środa, 28 maja 2008

Upały - są meczące (U. Seidl)

Austria w porze bardzo gorącego lata, na dalekich przedmieściach Wiednia. Sterylne osiedla domków jednorodzinnych, zabudowanych szeregowo, podobnych toczka w toczkę jeden do drugiego. Niektóre domki malutkie, niektóre większe, w zależności od zawartości kieszeni lokatorów. Ale wszystkie tak samo wyjałowione z uczuć i emocji. Martwe osiedla zaludnione żywymi trupami. Nawet dzieci są tu jakieś dziwne, jeśli je w ogóle widać.  Bawią się cichutko w przydomowych ogródakch, tak cichutko na ile trzeba, by nie zakłócać spokoju sąsiadom. Ludzie odgradzają się od siebie wysokimi, gęstymi żywopłotami, grubymi zewnętrznymi żaluzjami, które co rusz opadają z hałasem, obwieszczając światu maksymę właściciela – "jestem u siebie, mam swoje życie i chcę mieć święty spokój". 

Patrząc na takie osiedla czuje się wręcz tęsknotę za brazylijskimi favelami, gdzie życie może i biedne,  niehigieniczne i niebezpieczne, ale tętniące, a ludzie to ludzie, a nie płazy wypełzające na słońce, by wygrzać swe obłe ciała. Dokładnie tak wygląda u Seidla wiedeńskie przedmieście skwarnym latem – niczym wielka kamienista plaża oblężona przez gromady oślizłych płazów (efekt oślizłości uzyskany przez naoliwienie ciał ), leniwie drzemiących i od czasu do czasu leniwie w swych kryjówkach kopulujących. Miłość – może... gdzieś... kiedyś... ktoś ... czegoś na podobieństwo tejże doświadczył. Niestety - albo już zapomniał, albo jest właśnie w trakcie wypierania tego czegoś  z pamięci,  ewentualnie rozpaczliwie jeszcze poszukuje i bierze co popadnie, i jak popadnie. 
 
Relacją jaka na ogół panuje między osobnikami zaludniającymi senne, rozgrzane do białości osiedle jest dominacja i podporządkowanie, a co za tym idzie – przemoc. Przemoc jest wszechobecna i nawet upał nie sprzyja jej osłabieniu. Przemoc pełznie,  sączy się, czasem wybucha, a czasem jest  z zimną krwią zaprogramowana i realizowana. Najczęściej jest to przemoc fizyczna – taką uprawiają mężczyźni w stosunku do kobiet, rzecz jasna - przewaga fizyczna tychże na tymi jest jedyną niepodważalną. Osobniki bardziej zmyślne łączą przemoc fizyczną z psychicznym znęcaniem i upokarzaniem. Niestety, kobiety przyjmują te zabiegi zazwyczaj z głeboką pokorą i oddaniem, a bywa, że nawet z miłością wobec kata. Czasem, jeśli kobieta jest jeszcze młoda i ładna próbuje uciekać, pewnie po to by w końcu i tak wpaść w łapy innego. Widać, kobieta lubi, a może nawet musi, przynależeć do kogoś. Pełnić rolę służebną wobec  swego pana, czego obrazem w filmie są dwie sceny, mówią tu i ówdzie, że pornograficzne. Te najbardziej bulwersujące widzów , z niechęcią przez nich przyjęte,  no bo nie są one  przyjemne, jak  prawda, która często boli. A  poza tym, mogłyby być podniecające, ale nie wypada, film przecież jest poważny, o zacnych mieszczanach rodem ze środkowej,  wysokocywilizowanej Europy. 
 
Pierwsza scena,  otwierająca dzieło U. Seidla -  to zbiorowa orgia, gdzieś na zapleczu jakiegoś supermarketu,  jakich wiele na obrzeżach Wiednia. Mnóstwo najrozmaitszych konfiguracji, poruszających się mechanicznie w takt znanego wszystkim rytmu. Po chwili na plan główny wysuwa się jedna figura – trójkąt, z kobietą obsługującą dwóch mężczyzn jednocześnie. Drugi obraz, zamykający film, to akt nagiej pary, coś na kształt jakby z  malarskiej palety Rubensa. On całkowicie wyprostowany, łącznie z penisem i ona - półleżąca przed i z tymże w dłoni, również w pełnej gotowości - by zaspokoić tego, który ma ochotę jej na to pozwolić.  
A między tymi obrazami - mozaika scen z życia przeciętnego obywatela, mieszkającego w małym białym sterylnym domku, wciśniętym miedzy jednym hiperpermarketem  a drugim. Czyżby nasze życie, wg Seidla, określało tylko przyziemne zaspokajanie potrzeb fizjologicznych,  konsumpcja i kopulacja? 

Czy wszystko prędzej czy później sprowadza się do takiego mianownika? Czy nawet karą za niszczenie drogich samochodów (jeden z najwyżej cenionych wyznaczników wysokiej konsumpcji) na parkingu ma być gwałt na domniemanej sprawczyni? Stary wdowiec, poszukujący wśród żywych, namiastki swej zmarłej żony musi ją znajdować w starej kobiecie, która zaspokaja zarówno jego gust kulinarny jak i zamiłowanie do patrzenia na tańce erotyczne? Emerytowana pani profesor od śpiewu, kobieta inteligentna i wykształcona lubi być gwałcona i poniżana przez obleśnego prostaka stylizującego się na podtatusiałego rockmana. 

