środa, 25 listopada 2009

Grizzly Man - reż. W. Herzog

Jeśli do tej pory nie wiedziałeś, kto kryje się pod nazwiskiem Timothy Treadwell, to dzięki Wernerowi Herzogowi poznasz człowieka, który postanowił żyć i umrzeć inaczej. Polska Wikipedia lakonicznie informuje, iż TT: „ urodzil się w Nowym Jorku 29 kwietnia 1957 roku a zmarł 5 października 2003. 46 lat życia. W tym kilka miesięcy z ostatnich 13 lat nasz bohater spędził w surowym  klimacie Parku Narodowego Katmazi na Alasce.  Stał się sławny w całych Stanach Zjednoczonych, chętnie dzielił się swoimi odkryciami, udzielał wywiadów, robił też wykłady w wielu szkołach. Pod koniec trzynastego sezonu, w nocy z piątego na szóstego października, niedźwiedź grizzly podszedł do obozowiska Treadwella. On i jego dziewczyna, Amie Huguenard, zostali przez niego zabici i częściowo pożarci. Podczas ataku włączona była kamera Timothy'ego, która zarejestrowała dźwięki.Wraz z Jewel Palovak napisał książkę Among Grizzlies: Living with Wild Bears in Alaska. Razem z nią i Jonathanem Byrnem założył organizację Grizzly People.W 2005 roku Werner Herzog, wykorzystując obszerne fragmenty nagrań Timothy'ego, nakręcił film Grizzly Man.” Ot, i wszystko.

13 jesiennych sezonów w niedźwiedzim labiryncie zakończonych tragiczną śmiercią. Na szczęście, powstał wspomniany film Herzoga, wielkiego entuzjasty ludzi z pasją, kochających dziką przyrodę, który przybliża tę tragiczną, bądź co postać, pozwala go zroumieć, ale czy polubić, docenić, zafascynowac się (?).  Wątpię, wypowiedzi i zachowanie bohatera przed kamerą obnażają jego infantylizm, brak autentyzmu, niedojrzałość emocjonalną, skazanie się na życie w ułudzie, w przeświadczeniu, że świat drapieżników można obłaskawić i dostosować do swoich marzeń. Nie potrafił dostosować się do świata drapieżników w Nowym Jorku, spróbował w leśnej tajdze?  Również poniósł klęskę?

Timothy Treadwell postanowił na pewnym etapie życia zainteresować sie niedźwiedziami grizzly, uczynić z tego swoją pasję, poświęcić się jej... bezgranicznie? Może, chyba, ale raczej wątpię. Bardziej, wydaje mi się,  postanowił uczynić z tego sposób na życie, by wypełnić pustkę, w jakiej być może spostrzegł, że się znalazł, by uciec do bezludnej krainy i na nowo budować tam swoje marzenia i zamki z piasków.  Nie dowiadujemy się bowiem, skąd się nagle wzięła jego miłość do niedźwiedzi, facet nie potrafi o nich nic interesującego powiedzieć, jedyne co potrafi, to płakać nad ich losem, wzruszać się ich odchodami, wołać je po imieniu i biegać w zachwycie i sprawnie po ścieżkach (może stąd to przybrane nazwisko, bo prawdziwe brzmi inaczej), wydeptanych przez zwierzęta.
Na szczęście, Tim potrafił także filmować. I tej oto czynności, mam wrażenie, oddał się bezgranicznie. Co zaowocowało blisko 100 godzinami filmu z życia niedźwiedzi na tle pięknej dzikiej przyrody. Nie są to jednak zdjęcia jakoś dogłębnie analizujace zwyczaje tych zwierząt, które wymagałyby jakichś specjalnych przedsięwzięć czy poświeceń ze strony operatora. Ot, filmy odważnego człowieka, zauroczonego ogromem, surowością przyrody. Trzeba przyznać, odwagi mu nie brakowało, a może to była jakaś rozpaczliwa desperacja? Ale i pokorą również się nie wykazał.

Dokument Herzoga ma także tę zaletę, iż ukazując tak dziwaczną postać, jak Timothy Treadewell, stara się być w miarę obiektywny.  Nie ocenia tego człowieka, choć przytacza różne, czesto skrajne opinie przyjaciół, współpracowników i bliskich z rodziny oraz przyjaciół. Co ciekawe, mężczyźni na ogól wypowiadają się na jego temt sceptycznie i dość krytycznie, kobiety są zachwycone.  Film opatrzony jest także komentarzem reżysera, pełniącego jednocześnie rolę narratora, łączacego fragmenty filmów Treadwella, składających się w wiekszej części na filmową opowieść  Herzoga. Reżyser co rusz podkreśla zasługi Treadewella w zakresie sfilmowania pięknej dzikiej przyrody. Niestety, bardzo często, za często, na pierwszym planie tych filmów pojawia się jęczący albo płaczący nad losem niedźwiedzi /lub lisów/Timothy, z obwiązaną malowniczo głową kolorową bandaną., twarzowymi ciemnymi okularami na nosie i zastanawiący się od czasu do czasu, jaki kolor okrycia lepiej wyjdzie na zdjęciu. Ale w momencie przybycia na zamieszkane przez niego tereny ludzi fotografujących jakiś obiekt (on ich nazywa kłusownikami), ktorzy obrzucają zbliżającego sie do nich niedźwiedzia kamieniami, ich dzielny obrońca w ogóle nie reaguje, tylko bierze nogi za pas.

Przerażający brak pokory i świadomości swego miejsca, granic, ktorych w przyrodzie nie można przekraczać. Są obszary, gdzie rządzą zwierzęta, oczywiście za zgodą czlowieka, ale jednak. I tu należy się szacunek dla Timothy’ego, że nie korzystał z przywileju bycia cywilizowanym człowiekiem, nie miał broni.  A popularonośc jaką zdobył, dzięki rozlicznym programom, wywiadom w telewizji, służyła mu bardziej dla satysfakcji, zaspokojenia jakichś psychicznych potrzeb, niż do budowania dobrobytu.
Mimo wszystko, trudno mi było wykrzesać, dla tego bądź co bądź miło wyglądającego lecz naiwnego, mężczyzny choćby iskierkę podziwu, fascynacji. Wbudzał raczej zdziwienie,  zniecierpliwinie, litość. Nie chcę go oceniać na podstawie tego filmu. Mogę jedynie zrozumieć, że z jakichś powodów, postanowił porzucać na parę miesięcy w roku cywilizację, by później do niej wrócić i robić za gwiazdę w mediach czy gdzieś tam. Jak sam mówił, nie potrafił utrzymać przy sobie dziewczyny, żałował, że nie jest gejem (bo oni, jak twierdził nie mają potrzeby miłości, co komplikuje życie), opuścił dom rodzinny, wyrzekł się swego nazwiska, pochodzenia.  Może miał jakieś zaburzenia emocjonalne, osobowości, czort wie jeszcze czego, czuł się niedoceniony, odrzucony, ale dlaczego akurat musiał szukać przyjaciół wśród jednych z najbardziej niebezpiecznych zwierząt na ziemi? Niechby sobie nawet i szukał, jeśli to mu dawało szczęście, czy potrzebną do funkcjonowania ekscytację, ale po co zwał się obrońcą tych zwierząt, jeśli one tak naprawdę nie były na tych bezludnych terenach aż tak zagrożone? Z filmu wynika, że nie był ani obrońcą ani badaczem, może co najwyżej entuzjastą, nie był nawet samotnikiem, raczej zagubionym samotnym człowiekiem, poszukującym rozpaczliwie pasji, nadającej sens życiu. Tragiczna postać.

