sobota, 21 marca 2009

Odległe echa ENH 2008


Lepiej późno niż wcale, a więc nadrabianie zaległości w słowach o ubiegłorocznym festiwalu ENH we Wrocławiu. Drugim, jaki miałam okazję "zaliczyć", i pewnie już ostatnim, choć taka byłam w nim zakochana. Niestety, namiętność mnie spaliła, ale pozostały naprawdę dobre wspomnienia, jeśli chodzi o to wielkie filmowe wydarzenie. Oto kilka słów ( które zamieściłam także w innym oczku sieci) o trzech wybranych filmach. Łączy je jedno – „harmonia”, tak bardzo mi teraz bliskie, a jeszcze niedawno tak dalekie.

Węgierska „Delta” – wchodzi w tym miesiącu na ekrany polskich kin. „Kwiat wiśni – Hanami” – emituje, na platformie Cyfra +, Cinemax. Przy okazji polecam także inne filmy Doris Dorrie, również dostępne na Cyfrze: „Nadzy” i „Oświecenie gwarantowane”. A jeśli chodzi o „Pieśń wróbli” – liczę na „Ale Kino!”. I polecam.

“DELTA” (reż. Kornel Mundruczo), czyli powrót syna marnotrawnego na łono rodziny, żyjącej w wiosce położonej w przepięknej delcie Dunaju. W domu wita go matka, a także nieznany mu ojczym i siostra. Nowopoznani brat i siostra czują, że wreszcie odnaleźli w sobie nawzajem bratnie dusze. Na rzece budują wspólny dom. Rodzi się uczucie. Piękne, głębokie i niebezpieczne, niczym woda na której zamieszkali. Bardzo poetycki obraz, subtelny i cichy, bez zbędnych słów i namiętnych scen, ale za to z całą gamą odgłosów przyrody i naruszających jej spokój działań człowieka – plusk wody, szum wiatru, kumkanie żab, śpiew ptaków, szelest traw, stukot młotka, trzask siekiery – wszystko to w zgodnym rytmie z piękną ścieżką dźwiękową skomponowaną na skrzypce i wykonaną przez odtwórcę głównej roli męskiej F. Lajkó. Właśnie – “harmonia”- to słowo wydaje się być przewodnim w tej historii. By życie mogło płynąć swoim nurtem jest ona konieczna.

“KWIAT WIŚNI - HANAMI” (reż. Doris Dorrie). Historie przeróżnych zderzeń. Kultur wschodu i zachodu. Pokoleń. Mężczyzny i kobiety. Męża i żony. Życia i śmierci. Ale nie każde zderzenie musi być katastrofą. Choć trzeba uważać na obrażenia wewnętrzne podmiotów biorących w nim udział. Czasem urazy odzywają się po latach, a czasem nawet nie wiemy, że je mamy. A czasem… zderzenia, rodzące chaos, mogą być, wbrew pozorom, początkiem harmonii i spokoju. Ważne, by żyć z uwagą i ciekawością dla drugiego człowieka, a już tym bardziej dla bliskiego. Bo jakże często relacje międzyludzkie bywają takie, że jesteśmy obok siebie, co dzień, przez długie lata, jak obcy, z czego zdajemy sobie sprawę, albo i nie, dopiero, gdy życie się kończy.

“PIEŚŃ WRÓBLI”. Najnowsza produkcja mojego ulubionego irańskiego reżysera Majida Majidiego. Nie wiem, jak on to robi, ale każdy jego film oglądam z napięciem i uwagą godną najwyższej klasy angielskiego thrillera. Tak było i tym razem. Mimo, że jak zawsze Majidi, snuje opowieść o losie przeciętnych ludzi, żyjących na głębokiej prowincji Iranu, zmagających się z codziennym życiem i wszelkimi przeciwnościami losu - “biednemu zawsze wiatr w oczy wieje”. Może moja fascynacja bierze się z faktu, że najpiękniesze jest to, co najprostsze. Życie bohatera “Pieśni wróbli” toczy się według odwiecznych reguł: by coś dostać trzeba coś dać, chytry dwa razy traci, nie wzbogacisz się na krzywdzie ludzkiej itd. Jego los jest ciężki, bo ma rodzinę, którą musi utrzymać, ale która jest jednocześnie jego opoką, bez niej byłby nikim. A jeśli spotyka go coś złego, to zawsze ze strony ludzi z miasta. Lecz jednocześnie to samo miasto daje mu szansę na lepszy byt. Pozorne sprzeczności, zbilansowanie wyrządzonych krzywd i zasług. Harmonia życia.