No i Matka, mszcząca się na swym mężu za śmierć córki, spółkująca na jego oczach (to znaczy na kanapie w ich wspólnym domu) z przygodnymi kochankami. Lecz kiedy ta sama kobieta, obolała matka, opamięta się i zwróci do tegoż z męża z prośbą o rozmowę, wtedy dwoje dorosłych ludzi, czując się bezradnymi, idzie, jak dzieci, pohuśtać się na huśtawkach. Niestety, są to dwie oddzielne huśtawki – nie rodzaj tej jednej, która wymaga współpracy dwojga zasiadających na jej przeciwnych końcach. A milczenie ciągle trwa.  Słychać tylko skrzypienie mechanizmów urządzenia do relaksu, wprawionych w ruch przez dwa obce sobie ciała. Jedno z tych ciał, ciało kobiety, poznaliśmy już wcześniej, na samym początku filmu – to ta pani z pierwszego obrazu, będąca ramieniem trójkąta, jednej z wielu figur erotycznych zbiorowej orgii na zapleczu jakiegoś supermarketu, położonego na obrzeżu jednego z wielu wielkich miast świata.

czwartek, 8 maja 2008

Pianistka i Elizabeth (jeszcze nie o filmie)

Niedawno przeczytałam „Pianistkę” E. Jelinek. Tak, tak, wiem, powinnam to zrobić wcześniej, jeszcze przed zobaczeniem filmu  M. Haneke.  Pamiętam konsternację jaka zapadła, gdy przyznano jej w roku 2004 Literacką Nagrodę Nobla.  Ponad 20 lat po napisaniu tej powieści. Zresztą od pozostałych dzieł też upłynęło sporo czasu.  Wreszcie zauważono i obwieszczono światu i wszystkim nieświadomym, że jest oto w Austrii pisarka, która bezlitośnie obnaża naturę swych czcigodnych rodaków.   I jesli ktokolwiek  gorszył się tym Noblem przyznanym piszącej pianistce, zniesmaczał, oburzał, zarzucał etc.,  że to "nie może być", "jak można", "że przesadza",  "kobiecie nie przystoi", a może że nawet, że "chora psychicznie"  itd. , niech teraz  pochyli nisko głowę przed pisarką, która wyprzedziła swą prozą to, czego dowiedzieliśmy się o człowieku za pośrednictwem  J. Fritzla. Wbrew pozorom, ona, jej pianistka Erika była w podobny sposób, choć na pewno mniej drastyczny, zdominowana i zamęczona przez swą matkę jak Elizabeth przez swego ojca. Obydwoje rodzice zbudowali dla swych dzieci, każdy na swój sposób, okrutne wieloletnie, a nawet dożywotnie więzienie. Okazuje się, że  czasem człowiek to nawet nie zwierzę. Owszem, łączy go ze światem puszczy chęć dominacji, która to chęć przeważa nad wszystkimi innymi pragnieniami. Ale ta wspólna zwierzoludzka skłonność  u człowieka okraszona jest sadomasochistycznymi skłonnościami. Zwierzę w odróżnieniu od człowieka nie zabija, nie unicestwia bez powodu swojego potomstwa. Jakoś tak się składa, że i Jelinek i Freud (ten od popędów seksualnych) są Austriakami .  Także  U. Seidl  (Upały, Import – eksport) i  M. Haneke, których  cała filmowa twórczość  jest również  podporządkowana tematowi wszelakiej dominacji . Musimy tę smutną prawdę przyjąć do wiadomości. Zło i dobro istnieją równolegle,  a człowiek częściej sięga po zło, bo daje mu ono przyjemność płynącą z  przewagi nad pozostałymi członkami stada.   I nie możemy  ufać do końca tym podejrzanie "porządnym" obywatelom, ze złożonymi rączkami,  spacerującymi w „białych rękawiczkach”, niczym dwójka  inteligentnych austriackich młodzieńców, składających mordercze wizyty  wypoczywającym  w domkach letniskowych innym inteligentom.  Serdeczny  uśmiech na twarzy,  uprzejmość, codzienna modlitwa  to jeszcze nie dowód, że człowiek nie ma swoich sekretnych piwnic. 

Twórcy wyżej wymienieni są akurat pochodzenia austriackiego. Piszą i tworzą na podstawie obserwacji własnego narodu. Ale nie tylko, Haneke na przykład, z tego co widziałam , tworzy także w odniesieniu i do innych nacji (np. Bałkany,Francja, Algieria). Każdy z nas, oczywiście, może odnieść się po lekturze czy filmie, także do swojego narodu i  znaleźć podobieństwa. Ale myślę, że  nie bez powodu  jedni z największych współczesnych austriackich artystów zajmują się właśnie taką a nie inna tematyką. Brutalnie, nie owijając w bawełnę - obnażają kim jest tak naprawdę ten posłuszny, mający zamiłowanie do porządku i grzecznej uładzonej fasadowości ich rodak, /a w dalszych asocjacjach może być także każdy inny człowiek/.

I nie chcę tu absolutnie uogólniać, ale tak się jakoś składa, że Hitler –pierwszy  największy zbrodniarz świata i Fritzl -  również pierwszy, chyba do tej pory nikt nie dokonał indywidualnego aktu okrucieństwa na taką skalę (i to na swojej rodzinie) - pochodzą z tego samego kraju. Ten temat, te zbieżności,   pewnie nadal będzie  gnębił  co wrażliwsze sfery tej nacji.  Będzie się  o tym dużo pisać i mówić, analizować itp. Oczywiście, byli później i Stalin, i Idi Amin czy Kim Il Dzong /albo, tak niedaleko nas, lekarz psychiatra Serb Radovan Karadzić/, i pewnie jeszcze kilku takich by się znalazło w innych rejonach świata, ale ci wszyscy choć nie kryli/ją swego przerostu ambicji, zamiłowania do zbytku i publicznej adoracji.

