wtorek, 1 lipca 2008

"Zdarzenie" i co powiedział Mark Twain

„Cywilizacja jest bezgranicznym mnożeniem niepotrzebnych potrzeb” – powiedział Mark Twain. Znalazłam to, przewrotnie nadrukowane na foliówce reklamowej (sic!) służącej do transportu zakupów zrobionych w Empiku. I za ten niebanalny humor cenię sobie tę instytucję nad wszystkimi innymi podobnymi. Co prawda nie jestem jej notorycznym klientem i nabywcą nieprzebranych tytułów prasowych, które piszą o wszystkim a często o niczym, gier komputerowych lasujących mózgi i wykrzywiających kręgosłupy małolatom i nie tylko. Nie kupuję także masowo książek, które zostały przeniesione na ekrany. Zresztą, nauczyłam się, wreszcie, kupować ich jak najmniej, tylko wyjątkowe, w myśl hasła, jak na byłą bibliotekarkę przystało: "dajmy żyć bibliotekom!". Nie zwijam machinalnie kolorowych ulotek zachęcających do czerpania bezgranicznych wydumanych przyjemności życia, za które trzeba słono płacić. Kiedy jestem w Empiku ograniczam się już do minimum (najczęściej jakiś film czy książka – jednak!).  Zaczynam być już totalnie zmęczona natłokiem i gromadzeniem wszystkiego, z informacjami na czele.  Ale cenię sobie Empik, że bądź co bądź, żyjąc z naszych słabości i pakując nam przeróżne cywilizacyjne  gadżety, cytuje Twaina. Pewnie i tak niewielu cytat zauważy, jeszcze mniej przeczyta,  jeszcze jeszcze mniej  zechce się tym przejąć,  jeśli w ogóle zrozumie. 
 
Dedykuję to, jakże trafne i prowokujące do pewnych refleksji  spostrzeżenie mądrego Amerykanina  jako swego rodzaju motto, które mogłoby przyświecać najnowszemu dziełu M. Nighta Shyamalana „Zdarzenie”.  I tyle. Więcej o filmie nie ma co gadać. Nie jest skomplikowany, momentami wręcz łopatologiczny, szczególnie w końcówce. Ale ma ważne przesłanie, kompletnie nie odkrywcze, zdarte od dziesiątków lat, ale ciągle przez ludzkość lekceważone: „Człowieku! Szara i wielka eminencjo!   Szanuj zieleń! ”. Chciałoby się dalej krzyknąć:  „Opanuj się z mnożeniem swych potrzeb! Nie musisz drukować  tylu bzdurnych gazet, niepotrzebnych nikomu ulotek reklamowych, nie musisz zmieniać co 2 lata mebli w salonie na te z coraz bardziej wyszukanego drewna, nie musisz tyle i tak szybko jeździć, ograniczaj spaliny, nie produkuj tyle plastiku, bo jak tak dalej pójdzie sam zamienisz się w sztuczne tworzywo, którym po części i tak już jesteś,  etc. etc.  A poza tym, ten film  to momentami niezła zabawa z dreszczykiem.  Na filmy NS czeka się jak na historie  opowiadane w ciemnym dziecięcym pokoju, tuż przed zaśnięciem, w czasach, gdy model rodzinny określany był sumą co najmniej 2 + 2  (albo i więcej), a telewizor stał u rodziców, w tzw. "dużym" pokoju. /"Salony" bywały tylko u arystokratów/.  Gdy z rosnącym w miarę upływu opowieści napięciem i mimo świadomości ich bzdurności, także strachem,  czekało się z głową nakrytą kołdrą na wielkie końcowe „buch!”. Niestety, w „Zdarzeniu” wielkiego gromu na zakończenie nie było. Ale te shyamalanowskie niesamowite gawędy są o tyle lepsze od tych naszych improwizowanych na chybcika niesamowitych pościelowych horrorów, że nie są one właśnie bezładne, ani przez moment improwizowane czy obliczone tylko i wyłącznie na wzbudzenie prymitywnego strachu.  I dlatego lubię tego reżysera, że zaspokajając  naszą kolejną niepotrzebną (a może tylko na pozór nieprzydatną?Lękom trzeba dać upust.) potrzebę,  nie marnuje jednocześnie ani swego ani naszego czasu, łącząc  przyjemne z pożytecznym.  

