Chyba nie ma bardziej wyświechtanego słowa od „miłość”. No może jeszcze jest jedno, „kocham ”. Można je sobie i swym ukochanym powtarzać i wyznawać setki razy na godzinę, to łatwe, ale prawdziwy sprawdzian uczuć przyjdzie wtedy, gdy „miłość” trzeba będzie uzupełnić słowem, i czynem, takim jak „lojalność”, „odpowiedzialność”, „obowiązkowość”, „trwanie”. Ba, więcej, czasem może nawet i "śmierć" w połączeniu z "obdarzeniem".
W czasach, gdy medycyna potrafi utrzymać człowieka przy życiu przez długie lata, nawet wtedy, gdy nie przejawia on widocznych oznak życia - nie rusza się, nie mówi, nie je, nie pije samodzielnie itd. i ma dosyć całym sobą wegetacji na poziomie warzywa, a nie jest w stanie popełnić samobójstwa, uważam, że prawdziwym dowodem miłości jest pomoc takiemu najbliższemu w zejściu z tego świata. Wspominałam już o tym, przy okazji filmu „W stronę morza” A. Amenabara. Nie liczy się wtedy bezduszne prawo, takież same zasady religijne, sumienie, najważniejsza wszak jest ukochana osoba i jej szczęście. Jak to w miłości.
Oglądając najnowsze dzieło Hanekego cały czas miałam wrażenie, że zrobił on film instruktażowy, dla tych, których czeka obcowanie z człowiekiem nie tylko starym, ale i niedołężnym, z dnia na dzień unieruchomianym w coraz większym stopniu przez chorobę. A może zrobił on sobie, i swym bliskim, "Miłością" prezent na 70 urodziny? W końcu w tym wieku, nawet przy najlepszej kondycji, od czasu do czasu czuje się na plecach oddech śmierci.
Mężu, żono, jeśli los obdarzył cię umierającym przez lata współmałżonkiem, a masz jeszcze na tyle sił fizycznych jak i psychicznych oraz środków materialnych, by uczynić to umieranie bardziej godnym, zrób to. Myślę, że nie ma nic lepszego, a może nawet piękniejszego, dla śmiertelnie chorego w chwilach grozy i lęku przed nieznanym , czy fizycznego bólu, od dotyku dłoni kochanej osoby. A ty Osobo, daj sobie, przy tej całej codziennej monotonnej i ciężkiej krzątaninie, przyzwolenie na chwilę zniecierpliwienia czy złości, w końcu też jesteś człowiekiem.
Córko, synu, dziecko - jeśli nie możesz odciążyć starego rodzica w opiece nad chorym współmałżonkiem, a czujesz się wobowiązku odwiedzin domu rodzinnego, nie płacz, nie biadol nad losem chorej matki (ojca), pomóż jej opiekunowi, choćby dobrym pogodnym słowem wyrażającym satysfakcję z tego jak sobie świetnie radzi.
Młody człowieku, jeśli jesteś tak jak ten, w filmie, utalentowany pianista, związany z osobą tak bardzo chorą jak Anna, która była jego nauczycielką gry na fortepianie, odwiedź ją, ale nie użalaj się nad jej sytuacją, nie zauważaj, jaka jest smutna i biedna. Raczej rozwesel, opowiedz jakąś anegdotkę, tyczącą waszych wspólnych więzi. Ludzie chorzy nie lubią i nie chcą litości, wstydzą się swej ułomności, na każdym kroku chcą udowadniać, że jeszcze całkiem nie odeszli od świata żywych, warto im w tym pomóc.
Bardzo ważne w przypadku obłożnie chorego są pieniądze. Georges na szczęście je ma. To one są dla niego najlepszą pomocą w opiece nad żoną (pielęgniarki, sąsiedzkie przysługi). Gdyby nie zasobny portfel, Anna musiałaby umierać w przytułku dla starców. Warto oszczędzać na starość. A jeśli los będzie łaskawy i utrzyma nas długo w sprawności, a może pozwoli umrzeć nagle, to wcześniej będziemy mogli, jeśli zdążymy, przeznaczyć te oszczędności na jakieś podróże, na przykład.