A tamci dwaj - byli ludźmi na pozór bardzo skromnymi, cichymi, ba, nawet niektórzy ze zdolnościami artystycznymi, lubiącymi porządek i ład, żyjącymi wg ściśle ustalonych reguł i planów i zgodnie  z pożądanymi  społecznie normami i tym normom świetnie odpowiadający – spełniali dokładnie to, czego ludzie z zewnątrz od nich oczekiwali.  A narzucone kajdany norm,  jak się okazuje, i tak w kiedyś pękają. Pierwotne instynkty, chęć dominacji, czerpanie z tego przyjemności, dotyczą każdego, nie dajmy się oszukać Nawet porządnych i kochających na całym świecie pokój Amerykanów.

Sen Kasandry

Oj, nie trzeba było braciom Ianowi (Gregor Mc Ewan) i Terry’emu (Colin Farrell) nazywać nowo zakupionej, po okazyjnej cenie, łajby imieniem (sen)Kasandry. Czyżby młodzi chłopcy przespali lekcje z mitologii i nie wiedzieli, że to może źle rokować na przyszłość?  Tym bardziej w ich przypadku nie trzeba było ryzykować.  Gdy jeden z nich cierpi na przerost ambicji w dziedzinie wielkiego amerykańskiego sukcesu, które to ambicje nie idą w parze z jego predyspozycjami psychicznymi, a drugi jest nałogowym hazardzistą, zapijającym niepowodzenia w grach szklaneczkami whisky.

Tu małe skojarzenie, co do śniącego o sukcesach za wielką wodą Iana. Czyżby Woody Allen chciał "Snem Kasandry"ostrzec wszystkich  Śniących o Ameryce? A szczególnie tych, którzy tak jak ukochana Iana –  Angela, marzą o karierze w Hollywood? Chyba nie bez przyczyny  główna rola kobieca to początkująca londyńska aktoreczka . A przy okazji, ma przynajmniej Allen możliwość trochę pokpić z tego zawodu, co rusz rzucając w przestrzeń uszczypliwe uwagi na temat ulotności i małej praktyczności pracujących na scenie, czy przed kamerami.  Oczywiście nie są to kpiny mocno złośliwe. Raczej dobroduszne, z perspektywy dobrego wujka, który pragnie uchronić swych podopiecznych przed wodą sodową uderzejacą do głowy pod wpływem publicznego sukcesu. Przecież wiemy, a i sami aktorzy tego nie ukrywają, że Allen tak naprawdę kocha aktorów, zresztą sam nim bardzo często bywa. I szkoda, że nie pojawił się w śnie Kasandry.
A propos wujka. Bo i taki pojawia się w fabule filmu. Jest to również dobry wujek, a przynajmniej do pewnego czasu. Wcielił się w niego kolejny z moich ulubionych angielskich aktorów – Tom Wilkinson. Howard to bogaty brat matki  obydwu braci. Lekarz parający się otwieraniem kolejnych klinik  dla bogaczy, chcących zachować wieczną młodość. Właśnie inauguruje  kolejny przybytek chirurgii plastycznej w dalekich Chinach /prawda jak kochany Woody jest na czasie? :)/ .  Wpada na chwilę do Londynu, by odebrać długi wdzięczności od kochającej rodziny. Do tej pory  to on sypał drobnymi datkami dla potrzebujących siostrzeńców, zapraszał na sute obiady siostrę i jej męża niedołęgę. Niestety, jak wiemy, wielkie interesy nie zawsze są czyste. Wujek doigrał się, jego księgowy przestał być lojalnym pracownikiem. Wyjście by ujść cało z opresji w jakiej się znalazł jest tylko jedno. Ian i Terry otrzymują propozycję nie do odrzucenia. Czy ją przyjmą, jakie będą tego konsekwencje? Czy odważą się przekroczyć granicę, za ktorą traci się możliwość powrotu do „wtedy”, do tego co było, za którą istnieje już tylko „teraz”. „Teraz”, bo wszystko to kim  kiedyś się było staje się nieważne, bo bo za tą granicą jest już człowiek zupełnie innej kategorii, skalany łamaniem podstawowych przykazań boskich i  ludzkich norm moralnych.

„Match Point”, „Scoop”, „Sen Kasandry”  to swoista trylogia o zbrodni i karze, jaką Allen wyreżyserował w ciągu ostatnich trzech lat. Rok po roku kolejny film, czy ktoś inny w jego wieku może się pochwalić takim tempem?  W pierwszym filmie – zbrodnia nie została ukarana, w drugim, owszem tak, z pomocą sił nadprzyrodzonych.  W „Śnie Kasandry” – sprawiedliwość też się dokona, i będzie najbardziej sprawiedliwa.  Może dlatego, tak się stanie, że w odróżnieniu, od tamtych dwóch filmów w zbrodnię zostaną uwikłani ludzie pochodzący z nizin społecznych? W odróżnieniu od zacnego wujaszka, bardzo bogatego lekarza, który z całego tego zamieszania (którego był sprawcą) wyjdzie bez minimalnego, choćby nawet moralnego, uszczerbku?
Terry – najbardziej niepozbierany gość tej całej rodziny, najbardziej ubogi, nieporadny życiowo, słaby psychicznie (może właśnie dlatego jest takim nieudacznikiem) – jest jednak najbardziej wrażliwy. I tu Allen świetnie trafił z obsadą tej roli przez Colina Farrella. Już od lat, od momentu, gdy zobaczyłam tego aktora w „Domu na krańcu świata”, wiedziałam, że ma on duży potencjał do wcielania się w postaci wrażliwców. I nie przejmowałam się za wiele krzywdzącymi opiniami kinomanów, że jest plastikowy, drewniany, a nawet zdarzały się opinie, że jest głupi (tak, tak, i nie wiem na jakiej podstawie – bo chyba nie na tej, że trochę tu i ówdzie porozrabiał i dwa razy zaklął).  No i znowu nie zawiodłam się. Niektórzy, w euforii obwieścili, że Terry to jego najlepsza rola. Myślę, że trochę przesadzili z tym zachwytem. Znam lepsze. Ale ta też jest bardzo, bardzo przyzwoita. Ewan McGregor – jako jego brat dupek bez skrupułów – także nieźle daje sobie radę.