Żal, że czasy prawdziwych podróżników, badaczy dzikich ostępów przyrody już dawno minęły. Glob ziemski został zjechany wzdłuż i wszerz.  Teraz świat objeżdżają jedynie ludzie mediów, przykladający się bardziej do swego wizerunku, niż do wizerunku obiektów, które wzięli na tapetę (dosłownie, tapetę - tło ich wasnej prezentacj) masowych produkcji telewizyjnych.

sobota, 7 listopada 2009

"Meduzy" - reż. S. Geffen i E. Keret

Od jakiegoś czasu ciągle się z  „Meduzami” stykałam. A to zakolegowany blogowicz napisał o nich notkę, której za bardzo nie tykałam, nie żebym się bała poparzenia, nie, nie, wiedziałam, że chcę ten film kiedyś zobaczyć, a więc starym zwyczajem, wolałam o nim za dużo nie czytać, i nie wiedzieć, nie sugerować się opinią innych. Później, gdzieś, na jakimś forum mignąl mi wątek założony przez miłośnika filmu... A to jakaś relacja z festiwalu „ENH” zawierała informację, że ten tytuł pojawił się na imprezie pana Gutka  i warto zobaczyć, w końcu film izraelski w repertuarze światowej kinematografii nie pojawia się za często, a poza tym, to debiut reżyserski i scenariuszowy pisarskiego małżeństwa Etgara Kereta i Shiry Geffen (to drugie nazwisko, wielkie, jak najbardziej kojarzy się z filmem). I tak, miałam ten tytuł zakodowany w pamięci na amen.  Polowałam na niego w kinach, ale cóż ja mogę, mieszkając ponad 60 km od wielkiego miasta – tego typu produkcje wyświetlane są tylko w malutkich studyjnych kinach, na dodatek późno wieczorem. W końcu pojawiła się nadzieja, w moim niedużym mieście, urządzono tygodniowy festiwal kultury żydowskiej. Łał! Jedną z atrakcji miał być seans w kinie (darmowy), właśnie "Meduz" i „Przyjechała orkiestra” (też chcę). Niestety, akurat w tym dniu wypadł mi pogrzeb cioci z Warszawy (to nie żart). W końcu, w końcu, w jednej z osiedlowych bibliotek Poznania trafiłam na wytęsknione "Meduzy" (tak,  teraz biblioteki wypożyczają za friko, i na cały tydzień, filmy na dvd – super!). Łapnęłam je bez wahania, a niechby mnie i nawet popieściły swoimi parzydełkami, miałam to gdzieś, tym bardziej, że w tym roku, będąc 10 dni nad morzem miałam z nimi codziennie do czynienia, więc się oswoiłam, no i zobaczyłam. I co? No, przyznam, że to dość interesujący film, tym bardziej, że tematycznie z gatunku, jakie lubię najbardziej - o samotności ludzi wśród ludzi.

Fabuła filmu rozbita jest na kilka równorzędnie prowadzonych wątków, których bohaterowie w finale nie spotykają się wszyscy ze sobą, wręcz przeciwnie, rozchodzą się, idąc każdy w swoją stronę. Widzimy, a raczej czujemy, że dane im będzie dalej dryfować samotnie po oceanie życia, niczym tytułowym meduzom,  które jak wiemy, wyrzucone na brzeg, poddane działaniu słońca, giną. Czyżby pesymizm autorów filmu był aż tak wielki?!  Czy chcą nas przekonać, iż naturalnym środowiskiem ludzi, tak jak meduz, jest ocean (samotności)?  Jak najbardziej się z tym zgadzam, co zresztą nie doprowadza mnie wcale do rozpaczy... Życie.

Sporo w tym filmie kobiet. Właściwie, to o nich jest ten film. Mężczyźni są, a raczej pojawiają się,  i tylko po to, by upewnić wszystkich (i widzów, i bohaterki na ekranie), że nie mogą dać im szczęścia. Każdy z nich, czy to będzie świeżo upieczony małżonek, czy syn starej kobiety, czy eks- mąż kobiety publicznej, czy ojciec, czy policjant – pozostawiają po sobie pustkę.

BATIA, młoda dziewczyna, kelnerka, ma rodziców, co prawda rozwiedzionych, ale jednak. Matka – udziela się w reklamie fundacji typu „Dach nad głową dla każdego” . Córka codziennie ogląda ją w telewizji, siedząc samotnie w swoim mizernym, wynajmowanym za ciężkie pieniądze, mieszkaniu, z wiecznie przeciekającym dachem nad głową (sic!). Ojciec – znalazł sobie bulimiczkę w wieku córki, którą musi się nieustannie opiekować, nie ma więc czasu dla swego dziecka, szukającego u niego odrobiny serca, wspomnień i starych ciuchów dla pięknej rudowłosej dziewczynki, którą Batia znalazła nad brzegiem morza, wyrzuconą przez fale.

KEREN – to świeżo upieczona panna młoda, ktora w wyniku złamania nogi na własnym weselu, miesiąc miodowy, miast na Karaibach, spędza w hotelu na obrzeżach Tel Awiwu. Niestety, miłość młodych małżonków zostaje wystawiona na ciężką próbę – mąż spotyka pewnego dnia, wracając z zakupami dla unieruchomionej żony, tajemniczą pisarkę, z którą nawiązuje dziwną, intrygującą intelektualno –duchową więź, czyżby jego ślub okazał się pomyłką? A pisarka zatrzymała się w hotelu z pewnym skonkretyzowanym zamiarem, czy uda się jej go spełnić?