wtorek, 17 marca 2009

"Into the Wild" - reż. Sean Penn

„Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet […] Zostawić łóżko, ciebie, szafę Niczego mi nie będzie szkoda. Zegary staną niepotrzebne. Pogubię wszystkie kalendarze. W taką podróż chcę wyruszyć.Tylko czy kiedyś się odważę” (śpiewa Maryla Rodowicz). No właśnie. A Chris, z filmowej opowieści w reżyserii Seana Penna miał odwagę. Porzucił nie tylko kalendarze, notesy, ale także rodzinę – upierdliwych lecz z pewnością kochających go rodziców, jak również ukochaną młodszą siostrę. Przekreślił całe swoje dotychczasowe, młode bo młode, ale nie bez sukcesów, życie, wyzbył się pieniędzy i wszelkich innych cywilizacyjnych udogodnień, wyrzekł się nawet seksu. A wszystko po to, by oddać się wolności, zasmakować przygody, obcych miejsc i ludzi,  być zdanym na własne siły, zależnym tylko od siebie. Jednym słowem – odetchnąć pełną piersią, porzucić cywilizacyjną abstrakcję i zacząć żyć.  Chris bał się codziennej rutyny,  jaka go czekała w dorosłym życiu.  Brzydził się kłamstewek, które pozwalają przetrwać, ale nie zachowują godnej twarzy  , tego ciągłego bezsensownego gromadzenia rzeczy, albo ich  bezcelowej wymiany na nowe modele…  Ujmując rzecz najprościej - bał się BANAŁU. Lecz ten go i tak go dopadł, nawet w alaskańskich lasach, tam gdzie się go najmniej spodziewał. Uwięził go w dziczy, w miejscu, które miało dać mu poczucie prawdziwej wolności. Duch, tak wolny, został pokonany ciałem, udręczony banalną fizjologią.

Chris poszukując szczęścia w bezludnych miejscach, poznał jego smak, ale dopiero wtedy, gdy spostrzegł, że nie ma się z kim nim podzielić. Alex – superpodróżnik (jak sam się nazwał i co wielokrotnie podkreślał, jakby chcąc się odciąć od banalnych marzeń każdego nastolatka płci męskiej zostaniu typowym supermanem ratującym świat i piekne kobiety od zagłady ku powszechnemu aplauzowi tychże) dotykając ogromnej, także fizycznej , samotności poczuł się wielkim szczęściarzem.  Pewnie  jest to znana już od lat odpowiedź na pytanie, dlaczego my ludzie współczesnej cywilizacji,  mieszkańcy zatłoczonych miast, klienci przeładowanych i zaludnionych  supermarketów, lokatorzy bogatych lecz pustych wnętrz, tak rzadko się do takich zaliczamy. Mentalnie czujemy się podobnie samotni, niczym Chris w Puszczy, ale właśnie owa samotność wśród ludzi, uświadamia nam jak bardzo jesteśmy nieszczęśliwi, jak bardzo zmęczeni i znudzeni wszechobecnym ludzkim jazgotem.

Film niesamowicie smutny, mimo wielu radosnych uniesień głównego bohatera. Jego droga do szczęścia została okupione bólem, tęsknotą, wyrzutami sumienia rodziców i siostry, których opuścił, bez uprzedzenia, po prostu - „Wyszedł z domu (udając się na studia) i nie wrócił”.  Po drodze, co prawda, spłaca tę winę, dając chwile szczęścia, ludziom, których spotyka na swym szlaku do sensu życia  – małżeństwo podstarzałych hippisów, czy starszy pan, zajmujący się grawerowaniem w skórze. Wszyscy oni są pokaleczeni, naznaczeni jakąś stratą,  podobnie jak rodzice Chrisa. Chris ma na tych wspaniałych, przygodnie spotkanych ludzi bardzo dobry wpływ,  ujmuje ich swym młodzieńczym zapałem, szczerością, mobilizacją do wysiłku lecz nikt mu nie zazdrości, nikt nie mówi – „zabierz mnie z sobą”. Wręcz przeciwnie – z nutką nostalgii, mając w pamięci swoje wolnościowe porywy, proszą – "zostań".  Nawet ta młoda para jasnowłosych, tryskających entuzjazmem,  Duńczyków,  jakże różna od Alexa – supertrampa, spotkana na brzegu dzikiej rzeki, którą udało  się Chrisowi jakimś cudem spłynąć kajakiem, nie wyobraża sobie, że mogłaby porzucić swe radosne zmysłowe życie, dla jakiejś jego kontemplacji. Ciekawe, czy kiedykolwiek te wieczne dzieci miasta,  zdadzą sobie sprawę, poczują ukłucie żalu, za tym, co utracili, a co zyskał Chris.  A my - spytajmy sami siebie, jak sądzimy -  czy mu było warto? 

sobota, 7 marca 2009

"Luksus" czyli echa festiwalu "Prowincjonalia" 2009

Czas na krótkie wspomnienia z festiwalu "Prowincjonalia 2009". W tym roku, niestety, widziałam bardzo niewiele filmów. O, może wymienię, zajmie to naprawdę bardzo mało miejsca: "Luksus" (krótki metraż), dokumenty: "Afrykański sen" Władysława Jurkowa, "Fabryka wolności" Macieja Walczaka i fabuły, te bardziej znane czyli: "Rysa" Michała Rosy, "Drzazgi" Macieja Pieprzycy i mniej - "Kup teraz", Piotra Matwiejczuka "11 nie uciekaj"  Roberta Wrzoska. Inne albo już znałam, albo musiałam zrezygnować ze smutkiem z ich projekcji - z przyczyn obiektywnych. Spróbuję co nieco opowiedzieć o każdym z wymienionych tytułów. Zaczynam od "Luksusa" (tak, tak "Luksusa" nie "luksusu").