niedziela, 15 czerwca 2008

Chopper

Będąc ciągle pod wrażeniem  „Zabójstwa Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” w reżyserii Andrew Dominika zdecydowałam się na kupno jego debiutanckiego filmu z 2000 roku, pt. „Chopper”. Film ten jest też poniekąd debiutem, czyli pierwszą prawdziwą rolą, i to pierwszoplanową, a nawet tytułową, Erica Bany. Zestawiając te dwa filmy można wysnuć wniosek, że A. Dominik zainteresowany jest procesem powstawania wizerunku bożyszcza, w czym duży udział ma ludzka fascynacja złem i podatność na różnego rodzaju "drapieżne" prowokacje. Chopper to ksywa niejakiego Marka Reada, psychopatycznego osobnika, odsiadującego sporą część życia w australijskich więzieniach. O Chopperze nie wiemy nic ponad to, że ma problemy z emocjami, nie potrafi ich utrzymać na wodzy, jest osobowością dążącą bezwzględnie i  za wszelką cenę do dominacji we wszystkich dziedzinach życia. Nie znosi sprzeciwu, czy obecności rywala pod swoim bokiem, zarówno w celi więziennej, na szczeblach organizacji przestępczych, jak i na parkiecie dyskoteki. Jeśli się z nim spotyka, wpada w niekontrolowaną furię.  Może zabić albo okaleczyć każdego, także siebie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ma jakiś swój specyficzny, tylko jemu znany, kodeks wartości, który gdy bielmo wściekłości opada mu z oczu, sprawia, że i zaklnie ze złości na siebie w obliczu pogromu, którego był przyczyną. Mark wchodzi także na drogę współpracy z policją w tropieniu handlarzy narkotyków. Ale, nie jesteśmy do końca pewni, czy robi to z niewiadomych źródeł tzw. wyższych pobudek, czy raczej z zemsty na tych, którzy wzbogacili się i  zajęli najwyższe miejsce  w gangsterskich szeregach, podczas gdy on siedział w więzieniu. Trudno bowiem podejrzewać go o aż tak ludzkie odruchy. Tak jak trudno uwierzyć, że samodzielnie napisał swą autobiografię, skoro śmieje się z siebie, że jest analfabetą, współczując biednym uczonym, którzy nigdy w życiu nie zobaczą takiej góry pieniędzy jak on. Prawdopodobnie ktoś temu przestępcy, w  zamian za sporą kasę, pomógł znacznie w napisanie swej biografii,  w oparciu o którą nakręcono film. A i być może w jej krwawym ubarwieniu także. Jak wieść niesie, wersja ekranowa opowieści o Chopperze jest o niebo łagodniejsza od literackiego pierwowzoru.  Nie od dziś wiadomo, że nic tak dobrze się nie sprzedaje jak obrazy ze złem i degrengoladą w tle. To nikt inny jak tylko australijskie media przyczyniły się do stworzenia legendy o Chopperze.  I Chopper, tak jak Urodzeniu Mordercy u Olivera Stone’a, dobrze o tym wie. A że jest osobnikiem chełpliwym o niezaspokojonym ego, świadomie i sukcesywnie buduje swój masakryczny wizerunek. Jest taka sekwencja w filmie – w więzieniu, kumpel, który ma już dość zabijania na polecenie Choppera, buntuje się i dźga go kilkakrotnie nożem w brzuch. Czyja ksywa na drugi dzień bije po oczach w podnieconych australijskich dziennikach, Choppera czy tego drugiego, który miał już dosyć więziennych jatek? Oczywiście Choppera, z obowiązkowymi fotkami zalanego krwią korpusu. A co to się dopiero działo, gdy Chopper obciął sobie uszy, by dostać się na salę chorych! To był wręcz ogólnokrajowy  orgazm. Chopper niby taki psychopata, ale swój rozum ma! Wie, niczym współczesne sztaby od wizerunku gwiazdeczek zwanych szumnie ikonami, co i gdzie trzeba nacisnąć, by zaistnieć, a następnie zarobić masę szmalu. Wie, że zapach krwi znęci każdego szmatławca, którymi karmią się masy. Nawet więcej, Chopper nie tylko wie , ale śmieje się w nos społeczeństwu, które najpierw osadziło go za kratami, za to czym się ono ukradkiem podnieca, a następnie wyniosło go na ołtarze popkultury (zresztą podobna sprawa była z Charlesem Mansonem zabójcą m.in. żony Polańskiego, którego podobizny ozdabiały koszulki noszone przez inne pop gwiazdy).
Chopper – dla mnie ciekawostka językowa. Czy ksywa odnosi się do narzędzia z potężnym ostrzem (siekiera, tasak), czy raczej do wulgaryzmu, używanego w niektórych dialektach,  którego odpowiednik w polskim języku brzmi po prostu „kutas”? I to i to pasuje, do bohatera opowieści. Ta druga wersja wchodzi w grę z uwagi pewną, dość mocno wyeksponowaną scenę z baru, kiedy Chopper widząc  swą ukochaną z innym mężczyzną, wyciąga na światło dzienne /i na znak pogardy dla dziewczyny/,   to co ma w spodniach.
Warto również wspomnieć o Ericu Banie. Chopper to nie jest rola, w której może zniewalać swą urodą. W tej kwestii jest wręcz odrażający. Ale jeśli chodzi o grę aktorską, spisuje się świetnie. Momentalnie i bezbłędnie przeistacza się na przemian w ogarnietego furią niebezpiecznego psychopatę czy uśmiechniętego łagodnie i przyjacielsko nastawionego  kumpla z celi albo zaufanego policyjnego informatora.  Bana stworzył postać bardzo groźną i zagadkową, taką którą trudno rozgryźć do końca. Tak naprawdę, nie wiemy, kim ten człowiek jest, kiedy mówi poważnie, kiedy drwi, i z kogo, z siebie czy z nas.

