poniedziałek, 27 czerwca 2011

René - reż. Helena Třeštíková

Ostatnio jestem mało aktywna z powodu kłopotów rodzinnych (choroba mamy). Postanowiłam więc, czasem, sięgnąć do moich forumowych zapisków, by polecić, a czasem zaznaczyć, coś co warto kiedyś, przy nadarzającej się okazji zobaczyć. Tym razem będzie to mały rarytas w gatunku dokumentu. A rarytas, bo rodem z Czech. Nierzadko mamy sposobność oglądać tego rodzaju filmy naszych południowych sąsiadów. Rene, to niezwykle ciekawy eksperyment, choć nieco męczący w oglądaniu, głównie ze względu na trudną osobowość tytułowego bohatera. Reżyserka, Helena Třeštíková, wpadła na pomysł, by prześledzić, filmując, około 20 lat z życia pewnego chłopca - Rene Plasila.

Pochodzi on z rozbitej rodziny.  Rodzice inteligenci (ojciec muzyk), po rozwodzie, niespecjalnie interesują się losem syna. 14-letni chłopak mieszka u ojca, pewnego dnia usłyszy od niego słowa, które być może zaważą na jego przyszłym życiu: "beze mnie sobie nie poradzisz, będziesz nikim.” Jak może zareagować ambitny małoletni na tego rodzaju dictum z ust ojca? Wiadomo, od razu rodzi się impuls, by mu udowodnić, że nie ma racji. Rene ucieka z domu, żeby przeżyć wdaje się w kradzieże, trafia do poprawczaka. Od tego momentu więzienie staje się jego domem, a on sam zostaje, podobno, kultowym więźniem, znanym w całych Czechach. Za kraty trafia regularnie ( kradzieże) po każdym wyjściu na wolność. Facet jest kompletnie nie dostosowany do życia w społeczeństwie. Chowany bez miłości, bez rodziny, uodpornił się na ludzi i manifestuje to bez skrupułów. Wytatuował sobie całe ciało (z nudów - jak mówi), na szyi ma napis, który każdy może przeczytać - "Fuck off, people". 

Rene, ma dosyć ciekawą powierzchowność, interesujący głos, jest inteligentny, pisze książki (za namową reżyserki) - łatwo i chętnie nawiązuje na wolności kontakty z kobietami, które szybko go pokochują (wiadomo -kobieca dusza samarytanki dochodzi do głosu). Lecz on wszystko zawsze psuje, tak jakby chciał pomóc losowi wypełniać fatum nad jego życiem. Nie potrafi się związać z nikim na dłużej,  zawodzi zaufanie jakim go kobiety,  znajomi i przyjaciele obdarzają. A najgorsze to to, że życie, nie dosyć, że go nie cieszy, to go potwornie nudzi. Zgodził się na sfilmowanie siebie, nie wiadomo dlaczego (może dla pieniędzy, może dla połechtania swego ego, może z nudy właśnie, a może z wdzięczności, że ktoś poświęca mu trochę więcej uwagi ?). Na początku filmu ma 14 lat, a widzimy go ostatni raz, gdy ma powyżej 30. W czasie tego całego okresu filmowania zaprzyjaźnia sie z Heleną Trestikową, pisze do niej listy, opowiada o problemach, wątpliwościach, lękach. Pewnego dnia stawia jej fundamentalne pytanie, czy jest dla niej tylko tematem, czy może czymś więcej?  Otrzymuje, niestety, dość wymijającą odpowiedź. Podświadomie, widać, że ten mężczyzna pragnie nawiązania jakichś głębszych więzi, lecz świadomie to pragnienie wypiera. Prawdopodobnie nie daje rady, albo mu się nie chce, sprostać trudom jakie się z wiążą z utrzymywaniem dobrych miedzyludzkich relacji, które trzeba pięlęgnować - chodzi o lojalność, uczciwość, zaufanie wobec partnerów i czas jaki trzeba im poświęcać. 

Tragiczna postać, z tego Plasila,  wrażliwy i o dużym potencjale intelektualnym, mający predyspozycje by zawojować świat i taka wielka rezygnacja. Człowiek, który sprowokowany przez własnego ojca,  zaczyna życie od młodzieńczego buntu, dochodząc do rezygnacji ze wszystkiego, nawet z siebie samego.