Podsumowując – „Sen Kasandry” nie lśni oczywiście tak jak stare i starsze filmy mistrza. Nie ma przede wszystkim zgrabnych dialogów z intelektualnymi podtekstami, do których nas przyzwyczaił.  Ale jest za to, i jak zwykle, trochę gorzkiej ironii – głównie na temat bogatych i biednych tego świata. A także w kwestii ofiary przekraczania granic wiodących do szybkiego bogactwa. Nie ma nic za darmo, zdaje się przestrzegać reżyser.  Jeśli  nie ma potu i znoju, to będzie kara za grzech wiodący do łatwego pieniądza. No, może jednak nie dla wszystkich ....  :(

 

wtorek, 6 maja 2008

Droga do przebaczenia

Jeden nierozważny ruch kierownicą, chwila nieuwagi, parę kilometrów za dużo mogą być zaczątkiem piekła. A nawet dwóch piekieł. Mężczyźni: Ethan i Dwight .  Nauczyciel i prawnik, oboje w podobnym wieku. Mieszkańcy tego samego miasteczka gdzieś w stanie Connecticut. Ojcowie synów. Obydwoje, wraz z dziećmi, wracają z imprez. Ethan z koncertu, na którym jego syn Josh odniósł sukces jako początkujący wiolonczelista. Dwight – z meczu ukochanej bostońskiej baseballowej drużyny Red Sox-ów. Ethanowi, oprócz syna, towarzyszy jeszcze żona Grace (bardzo dobra Jennifer Connelly) i córka Emma. Dwight – jest rozwodnikiem, właśnie odwozi syna po udanym występie ulubieńców, do matki, a swojej byłej żony.  W  wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności oraz nieostrożnej jazdy, jeden z ojców  zabija syna drugiemu i co gorsza odjeżdża w panice z miejsca wypadku. Żeby było ciekawiej – tym ojcem jest Dwight -prawnik, a więc ktoś kto doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji swego czynu. Niestety, czas mija, panika nieco opada, ale strach, tchórzostwo, nadal zostają, a pokonywanie ich to prawdziwa walka. I nie chodzi tylko o kare więzienia, chodzi także o uczucia syna  - co się z nimi stanie, gdy dowie się prawdy, a syn dla Dwigtha to jedyna istotna wartość w jego pokręconym życiu.

 Ethan – stracił dziecko, ale nie jest sam, co nie jest zresztą dla niego w tym momencie wielką pociechą.  Najważnijesze jest bowiem w tej chwili – znaleźć i ukarać zabójcę dziecka.  Nie zauważa, zatracając się całkowicie w tym poszukiwaniu winnego, że pozostawiając samym sobie w tak ciężkiej chwili żonę i córkę, może je  też stracić.  Moim zdaniem – reżyser bardzo dobrze, i dobrze że pokazuje, jak działają mechanizmy samoobronne mężczyzny w takich chwilach – skupiając się na zemście, buduje sobie cel zastępczy w swoim osieroconym przez syna życiu. Na tym celu skupia wszystkie, i pozytywne i negatywne,  uczucia . Oczywiście ból po stracie nie znika, ale ma jakieś ujście, w konkretnym i pozytecznym, służącym sprawie zmarłego syna, kierunku. Niestety, w ten sposób emocjonalnie opuszcza  kochającą  go i mającą wyrzuty sumienia z powodu śmierci syna, żonę i młodszą córeczkę – które  w rozpaczy, ale przecież muszą jakoś nadal żyć.
Bardzo często słyszało się tu i ówdzie, że dobre małżeństwa po stracie dziecka rozpadają się. Co komuś z boku wydaje się nieprawdopodobne – jak to, w takiej chwili? Jeśli się kochają? Powinni być dla siebie podporą, wspierać się wzajemnie i wspólnie przeżyć trudny okres w życiu. Ten film, wydaje się dokładnie ilustrować dlaczego tak właśnie się dzieje.

Niestety, nie czytałam pochlebnych recenzji o „Drodze do przebaczenia”.  Że patetyczny, że przewidywalny, że teatralny itd. Ja jakoś nie miałam takich odczuć.  Piekła obu  mężczyzn pochłonęły mnie na czas filmu całkowicie. Zarówno Joaquin Phoenix (Ethan), jak i Mark Ruffalo (Dwight) znakomicie wywiązali się ze swojego aktorskiego zadania .  Ich, Ethan – namiętnie szukający sprawiedliwości ojciec oraz Dwight – szarpany rozterkami moralnymi ojciec, który zabił syna innemu  ojcu  (wbrew pozorom to wcale nie jest takie łatwe przyznać się tak po prostu do winy, jeśli jesteś szanowanym obywatelem miasteczka – nikt ci tak od razu nie uwierzy) – są bardzo ludzcy. I nie widziałam w ich grze, czy w scenariuszu,  żadnego patosu, czy teatru – w końcu sytuacja  w jakiej znaleźli się ci bohaterowie nie była codzienna, była wyjątkowa – chodziło przecież o jedną z najważniejszych wartości  – o życie dziecka, a dalej  o zabójstwo  i o karę.