Jest też w tym filmie Joy, gojka, Filipinka ktora przybyła do Izraela w celach zarobkowych, bardzo tęskniąca za synkiem, pozostawionym w kraju. Joy jest opiekunką, najchętniej do niemowląt, ale tak się jakoś składa, że trafiają się jej same staruszki. Joy, świetnie sobie z nimi radzi, choć nie należą one do osób najłatwiejszych w pożyciu. Staruszki mają dzieci, ale niestety, są one wiecznie zajęte – córka jednej z nich jest bardzo znaną aktorką. I matka, i córka, choć bardzo się starają, nie potrafią jednak nawiązać żadnego porozumienia czy choćby zrozumienia. Domyślamy się, że tak jest już od lat. Ale, o dziwo, Joy, Filipinka, kobieta przecież na wskroś obca starszej i zmierzłej pani,  potrafi dotrzeć do tej kobiety A dzieli ją z nią praktycznie wszystko – pochodzenie, odmienna kultura, język, wiek, status społeczny itp. Praca, praca, wieczne zabieganie, coraz to nowe wyzwania, a przede wszystkim ta nieodgadniona obcość i brak porozumienia między bliskimi, sprawia, że ludzie związani węzłami rodzinnymi  są sobie zupełnie obcy, sprawiają jeden drugiemu ból, także tym, że pragnienie zaspokojenia bliskości, jakie przeceiż nawzajem odczuwają, jest kompletnie niemożliwe. Paradoksalnie, łatwiej jest nawiązać nić porozumienia z osobą z zewnątrz, neutralną, niż z kimś z kim wiążą  nas więzy krwi. A może to normalna prawidłowość, w końcu nie bez przyczyny ukuto powiedzenie „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu” lub "Przyjaciól się wybiera, rodzinę się ma”. Może, po prostu, dla swoich jesteśmy za bardzo wymagający, a dla obcych bardziej tolerancyjni? Może w tym tkwi sekret?

Film na pewno wart zobaczenia – temat stary jak świat, ale jakże przyzwoicie, nie nachalnie, przedstawiony. Co prawda, morze, ocean – symbol życia, na falach którego dryfują ludzie - samotne meduzy – ileż razy to już było, nawet sam Mickiewicz nie oparł się podobnemu skojarzeniu. Ale mimo wszystko, jest w tym filmie jakaś świeżość, niczym dotyk  przysłowiowej oceanicznej bryzy w upalny dzień - są niezłe fabularne pomysły – ot choćby postać tej małej rudowłosej dziewczynki, przybyłej jakby wprost z kraju Wikingów, z dwoma błękitnymi oceanami pod łukami brwiowymi i "milionami" piegów niczym piasek na ich brzegach. Są piękne zdjęcia, a na nich ładne lecz jakże samotne, kobiety i są mężczyźni, choć jakże ich mało, którzy nie potrafią dać im szczęścia. I jest piękne błękitne morze, które co rusz wyrzuca na swój brzeg zagubione meduzy, by dokończyły swego żywota w pełnym, lecz jakże zwodniczym słońcu.

Jeśli chcemy żyć, i cieszyć się życiem, nie ma rady, musimy pogodzić się z faktem, iż naszym środowiskiem naturalnym jest nasza samotność. Na szczęście, paradoksalnie, nie jesteśmy w tej samotności osamotnieni, zawsze przecież możemy spotkać drugiego samotnika i płynąć obok niego przez ocean samotności.


piątek, 6 listopada 2009

Juno

Do sklepu spożywczego wpada zdenerwowana dziewczynka, no, żeby nie było wątpliwości – nastolatka, o imieniu Juno, prosząc sprzedawcę o test ciążowy. "To już dziś trzeci!" – woła zaniepokojony mężczyzna. „Muszę mieć 100% pewność” – odpowiada małolata, po czym, przy aplauzie zgromadzonych klientów, udaje się do toalety. Po kilku minutach wychodzi zdruzgotana i obwieszcza wszem i wobec – „jestem w ciąży”. I tu się zaczyna. Dramat? Skądże. Po prostu – problem, ktory trzeba rozwiązać. Na szczęście Juno, której paradoksalnie, imienną patronką jest,  zapewne, rzymska bogini Junona, opiekunka kobiet, macierzyństwa i ich seksualności, ma bardzo wyrozumiałych i liberalnych rodziców. A dokładniej – ojca i macochę -  jej rodzona matka odeszła do innego mężczyzny, gdy Juno była  malutka ( być może stąd w niej tyle sarkazmu i zdroworozsądkowego myślenia).  Rodzice nie rzucają mięsem, nie wyganiają jej z domu, jednym slowem, nie histeryzują, oznajmiają tylko, nie bez poczucia humoru, że jednak woleliby inny rodzaj nieszczęścia, ot żeby choć kogoś potrąciła samochodem, albo niechby wylali ją ze szkoły. Ale, cóż, sami nie mają zamiaru zostać dziadkami, uważają, że Juno jest zecydowanie za młoda, trzeba więc, w tej sytuacji, przedsięwziąć jakieś stosowne kroki. Na szczęście aborcja nie jest brana pod uwagę, choć Juno wcześniej miała i taki zamiar, w tajemnicy przed rodzicami. Poszła nawet do odpowiedniego miejsca (nazwanego bodaj, "Women now"), ale po drodze dowiedziała się od koleżanki, że jej dziecko ma już paznokcie, a poza tym w poczekalni, nazwijmy to „kliniki”, było brudno i były nieświeże gazety – postanowiła więc wziąc nogi za pas i pójść po radę do "starych".

Wspólnie uchwalono, że dziecko trzeba oddać do adopcji.  I bardzo dobrze, odetchnęli wszyscy z ulgą, zarówno przed ekranem, jak i na nim. To trafna decyzja. Jeśli Juno nie czuje się na siłach, by być matką, ani jej rodzice, by ją do tego nakłonić i wspomóc, dlaczego by nie miała uszczęśliwić kobiety, ktora czuje się powołana  do macierzyństwa, a nie może mieć dzieci. Zaczynają się poszukiwania ogłoszeń i co za tym idzie, odpowiednich rodziców. Poszukiwania nie trwają dlugo. Anonsów chętnych do przysposobienia dziecka w swej rodzinie, jest mnóstwo.  I tu po raz pierwszy pojawia się  wyraźna, czytelna, nie stłumiona humorem,  krytyka współczesnego wyzwolonego społeczeństwa. Adopcja? To takie proste!  Jak wymiana zlewu czy zakup sadzonek do ogródka (a przecież chodzi o decyzję  (czyjegoś) życia i na całe życie) – właśnie wśród takich banałów Juno napotyka ogłoszenie pewnego małżeństwa, ktorego treść oraz  fotografia chętnych na jej dziecko, wzbudza u niej zaufanie.  Wraz z ojcem udaje się na spotkanie z Markiem i Vanessą Loring.