piątek, 13 czerwca 2008

W dolinie Elah

No i proszę, jaka niespodzianka. Zamiast dramatu sensacyjnego zaprawionego ostrym protestem przeciwko wojnie w Iraku (wszystko jedno czy kontra Bushom, czy z Saddamowi Husajnowi i terrorystom) otrzymałam dość subtelną opowieść o cierpieniu, będącym udziałem zwykłych Amerykanów, wierzących ślepo swoim politykom i maszerujących pokornie na wojny w różnych zakątkach świata na każde ich skinienie.
 
Zaczyna się od wiadomości, jaką otrzymują rodzice czekający na powrót syna z Iraku. Okazuje się, że ich syn Mike, zaginął w bazie wojskowej na terenie USA, tuż po przylocie z wojny.
Ojciec zaginionego (Tommy Lee  Jones), weteran wojny w Wietnamie, dba o to,  by tradycja wojaczek w rodzinie nie zaginęła. Już jeden z jego dwóch synów zginął  w ostrzelanym śmigłowcu w pierwszej irakijskiej wojnie. Niestety, było za mało. Ojciec wysyła 19-letniego syna na drugą, w celu, jak sam mówi, wyrobienia charakteru (!). Nie chodzi tu więc nawet o żadne wzniosłe hasła antyterrorystyczne, jakimi posługuje się przywódca Bush w swej na poły prywatnej antyhussajnowskiej kampanii. O zgrozo, ojciec pragnie,  by jego jedyny syn przeżył na wojnie swoją męską mentalną inicjację, by sprawdził się  jako nieustraszony mężczyzna walczący … no właśnie - z kim? W obronie – kogo? Niestety, ten stary, głupi człowiek dopiero pod koniec życia dowiaduje się, że wojna nie buduje a rujnuje, także ludzkie charaktery. I trzeba było, żeby to zrozumiał, śmierci jedynego, ostatniego już syna. I co gorsza, człowiek ten zejdzie z tego świata ze świadomością, że jego syn umarł jak antybohater. Nie w bitwie, a w kraju, zepsuty, zniszczony moralnie. I to on, ojciec, także się do tego przyczynił. Zamiast fanfar i salw  żałobnych na cześć syna,  kolejnego z amerykańskich chłopców, który poświęcił swe młode życie dla ojczyzny (zawsze bawią mnie takie sformułowania – "zginął za ojczyznę" - na obczyźnie) otrzymuje gorycz, zawód, wyrzuty sumienia. I dobrze. Także, dlatego, że wreszcie ktoś z Amerykanów zrobił taki film o irackiej wojnie. Bez żadnych sensacji, bez krwi, walk, bez fotogenicznych helikopterów, nawet bez zemsty za jakieś przekręty narkotykowe na terenie wojennym (sic!). Otrzymujemy obraz o bolesnej prozie życia, będącej udziałem żołnierza po powrocie z pola bitwy, o nieodwracalnych spustoszeniach w psychice człowieka, jakie niesie udział w napaści na obcy kraj i dalej jego okupacja. . Bo na wojnie, owszem można się sprawdzić, ale chyba rzadko kto jest usatysfakcjonowany tego typu sprawdzianem na człowieczeństwo (np. jeśli o zadźganiu nożem kolegi mówi się, z głupawym, acz nerwowym, uśmiechem na ustach, jak o krojeniu chleba).