"Luksus", czyli krótkometrażowy film fabularny,  etiuda filmowa, bardziej poetycko rzecz ujmując. Zrealizowany przez Jarosława Sztanderę (reżyseria, scenariusz, montaż), mającego na koncie już dwa filmy krótkometrażowe po około 15 minut każdy. „Luksus” ma tych minut już  prawie 40, a więc reżyser być może wkrótce zmierzy się z filmem pełnometrażowym. I być może z sukcesem, jako, że na tegorocznych Prowincjonaliach za „Luskusa” otrzymał Nagrodę Publiczności - „Jańcio Wodnik” za najlepszy krótkometrażowy film fabularny . Początkowo myślałam, że jest to dokument fabularyzowany, z naturszczykiem w roli głównej grającego samego siebie. Niestety, chyba się myliłam. Jest to historia z półki z tematami, do których polscy filmowcy zaglądają rzadko, z racji ich niewygody, dla twórców jak i narodu-odbiorcy, który w dużej części nie ma odwagi spojrzeć na siebie krytycznie i przyjąć do wiadomości, że jest nękany wszystkimi chorobami i nieszczęściami jakie tylko na świecie istnieją, z prostytuującą się  homo-pedofilią na czele. „Luksus” – to ksywa uroczego blondaska, urzędującego na warszawskim Dworcu Głównym, który niestety, mimo swych około 18-19 wiosen, musi wypaść z gry, jako że w branży, w której pracuje osiągnął już wiek emerytalny. Przyjmuje to z niedowierzaniem, smutkiem i trwogą, gdyż teraz jedyną formą jego zarobku będzie dostarczanie chętnym podtatusiałym klientom innych „luksusów’, czyli chłopców w okolicy 12-13 lat.  No niestety, wymagania klientów wraz z ich wiekiem rosną, Luksus, aby przeżyć musi im sprostać. Koniec już z wyjazdami do Egiptu, do kilkugwiazdkowych zacisznych hotelików, pozostają tylko wspomnienia i ciężka harówa naganiacza. Przypadek styka go z  uroczym żebrzącym na dworcu blondynkiem, z prześlicznym psem, który umie i lubi jeść paluszki. Finał historii jest mocno przewidywalny.  Tu przypominam pewną starą sceanariuszową prawdę o broni, która nigdy nie pojawia się w filmie bez powodu.  No tak. Niby temat bardzo bulwersujący, poruszający, obnażający etc., potrzebny w kinie, szczególnie polskim, ale tak jakoś, wg moich odczuć, zrobiony bardziej ze względu na to właśnie zapotrzebowanie, na jego specyficzną atrakcyjność, na chwytliwość niż z potrzeby serca. Nie przejął mnie los tych dzieci, choć powinien, i nie pomógł nawet świetny zazwyczaj Zbigniew Zamachowski, którego udało się reżyserowi namówić do współpracy. Po filmie pozostałam z wrażeniem,  że nakręcono go, nie tylko dlatego, żeby ujawnić problem, potrząsnąć tymi co przed ekranem, ale także z  przekonania, że nic tak nie działa na widza, jak krzywda małego blondynka z fajnym pieskiem,  wrabianego w seksualny biznes  przez niewiele starszego blondynka (choć tlenionego). 

„Luksus” zdobył kilka nagród na krajowych i zagranicznych festiwalach filmów krótkometrażowych.  Z pewnością więc ma zalety, które dostrzegli oceniający go fachowcy. Moje kryteria, którymi są dreszcze na plecach podczas seansu, mówiły temu filmowi „nie”, to znaczy w ogóle się nie odzywały. Historia ma potencjał, to oczywiste, ale moim zdaniem, jak na 38 minut została efekciarsko przeszarżowana. Oczekiwałam bardziej czegoś w rodzaju małej psychodramy, a otrzymałam spory, ale średniej jakości, kryminał.

czwartek, 19 lutego 2009

"Jagodowa miłość" - reż. Wong Kar-Wai

Klapa na calego. Nuda, sztuczność (szczególnie postaci), niepotrzebna Norah Jones,  która kompletnie nie potrafiła wytworzyć chemii między nią a partnerującym jej Jude’m Law. Za to Law - bardzo przystojny, można się w nim było zadurzyć od pierwszego wierzenia, w to akurat wierzę. Ale widać Norah była mocno spięta i  przejęta swą rolą, bo nawet nie było widać, że facet się jej podoba. Dobrze, że mu wysyłała kartki z podróży, bo inaczej bym się nie domyśliła.

Najlepiej wypadła Natalie Portman w pokerowym epizodzie -  tylko dla niej warto było wytrzymać do końca.

Film robiony bez serca,  sklecony na zamówienie, pod publikę, co gorsza - amerykańską, nie może być  dobrym filmem. Brak mu szczerości i autentyczności. Szkoda, że Wong Kar -Wai tak splamił swój reżyserski życiorys. Strata nie do odrobienia.