A film, czy niesie jakiś ladunek, który potrafi wzmocnić widza, niesie jakieś przesłanie? Niestety, "Rene" kojarzy mi się z produkcjami Ewy Borzęckiej - po których projekcji mam zawsze wrażenie, że manipuluje swoimi bohaterami, zdobywa ich zaufanie, po to by mieć atrakcyjny i nośny temat, pokazać ludzi uległych nałogowi, ich małość, dramat życia wynikający z braku woli, poddania się, inercji w jaką wpadają niesieni bezwladnie przez bieg zdarzeń. Ludzie, którzy nie mają sił, woli, umiejętności, choć nie są głupi, by wykorzystać potencjał jaki w nich drzemie. I to pytanie zadane przez Rene pani reżyser "Czy jestem dla ciebie tylko tematem filmu, czy kimś więcej"? I ta wymijająca odpowiedź. Smutne. Być tylko środkiem do celu. Zawsze sam, nawet jeśli na własne życzenie, też żal.

niedziela, 26 czerwca 2011

Wódka. Produkt narodowy nr 1. - reż. A. Khanyutin

Dzisiaj wieczorem na kanale Planete, ci którzy nie widzieli kolejnego dokumentu o Rosji zrobionego w zachodnich wytwórniach, będą mieli okazję go zobaczyć. Niby nic nadzwyczajnego i nowego, pełna oczywista oczywistość - jak świat światem Rosjanie pili, piją i zapewne jeszcze długo pić będą.Dlaczego jednak warto zobaczyć ten film? Ano, może ku przestrodze? Wszak i Polak za kołnierz nie wylewa,  chlubiąc się swą mocną głową. Czasem bywa to jedyna rzecz, jaką może zaimponować przybyszom zza granic.
Smutne, żałosne, przerażające, żal tego ogromnego potencjału narodu topionego w wódce. Nie dziwmy się, władzom zachęcającym do picia -  pijany naród daje swobodę rządzenia, daje dochód do kasy państwowej, tanią siłę roboczą, jeśli w ogóle jeszcze ma siłę do roboty. Ale w końcu, ludzi w Rosji tyle, że zawsze znajdą się następn, jeśli wymrą ci w sile wieku. Jednym słowem -  wódka jak siano dla bydła, tylko nie tak jak siano tania.

sobota, 7 maja 2011

Puzzle - reż. N. Smirnoff

Jubileusz 50-ciu lat życia kury domowej należy uczcić. W końcu należy się jej:  tyle lat wiernej służby, zawsze na posterunku, zawsze czujna i gotowa, niech raz poczuje, że jest ważna. Niech ugotuje dobry obiad, pieczony kurczak to jej specjalność, a  na deser niech zdmuchnie sobie symboliczne świeczki na upieczonym przez nią własnoręcznie torcie. Mniam! I koniecznie, niech nie zapomni w tym czasie pomyśleć o jakimś marzeniu.  O czym pomyślała Maria del Carmen (doskonała kreacja Marii Onetto), bo to właśnie ona jest cichą bohaterką rodzinnego spotkania / i życia/, w tej, jakże podniosłej, chwili? Czy w ogóle zdążyła o czymkolwiek pomyśleć na swój temat, do tortu, przecież, trzeba podać szybko kawę!

Po hałaśliwym wieczorze urodzinowym, Maria udała się do swego pokoju, by wreszcie odpocząć i odpakować prezenty. Jakież było jej zdziwienie, gdy jednym z nich okazało się wielkie pudło puzzli, z portretem pięknej Nefretete. Maria  od dawien dawna była wprawiona w puzzlach kuchennych. Czasem składała porozbijane talerze,  czy inne skorupy.  Ot, tak dla zabawy, jeśli rozbiły się na wiele części, a jeśli na mniej, kto wie, może i nawet je sklejała...W końcu od tego była, by oszczędzać i dbać o budżet domowy. Ale te puzzle, które otrzymała od starej i chorej ciotki, były wyjątkowe, miały 1000 elementów i kusiły tajemniczą twarzą egzotycznej kobiety. Przesiedziała nad nimi całą noc, a rano,  od razu pojechała do stolicy, do prawdziwego salonu z układankami.  Tam, przypadkowo, trafiła na ogłoszenie, że ktoś poszukuje partnera do zawodów w układaniu puzzli. Postanowiła zadzwonić.  I tak oto zaczyna się przygoda życia 50-letniej Marii del Carmen.