„W dolinie Elah” – jest swoistym wołaniem o pomoc. Prośba o ratunek pojawia się w filmie trzy razy. Na początku,  w komisariacie policji – dziewczyna błaga, by uratowano jej psa. Prośba zostaje zignorowana. Drugi raz - w środku: Mike dzwoni z Iraku do ojca, wyczerpany psychicznie prosi go, by go stamtąd zabrał. Ojciec pociesza syna, że to chwilowo załamanie, że przejdzie. Nie przechodzi. I trzecie wołanie – symboliczne. Amerykańska flaga  na maszcie przed jednostką wojskową zawieszona do góry nogami, co wg zwyczaju wojennego znaczy „ratujcie nam tyłki”. To wołanie wcale nie jest takie zabawne, jakby się mogło wydawać. Podobnie, jak tamte dwa, których zlekceważenie przyniosło bardzo poważne i smutne skutki.  
Dlaczego "Dolina Elah"?  Jest to, jak wiemy, miejsce zwycięstwa mizernej postury pasterza Dawida nad olbrzymem Goliatem. Goliat to oczywiście USA. Dawid – to prosty, pasterski, innowierczy Afganistan, czy także Irak (może bardziej niż o pasterstwo chodzi o inną wiarę i quasi (pretekstowe) nią zagrożenie), wokół których USA od lat się kręci i drażni. Ten film to artystyczne ostrzeżenie Goliata-USA  przed zadzieraniem z niby niepozornym Afganistanem, czy innymi państwami islamskimi które choć nie mają wielkich i uzbrojonych po zęby armii, mogą jednak, długotrwałym i skutecznym oporem, wykrwawić na śmierć (głównie finansowo) Amerykę. 

środa, 11 czerwca 2008

Nic - Doroty Kędzierzawskiej

Dorota Kędzierzawska dobrą reżyserką jest. Przekonuję się o tym po każdym obejrzanym kolejnym filmie. Jej „Nic” z roku 1997 to wielkie „Coś” w sprawie wołania o godność kobiety w świecie, w którym rządzą mężczyźni. Godność to wolność, a przede wszystkim wolność wyboru. Także w kwestii macierzyństwa.
Piękne i poruszające studium "nic" - kobiety samotnej, mieszkającej w środku wielkiego polskiego miasta, spragnionej miłosci męża mężatki, matki trójki małych dzieci, kompletnie podległej mężowi, traktującemu ją jak służącą i naczynie na spermę. „Hela”, „Helutka”, jak w przypływie pożądania seksualnego mówi do niej jej pan, zachodzi w kolejną ciążę. Niestety, małżonek jest już zmęczony trójką hałaśliwych dzieci i nie życzy sobie kolejnego potomka. Grozi swej żonie nawet śmiercią, jeśli go nie posłucha i dziecko urodzi.  Kobieta jest absolutnie przerażona, zagubiona i osamotniona. Znikąd nie otrzymuje pomocy, ani zrozumienia. Podejmuje pewną desperacką decyzję. Cichym świadkiem - obserwatorem jej moralno-egzystencjalnej szamotaniny jest stara kobieta , sąsiadka z piętra niżej, zwana przez mieszkańców kamienicy „jędzą” – w tej roli ulubiona aktorka reżyserki Danuta Szaflarska. Tylko ona zdaje się młodej kobiecie współczuć i tylko ona daje jej jedną dobrą radę. Helutka z niej korzysta. Niestety, mężczyźni i ich prawo znowu odnosi gorzki triumf .
Oczywiście to nie jest tak, że reżyserka w czambuł potępia cały męski świat. Pewien samotny stary dróżnik jest dowodem, że trafiają się czasem mężczyźni empatyczni, ale niestety, w hierarchii społecznej zajmują oni raczej niewysoki szczebel.  Nie mają więc wpływu, albo mają bardzo nieznaczny, na formowanie zasad współżycia społecznego.