Nie polecam, chyba że ktoś lubi leciuśkie, banalne pioseneczki odtwórczyni głównej roli. I co za pretensjonalny tytuł. Nawet ten oryginalny. "Moje jagodowe noce", "Jagodowa miłość", oba pasują do treści filmu jak ulał. Jest słodko i  kwaśno, owszem – jak to w placku jagodowym, który Norah Jones wcina w kafejce u Law’a, ale niestety,  jest też zakalcowato. Nie udało się Chińczykowio to miłosne American Pie z jagodami. Niech lepiej dalej piecze swe rodzime z wróżbą, są bardziej tajemnicze i zmysłowe.

środa, 18 lutego 2009

"Vicky, Cristina, Barcelona" - reż. Woody Allen

Tym razem Woody Allen, pobywszy przez trzy filmy ("Match Point", "Scoop" i "Sen Kasandry") w zachmurzonej Anglii, za cel swojej europejskiej peregrynacji wybrał rozświetloną, zmysłową i upojną Hiszpanię. I tak trzymać! Nic tak dobrze nie robi starym kościom jak słoneczne kąpiele. A jeszcze na dodatek, w tak pięknym regionie jak Katalonia i w towarzystwie tak uroczych i pełnych seksapilu kobiet, jak Penelope Cruz (Maria Elena), Scarlett Johansson (Cristina) i Rebecca Hall (Vicky). Żeby paniom nie było smutno, za zgodą reżysera, dołączył do nich równie jak one pociągający, w całej swej krasie (a rzadko miał ostatnio okazję, by ją widzom ukazać) – Javier Bardem. Jak to w Hiszpanii, wino leje się strumieniami, smętne dźwięki gitary zmiękczają serca pań, a hiszpański macho, na dodatek artysta malarz (ojej !), zręcznie lawiruje między nimi, kusząc je swymi wdziękami i perspektywą upojnych nocy. Czy może być coś bardziej ekscytującego na Ziemi? Czy jest coś co może zakłócić ową sielankę? A i owszem, jest. I jest to, o ironio losu, miłość, która pojawia się niespodziewanie, nieproszona,  burzy zastany porządek, stare uczucia,  plany i przyzwyczajenia, nie dając nadziei, że będzie wieczna i że zaprowadzi do portu zwanego "szczęściem".
 
   Amerykanki, Vicky i Cristina, są przyjaciółkami na śmierć i życie, mają wiele wspólnego.  Różnią się jedynie kolorem włosów (jedna jest szatynką, druga blondynką), a przede wszystkim podejściem do miłości. Vicky jest osóbką bardzo pragmatyczną, uważa, że miłość powinna być stateczna, dawać oparcie na całe życie,  czyli prowadzić do małżeństwa, a także przekładać się na dobrą pensję ukochanego i solidny, dobrze wyposażony dom –  wspolne gniazdko gruchającej pary. Vicky nie lubi i nie dąży do żadnych szaleństw, stara się być wierna swemu narzeczonemu, ktorego zostawiła w ojczyźnie, sama wybierając się z przyjaciółką do Kataloni, w celach badawczych nad kulturą jej mieszkańców.Cristina jest przeciwieństwem Vicky. To eteryczna blondynka, niepoprawna romantyczka, uważająca, że miłość powinna przynosić cierpienie. Jest otwarta na nowe znajomości,  i miłosne eksperymenty. Niczego w życiu nie kalkuluje, cieszy się tym co przynosi jej chwila bieżąca.Obie dziewczyny,  ulegają pokusom pieknego Bardema. Inaczej być nie mogło. 

   Oczywiście Allen nie byłby sobą, gdyby wszystkiego nie wywrócił do góry nogami. Życie poukładanej Vicky o mało co nie rozsypuje się jak domek z kart, a Cristina, musi na chwilę wyjechać z gorącej Hiszpanii do zimnej Francji, by ochłonąć i pocierpieć w samotności z  miłości, o której po raz pierwszy zamarzyła, by była ukojeniem a nie bólem. W sumie, dzięki otwartemu i bardzo pojemnemu sercu Hiszpana dzieje tego miłosnego trójkąta nie musiały by przybierać tak niekorzystnego obrotu – i Vicky i Cristina mogłyby kochać Juana Antonio – miłość przecież nie zna granic. Ale niestety, pojawiła się ta trzecia – czyli jego była żona Maria Elena – również malarka, utaleniotowana bardziej niż małżonek, ognista, rodrażniona, na granicy obłędu, oczywiście z miłości, która z uwagi na ich hiszpańskie temperamenty nie może się tak jak trzeba zrealizować. I w ten sposób, cała czwórka oscyluje na granicy namiętności, zafascynowania i samozniszczenia – jednym słówem dzieje się, oj dzieje! Allen nam się kompletnie nie starzeje. Jak to śpiewali Starsi Panowie (Przybora i Wasowski):  Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu - ciągle maj!” :)