Film Natalie Smirnoff jest tak samo skromny jak jej bohaterka, Maria del Carmen.  Opowiada o bardzo zwyczajnym życiu przeciętnej kobiety w średnim wieku, jakich na świecie są miliony. Ale ile z nich postanawia któregoś dnia pomyśleć wreszcie o sobie? A na to nigdy nie jest za późno. Wystarczy tylko, albo aż, dać sobie czas, poświęcić go nieco wyłącznie dla siebie, a świat się od tego nie zawali. Nie zrujnuje się także życie rodzinne, wręcz przeciwnie, szczęśliwa i usatysfakcjonowana żona i matka, może nie nakryje jak co dzień do stołu, zapomni o zakupach, w tym m.in. o ulubionym serze pana małżonka, ale za to ileż radości i lekkości wniesie w atmosferę domową.  Aż będzie się chciało wszystkim żyć! I tańczyć!

Zapewniam, jednocześnie i namawiam, nie zrażajcie się, do tego filmu. Kury wbrew powszechnej opinii, nie muszą być stworzeniami nieciekawymi czy mało inteligentnymi (to tylko opinia, ukuta na pożytek ich hodowców), a film argentyńskiej debiutantki o znajomo brzmiącym nazwisku, przekonuje, że wszystko co wydaje się nudne z pozoru, może być w gruncie rzeczy fascynujące. I nie chodzi tylko o kury, ale choćby o takie puzzle. Jak się okazuje,  układanie ich może odbywać się wg różnych strategii i technik, można to robić na czas, ścigając się w pojedynkę i zespołowo, można zdobywać dzięki nim puchary, zwiedzać i poznawać świat, jeśli nie dosłownie, to  tak jak Maria del Carmen, w wyobraźni, składając  z maleńkich kawałeczków tektury toskańskie pejzaże na kuchennym stole. 

Film ma bardzo pozytywny wydźwięk, czasem  przypominał mi  baśń o kurze, która wraz z księciem układała puzzle, a na końcu żyła długo i szczęśliwie. Ale uważny i wrażliwy widz, oprócz baśniowej słodyczy, poczuje także lekko kwaśny czy cierpki smak, który ją wyśmienicie uzupełnia.  Być może podobnie smakuje jabłko, które z takim apetytem, lecz nie łapczywie, pałaszuje na plakacie, a  także w jednej ze scen filmu, 50-letnia spełniona, na swój sposób, kura domowa. 

czwartek, 21 kwietnia 2011

Aleksandra - reż. A. Sokurow

Treść tego fillmu można ująć w kilku słowach - Babcia przyjechała w odwiedziny do wnuka. Zważywszy, że wnuk stacjonuje w obozie wojennym na terenie Czeczenii, czymni te odwiedziny wyjątkowymi, zarówno dla samej babci, jaki i wnuka oraz jego wojskowych kompanów. Myliłby się ten, kto by sądził, że babcia Aleksandra, podczas gdy wnuk udaje się na rózne akcje wojenne, siedzi w tym czasie na pryczy i ceruje mu spodnie, albo gotuje budyń na wieczór. Nic z tych rzeczy. Babcia chadza swoimi drogami i poznaje smutną rzeczywistość, zarówno tej małej społeczności rosyjskich żołnierzy, jak i tych, którym przyszło żyć pod ich okupacją, czyli Czeczenów.

Zero wojennej rozwalanki, ale za to mnóstwo refleksji, rzecz jasna niewesołych, jak to na wojnie. Na pierwszy plan wysuwa się szara codzienna bida, jaką klepią rosyjscy żołnierze. Byle jakie jedzenie, byle jakie zaplecze sanitarne, byle jakie namiotowe izby mieszkalne, byle jaka broń i całe wyposażenie - stare karabiny czyszczone używaną po dziesięciokroć oliwą, czołgi zamykane na sznurki. Czy takiej armii można się bać? Pytając, utyskuje wnuczek Denis, rozmawiając z babcią o swojej niekończącej się służbie.

