wróciłam z festiwalu filmowego Era Nowe Horyzonty. Wspaniała przygoda. Już tęsknię, żeby ją przeżyć w przyszłym roku. Wiele filmów, wiele wrażeń, trochę obserwacji i wniosków, lepszych i gorszych. Będę tu je spisywać. Pozdrawiam tych, którzy to czytają. Już wkrótce wpadnę do znajomych. Tu i ówdzie zaglądnęłam, sporo się działo, gdy mnie nie było. No to narazie. 

Myślałam, że uda mi się na potrzeby bloga stworzyć oddzielne, nazwijmy to - impresje filmowe, poza tymi, które zamieściłam na forum. Niestety, czas tak szybko biegnie, tyle jest ciekawych rzeczy do zrobienia, zobaczenia, przeczytania, przeżycia, przegadania, że nie dam rady.
Nie lubię robić przeklejek tekstów spłodzonych przeze siebie w różne internetowe miejsca, kojarzy mi się to brutalnie z najstarszym zawodem świata. Ale przecież nie jestem z kolei jego pępkiem /świata/ i nie wszyscy w necie odwiedzają zarówno moje forum jak i blogi. A poza tym, blog traktuję teraz po trosze jako wyjście zapasowe w razie zamknięcia forum, co zresztą widać. Tyle tytułem tłumaczenia się. A teraz do rzeczy.

Podobało mi się wiele filmów na festiwalu. Na pewno więcej było tych, które znalazły moje uznanie niż dezaprobatę. Tak naprawdę zawiedziona byłam dwoma, trzema tytułami. Ale - jest, może nie 10, a 5 filmów, które wstrząsnęły, a przynajmniej bardzo poruszyły, basią podczas 7. ENH: "DO CIEBIE CZŁOWIEKU" , "CZASY i WICHRY" (prod. tureckiej), "TO JEST ANGLIA" i dwa gigadokumenty, 240-minutowe: "POTOSI: czas podróży" i "ANDY WARHOL - biografia". Ten ostatni, o Warholu - może nie tyle wstrząsnął, co świetnie uzupełnił i uporządkował od A do Z wiedzę o twórczości i sztuce tegoż.

"DO CIEBIE, CZŁOWIEKU" – reż Roy Andersson (ten od „Pieśni z drugiego piętra”). Temat filmu stary jak świat - pustka egzystencjalna, samotność ludzi wśród ludzi, tęsknota za prawdziwym dialogiem i porozumieniem, która nigdy nie zostaje zaspokojona. Wszyscy chcą być szczęśliwi, ale nie potrafią wyrwać się z zaklętego kręgu swego ego. Nie potrafią, bo są zbyt leniwi, obojętni wobec świata i innych jego mieszkańców, krzątają się niemrawo wokół swoich drobnych i drobniutkich spraw, żyją na ćwierć gwizdka, organizując sobie namiastki namiętności, które tak bardzo chcieliby przeżyć w swoim mało ciekawym życiu. Czasem wołają, pytają, próbują, zbliżają się do siebie, po to, by zaraz się rozminąć. Szczęście, wolność i kontakt z drugim człowiekiem mogą sobie znaleźć jedynie w marzeniach, także sennych.
Ale jak to jest pokazane! Jak prawdziwie a jednocześnie niebanalnie, aż ciarki przechodzą. Ten film to swoisty zlepek scen z życia całej galerii zwyczajnych bohaterów dnia szarego: apatycznych, trwoniących bezustannie swój potencjał, wypełniających mechanicznie swe małe codzienne rytuały, które nimi do cna zawładnęły. Czasem wykonają wysiłek i spojrzą w niebo, licząc na jakiś cud? Niestety, nic samo nie przychodzi. Szczęście, na które składają się również bliskie więzi z bliźnim, to ciężka praca. Bóg za nas jej nie wykona.
("Do ciebie człowieku" - to wg mnie najlepszy film festiwalu, także pod względem formalnym. Jedyny konkursowy, któremu dałam 6/6.)