I od tego momentu wchodzimy jakby w druga warstwę filmu, w drugi bieg wydarzeń, w których na pierwszy plan wysuwa się życie owego bezdzietnego małżeństwa i ich wpływ na tożsamość, poglądy Juno.  Juno, zaprzyjaźnia się z potencjalnym adopcyjnym ojciem jej dziecka – łączą ich wspólne zainteresowania (muzyka, filmy), on imponuje tej małej  swoim zawodem – jest muzykiem i kompozytorem, ona jemu – poczuciem wolności i odwagą . Spotkanie Juno z tym małżeństwem będzie miało brzemienne skutki dla wszystkich, i nie chodzi tu tylko o ciążę i dziecko.  To dzięki rozmowom z Markiem i decyzjom jakie wkutek nich on podejmie względem swego życia,  Juno zada ojcu pytanie : "Czy możliwe jest być z kimś, w sensie kobieta z mężczyzną, na zawsze?" Ojciec na to – "Jesli znajdziesz kogoś kto pokocha cię taką, jaka jesteś, ładną i brzydką, głupią i mądrą, smutną i wesołą, jednym slowem z wszystkimi twoimi zaletami, ale przede wszystkim z wadami, wtedy jest na to szansa". I to też, mam wrażenie jest jednym z przesłań tego filmu – pozwólmy ludziom żyć wg swoich wartości, pozwólmy im być sobą, niech idą dokładnie swoimi własnymi drogami, a nie drogami, które wyznacza im "przykładne", zadufane w swojej nieomylności, społeczeństwo. I nie oceniajmy ludzi pochopnie wg swojego widzimisię.

Koniec końców -  niechciany stan błogosławiony Juno, okazał się, jak na ironię, prawdziwym błogosławieństwem przede wszystkim dla ... małżeństwa Marka i Vanessy Loringów, którzy, choć oddzielnie,  będą od teraz kroczyli każdy swoją, właściwą, ścieżką życia;  dla Ojca i macochy Juno – których związek jeszcze bardziej się scementował, a dla samej Juno i Pauliego?  No cóż, Juno przekonała się jak cudowną ma rodzinę i, że prawdopodobnie znalazła miłość swego życia, którą gdyby nie ciąża, mogłaby normalnie przegapić. Może trochę szkoda, że nad ich związkiem, być może, będzie ciążył błąd beztroskiej, a raczej bezmyślnej, młodości. Oby, po czasie, Juno nigdy nie znalazła się w sytuacji, pragnącej bezgranicznie dziecka, Vanessy.  Oby, im sie udało, być ze sobą jak najdłużej, może nawet do końca życia, o czym tak marzy, by nigdy nie porzuciła Pauliego i ewentualnie ich dzieciaka, jak sama została porzucona.  Takie są nasze życzenia, bo przecież polubiliśmy Juno, tę rezolutną 16-tkę z amerykańskiego przedmieścia, może trochę nieodpowiedzialną, ale na pewno mającą dobre i wrażliwe serduszko, i oby takie zachowała do końca swych dni.

Film kończy sie totalnym happy- endem. Wszyscy wydają się być szczęśliwi, na czele ze świeżo powitym niemowlakiem, ktoremu prawdopodobnie ptasiego mleczka nie zabraknie pod skrzydłami przybranej mamy. Od tej chwili,  każdy będzie się beztrosko oddawal swemu ulubionemu zajęciu – tata będzie instalował klimatyzacje, macocha  zacznie hodować swoje ulubione pieski, Mark Loring – utworzy rockową kapelę, Vanessa będzie hodować swego świeżonabytego malucha,  a Juno i jej chłopak będą nadal uczęszczać na lekcje, a w wolnych chwilach śpiewać sobie ładne piosenki, takie jaką uslyszeliśmy na koniec filmu.

No właśnie, czy to nie jest zastanawiające, jak wszyscy łatwo i z radością przeszliśmy nad tak poważnymi sprawami jak seks, a co za tym idzie - macierzyństwo, ojcostwo... do porządku dziennego.  A! Ojcostwo! O ojcostwie w ogóle się tu nie wspomina. Bleeker nie ma tu nic do gadania, potraktowany jest przez wszystkich jak kompletny dzieciak, stosownie zresztą do stanu jego psychiki.

Mimo wszystko, mimo pozornego happyendu, pogodnej finałowej pioseneczki – ja wyczuwam tu drugie dno, czyli zadumę - gdzieś tu się wszyscy w tym dzisiejszym świecie pogubiliśmy. Nasze dzieci, przedwcześnie „aktywne seksualnie” (jakże często te słowa pojawiają się w filmie), są przecież, mimo dojrzałości fizycznej i ochoczego podejmowania współżycia dla tzw,. sportu, kompletnie nieodpowiedzialne społecznie i niedojrzałe psychicznie, by się temu oddawać i ponosić tego konsekwencje. Wyedukowani seksualnie (internet, media, szkoła – ale nie w Polsce), mający na tacy wszystko czego dusza w tym względzie zapragnie (szeroki asortyment  prezerwatyw, filmy, i nie tylko,  porno, literaratura fachowa), nie zawsze pamiętają, że seks to nie wszystko i nie koniecznie musi konczyć się przyjemnie, tak jak na filmie.
I przesłanie do rodziców - owszem, wszystko super, jesteśmy liberalni i fajowi, prawie kumple naszych dzieci, ale w tym rozbiegu ku nim, zapomnieliśmy chyba o kontroli naszych milusińskich.  Powinniśmy bardziej śledzić i mieć na uwadze ich rozwój psychofizyczyny, bo oni mimo swej powszechnej internetowej mądrości, są jednak ciągle dziećmi, nie przygotowanymi na niespodzianki dorosłości, którą wydaje im się, że osiągnęli, dzięki gotowości do miłości, głównie fizycznej.

Bo „JUNO”,  jak się tak dobrze przypatrzeć,  to nie tylko komedia, to także delikatnie podana, lecz dość krytyczna satyra, na współczesne społeczeństwo, gdzie narodziny dziecka utraciły dawne i należne znamiona cudu, a stały się tylko kolejnym etapem życia, który trzeba przekroczyć, albo zaliczyć. To samo dotyczy seksu - inicjacji seksualnej.  Jeszcze niedawno, było to  wiekopomne wydarzenie w życiu mlodego czlowieka (ileż to par nie wytrzymało próby czekania na ten pierwszy raz).  Teraz pierwszy stosunek konsumuje się jak bułkę z masłem, byle jak, byle gdzie, byle mieć to z głowy, nie wypada przecież, mając 16 lat być dziewicą czy prawiczkiem. Jakiś horror! A jak się zdarzy „coś”, czyli dzieciak, po drodze - w czym problem? Mamy do tego odpowiednie instytucje, ktore to, tak czy inaczej, za nas załatwią. I bardzo dobrze, że mamy, ale czy to uczy odpowiedzialności? Wszyscy zrzucają ciężar ze swoich barków (dzieci, ich wychowawcy - rodzice). Czy dzięki temu, małolaty będą bardziej doceniać, ważyć to, co w życiu najistotniejsze? Chyba za bardzo wychowanie dzieci puszczone jest na wolną wodę - macocha stwierdza ze zdziwieniem mówiąc do 16-letniej Juno "nie wiedziałam, że już jesteś aktywna seksualnie". Obce dziewczyny opowiadają sobie bez skrępowania o smakach kondomów, jakie  zakladają swym chłopakom na genitalia. Wszystko się pomieszało, zbyt beztrosko i nieodpowiedzialnie, podchodzimy do spraw największej wagi - do seksu, a w konsekwencji do narodzin. I o tym też, wydaje mi się, jest ten, nieco przewrotny, film. Z pozoru lekki, ale po głębszym zastanowieniu, mający jednak swój spory ciężar gatunkowy.