No i z drugiej strony, za bramą bazy, widzimy (dzięki babci, która udaje się na samowolkę do pobliskiego czeczeńskiego miasta), podobne ogromne ubóstwo miejscowej ludności - żyją w ruinach domów zniszczonych przez Rosjan, piją i jedzą byle co (herbata ze słomy), nie mają ani środków ani sił, by cokolwiek naprawiać, zresztą po co, skoro Rosjanie w każdej chwili mogą to zniszczyć. Aż się prosi przysłowie "prowadził ślepy kulawego"...

Kompletny bezsens, widziany przez kobiety, które w przeciwieństwie do wojujących mężczyzn, potrafią się do siebie zbliżyć, ale czy na pewno jest to takie prawdziwe zbliżenie? Scena wizyty babci w zrujnowanym mieszkaniu Czeczenki Maliki jest jedną z najważniejszych i bardzo znamiennych dla filmu. Każda z kobiet skarży się na swoje krzywdy i nieszczęścia, a Aleksandra szczególnie. Jakoś brakuje jej empatii i współczucia dla kobiety, która straciła rodzinę. Dla niej ważniejszy jest jej ból nóg i mąż pijak, którego zostawiła w Rosji. Mam wrażenie, że Sokurow nie wierzy w porozumienie, zrozumienie, jakiekolwiek zbliżenie, między tymi narodami, a szczególnie ze strony Rosjan.  Zresztą, kobiety rozmawiając wcześniej na targu wymieniają fundamentalne różnice między swoimi nacjami.

Piękna i wymowna też była scena, gdy młody Czeczen odprowadza Aleksandrę do bramy bazy. Rosjanie cieszą się, że babcia ich kolegi wróciła na miejsce cała i zdrowa, ale nikt, z nich, ani jeden żołnierz, ani Aleksandra nawet, już się chłopakiem nie interesuje, żadnego szacunku, słowa podziękowania za gest odprowadzenia - Czeczen stoi chwilę samotny i odchodzi do siebie.
W tym filmie jest sporo takich wiele mówiących symbolicznych scen przedstawiających obcość między tymi narodami, jeśli pojawiają się jakieś przyjazne gesty, to są one raczej grzecznościowe, naznaczone tradycją, zwyczajem, dobrym wychowaniem.

Bardzo ciepło natomiast i wzruszająco były ukazane wzajemne relacje między babcią Aleksandrą i rosyjskimi zołnierzami. Świetnie się nawzajem rozumieli, byli dla siebie bardzo tolerancyjni i wyrozumiali.  Mnóstwo kadrów ze zbliżeniami ich twarzy i oczu, tęskniących za ciepłem i rozmową. Aż żal, że takich więzi, choćby w kilku procentach, nie mogą nawiązać między sobą ludzie z odmiennych nacji, mający przecież takie same ludzkie potrzeby względem uczuć i emocji, a różniący się tylko, czy aż, pochodzeniem, kulturą i zwyczajami.

Naprawdę, wyjątkowy film, inny, głęboki, mądry, bez stereotypów właściwych temu gatunkowi, wojna bez krwi i śmierci na ekranie, ale mimo to porusza bardzo. Tym bardziej, że reżyser, nie opowiada się za żadną ze stron, stara się obiektywnie spojrzeć na racje obu. A może trochę nawet wstydzi się za swych rodaków, którzy ciągle kopią leżącego. Choć z pewnością, nie ma w filmie wyraźnych sygnałów ich potępienia. Jest za to coś w rodzaju zazdrości o niektóre dobre zwyczaje, jak na przykład tradycja szacunku i opieki nad ludźmi starszymi, co prowadzi do braku takich smutnych instytucji jak domy starców,