Uwaga osobista: W okresie tego magicznego filmowego święta rządziły nami jakieś tajemnicze fluidy. Na film trafiłyśmy z Anią, po dłuższej rozmowie, na ten sam temat, którym uraczył nas Roy Anderssson, przybite jak ludzie na ogół strasznie samotnie i powierzchownie żyją, zabiegani, zaaferowani i zainteresowani tylko sobą, bez ciekawości, bez szczerej chęci zatrzymania się na dłużej przy kimś drugim, a jednocześnie jak bardzo są uzależnieni od innych, od ich akceptacji, opinii, dobrego humoru, jak ludzie kochają.... przeglądać się w oczach innych. Często o tym rozmawiamy.... Z tym, że ja już jak ta matka z „Arizona Dream” jestem z pewnymi faktami pogodzona, już przestało mi zależeć, częściej się teraz śmieję (czasem trochę gorzko) niż płaczę, chcę żyć i cieszyć się życiem takim jakie ono jest, trudno. Ona jeszcze cierpi, czasem prawie śmiertelnie.... ale na „Do ciebie człowieku” (w oryginale było mniej wiecej „Do was, żyjący”) płakałyśmy jak bobry obie. Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła o tym Roy’owi powiedzieć, pewnie by się ucieszył, ale nie znam szwedzkiego, mogłabym po angielsku, ale to wymagałoby trochę trudu, poza tym, musiałabym poszukać adresu, trzeba by trochę na dłużej przysiąść.... ech, Roy masz rację. :)

Nemo, dzięki za mobilizację. :)

piątek, 13 lipca 2007

Zodiac

Hmmm, mogłoby być lepiej, a przynajmniej pod względem ilości dreszczyków przepływających przez grzbiet widza, który przyszedł zobaczyć kolejny thriller autora „Siedem”. Film jest zdecydowanie za długi, przynajmniej o 20-30 minut. Może dlatego (znużenie) fantazja Pana Tadeusza Sobolewskiego poszybowała zbyt daleko i doszukał się on w „Zodiaku” nawet metafory terroryzmu, jaki zaczyna zagrażać współczesnemu światu (rec. w GW). Obawiam się, czy aby krytyk nie wpada w lekką obsesję na tym punkcie, ale w końcu wolnoć Tomku w swoim domku skojarzeń i wyobraźni. Jak się za chwilę okaże, ja też je mam i to zgoła odmienne. :)

Początkowo film odebrałam raczej wprost, jako opowieść o hipnotyzujących i uwodzicielskich właściwościach zła. Zło jako afrodyzjak, narkotyk, niszczący nie tylko jego bezpośrednie ofiary, ale i tych, którzy go na jakiś sposób, także pośrednio, pokosztują.

Oczywiście, podczas seansu automatycznie nasuwają się wszelkie porównania do poprzedniego dzieła Finchera z krainy zła - „Siedem”. Istnieje wiele podobieństw, m.in. gra w jaką zostają wciągnięci śledczy oraz społeczeństwo przez nieuchwytnego i tajemniczego mordercę. Z tym, że zbrodniarz z „Siedem” pod płaszczykiem ręki sprawiedliwości karze maluczkich za siedem grzechów głównych, zapominając o piątym przykazaniu z tablicy mojżeszowej, co też nie przeszkadza mu upajać się torturami i dręczeniem swych ofiar. Zaś Zodiac, inspirację i sposoby na mordy ma mniej wyszukane, lecz dostarczają mu one tyle samo satysfakcji i rozkoszy co jego koledze po fachu – Doe.

Ale jest jeszcze jedno dno filmu, kto wie czy nie ważniejsze od samych zbrodni Zodiaka. Mając na uwadze bardzo wyraźne nawiązanie Finchera do „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana Pakuli myślę, że reżyser wziął sobie za cel pokazać także mozół pracy śledczej, który nie zawsze prowadzi wprost do sukcesu oraz docenić rolę dziennikarzy czy innych zapaleńców spoza kręgów policji.