Ja w każdym razie polecam filmową przejażdżkę po Reservation Road. To bardzo pouczająca wycieczka, i wcale nie banalna, choć rodem wprost ze szpalt codziennych gazet. Warto zobaczyć, co kryje się tak naprawdę pod zimnymi, bezosobowymi, sztampowymi notkami  typu:  „kierowca samochodu  marki XY  potrącił dziecko i uciekł z miejsca wypadku”.

środa, 23 kwietnia 2008

Ładunek 200

Obraz rozkładu całkowitego,  i moralnego i materialnego, Związku Radzieckiego na parę miesięcy przed „pieriestrojką”. Stare umiera, ale czy narodzi się nowe? Stare to:  Artiom – pracownik naukowy katedry ateizmu oraz jego brat – wojskowy. Obaj po 50-tce, a więc prawdziwi synowie komunizmu. Dalej - milicjant Żurow – prawdziwe monstrum,  żywe świadectwo degrengolady rodzaju ludzkiego, moralne dno, człowiek zły do szpiku kości. Chigurh z „To nie jest kraj dla starych ludzi” przy nim to dobroczyńca, który humanitarnie wybawia ludzi jednym gazowym strzałem od możliwości dalszego grzesznego życia. Żurow – to żywy obraz upadku rodzaju męskiego, impotent sadysta, osiągający satysfakcję pławienia się w swojej męskiej niemocy poprzez dręczenie, poniżanie i upokarzanie kobiety oraz ostatnich mężczyzn, w których mózgach,  gdzieś tam w nielicznych ich zakamarkach,  tlą się resztki swoiście pojętej męskiej dumy i honoru. Do takich należy Aleksiej –religijny  bimbrownik i alkoholik, niepoprawny idealista, wierzący, że wraz ze zmianą ustroju, z przywróceniem legalności wiary i uaktywnieniem kościoła życie okaże się piekne.  Czy słusznie? Czy będzie mu dane się o tym przekonać?  Czy okaże się szczęśliwcem i umrze bez odpowiadania sobie na pytanie, co lepsze, gdy umieramy ze świadomością nadziei, że po nas będzie dobrze, czy rozczarowani, że nadzieje okazały się nic nie warte? 
 
Czy można pokładać nadzieje w społeczeństwie do cna przepitym, żyjącym od wieków w poczuciu swej małej wartości, żywionym tylko górnolotnymi ideami, przynoszącymi korzyść materialną panującej władzy, w społeczeństwie, które, gdy pojawi się możliwość popróbowania rzeczy dotychczas zakazanych, rzuci się w otchłań szaleństwa konsumpcji? Młodzi ludzie (Walerij, Sława), nadzieja pieriestrojki – nie są wcale lepsi od starych. Oni już nawet nie mają złudzeń, nie wierzą w nic oprócz pieniądza. Nie mają żadnych, nawet niemądrych ideałów,  nie ma dla nich żadnej świętości. Jeśli kobieta, to tylko jako przedmiot do zabawy. Może miłość? Jeśli jest, to tylko do kasy i wódki. Może honor? Jeśli by na nim dało się zarobić, to owszem. Bóg? Jeszcze nie zdążyli dostać dobrze w tyłek, żeby się do niego udać po pomoc. O, taki Artiom, wykładowca w katedrze ateizmu to co innego. My już wiemy, że on dojrzał do decyzji o chrzcie z własnej nieprzymuszonej woli w wieku 55 lat. A pomogli mu w tym nie księża, nie żadne święte objawienie, żadne uduchowione medytacje. Do takiej decyzji doprowadził go pośrednio komunistyczny milicjant Żurow, diabeł z  piekła zwanym miastem Leninsk. Prawda, jaki paradoks? Diabeł to upadły anioł,  pamiętający jednak o swym Panu i dbający o statystyki jego trzódki. Tak, Artiom to uosobienie strachu (ba, nawet tchórzostwa - zamiast do prokuratora z zawiadomiem o zbrodni, udaje się do kościoła po chrzest) - jednego z głównych sprawców religijności ludzkiej. 
 
No tak, brakuje tylko choćby jednego prawdziwego anioła do kompletu. Dla przeciwwagi wszechogarniającego zła.  Ładnie i tradycyjnie by w tym temacie komponowały się kobiety. Ale na Boga, nie w ZSRR! Kobieta, z założenia niemal chyba każdej religii, a  i komunizmu,  stoi niżej mężczyzny, zazwyczaj przeszkadza mu w realizowaniu jego zbawiania świata. Owszem, czasem bywa przydatna i wtedy się jej używa. Sowieckij Sojuz pozwolił kobiecie nawet pracować jak facetowi.  Może dlatego Rosjanki tak się "zmaskulinizowały", stwardniały. Ot, choćby filmowa Antonia, żona Aleksieja (tego pieriestrojkowego marzyciela). To ona tak naprawdę jest tu prawdziwym mężczyzną, która w pewnym momencie bierze broń do ręki i robi porządek w tej fabularnej zadymie. Rozlicza się z tym z kim trzeba.  Ale, niestety, jest tak bardzo męska, że udręczona porwana Andżelika jest jej kompletnie obojętna. I nie wzruszajmy się (ci co widzieli film), że są sceny, kiedy to wydaje nam się, że Tonia chroni to biedne i niewinne (dosłownie) dziewczę. Nie, ona chroni ją tylko przed swym mężem, albo męża przed nią. Nie ma żadnej solidarności w ZSRR – każdy sobie wariuje na swój własny sposób i rachunek. /Pytanie, także do Polaków,  czy jakakolwiek bezinteresowna międzyludzka Solidarność istnieje w ogóle? /. 