No i świetne aktorstwo, głównie Galiny Wiszniewskiej, ileż pokładów subtelności potrafiła ta kobieta, jako Aleksandra, wyzwolić z tych umorusanych, twardych, ruskich, wulgarnych na co dzień chłopców, bardzo to pokrzepiające,  zastanawiające, czy aż nie za bardzo. Może, może, w końcu nie ma to jak przy babci, szczególnie takiej, ktora nie marudzi "załóż ciepłą czapkę", "włożyłeś ciepłe kalesony" albo "nie pij tyle", a wręcz przeciwnie, wymknie się w nocy za płot bazy i wróci jak niepyszna odprowadzona przez ustanowionego politycznie wroga. :)

wtorek, 19 kwietnia 2011

Swój wśród obcych, obcy wśród swoich - reż. N. Michałkow

1974 rok to rok debiutu w długometrażowej fabule jednego z najlepszych rosyjskich reżyserów  – Nikity Michałkowa. Wtedy właśnie ujrzał światło dzienne jego „Swój wśród obcych, obcy wśród swoich" - stylizowana na western, sensacyjna opowieść osadzona w 1920 roku, roku kończącym kilkuletnią wojnę domową w ZSRR. Jak w klasycznym filmie z Dzikiego zachodu mamy tu transport złota pociągiem, przemierzającym bezkresny i bezludny step. Złoto jedzie do Moskwy, by zasilić kasę świeżo utworzonego rządu. Mamy brawurowy napad na pociąg, przechwycenie drogocennego bagażu, podejrzenie o zdradę najbardziej zaufanego człowieka wśród czerwonych, po czym długa i pełna przygód droga do odzyskania zarówno transportu, jaki i utraconego zaufania.

Jest to dość schematyczna, ale za to przepięknie sfilmowana długimi szerokimi kadrami, opowieść o męskiej przyjaźni, braterstwie pokrewnych dusz i podobnie myślących głów. Pierwszy film Michałkowa w niczym nie ustępuje amerykańskim westernom, którymi zapewne zauroczył się w młodości reżyser. Być może i w radzieckiej telewizji, w kinach, tak jak i w Polsce, mogło brakować wielu światowych dzieł ekranu, ale westerny, także spaghetti - nigdy!

Oczywiście, jak na tamte lata, nie mogło się obejść bez "delikatnie" wciśniętej socjalistycznej propagandy – na przykład szalonego, nieokrzesanego wybuchu radości ze zwycięstwa w rewolucji czerwonych, tu dokładnie chłopów. Taka oto scena otwiera film, z jednoczesnym złowieszczym strąceniem przez nich w przepaść powozu jakim poruszali się ich panowie.
Ale za to nie ma wybielania na siłę ich charakterów. Tak jak i z drugiej strony – obóz ich przeciwników, wolnej bandy białych żyjącej gdzieś w stepowych kryjówkach, nie jest oczerniany, tak jak by się to mogło wydawać, że chciałaby ówczesna władza.

Nikita Michałkow wcielił się także w jedną z ważniejszych postaci filmu, mianowicie w Bryłowa, w przywódcę bandy, napadającej na pociąg. W skład jego kompanii, co ciekawe, wchodzą ludzie, wypisz wymaluj przedstawiciele wschodnich republik wcielonych w Sowietskij Sojuz - Kirgizi, Czeczeni, Tatarzy, Ormianie itp.

Zakończenia filmu, czyli zwycięzcy w tej potyczce o złoto i honor możemy się, ze względów poprawnościowo-politycznych, oczywiście domyśleć. Ale to w niczym nie umniejsza wartości filmu, który ogląda się po prostu z wielką przyjemnością. A to z wielu względów – na zapierające dech w piersiach plenery, muzykę, jak i na naprawdę przystojnych mężczyzn (głównie Michałkow i Bogatyriew), których jak na western przystało przewija się tu mnóstwo. Brak tu kobiet i wątków romantycznych, romantyka jeśli już, dotyczy nie uczuć damsko męskich, lecz męskiej przyjaźni, honoru i twardej bezkompromisowej między nimi walki.
Film choć poprawny politycznie, kończy motyw tęsknoty ( jakże u Michałkowa częsty i w późniejszych dziełach) za utraconą wolnością, – wizja Bryłowa jak przewija się przed jego oczyma – opustoszały dopiero co wiejski sad zubożałych właścicieli ziemskich, z którym, jak u Czechowa, kojarzą się dobre stare rosyjskie przedrewolucyjne czasy.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Wielkie żarcie - reż. M. Ferreri

Idą święta, a wraz z nimi perspektywa wielkiego żarcia. Może więc kilka słów na temat filmu Marco Ferreri pod tymże tytułem - "Wielkie żarcie"? Proszę mi wybaczyć, że nie będzie jakoś bardzo wzniośle, jak na okres przedświąteczny przystało, ale przecież, człowiek, to nie tylko duch, ale także materia, od której stan ducha w bardzo dużym stopniu zależy.