Ale nie tylko. W obu filmach mamy do czynienia z historią, która wydarzyła się naprawdę, spisaną przez bezpośrednich jej uczestników, ludzi biorących udział w tropieniu zła. W filmie Pakuli jest tajemnica polityczna. Jej śladem podąża para reporterów z „Washington Post” (C.Bernstein i B.Woodward). Ich praca znacznie przyczyni się do rozwiązania afery noszącej miano Watergate.
W „Zodiacu” zaś mamy seryjnego mordercę i lokalna gazetę „San Francisco Chronicle”, dziennikarza śledczego – Paula Avery’ego (Robert Downey jr.) i rysownika komiksów, autora książek - baz scenariusza - Roberta Graysmitha (J.Gyllenhaal). Obaj zafascynowani tajemniczym szyfrem, podesłanym przez mordercę do redakcji, postanawiają /tak, jak ww dwójka z „Wszystkich ludzi prezydenta”/, rozpocząć prywatne śledztwo. Zaangażowanie dziennikarzy oraz tok śledztw przebiega równie mozolnie acz uporczywie w obu filmach. Dziesiątki, a może i setki przejrzanych i przeanalizowanych dokumentów, rozmów z informatorami z narażeniem zdrowia i życia, prowadzą wreszcie do kresu – Nixon ustępuje, aczkolwiek główny świadek-informator (tzw. „Głębokie gardło”) nigdy nie zostanie publicznie ujawniony, podobnie jak Zodiac – jego nazwisko do końca pozostanie tylko w sferze domysłów.

Te dwa swoiste thrillery prowadzone są tak samo w dwóch równoległych płaszczyznach. Jedna, dosyć statyczna to właśnie owa praca śledcza na tle scenerii redakcji - duża hala, podzielona na pojedyncze boksy, biurka i stosy dokumentów, biura szefów, sale konferencyjne, gwar, pozorny chaos, wre jak w ulu. I druga warstwa, bardziej wyciszona, ciemna, niebezpieczna – praca w terenie, czyli wyjazdy, spotkania w mrocznych miejscach, zadymionych barach, podejrzanych mieszkaniach, piwnicach, garażach, gdzie napięcie niemal boli.
.
W „Zodiaku”, w odróżnieniu od WLP, mamy dodatkowe „atrakcje” w postaci ataków mordercy na swe kolejne ofiary. Takich akcji mamy sztuk cztery: na otwarcie filmu, dwie mniej więcej w środku i na zakończenie. Trudno z nich wybrać tę najmocniejszą czy najbardziej „efektowną”. Każda jest rasowa i smakowita na swój sposób. A co ciekawe Zodiac zawiadamia o nich redakcję dopiero po zamieszczeniu przez nią notek na łamach swego pisma. Może ktos się jednak pod mordercę podszywa? Wiele w tym śledztwie niejasności, niedomówień, podejrzeń, zabawy w ciuciubabkę nie wiadomo kogo z kim.

Takich morderczych efektów pozbawiony jest WLP, ale za to jest krótszy o prawie pół godziny, dzięki czemu, pamiętam, był zupełnie strawny i fascynujący jako prawdziwy thriller polityczny. W stosunku do „Zodiaca” mam uczucia bardziej mieszane, nieco nużył, nawet mimo paru mocniejszych scen chwytających za gardło. Być może wina leży także w klasie aktorów. Nie ujmując wiele Gyllenhaalowi i Downey’owi jr, których bardzo lubię, Redford i Hoffman okazali się chyba jednak lepsi.

A drążąc dalej w kwestii podobieństw obu filmów (co nie dawało mi spokoju) i moich skojarzeń, można znaleźć i takie:
Nixon obejmował urząd prezydenta w styczniu 1969 – początek działalności Zodiaca i jego zabawy w korespondencję z „San Francisco Chronicle” to lipiec tego samego roku! A ostatni list Zodiaca do redakcji przychodzi w sierpniu roku 1974 – dokładnie w tym samym miesiącu i roku Nixon rezygnuje z najwyższego urzędu państwowego w wyniku odkrycia afery Watergate. Zbieżności aż nadto wyraziste. Czy Fincher chce nam coś dodatkowego przekazać? Największa w dziejach historii USA afera polityczna idzie łeb w łeb z największą nierozwiązaną w dziejach amerykańskiej kryminalistyki zagadką seryjnych morderstw. Dwóch morderców, jeden działa zza biurka, bałamucąc społeczeństwo wypełnianiem szczytnych ideałów walki z komunizmem morduje cudzymi rękami gdzieś w małym kraju zwanym Wietnamem . Drugi bierze sprawę w swoje ręce, dosłownie, nie kryjąc, że zabijanie oraz zabawa w kotka i myszkę z zastraszonymi rodakami sprawia mu prawdziwą rozkosz. Obydwaj w podobnym czasie wycofują się ze swej działalności.
Pewne zamierzone przez reżysera analogie do "Wszystkich ludzi prezydenta" przypieczętowuje David Shire , który zajął się muzyką do obu filmów.