Miłość, jaką przeżyły dwie Amerykanki Vicky i Cristina, mogła zmienić ich życie. Mogła rozbić ich przyjaźń, co się na szczęście nie zdarzyło. Mogła rozbić także małżeństwo Vicky (jej narzeczony, wiedziony chyba przeczuciem, co ona wyprawia w tej Barcelonie, postanowił przyjechać i  tam ją poslubić).  Niestety, albo na całe szczęście (jak wiemy punkt widzenia zależy od punktu siedzenia), tak też się nie stało. Wszyscy Amerykanie, jak jeden mąż wracają po wakacjach na swe stare śmieci. A nasze przyjaciółki są bogatsze o wspomnienia romantycznego pieknego Juana Antonio i jego ognistej żony Marii Eleny i o wiedzę jaką zdobyły,  że miłość jest panią, która nie lubi żadnych kalkulacji, ograniczeń, dopadnie cię, omota, ubezwłasnowolni, choćbyś się broniła przed nią rękami i nogami, zasłaniała się wrodzoną sobie uczciwością i przyzwoitością, wszelkimi zobowiązaniami, miłością i godnością własną nawet, gryzła, drapała, a nawet strzelała do niej z niebezpiecznej zabawki - małego pistolecika – nie dasz jej rady. Więc po co się bronić? Może lepiej zaryzykować, poddać się jej, niech się nasyci, może padnie pokonana swoją własną bronią – nieokiełznaną namiętnością?  
 
  Film sprawia wrażenie lekkiej komedi romantycznej, i taki jest. Ale,  patrząc na losy Vicky i Marii Eleny, jakoś tak dziwnie połączył mi się, tym smuteczkiem, który zawsze unosi się nad filmami Allena, z losem April z  „Revolutionary Road”. I powiem to teraz odważnie i głośno, czy to nie jest tak, że kobieta, ma w życiu do wyboru dwie możliwości:  zabić siebie, albo swoje marzenia? :(  /Wzruszyłam się. Proszę o chusteczkę.  :) /

niedziela, 15 lutego 2009

"Revolutionary Road" - ulica dla najlepszych

"Najlepszy dom na osiedlu dla najlepszych klientów" -takimi  słowami Helen Givings (Kathy Bates), pośredniczka sprzedaży nieruchomości, reklamowała i zachęcała państwa Wheelerów do kupna domku, jakże wyjątkowo położonego – na wzgórzu.

April i Frank Wheelerowie (Kate Winslet i Leonardo DiCaprio) są małżeństwem z około 10- letnim stażem. On pracuje w firmie komputerowej w dziale sprzedaży, ona – zajmuje się domem i dwójką dzieci, chyba uwierzyła w to, że jest kimś wyjątkowym. Frank realizuje się bez reszty w pracy zawodowej. April ma artystyczne ambicje. Kiedyś uczyła się aktorstwa, teraz będąc żoną i matką, występuje w małym amatorskim teatrzyku lokalnym. Niestety, sztuki tam wystawiane, albo nie są na wysokim poziomie, albo okoliczni mieszkańcy nie znają się na sztuce – teatr bowiem nie cieszy się wielkim  poważaniem i będzie musiał zakończyć swą działalność. I April tym sposobem zrówna się z większością kobiet z osiedla, wiodących szare życie kur domowych w swych kolorowych i ładnie poukładanych domkach.  Z każdym dniem coraz bardziej doskwiera jej zmęczenie, znużenie, zniechęcenie. Co jest jak najbardziej zrozumiałe, ale tylko dla tych, którzy, a właście “które”, doświadczyły na własnej skórze monotonni pracy gospodyni domowej.  Kobieta zaczyna pomału wariować. Na szczęście nie sięga po tabletki nasenne, ani nie odkręca gazu, ani też nie wychodzi z domu i nie wraca. Wpada na pomysł, by całą rodziną wyprowadzić się do Paryża. Fantazjuje, że zdobędzie pracę sekreatarki w jakimś ważnym urzędzie, a mąż, który teraz pracuje niemal 12 godzin na dobę, będzie sobie mógł tam odpoczywać i szukać sensu życia.

Frank, przyjaciele oraz znajomi, skwapliwie potakują głowami, delikatnie przy tym sugerując, że i tak to nic w ich życiu nie zmieni. Jedyną osobą, która zazdrości April  wyjazdu do Europy jest jej najbliższa sąsiadka i przyjaciółka – Milly Campbell. Jako kobieta o tym samym statusie społecznym rozumie dlaczego April podjęła tak desperacką decyzję, jednocześnie zazdroszcząc jej odwagi. Ale właśnie, czy April jest odważna, czy działa na granicy szaleństwa, nie kontrolując swej decyzji, ani pod względem możliwości, ani  konsekwencji jej realizacji?  Może większą odwagą byłoby  pozostanie  na tym  amerykańskim przedmieściu i znalezienie drogi do szczęścia przez pogodzenie się ze swoją przeciętnością a jednocześnie próbowaniem szukania dróg jakiegoś rozwoju duchowego.  Ileż to ludzi, z kolei, porzuca wielkie metropolie, by znaleźć spokój ku temu na ich obrzeżach, albo wręcz w jakichś głuszach, z daleka od zgiełku tłumu i blichtru jaki go otacza. Ale pamiętajmy, to są lata 50-te ubiegłego wieku, czyli początek zachłystywania się dobrobytem, które to zresztą zachłystywanie trwa do chwili obecnej. Dziś ludzie zaczynają już być zmęczeni życiem na topie i coraz częściej szukają izolacji. Ale April, czuła się wtedy wystarczająco wyizolowana we własnym domu, targały nią zupełnie inne ciągoty.