I tak, jak wiemy, życie w sensie biologicznym, to odżywianie (połączone z wydalaniem) i spółkowanie. Kimże byłby człowiek, gdyby skupił się tylko na tych dwóch namiętnościach, nieodzownych dla przedłużania gatunku. Ano tym, czym, jak widzimy, stają się bohaterowie filmu - nieokiełznanym monstrum, umierającym bynajmniej nie z rozkoszy, na jaką być może liczą ci, ktorzy poddali się eksperymentowi konsumpcji.

Czterach zamożnych mężczyzn i zapewne szanowanych obywateli:  restaurator i kucharz Ugo (Tognazzi), pilot Marcello (Mastroianni), producent telewizyjny Michel (Piccoli), sędzia Philippe (Noiret) -  bohaterowie filmu noszą imiona aktorów -  postanawiają popełnić samobójstwo, oddając się orgii jedzenia, a przy okazji i seksu. Starają się przy tym, nie tracić nic ze swej elegancji, wpojonej im przez zacne zapewne wychowanie, podobnie zresztą jak i nauczycielka, która dołączyła do nich z ciekawości, albo może raczej z żądzy oddania się  utajonym pragnieniom. Wszyscy, na czas orgii, zamieszkują w obszernymi domu z ogrodem, a także co oczywiste, z dobrze wyposażoną kuchnią oraz obszernymi sypialniami, w których swą powinność mają czynić zaproszone prostytutki - kobiety, wyuzdane, lecz obdarzone instynktem przetrwania, które czym prędzej żegnają panów i oddalają się w siną dal. Na placu boju pozostaje więc ze strony żenskiej, tylko wspomniana nauczycielka. Jak się można domyśleć, z rękami pełnymi roboty. 

Posiłki przyrządzane są zgodnie z wszelkimi regułami sztuki kulinarnej, dania są bardzo estetyczne i wyszukane, nakrycia stołowe – bardzo gustowne, biesiadnicy zasiadają do posiłków ubrani bardzo starannie, wręcz wieczorowo. Panowie nie pozwalają sobie na jakąkolwiek bylejakość. Chcą umrzeć godnie i z honorem, aczkolwiek przyjemnie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ta fizjologia...
Film na pozór skandalizujący, a na pewno prowokujący do wielu przemyśleń na temat człowieczeństwa, dziś dodalibyśmy jeszcze - rozpasanego konsumpcjonizmu, zaniku duchowości, etc. Mimo pozornej dionizyjskości bardzo smutny i gorzki. Jeśli ktoś nie widział, naprawdę polecam. Smacznego! Oczywiście, także ostrzegam, nie zawsze to życzenie się spełni. :)

środa, 13 kwietnia 2011

Erratum - reż. Marek Lechki

Na seans podobno najlepszegopolskiego filmu ubiegłego roku, szłam, a właściwie biegłam, w strugach deszczu i targana porywami zupełnie niewiosennego wiatru,  niesamowicie podekscytowana. Tytuły recenzji, plakat jaki mi się w prasie obijał o oczy, zapowiadały bowiem jakieś wielkie, rzadko spotykane w polskim kinie, dzieło. A na dodatek z rolą główną Tomasza Kota, którego naprawdę lubię i cenię głównie za fragment roli Ryśka Riedla (Skazany na bluesa), gdzie objawia on dramatyczną stronę swego aktorskiego warsztatu, bo o komediowej jesteśmy bez przerwy przekonywani.