piątek, 30 października 2009

"The Woodsman" (Zły dotyk) - reż. Nicole Kassell

Historia, na pozór, jakich wiele. Walter, tak mu na imię, po 12 latach odsiadki, wychodzi z więzienia. Postanawia żyć na nowy rachunek, ludzie mu w tym przeszkadzają, tylko miłość może go uratować. Jednak sprawa Waltera jest o tyle bardziej skomplikowana, że jest pedofilem, a takim wszyscy się brzydzą, nawet ci, którzy w zaciszu domowym sadzają swoje córki na kolana, mimo, że one tego bardzo (i podejrzanie) nie lubią.

Były więzień musi stawiać czoła nie tylko nienawiści otaczających go ludzi, ale przede wszystkim nienawiści i wstrętu do samego siebie, do swego popędu seksualnego, sile nad którą najtrudniej mu zapanować, która nawet zduszona, upchnięta gdzieś w najgłębszych zakamarkach mózgu, czeka tylko na sposobny moment, by dać o sobie znać.

Kevin Bacon w tej trudnej roli sprawił się znakomicie. Jego zadaniem było pokazanie, że pedofil pedofilowi nierówny. Wśród potworów o nieodwracalnie przetrąconej psychice, zdarzają się też ludzie, owszem, wyrządzający wielkie zło, ale świadomi tego chcący z tym skończyć.
Twarz Bacona przez cały film jest niesamowicie spięta, nieruchoma, jego czujny wzrok wyraża zarówno strach przed bliźnimi, jak i samym sobą. Jest tylko jeden moment, gdy się rozjaśnia, łagodnieje i Bacon–Walter ładnieje - rozmowa z dziewczynką w parku ("woodsman" - lubi miejsca zadrzewione). Kevin B. świetnie panuje nad mimiką, oczami, przekazuje nimi wszystkie emocje, od najbardziej oczywistych, po najmniejsze niuanse. Dramat opowieści oparty jest w głównej mierze na osobie, ciele tego aktora.

Atmosfera jest napięta, ale nie do przesady. Film jest bardzo stonowany, nie epatuje nadmiernie ani przemocą, ani jakimiś drastycznymi scenami. Subtelnie dotyka najbardziej wstydliwych wątków życiorysu głównego bohatera. A jego czyny są bardziej zasugerowane, niż pokazane. Akcja dramatu rozgrywa się głównie w głowie i odbija się na twarzy Waltera czyli Kevina B. Dzieki temu, „Woodsmana” mogą oglądać także ludzie o słabszych nerwach, ale emaptyczni, otwarci na każdego człowieka, chcący chociaż w minimalnym stopniu poznać mechanizmy kierujące jego postepowaniem.
Bardzo ciekawa jest tu postać Vickie (grana przez żonę Bacona – Kyrę Sedgwick), kobiety skrzywdzonej w młodości w sposób, jaki krzywdził Walter, która, co ciekawe, jako jedyna, oprócz jego szwagra, nie odwraca się od niego i postanawia mu pomóc.

Jednym słowem - „The Woodsman” – wart jest obejrzenia, z wielu względów. Bardzo bolesna i ciągle aktualna tematyka, od której nie można uciekać wzdrygając tylko ramionami i wykrzykując – 'wykastrować", 'zabić" itp. A poza tym, jak nam sygnalizują autorzy filmu, kto wie, czy ten który krzyczy najgłośniej, tzw. "szanowany obywatel", sam nie ociera się o pedofilię w zaciszu swego słodkiego wypielęgnowanego domku, gdzie nikt nie słyszy i nie widzi, tylko dziecko czasem zapłacze, gdy tatuś zaprasza do wizyty na swoich kolanach. Świetna scena – kluczowa, w filmie –wspomniana już rozmowa Waltera z dziewczynką w parku.

No i warto spojrzeć, jak sprawę zwolnionych z więzienia pedofili rozwiązuje się w USA. Wychodzą z odpowiednimi zakazami, wpisami do akt, które zabraniają im pracy w przeróżnych placówkach oświatowych, zbliżania się na określoną odleglość do miejsc, gdzie przebywają dzieci itp. Chodzą regularnie na psychoterapie. A co najważniejsze, każdy z nich ma indywidualnie przydzielonego policyjnego „anioła stróża”, który go obserwuje, składa mu regularne wizyty w domu, słucha jego tłumaczeñ z takich czy innych uczynków.
U nas, niestety, od lat, wiele się na ten temat mówi, od czasu do czasu podnosi się większy raban, a nie zrobiono do tej pory nawet rejestru skazanych za pedofilię. A tych, którzy wychodzą na wolność zostawia się bez pomocy, samym sobie. Czyli każdy pedofil po odbyciu kary może sobie spokojnie dalej robić swoje, zatrudniając się w przedszkolu czy szkole.