Tak, przez ekran z filmem Ładunek 200 przewija nam się prawdziwa plejada ludzi obłąkanych, żyjących w brudzie dosłownym i moralnym. Czy naprawdę jest tak źle? Nie ma tu nikogo czystego i niewinnego, nieskażonego zepsuciem i zgnilizną? Ano…może i są. Może jest nim tytułowy „Ładunek 200” czyli Kola Garbunow i jego ukochana, czyli porwana i męczona Andżelika. Może, bo tak naprawdę to my ich nie poznajemy. Dowiadujemy się tylko, że są bardzo młodzi, mają po 19 lat i bardzo się kochają. Niestety, skazano ich na zagładę. Zostali męczennikami.  Kola pod kryptonimem „ładunek 200” został wysłany przez urzędników do Afganistanu, a jego dziewica padła ofiarą męskich kreatur. Niestety, nie zostaną świętymi. Kolę co prawda odznaczono pośmiertnie jako bohatera ZSRR, który zginął za ojczyznę (czyżby Rosjanom zagrozili afgańscy pasterze?), ale czy ktoś się o tym dowie? A Andżelika jak na kobietę przystało umrze po cichu i powoli  w smrodzie, z męskimi truchłami u boku. Pewnie tak samo powoli i byle jak, z męskimi "truchłami" u boku,  umierałaby, gdyby udało się jej dożyć świetności ojczyzny po pieriestrojce. Piszę w ten sposób, bo miałam nieodparte wrażenie, że Reżyser Bałabanow ubolewa nie tylko całościowo, nad degrengoladą narodu, ale także cząstkowo, jako mężczyzna - widzi upadek Rosjan konkretnie rodzaju męskiego. Czy można wszystko usprawiedliwiać panującym ustrojem? Inercja w jakiej ci ludzie są pogrążeni nabiera rozpędu. Bierność, apatia wbrew pozorom wciąga energicznie, jak niebezpieczny wir. Nie ma prawdziwych mężczyzn, to i nie ma kobiet - są tylko ludzkie fantomy, jakby wprost z alkoholowego delirium.  

Bardzo pesymistyczny obraz świata (nie tylko ZSRR). Mówi się tu i ówdzie,  że groteskowy, że prawie horror, czyżby? Życie, i to nawet nasze polskie, w naszym 90% katolickim kraju, już po kilkunastoletnich pokomunistycznych przemianach, dopisało do tego filmu swoisty suplement: sprawę porwanego Krzystzofa Olewnika.  Równie cuchnące bagno, z równie cuchnącymi bohaterami w tle.  Zmiany, zmiany, głupie nadzieje.  Zmieniają się tylko formy, nazwy. Ludzie ciągle, i wszędzie, pozostają tacy sami, a nawet jeszcze gorsi.