Przepiękny film. Z bardzo ciekawą obsadą.W głównych rolach niezawodowcy. Helutkę gra tancerka warszawskiego Teatru Wielkiego - Anita Kuskowska-Borkowska. Świetna kreacja i bardzo dobry dobór aktorki jeśli chodzi o walory zewnętrzne. No i Janusz Panasewicz jako jej mąż. Też nieźle się spisał. Dzieci – wyjątkowo jak na polski film – bardzo naturalne. Głównie jeśli chodzi o dziewczynkę, bo dwaj chłopcy są mali i raczej są sobą niż grają. Nastrój smutku, rozpaczy i samotności w dużym stopniu, oprócz aktorów, budują zdjęcia Artura Reinherta. Kolor sepii, światło, pewne ciekawe, artystyczne ujęcia sprawiają, że niektóre kadry ogląda się niczym dzieła sztuki.
Film dedykuję mężczyznom, którzy wiedzą lepiej od kobiet, co nie znaczy, że czują… Także tym, wykorzystującym śmierć zmarłej zaledwie kilka dni temu siatkarki Agaty Mróz, na robienie sobie publicity. Sobie i organizacjom oraz instytucjom (z kościołem na czele) na rzecz których działają. Mężczyźni owi wołają, głęboko wzruszeni, o beatyfikację, a później kanonizację Agaty, która zmarła kilka tygodni po urodzeniu dziecka. Agata Mróz, chora na białaczkę, wiedziała, że ciąża oraz poród, nie przyczynią się do poprawy jej zdrowia, ale zaryzykowała, choć tak bardzo chciała żyć. Wielkie wyrazy uznania dla Agaty.  Wspaniała kobieta, zrobiła tak wiele dla Polaków. Zawsze na swój sposób aktywna i walcząca. Kiedyś w drużynie siatkarek, teraz z chorobą i na rzecz rozwoju pobierania szpiku kostnego dla takich chorych jak ona. Lecz kobiet, które podejmują, świadomie lub mniej świadomie, ryzyko śmierci przy i po porodzie jest mnóstwo. Taki nasz los i nasz instynkt macierzyński. Niech mężczyźni zajmą się swym instynktem – ojcowskim. Niech się do naszego nie wtrącają. Niech nie tłamszą instynktu ojcowskiego poprzez celibat, niech go nie zabijają posyłając młodych mężczyzn na wojny, niech nie zabierają życia już urodzonym, niech popracują nad prawem i warunkami do rozwoju fizycznego, emocjonalnego i intelektualnego tych, których powołali do życia. By dzieci nie były traktowane i nie czuły się li tylko produktem maszynek do rodzenia, odstawionym do taśmowej wylęgarni, czy hodowli, jakim bywają domy dziecka czy inne instytucje wychowawcze.
Wiem, że tego filmu żaden z tych w/w mężczyzn nie zobaczy, bo są oni:
a/ za "wrażliwi"
b/ zbyt zajęci walką z aborcją. Może nawet walczą o urodzenie dziecka spłodzonego z gwałtu w łonie 14 –letnią dziewczynki (sprawa z ostatnich dni)
c/  podpisują jakiś  akt wysyłający kolejny pluton żołnierzy na wojnę w Iraku czy Afganistanie, a może jeszcze na inną
d/ modlą się za kobiety i ich na... oraz nienarodzone dzieci
e/ modlą się za dzieci niechciane i niekochane
f/ przeklinają kobiety, bo ich nie lubią a potrzebują…

środa, 4 czerwca 2008

Podstępny Ripley

„Największą zbrodnią jest przesada, z jaką ludzie reagują na drobne morderstwa” – powiedziała Patricia Highsmiths opisując kolejne kryminalne przygody inteligentnego, lecz złego acz, przy tym wszystkim, bardzo pociągającego pana Toma Ripleya.  No właśnie, gdyby nie owa przesadna reakcja ludzkości na drobne morderstwa, pan Ripley nie byłby zmuszony dokonywać ich aż w takich ilościach. Przecież, jak sam mówi, jest zły, ale nie jest urodzonym mordercą. Wykorzystuje tylko skwapliwie okazje, jakie mu wpadają w ręce. A że ludzie są wścibscy i przesadnie wrażliwi, zamiast inteligentnie przymknąć oko na to i owo,  no to pan Ripley ma przez nich ręce pełne roboty. I  trudno - wspólnie wszyscy wstępują na pierwszy stopień wiodący do piekła. Uwielbiam, kocham pana Ripleya i wszystkie jego filmowe wcielenia. Matt Damon - utalentowany, John Malkovich - gracz i Barry Pepper – jako Ripley Underground ( tytuł oryginalny). Jedna postać w trzech, jakże różnych, odsłonach. W tej ostatniej, pan Ripley porzucił, z nieznanych bliżej powodów, ciepłe Włochy i bawi w chłodnym Londynie. I jak zawsze krąży wokół sztuki. Tym razem może mniej jako koneser (w porównaniu do kreacji Malkovicha), a bardziej jako bon vivant. Tom nieodmiennie lubi używać życia i to w dobrym towarzystwie. W otoczeniu pięknych przedmiotów, tudzież pięknych, i bogatych, kobiet. I jak chce tak ma. Co nie znaczy, że przychodzi mu to z łatwością. Czasem musi tęgo na te wszystkie ziemskie rozkosze zapracować. I to nie tylko głową, w której lęgną się iście piekielne (undergroundowe) pomysły. I tym razem nasz przebiegły i pazerny bohater realizując swą kolejną intrygę uwija się jak w ukropie, także fizycznie, przemierzając tam i z powrotem  setki kilometrów między Londynem a Paryżem.  W Paryżu bowiem mieszka anioł, który jak sam Ripley oznajmia, zupełnie  go odmienił (czy na pewno?). Oczywiście, anioł jest przepiękny, zgrabny, wysoki, o długich nogach i takichże samych blond włosach, iście anielskim obliczu i uśmiechu (prześliczna Jacinda Barrett) oraz z dobrym bogatym rodowodem, czego ziemskim dowodem jest olbrzymi zamek w którym anioł  zamieszkuje wraz z papą, i w którym dzieje się mnóstwo mrożących krew w żyłach akcji pana Ripleya. 
 