Niestety, film mnie nie porwał i nie uniósł w górę. Bliższy tego był zdecydowanie wspomniany we wstepie wiatr.  Aktorzy główni (Kot i Kot-ys czyli filmowy syn i ojciec) są tutaj raczej bez winy. Nie mieli za wiele do zagrania, ciągle ta sama mina, jakiej od nich wymagał prawdopodobnie reżyser. Owszem, pomysł na scenariusz jest bardzo fajny i bardzo na czasie, bo o czasie właśnie opowiada, na którego brak  tak wszyscy powszechnie narzekają. A przecież  wystarczy "tylko" (czytaj: "aż") zatrzymać się w biegu, by zauważyć, że jakiś czas jest zawsze, bo w nim żyjemy.  I taką właśnie sposobność od losu otrzymał filmowy Michał, który wybrał się służbowo w rodzinne strony, miał szybko wracać, lecz pewien zbieg zdarzeń zmusił go do dłuższego pobytu, do weryfikacji swych dawnych  młodzieńczych postaw wobec ojca,  do odnowienia dawnych przyjaźni, ale także poznania zupełnie nowych obszarów życia i ludzi, których dotąd nie zauważał, albo w ogóle nie zdawał sobie sprawy, całkowicie pochłonięty sobą, z ich istnienia. W tym filmie jest mnóstwo szlachetnych, godnych uwagi momentów,  postaci ludzkich, nad którymi warto się i w życiu pochylić, przemyśleć, w jakich często i sami siebie będziemy mogli odnaleźć. Dla mnie najważniejszym przesłaniem tego filmu jest coś, co zawiera się w znaczeniu słowa "uważność". Nie tylko na siebie, ale i na innych. Taką uważnością odznaczył się także policjant przesłuchujący Michała (bardzo dobra scena). Gra go Janusz Michałowski - kolejny poznański aktor, na którego chadzałam do Nowego,  mąż Izabeli Cywińskiej), ktorego mam okazję zobaczyć w filmie w krótkim czasie ( wcześniej był Wiesław Komasa w "Sali samobójców").  Uważności na to co obok dorobił się, dzięki swej przygodzie w rodzinnym mieście, i sam Michał.

Niestety, film, mimo wszystkich swoich dobrych stron (aktorstwo, dobre, pozytywne akcenty w fabule) nie porywa, a nawet chwilami trąci nudą. Mało błyskotliwe dialogi, tudzież brak takich samych scen, smętna bardzo muzyka, ktora przy snującym się tempie akcji, wprost usypia. I chyba reżyser i scenarzysta w jednym zdawał sobie z tego sprawę, bo nagle uraczył nas ni z gruszki ni z pietruszki pożarem, chyba tylko po to, by obudzić drzemiącą widownię. Szkoda, że pan Lechki nie dopracował tego filmu, nie nadał  mu większego tempa, nie urozmaicił jakimiś smaczkami, bo te na które się porwał, były trochę toporne i widać, że wymyślone na siłę. No i trochę zbyt dużo łopatologii (słowa  wieńczące dzieło: "w końcu znalazłeś czas", są zbyt oczywiste, przecież ten film cały czas o tym właśnie mówi. ).

Szkoda, szkoda, że ludzie w polskim kinie sami pracują nad  swoimi filmami. To widać i czuć, że jest w tych filmach potencjał, niestety zostaje on zaprzepaszczony, bo zabrakło wykończenia, lekkości, ciekawych epizodów,  jakiegoś sznytu, a może i korekty (nomen omen!) własnych pomysłów i uzupełnienia ich o inne, czyli obce. Jedna osoba mogła by się zająć pracą nad urozmaiceniem akcji, druga dialogami, jeszcze inna okraszaniem ich humorem. Nie każdy przecież bywa czlowiekiem renesansu. Dziś już nie wystarczy mieć tylko dobry wyjściowy pomysł na film, trzeba jeszcze umieć go sprzedać. A żeby coś dobrze sprzedać, to z kolei trzeba w to coś dobrze zainwestować, także w sferze intelektualnej.

Niestety, nie ocenaim zbyt wysoko tego filmu, bardzo mi przykro, sama liczyłam na coś więcej. Niespecjalnie też polecam, a już szczególni tym, którzy psioczą na polskie kino, że  bure, smutne i pod psem (pies tu także jest, i to nawet jako wizualny leitmotiv filmu).  Na "Erratum" niech idą ciekawi polskiego kina, tylko niech się wyzbędą nadziei, że zobaczą najlepszą rolę Tomasza Kota, ona ciągle jeszcze  przed nim.

skomentuj (9)