piątek, 18 kwietnia 2008

To nie jest kraj dla starych ludzi - zamiast komentarza na odwiedzanych blogach

Jak już uzgodniono po wielokroć najnowszy i oskarowy film braci Coen, nie jest filmem tuzinkowym, ani jednoznacznym. Każdy z niego wyciśnie to, na co ma aktualnie ochotę. Ale bezdyskusyjnym wydaje mi się reżyserski przekaz  o mentalnej niezmienności  Ameryki. Lata płyną,  nowe technologie dzięki skutecznemu drenażowi mózgów udoskonalają stronę materialną bytu kolejnych pokoleń "poczciwych" osadników z Europy lecz ich morale i duchowość niczym  specjalnie nie różni się od tej z czasów Dzikiego Zachodu.  Bracia Joel i Ethan nadzwyczaj czytelnie nawiązują w swym filmie  do pejzażów, zaściankowości  oraz awanturnictwa ówczesnych klimatów.  Ot, wymienię choćby kilka takich odniesień:  miejsce akcji - Teksas (ojczyzna miłościwie nam panującej kowbojskiej rodziny Buszów), sylwetka Mossa niczym klasycznego kowboja z reklamy Marlboro, wątek Meksykanów  - nieodłącznych bohaterów westernów, poszukiwanie meksykańskiego skarbu  - w tym przypadku skrzynię z monetami zastąpiła walizka z banknotami. Poza tym panujące bezprawie, zamiłowanie do broni i zbrodni, niesamowity jezdziec mszczący się ślepo na kim popadnie – tu zastąpiony przez demonicznego Chigurha z gazową bronią do zabijania bydła. Bydło – kolejna asocjacja z Dzikim Zachodem, ale i symbol  zdegradowania wartości  istoty ludzkiej, która pada pokotem z rąk Chigurha niczym krowy i woły przeznaczone na rzeź.   Do kompletu westernowych skojarzeń zabrakło tylko pojedynku w samo południe między głównymi oponentami:  Mossem a Antonem Ch. I tu nas bracia Coen zaskoczyli totalnie – takiego finalnego,  bezpośredniego i ostatecznego zmierzenia się mężczyzn oczekiwaliśmy przez ¾ akcji filmu.  Niestety, samo południe było, ale jeśli chodzi o pojedynek zobaczyliśmy tylko jego skutki.
Dlaczego więc szeryf Bell jest tak bardzo rozczarowany czasami, w jakich przyszło mu się starzeć? Czyżby różniły się diametralnie od  tych, kiedy jego pradziadowie mordowali niczym kaczki Indian – prawdziwych gospodarzy zdobywanych ziem oraz tych wszystkich sprawiedliwych, którzy się temu sprzeciwiali? A że Bell martwi się, że młodzież obecnie nie zwraca się do starszych uprzejmie „proszę pana”, a 14- latkowie zabijają swoje koleżanki dla samej przyjemności zabijania?  No cóż, Ameryka nigdy Wersalem nie była, a ileż to młodziutkich Indianek, i nie tylko,  ginęło, było zgwałconych dla przyjemności i satysfakcji  młodych, dumnych i zdziczałych zdobywców amerykańskiego Zachodu? Z pewnych przyzwyczajeń się nie wyrasta, pewne geny się dziedziczy. Rosjanie są podobno narodem rabów (niewolników), Amerykanie roszczą sobie prawo do bycia narodem panów i zdobywców. :)
Mam wrażenie, że bracia Coen chcą swoim rodakom, i światu, powiedzieć – Ameryka, a szczególnie ta głęboko w środku, na nieskażonej postępowymi wpływami prowincji,  jest ciągle taka sama, tak samo zacofana i gnuśna,  jak ponad 200 lat temu.  Amerykanie nadal mają mentalność kowboja. Upływ czasu sprawił tylko, że zamienili konie napędzane na owies  na konie mechaniczne, ale to ciągle są ci sami prości, porywczy i narowiści  ludzie, goniący za pieniędzmi, zdolni zniszczyć każdego kto stanie na drodze do ich zdobycia. I rozumiejmy to zdanie także w szerokim, międzynarodowym kontekście.  A co z prawem? Co z symbolicznym  szeryfem stojącym na jego straży. Czy coś się zmieniło? Zawsze rządzą ci sami wielcy i bezwzględni niczym Chigurh. Kto ma pieniądze ma broń, ma polityków, prawników w garści – bezprawie nadal hula, niczym w drewnianych miasteczkach Starego Teksasu.  No chyba, że jest się biednym – wtedy zawsze można liczyć na karę.
Coenowie  wyraźnie zatęsknili za westernem. Tego gatunku filmowego jeszcze się  w swojej karierze chyba nie imali.  Ale, żeby było śmieszniej, i tak naprawdę po coenowsku, postanowili sobie troszkę zakpić z konwencji  i z widzów – pozbawili nas wielu elementów „zewnętrznych” tak bardzo charakterystycznych dla filmów o dzielnych kowbojach, ot choćby takich:
1/ Pięknej muzyki. Westernowe melodie należą do klasyki filmowych soundtracków.  A tutajakcji towarzyszą tylko jej odgłosy. Kompletny brak muzycznych ozdobników.
2/ Pięknej kobiety, którą kowboj zawsze miał u boku i którą bronił przed złoczyńcami, bo bywał czasem dżentelmenem, no i ją kochał.  W TNCFOM kobiety są, dwie. Jedna to otyła sprzedawczyni w sklepie, a druga to żadna kochanka, ale żona Mossa, nieco ładniejsza od tej pierwszej, ale bez przesady. I To nie Moss swą ochrania, ale to ona stara się ustrzec go przed śmiercią.
3/ Nie ma zapierających dech w piersiach pościgów (kiedyś konnych). Nie ma żadnych. Pościgi  (samochodowe) są ledwie zaznaczone i  nie są malownicze.
4/ Dialogi – w westernach zazwyczaj iskrzyły, nasycone humorem, aluzjami do urody kobiet, dowcipami o nierozgarniętych Meksykanach etc. Tu zredukowane są do minimum. W TNCFOM – skupiono się raczej tylko na zabijaniu. A przy tej czynności im ciszej tym lepiej.
5/ No i oczywiście brak kluczowej sceny pojedynku, która zazwyczaj była gwozdziem programu każdego westernu. Ale za to nie brak – jego efektów, jak już zresztą wspomniałam.
Jednym słowem - proza szarego, beznadziejnego i okrutnego życia, bez owijania w otoczkę wydumanego sentymentalizmu.
Jesteśmy pozbawieni wielu smaczków dobrego westernu a mimo wszystko, albo właśnie dlatego,  tak dobrze i z takim napięciem ten film się ogląda. Tu nie ma miejsca na żadne romantyczne rozmemłanie. Tu się liczy pieniądz i wszystko jest jemu podporządkowane. A kiedy jest się młodym, i kiedy za całkiem niewinną przysługę otrzymuje się zapłatę pieniężną, to jest to pierwsza nauka od dorosłych  - na tym świecie nie ma nic za darmo (scena, gdy dwójka młodzieńców pomaga rannemu Antonowi, a zdobyte pieniadze są powodem kłótni między przyjaciółmi).
Coenowie nie rozdrabniają się  w fabule na żadne wątki poboczne.  Bo najbardziej ekscytującym jest oglądać pościg i walkę ludzi zaludniających ekran z przeznaczeniem śmierci. Widzimy, że człowiek, mniej czy bardziej ucywilizowany, nie do końca decyduje o swoim losie, że jest tylko zabawką w jego  ręku (losu),  który czasem, tak jak filmowy Anton Chigurh, świetnie bawi się rzucając monetą i decydując o wyroku życia czy śmierci nad  bogu ducha winnymi.  I nie zawsze śmierć spotyka tych, którzy na nią zasłużyli. Ludzi na świecie jest mnóstwo, a w nieprzewidywalnej grze z życiem i śmiercią nie liczy się ich jakość, nawet nie liczą się pieniądze, rządzą jakieś przypadki i zbiegi okoliczności. Może to i dobrze, przynajmniej każdy, tak samo, nie jest niczego pewien. Szczęście i porażka jest zawsze wielką niewiadomą.