A wszystko, jak zawsze, zaczyna się bardzo niewinnie. Dobrze rokujący malarz Derwatt, po udanym wernisażu, mocno podniesiony na duchu oświadcza się swej dziewczynie. Nie usłyszawszy radosnego „tak”, wsiada w samochód i pędzi na oślep przed siebie. Niestety, ze skutkiem tragicznym. Pan Ripley, zaliczający się do grona wielbicieli artysty, wpada na szatański pomysł, by chwilowo przed mediami zataić  przykry fakt śmierci Derwatta, wykorzystać jego dobrą passę i wzbogacić się co nieco na sprzedaży obrazów mistrza. Marchand malarza i narkoman w jednej osobie, grany uroczo przez Allana Cumminga, dziewczyna malarza oraz jego przyjaciel, także malarz, przystają ochoczo na tę propozycję. Koło Fortuny zostaje wprawione w ruch. Potoczy się różnymi kolejami, a pan Ripley – utalentowany, podstępny gracz, odważny ryzykant  – czy odniesie kolejny sukces? Pytanie nie należy do retorycznych, ale zabawa i tak jest przednia. Jak to u boku Toma Ripleya zazwyczaj bywa. Jak zawsze – warto z nim zaryzykować. Może i z niego ladaco, ale jakże przyjemnie i szybko płynie czas w jego towarzystwie. Nie ma ani chwili na nudę. I jak na pana z podziemi przystało – jest diabolicznie przystojny - wyostrzone rysy Barry’ego Peppera, jego skrzywiony uśmieszek, obnażajacy łakome zęby, robią swoje!  Plus – nonszalancja, ironiczny humor, kuszenie do złego bogu ducha winnych, zniewalający brak skrupułów, zamiłowanie do zbytku a jednocześnie wrażliwość na piękno, powodująca, że czasem w jej przypływie Ripley zrobi dobry uczynek. Szczególnie w tej 3 części jest on wyjątkowo łasakwy względem przyjaciół. Może się starzeje? Oby nie!

środa, 28 maja 2008

Upały - są meczące (U. Seidl)

Austria w porze bardzo gorącego lata, na dalekich przedmieściach Wiednia. Sterylne osiedla domków jednorodzinnych, zabudowanych szeregowo, podobnych toczka w toczkę jeden do drugiego. Niektóre domki malutkie, niektóre większe, w zależności od zawartości kieszeni lokatorów. Ale wszystkie tak samo wyjałowione z uczuć i emocji. Martwe osiedla zaludnione żywymi trupami. Nawet dzieci są tu jakieś dziwne, jeśli je w ogóle widać.  Bawią się cichutko w przydomowych ogródakch, tak cichutko na ile trzeba, by nie zakłócać spokoju sąsiadom. Ludzie odgradzają się od siebie wysokimi, gęstymi żywopłotami, grubymi zewnętrznymi żaluzjami, które co rusz opadają z hałasem, obwieszczając światu maksymę właściciela – "jestem u siebie, mam swoje życie i chcę mieć święty spokój". 

Patrząc na takie osiedla czuje się wręcz tęsknotę za brazylijskimi favelami, gdzie życie może i biedne,  niehigieniczne i niebezpieczne, ale tętniące, a ludzie to ludzie, a nie płazy wypełzające na słońce, by wygrzać swe obłe ciała. Dokładnie tak wygląda u Seidla wiedeńskie przedmieście skwarnym latem – niczym wielka kamienista plaża oblężona przez gromady oślizłych płazów (efekt oślizłości uzyskany przez naoliwienie ciał ), leniwie drzemiących i od czasu do czasu leniwie w swych kryjówkach kopulujących. Miłość – może... gdzieś... kiedyś... ktoś ... czegoś na podobieństwo tejże doświadczył. Niestety - albo już zapomniał, albo jest właśnie w trakcie wypierania tego czegoś  z pamięci,  ewentualnie rozpaczliwie jeszcze poszukuje i bierze co popadnie, i jak popadnie. 
 