niedziela, 25 października 2009

"Brüno" - reż. Sacha Baron Cohen

Bruno to facet, który postanowił zdobyć sławę. Niestety, mieszka w Austrii, kraju, okrytym w ostatnim wieku wielką niesławą.  Kolebka faszyzmu – Hitler, Haider, hipokryzja, agorafobia – piwnice, zarówno mentalne jak i fizyczne jako sposób na relacje międzyludzkie  etc. Bruno postanawia więc wyjechać do Ameryki, a ściślej do LA. Jako bystry, młody mężczyzna, jest on bowiem świetnie zorientowany, także seksualnie, i wie,  że w obecnych czasach istnieją dwa niezawodne sposoby dojścia do slawy  a/ zadeklarować światu swoją homoseksualność (można sobie ten fakt również wymyśleć) i  b/ zaistnieć w mediach. Akurat z tym pierwszym nie ma problemu, Bruno raczej jest gejem,  a co do drugiego punktu – no cóż, można przecież uczyć się od największych, czyli od tych najbardziej sławnych – którzy, a to grają koncerty na rzecz walki z AIDS, lub bronią własną piersią puszczy amazońskiej,  albo karmią, prawie piersią, a na pewno dobrze wypchanym  portfelem biedne azjatyckie lub afrykańskie dzieci, a to sprzedają własne dzieci co lepszym stacjom telewizyjnym na żer różnych dziwnych programów itd. itp. Niestety, dla Bruno, co smaczniejsze kąski, owego medialnego tortu,  zostały już obdzielone,  większość globu ziemskiego została już rozdysponowana dla największych  i mało części świata będącego w biedzie zostało już do zagospodarowania. Bruno rzuca się więc rozpaczliwie  na Bliski Wschód (czyli  wzwód, jak to "śmiesznie" nazwał) – zaczyna pośredniczyć w negocjacjach między Izraelem , Palestyną Iranem i sam już wlaściwie w końcu nie wie między kim  a kim, bo o polityce, prawdę mówiąc, nie ma zielonego pojęcia. A nie ma, ponieważ jego ulubionym zajęciem jest odawanie się uciechom cielesnym ze swymi męskimi kochankami, zarówno z tego świata, jak i z zaświatów ( jedna z najgorszych momentów). I tu dochodzimy do mniej smacznej i strawnej częsci filmu.

Zgadzam się z tymi, ktorzy zauważają obrzydliwość, a może raczej dosłowność, a częściej przejaskrawienie pewnych scen, chodzi o te wyśmiewające seks gejowski ( ale nie tylko), ale jednoczesnie doceniają , zauważają humor i satyrę na pewne przejawy życia społecznego. I te mi sie najbardziej podobały i jednocześnie śmieszyły.  Choć nie wszystkie były zabawne, niektóre z nich były naprawdę drastyczne. Ot, choćby kompletne uprzedmiotowienie  Meksykanów i wykorzystywanie ich do najbardziej podłych świadczeń – w filmie służą jako meble, fotele, stoliki itp. Ale nie, nie, to nie chora wyobraźnia reżysera  podytkowała mu taki pomysł –  kiedyś ze zgrozą przeczytałam o tym, jak mężczyźni w pewnych, wiadomych, przybytkach, traktują klęczące, i oczywiście rozebrane, dziewczyny, "używając" je jako stoliczki na popielniczki.

Przerażali też głupi rodzice, którzy dla pieniędzy, albo sławy dziecka, po to, by zaspokoić swe niespełnione marzenia, są w stanie poświęcić jego zdrowie, a nawet zaryzykować życie – jestem przekonana, że castingowe rozmowy z nimi na temat zatrudnienia dzieci w filmie, nie były sfingowane.

W ogole, jestem pewna, że Cohen, w kwestii satyry na współczesne zidiociałe społeczeństwa, czerpał wprost z życia i jego obserwacji, niczego tu nie musiał specjalnie wymyślać,  niczego może oprócz scen seksu – tu mogła go ponieśc fantazja, jak to zresztą w przypadku seksu się zdarza.

Podsumwując, czy film uważam za udany? Pod względem ironii, krytyki, ostrej satyry nie tylko na amerykańskie społeczeństwo, jak najbardziej, uważam za udany i bardzom trafny, choć środki ku temu są naprawdę ostre, a przy tym nieskomplikowane. I tu przechodzę do humoru  – no cóż, nie rozumiem tych co narzekają, przecież wiedzieli na co się zdecydowali.  Chcieli zobaczyć Sachę Barona Cohen to widzieli.  Jest on określonego rodzaju satyrykiem i prześmiewcą, zawsze  konsekwentnie dążącym do jasnego celu,    łączy przyjemne z pożytecznym. Przyjemne - to jego praca, nasz śmiech (bo jednak on się pojawia) i spora kupka pieniedzy na jego koncie. A pożyteczne, to to wszystko nad czym się  przez chwilę i przez śmiech, zadumaliśmy podczas seansu. Prawdopodobnie, gdyby  nie zdecydował się na humor tego rodzaju, pies z kulawą nogą by go oglądał. Nie podoba mi się jego prostactwo, np. sceny w salonie kosmetycznym były przeobrzydliwe. Ale, czy powszechna wariacja na punkcie dbałości o wygląd, wycinania sobie wszystkiego, by osiągnąc idealną gładkość skóry, idealne proporcje nie siąga granic absurdu?   Tak jak humor Cohena.  Spójrzmy na to z tej strony – pomysłowość i głupota jego dowcipów absolutnie dorównuje "pomysłowości" i głupocie ludzkiej. Weźmy akcesoria do umilania harców w gejowksim łóżku, były przesadzone, owszem, ale czy aż tak bardzo?  Czy asortyment seksszopów, jest wiele uboższy? Jeśli można, jak czytałam, kupić w takim sklepie m.in. sztuczną rękę do "fistingu" (właśnie całkiem niedawno wzbogaciłam swój słownik o nowy piękny termin z zakresu cielesnej ars amandi), czyli do wkładania jej sobie, albo komuś do ... tak, tak, do d.....  ewentualnie gdzie indziej , noooo.... to chyba życie prawie prześcignęło samego Bruna/Cohena. :) :(

 

sobota, 10 października 2009

Dworzec dla dwojga - reż. E. Riazanow

Kobieta i mężczyzna po przejściach spotykają się na dworcu pewnego radzieckiego miasta. On  jest jednym z podróżnych, którzy wysiedli w przerwie przewidzanej w rozkładzie jazdy, by zjeść obiad w dworcowej restauracji, ona, jako kelnerka ten obiad mu serwuje. Niestety, danie nie przypada do gustu Płatonowi, zostawia prawie nienaruszony talerz, postanawiając nie płacić za usługę. Z tym nie może pogodzić się Wiera - za podany posiłek należy się zapłata.  Dochodzi do kłotni, ostrej wymiany zdań, żadne nie chce ustąpić,  spór kończy się interwencją kolejowej milicji.  W takich okolicznościach rodzi się miłość.  Miłość mimo wszystko, mimo wielu różnorakich odległości  jaka dzieli mężczyznę i kobietę. Pierwszy dystans to ten fizyczny, liczony w setkach kilometrów.  Drugi to różnice środowiskowo-statusowe: on  sławny i uznany pianista, ona – prosta kelnerka;  on – żonaty, ona – samotnie wychowująca syna, mająca stałego, acz przejezdnego adoratora (wspaniała, krótka, ale jakże wyrazista rola Nikity Michałkowa)  dostarczającego jej, nie w pełni legalnie, towar na handel na miasteczkowym bazarze.  Wiele ich dzieli, to prawda,  ale i łączy, głównie samotność , powierzchowność związków w jakich od lat żyją,  zżera ich głód prawdziwego uczucia, zainteresowania, troski, jakiej chcieliby doświadczyć ze strony drugiej osoby. Znajomość, nie rokująca początkowo dobrze, zaczyna z upływem każdej godziny przeradzać się w  głębsze więzi, bezinteresowne,  spontaniczne,  inne, od tych, jakie było im przeżywać wcześniej. Ale czy na pewno… ? 