środa, 16 kwietnia 2008

Dom wariatów - A. Konczałowskiego

Jeden z najlepszych filmów rosyjskich jaki widziałam w ostatnim czasie. Miejsce akcji – szpital dla psychicznie chorych, zwany popularnie domem wariatów. Położony w dość dalekiej i maleńkiej Inguszetii, do niedawna wchodzącej w skład czeczeńsko-inguskiej republiki, obecnie po ogłoszeniu w roku 1992 niepodległości Czeczenii, zasila Federację Rosyjską. Od momentu secesji Czeczeni granice Inguszetii nie są jasno ustalone i pokój, ze względu na trwającą wojnę rosyjsko-czeczeńską, jest tam ciągle zakłócany. Punktem wyjścia scenariusza, jest właśnie początek owej wojny, na której wieść personel opuszcza tytułowy szpital pozostawiając chorych i bezbronnych podopiecznych na pastwę losu.

Przewspaniała galeria różnych „pokręconych” (czasem na pozór) typów, kobiet i mężczyzn, z których o dziwo, każdy ma swoją filozofię, pozwalającą mu utrzymać się na powierzchni życia. Jest tu karzeł, jakiś muzułmanin co rusz wkraczający na daszek przyszpitalnej przybudówki ze swoją modlitwą do Allacha, jest jakiś homoniewiadomo, jakaś słusznej wagi i przebrzmiałej urody zażywna kobieta ciągle psiocząca na swą ojczyznę. Jest i Ali – Rosjanin - poeta z głową w chmurach, ale i siłą w mięśniach – niestety, na usługach sanitariusza, siejący postrach u wszystkich tych, którzy mu podpadną. Zaś ulubienicą wszystkich jest Żanna (Julia Wysockaja – obecna żona reżysera Konczałowskiego), młoda ładna dziewczyna, ich słoneczko na niebie, umilające czas zajęciami gimnastycznymi, wygrywaniem skocznych albo rzewnych melodii na akordeonie i snuciem opowieści o swej wielkiej i odwzajemnionej miłości do Bryana Adamsa. Kiedy Żanna gra i marzy o swym ukochanym – ekran jaśnieje, milkną wszelkie swary i kłótnie, cichnie wojna, wszyscy pałają do siebie miłością, a Bryan teleportuje się z Kanady i śpiewa balladę z Don Juana de Marco. A damy tańczą, kawalerowie je adorują. Jednym słowem – mechanizmy samoobronne człowieka działają cuda.

Jednak przychodzi chwila, kiedy Czeczeni wkraczają do szpitala. Czy pensjonariusze znajdą się teraz w większym niebezpieczeństwie niż byli sami ze sobą? Czy Żanna pozostanie wierna swemu Bryanowi, gdy usłyszy „ożenię się z Tobą” z ust przystojnego, w pięknym twarzowym kapeluszu, Ahmeda?
Jakoś tak, ciągle, karmieni informacjami o złych i okrutnych Czeczeńcach, czekamy na nieuchronną katastrofę, albo choćby na malutką krzywdę wyrządzonym tym biednym chorym Rosjanom. Tymczasem otrzymujemy ich obraz jako mężczyzn honorowych i uczciwych, co nie znaczy, że bez ludzkich wad... mentalnie jednak wyobcowanych i zupełnie różnych od Rosjan . I tu - przepiękna scena konfrontacji Alika – szalonego poety z wojskowymi, podczas obiadu. Na szczęście, gdy robi się gorąco i niebezpiecznie, wszyscy uciekają w taniec. Po czym.... Czeczeni nagle odsuwają się, śpiewając swoje smętne pieśni izolują się od otoczenia, podkreślają swoją samotność.
„Nigdy w życiu wcześniej nie strzelałem, nie umiałem, ale gdy jednej nocy zabili mi braci, drugiej rodziców, wziąłem karabin w ręce i już się z nim nie rozstaję” – zwierza się Ahmed Żannie, wystrojonej dla niego jak panna młoda do ślubu.

Film poruszający, bo bardzo szczery, gorzki, smutny, rozrachunkowy – nie można nie domyślić się, że filmowy dom wariatów to symbol Rosji, z jej karłami i olbrzymami – metody restrykcji stosowane wobec „krnąbrnych” pensjonariuszy niczym wprost z milicyjnych posterunków, hasła przez nich rzucane – niby w wariackim bełkocie – jakże prawdziwe i znane i bliskie, fascynacja Bryanem – marzenia o lepszym życiu, zapatrzenie się na wyidealizowany Zachód; wolność jako kompletny chaos i bezhołowie i wreszcie - wyznanie przywiązania i miłości do domu, jakikolwiek by on nie był, ale najważniejszy, że jest swój.
Brawo dla reżysera za odwagę graniczącą z brawurą, ale dlatego też tak ekscytujący i jednocześnie bardzo mądry, i mimo wszystko - bardzo pogodny (to jest sztuka!), z wielkim humanitarnym przesłaniem, jest ten „Dom durakow”.