Relacją jaka na ogół panuje między osobnikami zaludniającymi senne, rozgrzane do białości osiedle jest dominacja i podporządkowanie, a co za tym idzie – przemoc. Przemoc jest wszechobecna i nawet upał nie sprzyja jej osłabieniu. Przemoc pełznie,  sączy się, czasem wybucha, a czasem jest  z zimną krwią zaprogramowana i realizowana. Najczęściej jest to przemoc fizyczna – taką uprawiają mężczyźni w stosunku do kobiet, rzecz jasna - przewaga fizyczna tychże na tymi jest jedyną niepodważalną. Osobniki bardziej zmyślne łączą przemoc fizyczną z psychicznym znęcaniem i upokarzaniem. Niestety, kobiety przyjmują te zabiegi zazwyczaj z głeboką pokorą i oddaniem, a bywa, że nawet z miłością wobec kata. Czasem, jeśli kobieta jest jeszcze młoda i ładna próbuje uciekać, pewnie po to by w końcu i tak wpaść w łapy innego. Widać, kobieta lubi, a może nawet musi, przynależeć do kogoś. Pełnić rolę służebną wobec  swego pana, czego obrazem w filmie są dwie sceny, mówią tu i ówdzie, że pornograficzne. Te najbardziej bulwersujące widzów , z niechęcią przez nich przyjęte,  no bo nie są one  przyjemne, jak  prawda, która często boli. A  poza tym, mogłyby być podniecające, ale nie wypada, film przecież jest poważny, o zacnych mieszczanach rodem ze środkowej,  wysokocywilizowanej Europy. 
 
Pierwsza scena,  otwierająca dzieło U. Seidla -  to zbiorowa orgia, gdzieś na zapleczu jakiegoś supermarketu,  jakich wiele na obrzeżach Wiednia. Mnóstwo najrozmaitszych konfiguracji, poruszających się mechanicznie w takt znanego wszystkim rytmu. Po chwili na plan główny wysuwa się jedna figura – trójkąt, z kobietą obsługującą dwóch mężczyzn jednocześnie. Drugi obraz, zamykający film, to akt nagiej pary, coś na kształt jakby z  malarskiej palety Rubensa. On całkowicie wyprostowany, łącznie z penisem i ona - półleżąca przed i z tymże w dłoni, również w pełnej gotowości - by zaspokoić tego, który ma ochotę jej na to pozwolić.  
A między tymi obrazami - mozaika scen z życia przeciętnego obywatela, mieszkającego w małym białym sterylnym domku, wciśniętym miedzy jednym hiperpermarketem  a drugim. Czyżby nasze życie, wg Seidla, określało tylko przyziemne zaspokajanie potrzeb fizjologicznych,  konsumpcja i kopulacja? 

Czy wszystko prędzej czy później sprowadza się do takiego mianownika? Czy nawet karą za niszczenie drogich samochodów (jeden z najwyżej cenionych wyznaczników wysokiej konsumpcji) na parkingu ma być gwałt na domniemanej sprawczyni? Stary wdowiec, poszukujący wśród żywych, namiastki swej zmarłej żony musi ją znajdować w starej kobiecie, która zaspokaja zarówno jego gust kulinarny jak i zamiłowanie do patrzenia na tańce erotyczne? Emerytowana pani profesor od śpiewu, kobieta inteligentna i wykształcona lubi być gwałcona i poniżana przez obleśnego prostaka stylizującego się na podtatusiałego rockmana. 

No i Matka, mszcząca się na swym mężu za śmierć córki, spółkująca na jego oczach (to znaczy na kanapie w ich wspólnym domu) z przygodnymi kochankami. Lecz kiedy ta sama kobieta, obolała matka, opamięta się i zwróci do tegoż z męża z prośbą o rozmowę, wtedy dwoje dorosłych ludzi, czując się bezradnymi, idzie, jak dzieci, pohuśtać się na huśtawkach. Niestety, są to dwie oddzielne huśtawki – nie rodzaj tej jednej, która wymaga współpracy dwojga zasiadających na jej przeciwnych końcach. A milczenie ciągle trwa.  Słychać tylko skrzypienie mechanizmów urządzenia do relaksu, wprawionych w ruch przez dwa obce sobie ciała. Jedno z tych ciał, ciało kobiety, poznaliśmy już wcześniej, na samym początku filmu – to ta pani z pierwszego obrazu, będąca ramieniem trójkąta, jednej z wielu figur erotycznych zbiorowej orgii na zapleczu jakiegoś supermarketu, położonego na obrzeżu jednego z wielu wielkich miast świata.

czwartek, 8 maja 2008

Pianistka i Elizabeth (jeszcze nie o filmie)