Film posiada zupełnie przewrotne zakończenie. Jedni mogą je postrzegać  jako przemianę Wiery, która wreszcie odnajdzie się u boku ukochanego i z walecznej, krzykliwej kobietki przekształci w potulną, kochającą żonę, podążającą za swoim ukochanym krok w krok, na dobre i na złe.  Inni, jednak, odbiorą sceny oddania się Wiery jako ironię i krytykę tradycyjnie pojmowanej instytucji małżeństwa, gdzie mężczyzna jest od wydawania poleceń, a kobieta od ich spełniania.  Tak, bo rosyjska kobieta, ma w sobie wielki potencjał poświęcenia, dla miłości, kochanego mężczyzny, jest gotowa  oddać wszystko - zdrowie,  dzieci, pracę, całą siebie i iść za nim choćby na koniec świata, nawet jeśli tym końcem miałby być obóz dla więźniów, położony, gdzieś hen, na Syberii . Ot, choćby przypomnieć sobie „Zbrodnię i karę" F. Dostojewskiego i Sonię wlokącą się za Raskolnikoswem zesłanym na Północ. Zresztą, o tym często wspomina się w różnych publikacjach traktujących o współczesnej obyczajowości Rosjan i Rosjanek. Dlaczego w Rosji tyle jest kobiet zarażonych HIV, ano, dlatego, że podobno rosyjska kobieta nie odmówi mężczyźnie miłości bez zabezpieczenia, dla niej najważniejsze, jest by uszczęśliwić swego faceta, może też chodzi o to by go w ogóle mieć, nawet za cenę własnego zdrowia. 

Wielu film Riazanowa postrzega jako komedię romantyczną, melodramat.  I tak miało być, tak samo mieli go odbierać również  radzieccy cenzorzy. Druga warstwa filmu, to olbrzymia krytyka, pomieszana ze śmiechem przez łzy, socjalistycznej gospodarki rynkowej, sprzyjającej m.in. rozkwitowi nielegalnego handlu, tzw. spekulanctwa, będącego obiektem walki  radzieckich służb wewnętrznych, a mimo wszystko zawsze świetnie prosperującego, wskutek kwitnącej korupcji – wiadomo, „tylko ryba nie bierze”. Spekulanctwo, czyli obrót towarami, których brak na rynku, wg własnych zasad,   sprzyjało nie tylko szerzeniu się korupcji, ale także nieprzyjemnemu panoszenie się  wszystkich handlowcow, traktujących wielkopańsko przymilnych klientów, zdanych na ich łaskę lub niełaskę.  

Poza tym, mimo sympatycznego romantycznego tematu miłości, z ekranu wyłania się bardzo niemiły obraz relacji międzyludzkich Kraju Rad.  Zresztą ich sceną zaczyna się cały film - agresja, opryskliwość, brak empatii, zrozumienia i zainteresowania  dla drugiego człowieka, pośpiech, nieuprzejmość – tak odnoszą się ludzie, żyjący w ustroju, który w założeniu  miał być najbardziej przyjazny dla swych obywateli. 

Podczas seansu nieodparcie przypominała mi się inna wersja, zachodnia,   miłości między podróżującymi koleją żelazną,  mianowicie „Miłość przed wschodem słonca” i „Miłość przed zachodem słonca”.  Jest sporo różnic między radzieckim „Dworcem dla dwojga” a dwoma filmami Linklatera. Przed wszystkim – wiek bohaterów, czas akcji – Płaton wraz z Wierą mają dla siebie około 48 godzin, a Celine i Jesse mają ich tylko kilka, a wiąże się to głównie z zamysłem filmowców co do przekazu – „Dworzec” mimo swej emocjonalnej kameralności, jest jednak filmem większej akcji, większego zaangażowan w szerzej pojmowane problemy społeczne,  niż „Przed zachodem i wschodem słonca” razem wzięte, będące tylko i wyłącznie psychologiczną,  intymną opowieścią o spotkaniu kobiety i mężczyzny, o których niewiele wiemy, tak jak i oni o sobie nawzajem. 

Ale oba filmy, mimo wielu różnic wspólnego bądź co bądź tematu tematu,  obrazują  ten sam urok  przelotnego spotkania, przypadkowej podróżnej znajomości, której początek bywa wielką, fascynujacą zagadką i nadzieją na spełnienie, a koniec… może jednak  lepiej, żeby go nie było…  Tak jak to miało miejsce w „To się wydarzyło w Madison County”, gdzie miłość zrodzona, również podczas podrózy (fotograf NG i gospodyni domowa),  pozostała dla kochanków wielkim skarbem i podporą w ich życiu, mimo, a może właśnie dlatego,  że kobieta nie złożyła na oltarzu miłości siebie i swej rodziny. 

Film ogląda się bardzo dobrze, może jest ociupinkę za dlugi, można go było skrócić o 20-30 minut, na pewno nic by nie stracił, ani na akcji ani w swej wymowie. Ale, cóż, socjalistyczne rządy nie żałowały pieniędzy na kulturę pod warunkiem, że grzecznie się ona prowadziła i nie podskakiwała zbyt wysoko do rządowych gardeł. Fabuła biegnie podwójnym torem czasoprzestrzeni – retrospekcja i akcja bieżąca, czyli pobyt Płatonowa w obozie karnym przeplata się z życiem na wolności. Tak, tak, jednego dnia wielki artysta, bywalec wielkich sal koncertowych pokocha prostą kelnerkę prowincjonalnej restauracji dworcowej,  a innego, wskutek różnych zbiegów okoliczności może znaleźć się  wśród skazańców za kratkami.  Czyli, jednak wielkie socjalistyczne przesłanie – nie wywyższajmy się jedni nad drugimi, wszyscy jesteśmy równi, fortuna nie wybiera, a już na pewno równi jesteśmy w obliczu  miłości.  :)
 