Czy warto by było April z jednej iluzji brnąć w drugą? Czy zastanawiała się choć raz na ekranie, czego ona naprawdę chce i czym jest szczęście? Tak jak większość, łudziła się, że jest ono tam, gdzie jesteśmy nieobecni. April nie wie jeszcze, tak jak wielu z nas na początku swej drogi do szczęścia, że to harmonia i zgoda ze sobą, naszą naturą oraz wewnętrzne dokonalenie się zbliża człowieka do szczęścia, gdziekolwiek i z kimkolwiek by mu przyszło żyć. Ludzie, tak jak ona, często nie mogą pogodzić się ze świadomoscią, że są bardzo przeciętni, ciągle chcą, i sobie, i światu, na każdym kroku udowadniać, że są nadzwyczajni i wyjątkowi ( niestety, nie biorą pod uwagę rozwoju duchowego, tylko materialny) , szukają poklasku, chcą widzieć swe doskonałe odbicie w oczach bliźnich, ciągle są niezaspokojeni i ciągle czują pustkę, w efekcie zabijają się , piją, ćpają, biją,  etc. albo szukają dalszych, coraz bardziej wyszukanych impulsów, by piąć się coraz wyżej i wyżej , zamiast wchodzić coraz głębiej.

Tak jak trudno przepisać komuś receptę na szczęście, tak trudno jednoznacznie osądzać April. Jedno co można powiedzieć, że jest taka jak wiele kobiet.  Monotonnia życia, jaka jest udziałem gospodyni domowej, ale przecież także każdej innej pracy, która nie jest pracą twórczą,  niemożnośc realizowania zawodowych ambicji, z uwagi na wybór pozostania w domu mogły być powodem narastającej goryczy i żalu za traconym potencjałem, o który  April siebie podejrzewała.

Rozumiem doskonale jej stany emocjonalne. Wiem, że można się czuć uwięzionym nie tylko w domu, ale przede wszsytkim w swojej głowie, psychice i nikt temu z zewnątrz nie jest winny.  Instynkt kobiety pcha ją ku mężczyźnie, rodzeniu dzieci, ale rozbujałe ego odpowiadające  na zapotrzebowanie emancypującego się świata kobiet  chce czegoś więcej. Kobieta się szamocze. Chce zmieniać diametralnie swe życie i powołanie.  Liczy, że będzie szczęśliwsza, zdobywając uznanie otoczenia, jako kobieta wyemancypowana, niezależna od mężczyzny, realizująca się nie tylko w kuchni, ale także przy biurku, popada w kolejne uzależnienie - bycia niezależną.

A przecież sytuacja domowa, małżeńska, April nie była najgorsza, a nawet była bardzo dobra. Mąż zarabiał pieniądze, nie wypominał jej tego. Rozumiał, że to dzięki temu, że zajmuje się  całkowicie domem, on może sobie pozwolić na tak wymagającą, ale idobrze płatną pracę. Podzielał  i przyklaskiwał jej aktorskim zainteresowaniom. Jak się okazało – były one jednak chyba  dość powierzchowne, zamknięcie teatru, położyło im kres. Gdyby April była naprawdę zafascynowana aktorstwem, interesowała by się także materią na której ono się rozwija, czyli filmem, teorią teatru, mogła czytać sztuki, chodzić do kina etc. Aktorstwo, jak podejrzewam, było kolejnym sposobem, na bycie oryginalną  swym małym mieszczańskim środowisku.

Ale to są tylko przypuszczenia. Nie poznajemy bowiem April z przeszłości, nawet tej bliskiej. Stykamy sie z nią już w momencie wielkiego kryzysu. Domyślamy się, z jej obecnej postawy wobec męża, dzieci, znajomych, że jest osobą bez żadnych pasji, wiodącą życie typowej kury domowej, latającej bez przerwy ze ścierką – dom wypucowany, że aż strach!  Jej rozmowy z ludźmi są bardzo powierzchowne. Dzieci również pozostają poza kręgiem jej zainteresowań.

W ogóle w tym filmie dzieci są, ale poza kadrem głównie. O dzieciach tylko się wspomina, przeważnie podczas kłótni,  że są pomyłką (pierwsze dziecko), albo dowodem na to, że pomyłka nie była jednak pomyłką (drugie), albo sie na nie krzyczy, bo nudzą. To też charakteryzuje małżeństwo Wheelerów - dzieci nie są dla nich najważniejsze, a powinny być, skoro je powołali do życia. Niedobrze. Ten fakt powinien być najwiekszym zmartwieniem tych dwojga. Zresztą taka zimna postawa April  wobec potomstwa, ma swój dalszy przebieg w czasie filmu.