Niedawno przeczytałam „Pianistkę” E. Jelinek. Tak, tak, wiem, powinnam to zrobić wcześniej, jeszcze przed zobaczeniem filmu  M. Haneke.  Pamiętam konsternację jaka zapadła, gdy przyznano jej w roku 2004 Literacką Nagrodę Nobla.  Ponad 20 lat po napisaniu tej powieści. Zresztą od pozostałych dzieł też upłynęło sporo czasu.  Wreszcie zauważono i obwieszczono światu i wszystkim nieświadomym, że jest oto w Austrii pisarka, która bezlitośnie obnaża naturę swych czcigodnych rodaków.   I jesli ktokolwiek  gorszył się tym Noblem przyznanym piszącej pianistce, zniesmaczał, oburzał, zarzucał etc.,  że to "nie może być", "jak można", "że przesadza",  "kobiecie nie przystoi", a może że nawet, że "chora psychicznie"  itd. , niech teraz  pochyli nisko głowę przed pisarką, która wyprzedziła swą prozą to, czego dowiedzieliśmy się o człowieku za pośrednictwem  J. Fritzla. Wbrew pozorom, ona, jej pianistka Erika była w podobny sposób, choć na pewno mniej drastyczny, zdominowana i zamęczona przez swą matkę jak Elizabeth przez swego ojca. Obydwoje rodzice zbudowali dla swych dzieci, każdy na swój sposób, okrutne wieloletnie, a nawet dożywotnie więzienie. Okazuje się, że  czasem człowiek to nawet nie zwierzę. Owszem, łączy go ze światem puszczy chęć dominacji, która to chęć przeważa nad wszystkimi innymi pragnieniami. Ale ta wspólna zwierzoludzka skłonność  u człowieka okraszona jest sadomasochistycznymi skłonnościami. Zwierzę w odróżnieniu od człowieka nie zabija, nie unicestwia bez powodu swojego potomstwa. Jakoś tak się składa, że i Jelinek i Freud (ten od popędów seksualnych) są Austriakami .  Także  U. Seidl  (Upały, Import – eksport) i  M. Haneke, których  cała filmowa twórczość  jest również  podporządkowana tematowi wszelakiej dominacji . Musimy tę smutną prawdę przyjąć do wiadomości. Zło i dobro istnieją równolegle,  a człowiek częściej sięga po zło, bo daje mu ono przyjemność płynącą z  przewagi nad pozostałymi członkami stada.   I nie możemy  ufać do końca tym podejrzanie "porządnym" obywatelom, ze złożonymi rączkami,  spacerującymi w „białych rękawiczkach”, niczym dwójka  inteligentnych austriackich młodzieńców, składających mordercze wizyty  wypoczywającym  w domkach letniskowych innym inteligentom.  Serdeczny  uśmiech na twarzy,  uprzejmość, codzienna modlitwa  to jeszcze nie dowód, że człowiek nie ma swoich sekretnych piwnic. 

Twórcy wyżej wymienieni są akurat pochodzenia austriackiego. Piszą i tworzą na podstawie obserwacji własnego narodu. Ale nie tylko, Haneke na przykład, z tego co widziałam , tworzy także w odniesieniu i do innych nacji (np. Bałkany,Francja, Algieria). Każdy z nas, oczywiście, może odnieść się po lekturze czy filmie, także do swojego narodu i  znaleźć podobieństwa. Ale myślę, że  nie bez powodu  jedni z największych współczesnych austriackich artystów zajmują się właśnie taką a nie inna tematyką. Brutalnie, nie owijając w bawełnę - obnażają kim jest tak naprawdę ten posłuszny, mający zamiłowanie do porządku i grzecznej uładzonej fasadowości ich rodak, /a w dalszych asocjacjach może być także każdy inny człowiek/.

I nie chcę tu absolutnie uogólniać, ale tak się jakoś składa, że Hitler –pierwszy  największy zbrodniarz świata i Fritzl -  również pierwszy, chyba do tej pory nikt nie dokonał indywidualnego aktu okrucieństwa na taką skalę (i to na swojej rodzinie) - pochodzą z tego samego kraju. Ten temat, te zbieżności,   pewnie nadal będzie  gnębił  co wrażliwsze sfery tej nacji.  Będzie się  o tym dużo pisać i mówić, analizować itp. Oczywiście, byli później i Stalin, i Idi Amin czy Kim Il Dzong /albo, tak niedaleko nas, lekarz psychiatra Serb Radovan Karadzić/, i pewnie jeszcze kilku takich by się znalazło w innych rejonach świata, ale ci wszyscy choć nie kryli/ją swego przerostu ambicji, zamiłowania do zbytku i publicznej adoracji.

A tamci dwaj - byli ludźmi na pozór bardzo skromnymi, cichymi, ba, nawet niektórzy ze zdolnościami artystycznymi, lubiącymi porządek i ład, żyjącymi wg ściśle ustalonych reguł i planów i zgodnie  z pożądanymi  społecznie normami i tym normom świetnie odpowiadający – spełniali dokładnie to, czego ludzie z zewnątrz od nich oczekiwali.  A narzucone kajdany norm,  jak się okazuje, i tak w kiedyś pękają. Pierwotne instynkty, chęć dominacji, czerpanie z tego przyjemności, dotyczą każdego, nie dajmy się oszukać Nawet porządnych i kochających na całym świecie pokój Amerykanów.