środa, 16 września 2009

Moskwa nie wierzy łzom - W. Mieńszow

Piękna w swej prostocie historia trzech kobiet przybyłych z głębokiej prowincji ZSRR do stolicy kraju, z nadzieją, że właśnie tam znajdą swój sposób na życie, a może nawet szczęście. Ludmiła, Katarina i Antonina –  przypadek sprawił, że zamieszkały razem w hotelu robotniczym, lecz to one same wypracowały sobie przyjaźń, która  połączyła je na długie lata.  Każda z dziewczyn ma inny temperament. Różnią je także  marzenia, ambicje jakie wiążą z Moskwą.   Ludmiła i Tosia -  przyjechały tu  głównie w poszukiwaniu pracy i męża.  Z tym, że Tosia, mniej wymagająca, chce skromnego chłopaka, Ludmiła  zaś - albo bogatego, albo z dobrego domu, ewentualnie artystę.  Katia zaś, została robotnicą zupełnie niechcący - zabrakło jej punktów, by dostać się na studia.  Życie z upływem czasu często brutalnie weryfikuje ich plany, burzy marzenia, co nie znaczy, że dziewczyny  unieszczęśliwia, zgodnie z powiedzeniem, że „co cię nie zabije, to cie wzmocni”.  Tak, te rosyjskie kobiety są mocne i dzielne,  niczym pospolite drzewa, jesiony (to o nich i o szlachetnych lecz wyniosłych dębach jest piosenka, będąca muzycznym leitmotivem filmu), których nasiona zapuszczają głęboko korzenie, tam gdzie je tylko wiatr poniesie. I one - Katia, Tosia i Luda, niczym owe drzewa, także wrosły w glebę Moskwy, stały się jej solą, solą z niejednej łzy wylanej w chwili rozpaczy, rozczarowania nad ludźmi i życiem, które wydawało się, że gdzie jak gdzie, ale w stolicy, będzie najbardziej fascynujące, a okazało się tak pospolite, jak u nich, na prowincji. Solą z niejednej kropli potu, jaka spłynęła z ich czoła, gdy harowały na swoją, i miasta, przyszłość, pracując w piekarni, na hali fabrycznej, czy ślęcząc po pracy wieczorami nad książkami.  
 
Te proste kobiety, wywodzące się z klasy robotniczo-chłopskiej   nieco tendencyjnie przedstawione w opozycji  do przystojnego Moskwiczanina z dziada pradziada,  dobrze urodzonego w inteligenckim domu, Rodiona Raczkowa (nazywanego pretensjonalnie na sposób zachodni "Rudim"), operatora telewizyjnego, który uwodzi jedną z dziewczyn – Katię.  Przedstawia mu się ona, jako córka znanego lekarza, będącego w rzeczywistości jej wujkiem, za co zostaje srodze ukarana, bowiem gdy prawda wychodzi na jaw (a jest to jeden z najbardziej tragikomicznych momentów w filmie), mężczyzna urażony, zniesmaczony wycofuje się. Tak naprawdę to on okazuje się prawdziwym prostakiem w białych rękawiczkach.  Nie dziwmy się temu, film powstał w latach głębokiej komuny, odwrócenie ról w filmie (dobry inteligent a zła robotnica), który miał przynieść sukces w tym kraju byłoby raczej trudne.  
 
Mimo wszystko, mimo tej kłującej w oczy w wielu mijescach tendencyjności fabuły, „Moskwa nie wierzy łzom” to urzekający film, z rodzaju takich, po którego projekcji rozpiera Cię szczęście, że dwie godziny nie poszły na marne. Wręcz przeciwnie, masz wrażenie, że spotkałeś się z przyjaciółmi, którzy naładowali cię pozytywną energią, choć niekoniecznie opowiedzieli ci wesołą historię.  Poza tym, to zajmujący obraz Moskwy lat 50-tych i 70-tych. Z nastrojami panującymi na ulicach  - na przykład: obściskująca  się para zostaje upomniana przez funkcjonariusza milicji, że zachowuje się nie obyczajnie i ma natychmiast porzucić swe praktyki;  z uwielbieniem dla ludzi sztuki, szczególnie aktorów - tu jako ówczesne "cameo" - pojawia się na chwilę znany aktor Innokientij  Smoktunowski. Możemy zobaczyć, wyrażnie i z dbałością ukazane, trendy w modzie czy fryzjerstwie wówczas aktualne - tak jakby twórcy filmu chcieli zaznaczyć, że ich ojczyzna nie odstaje w tej materii od reszty świata.  Przemycono także, jak sądzę, cieniutką nutkę autoironii na temat kobiet zatrudnionych na typowo męskich stanowiskach, co ZSRR ustawiało w kategorii krajów mocno  egzotycznych w cywilizowanym świecie. Ale takie przecież były powojenne realia. W czasie wyzwalania kraju,  i innych terenów, spod okupacji niemieckiej zginęło mnóstwo rosyjskich mężczyzn, ktoś więc musiał te rękawy zakasać i wziąć się do odbudowania i budowania kraju. I tak im to pozostało na długie lata. 

Piękny zbiorowy portret ludzi , którzy zaludniali stolicę ZSRR. Ich marzeń, nadziei, potencjału jaki w nich drzemał. W końcu na decyzję opuszczenia swych rodzinnych miejsc,  oddalonych czasem od Moskwy o tysiące kilometrów, było stać tylko tych najodważniejszych, zdecydowanych, może czasem i zdesperowanych, by wziąć  życie za rogi. No i ta wspaniała ówczesna solidarność, jaka ich łączyła. To prawda, że bieda przybliża, a bogactwo dzieli.  Mamy tego świetny obraz w filmie.  I ciekawostka – już wtedy dziewczyny  narzekały  na mężczyzn, że to zarozumiałe i zniewieściałe (tak! - juz wtedy) typy, charakteryzujace się wysokim mniemaniem o sobie, a tak naprawdę niewiele, oprócz wybujałego ego, zamiłowania do alkoholu i kobiet, mający do zaoferowania. Na szczęście, każda reguła ma swoje wyjątki,  o czym z czasem, i na szczęście, przyjaciółki przekonały się na własnej skórze. A jednym z tych wyjątków jest tajemniczy i fascynujący Gosza, grany przez wspaniałego rosyjskiego aktora Aleksieja Batałowa (tak, tego od „Lecą żurawie”), który charyzmą jaka od niego bije, w momencie gdy pojawia się na ekranie, urokiem osobistym, spojrzeniem mógłby konkurować z samym J. Deppem, przynajmniej w moim prywatnym rankingu. 

 W 1981 roku film doceniono, i uhonorowano, Oskarem w kategorii film nieanglojęzyczny. Nie wiem z kim się  ścigał, ale bardzo dobrze, że wygrał, bo to wspaniała, czysta, orzeźwiająca opowieść o ludzkim losie, uniwersalnym,  każdego czasu, miejsca i… ustroju, o losie, którego stery każdy z nas ma swoich rękach, i o tym, że warto być czujnym, nie przegapić okazji, szczególnie podczas podczas burzy,  by bezpiecznie zawinąć do portu.