Czyli, jednym słowem, April to egoistka skupiona tylko na sobie i swoich emocjach? Wydaje mi się to trochę niesprawiedliwe, takie jednostronne przedstawienie kobiety w tym związku. Może dlatego, że autor powieści, pod tym samym tytułem, będącej podstawą scenariusza - Richard Yates, obdarzył April cechami jednej ze swych byłych żon (jak stwierdza w wywiadach ich córka)? Może w budowaniu tej postaci zagrały jakieś osobiste żale, animozje i uprzedzenia, brak minimalnego choćby obiektywizmu wobec kobiety, z którą się rozwiódł? A zresztą, pies im mordę lizał, co tam dywagować, i tak nie dojdziemy prawdy, a kobiety taki jak April, z pewnością są. W końcu każdy z nas jest w mniejszym lub wiekszym stopniu egoist, April – w większym.

Z akceptacją Franka, natomiast, nie mamy wiekszego kłopotu. To dobry mężczyzna był, i porządny, na wskroś uczciwy /przyznaje się żonie nawet do swych “małych” zdrad, he, he :)/, tolerancyjny, z cierpliwością znoszący humory żony, do czasu co prawda, ale jednak!  A że nie umie się baczniej wsłuchać w jej potrzeby i stany emocjonalne? No cóż, w końcu jest tylko mężczyzną. Ci są nastawieni na odbieranie jasnych komunikatów. Skoro April mówi, że go nienawidzi, wierzy w to. A gdy żona, macha mu na pożegnanie przed wyjazdem do pracy, jest pewny, że już jej przeszło.

Czego zabrakło April? Myślę, że otwartości, odwagi wyjścia ze swej skorupy zbitej z żalu z powodu niespełnionych oczekiwań,  zainteresowania innymi ludźmi, umiejętnosci słuchania, a raczej wsłuchiwania się w to co mówią (przykład rozmowy z Johnem, pacjentem kliniki dla psychicznie chorych),  jakiegokolwiek życia duchowego, odrobiny rozsądku i trzeźwego myślenia, a przede wszsytkim świadomości i odpowiedzialności za dzieci, które nawet jeśli powołała do życia przez pomyłkę, albo przypadkiem, to nie ma rady, musi dla nich żyć i  stworzyć im bezpieczny dom oraz przygotować je jak najlepiej umie do wejścia w dorosłość, by wiedziały czego chcą i uniknęły takich błedów jakie jej się przydarzyły (tylko najpierw musiałby sobie sam z nich zdać sprawę). Wiśta wio! Łatwo powiedzieć! :)

niedziela, 8 lutego 2009

"Buty nieboszczyka" - reż. Shane Meadows

Zaintrygowana tytułem, a także brakiem wyeksponowania na pierwszy plan filmu tejże części  okrycia ciała ludzkiego :), sprawdziłam w słowniku idiomów angielskich, co też autorzy filmu ( między innymi Shane Meadows i Paddy Considine) mogli mieć na myśli, dając mu taką właśnie nazwę. “Wait for dead man’s shoes” – czyli "czekać na czyjąś śmierć w celu zajęcia zwolnionego miejsca".Może coś i jest w tym na rzeczy. Film kręci się wokół osi, którą jest los dwóch braci - Richarda i Anthony'ego. Richard to były komandos, a Anthony jest miejscowym odmieńcem, upośledzonym po porażeniu mózgowym chłopakiem, żyjącym, wydawaje się, tylko ku uciesze miejscowej rozleniwionej tłuszczy. Poznajemy ich w momencie samotnej wędrówki po miasteczku, w którym się urodzili i wychowali. Otrzymujemy sygnały, że wcześniej, podczas nieobecności starszego brata, wydarzyło się tu coś okropnego, czego ofiarą padł chory Anthony. Od tego momentu Richard wkroczył na drogę zła. Przekonał się, że jest zdolny do takich samych czynów, jak ci, których postanowił za zło ukarać. Zaczyna chodzić w butach tych, których czyni nieboszczykami. 

Richard zajmuje miejsce oprawców swego chorego brata, ktorego, jak sam przyznaje, gdy byli dziećmi, wstydził  się przed otoczeniem.  Dopiero, gdy banda małomiasteczkowych opryszków, narkomanów, co tu dużo gadać – bezmyślnych głupców, pracujących dla miejscowego króla narkotykowej dilerki – Sonny’ego, doprowadziła go do śmierci, zdał sobie sprawę, jak naprawdę mocno brata kocha. Niestety, jest już za późno, by mu to powiedzieć i okazać. Jedynym zadośćuczynieniem, jak mniema, może być tylko wejście w rolę mordercy – mściela, wymierzającego głupcom karę za grzechy. Richard zdaje sobie sprawę, że grzeszy, tak samo jak tamci.  Przed rozpoczęciem swej prywatnej krucjaty, modli się do Boga o wybaczenie, zarówno jemu jak i tamtym, by mogli wszyscy wspólnie: kaci i ich ofiary, spotkać się w niebie. 

  Ale reżyser filmu, Shane Meadows, grzechem głównym swego filmu uczynił, oprócz grzechu zabójstwa i samowolnej zemsty - także grzech zaniechania. Ten grzech popełnił przede wszystkim Mark, bierny i jedyny trzeźwy, przytomny,  obserwator wyczynów swych kumpli. Nie brał on czynnego udziału w gnębieniu kaleki, ale niestety, nie próbował ich powstrzymać. Gdyby podjął taki wysiłek, kto wie, może by mu się udało i nie doszło by do lawiny nieszczęść. To właśnie, jemu, temu który zaniechał obrony bezbronnej ofiary, Richard postanawia dalej  przekazać buty nieboszczyka. 
 
  Film, jaki wyreżyserował Meadows na dwa lata przed fantastycznym “To właśnie Anglia!” zasluguje na uwagę, choć nie jest jeszcze tak perfekcyjnie oddziałujący na emocje widza, jak właśnie film o małomiasteczkowych skinheadach. Oba filmy łączą jednak podobne problemy. Głęboka angielska prowincja, a na niej grupa młodych ludzi, którym przewodzą i których wykorzystują dla swej nielegalnej działalności stare przestępcze wygi. To na nich spoczywa odpowiedzialność za  deprawację młodych, którzy są przecież  tak bardzo na nią podatni -  nie mają pracy, ani większej etycznej świadomości. Łatwy zarobek jaki im dają, w połączeniu z brakiem konkretnego zajęcia i stosowaniem używek prowadzi w efekcie do totalnego zgnuśnienia i kanalizowania nagromadzonej energii oraz agresji w stronę najprymitywniejszych uciech, kończących się często satysfakcją z dręczenia słabszych od siebie.
 
W odróżnieniu od “To właśnie Anglia!” brak w “Butach nieboszczyka” kontekstu politycznego. Realia (czas, miejsce) nie są tu tak naprawdę ważne – taką opowieść można by przypisać każdemu miejscu na Ziemi, każdemu porządnie ucywilizowanemu, bo podjerzewam, że w ostępach australijskiego buszu, wśród Aborygenów, tego rodzaju mentalna tępota jednak nie występuje.
Film ten jest swoistą balladą – jest bardzo poetycki, głównie za sprawą zdjęć (szczególnie te o poranku, gdzie ujęcia pod światło dodają szczególnego smutku i nostalgii za utraconym dobrem) oraz kompozycji fabularnej – sekwencje wyjęte z pamięci, a raczej wyobraźni Richarda mściciela, ilustrujące los jego chorego brata w rękach bezmyślnych narkomanów, są w czarno-białych barwach, porysowane, mają charakter zniszczonego filmu dokumentalnego -  jeszcze bardziej utwierdzają widza w prawdziwości zdarzeń i czynią zrozumiałymi pobudki jakimi kieruje się Richard wyruszając na swą krucjatę. 

 Dużą rolę w budowaniu balladowego nastroju  gra także przyroda i piękne otoczenie miejsca będącego areną dziejącego się dramatu – malownicze miasteczko położone u stóp wzgórza, na którym królują ruiny romantycznego zamczyska. Jak się okaże – będzie ono miało także swoją rolę do zagrania.  Poza tym pochmurna aura, deszcz (jak to w Anglii zresztą) potęgują ponurą atmosferę.  Bohaterami filmu są przedstawiciele prostego narodu, a tematem historii - krzywda, kara, wędrówka, tajemniczość (maska przeciwgazowa na przykład, co mnie jednak trochę drażniło), zmysłowość (w tym także narkotyczne odloty) . A poza tym -  kolejne akty zemsty oddzielają strofy smętnej ballady muzycznej, śpiewnej tylko przy dźwiękach gitary (niestety, nie dotarłam do informacji o autorze i wykonawcy). 
 
Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o rewelacyjnym  aktorstwie, i to w przeważającej części ludzi, którzy prawdopodobnie nie sa zawodowcami. Z nazwisk, które warto zapamiętać, by zachęciły nas do zobaczenia innych produkcji nimi firmowanych, koniecznie trzeba wymienić:
-  Tobby Kebbel - grający upośledzonego brata. Dorównuje grą Leonardo DiCaprio z "Co gryzie Gilberta Grape'a".
- Poza tym - Paddy Considine - odtwarzający główną rolę, także współautor scenariusza.  Jak się okazało, widziałam go już w "Leci miłości" (w reż. Pawlikowskiego), ale zapamiętam go dopiero teraz, po "Butach nieboszczyka".
- Gary Stretch - oj, tego gościa też nie zapomnę. Jego Sonny - to Mount Everest bezmyślności, totalnej głupoty, tak powszechnie obecnej, która często jest źródłem wielu nieszczęść na Ziemi. To on był tym największym złym, motorem napędzającym machinę bezprawia, wyuzdania, ale pozostali, też zasłużyli na karę, właśnie za grzech zaniechania.
  Film ma także pewne wady, na niektóre przymknęłam oko (ot, choćby wspomniana już wcześniej przeze mnie pretensjonalna maska przeciwgazowa),  ale nie mogłam niestety przymknąć ucha – na  "anielskie" śpiewy pod koniec, wprowadzające niepotrzebnie nadętą atmosferę patosu, która nie pasowała mi do całej prostej "balladowości" filmu.
  „Buty nieboszczyka”  na pewno warte są zobaczenia, tym bardziej, że brutalność, jak na krwawą balladę przystało, jest mocno obecna, ale na tyle na ile jest potrzebna, bez zbędnego nią epatowania.