Tak się składa, że w filmie „Miłość” bardzo ważną rolę spełnia muzyka, tak jak i w wielu pozostałych filmach reżysera , np. „Funny Games”. Z tą różnicą, że w FG muzyka oddziela pokolenia, a w „Miłości” je łączy. Może dlatego, że jest wiecznie żywa, czyli klasyczna. Jak już wspomniałam, Anne, główna bohaterka jest nauczycielką gry na fortepianie, podobnie jak kiedyś była nią Isabelle Huppert, grająca jej córkę Eve, a odtwarzająca 11 lat wcześniej, tytułową rolę „Pianistki” w pierwszym filmie, który przyniósł Hanekemu światową sławę. Taki małe mrugnięcie okiem do widza z jego strony? A może wskazówka, że stosunki między kobietami były kiedyś raczej chłodne. Co też można wywnioskować z relacji jakie zachodzą między Evą a jej rodzicami obecnie –zamiast ciepła (opowieści przy łóżku chorej o akcjach nieruchomości na giełdzie) głównie mało konstruktywna krytyka. A może jest to po prostu brak umiejętności, niezdarność poruszania się w nowej nieznanej sytuacji?
Media , drugi łącznik chyba wszystkich filmów Haneke’go. I w „Miłości” są obecne. Głównie radio. Płyną z niego aktualne wiadomości ze świata. Poza tym, małżonkowie czytają na bieżąco gazety. Lecz wraz z rozwojem choroby Anne, wojny, kryzysy, wystawy, koncerty obchodzą ich coraz mniej i mniej. Z czasem ich świat ogranicza się do łóżka Anny. Georges coraz bardziej rozumie żonę, jej sprzeciw i niezgodę na taką wegetację i próbę zagłodzenia się na śmierć, tym bardziej, że i jego siły zaczynają opuszczać. Decyzja co wybrać - miłość do życia czy do żony - przychodzi nagle. Ale jej spełnienie jest bardzo skrupulatne i przemyślane – scena z gołębiem. Miłość do życia równoważy się z miłością do żony. Dowód miłości jaki daje żonie jest tym bardziej cenny.
Wielkie dzięki dla pary aktorów, Emmanuelle Riva i Jean Louis Trintignant - ciągle zachwycacie.
środa, 6 marca 2013
wtorek, 26 lutego 2013
Życie Pi - reż. Ang Lee
Produkt zdecydowanie przereklamowany. I do tego jeszcze te 4 Oskary: reżyseria, muzyka, efekty specjalne i zdjęcia. No dobrze, niech będzie, mnie tam wsio ryba, wszystko wszak jest kwestią gustu i subiektywnej oceny, na którą ma wpływ mnóstwo czynników, niekoniecznie ściśle merytorycznych.
Ten film może i jest ładny, znaczy bardzo kolorowy, jak z jakiejś bajki, ma przyzwoite efekty specjalne - w końcu pod nie był zrobiony, dla dla nich wybrano taką a nie inną fabułę; muzyka nie razi, właściwie, prawdę mówiąc prawie jej nie zauważyłam, pozostała mi zupełnie obojętna. Tygrys wiadomo, że przeważającej mierze wygenerowany na komputerze, raz, że bezpieczniej, a dwa - żadne Towarzystwo Ochrony Zwierząt się nie przyczepi, że na planie męczono zwierzę. Nuda. Tym bardziej, że i głowny bohater jak z żurnala zdjęty. Taki piękniusi. Ząbki codziennie rano umyte, do nich dopasowane białe spodnie, które ciągle, mimo upływu dni i to w ciężkich warunkach, są białe, i w całości, podobnie jak brezent na łodzi. Nic to, że Pi codziennie wykonuje jakąś ciężką pracę, walczy ze zwierzętami, z żywiołem, obmywany na okrągło przez słona wodę i targane przez morskie sztormy. To trochę jednak razi. Ja jako widz nastawiony na film przygodowy miałam nadzieję, na odrobinę brudu, krwi i potu, żeby móc uwierzyć, że oglądam życie, a nie jakąś pozorację komputerową. Z zresztą, niechby sobie nawet ten świat wygenerowany w komputerze był, takie czasy, nie szkodziłoby mi to, gdyby akcja filmu była zajmująca. Niestety, twórcy cały czas kazali mi podziwiać, zamiast męstwa i uporu młodego człowieka w walce z naturą, osiągniecia myśli technicznej na niwie filmowej. A mnie to mniej interesuje.
Pod koniec filmu reżyser zaczyna udawać, że 'Życie Pi" to film poświęcony nie tylko myśli technologicznej, ale również egzystencjalno-teologicznej. I zaczyna się dorabianie ideologii. Czyli wymyślenie innej wersji przygód Pi, bardziej niegrzecznej, pozbawionej pierwiastka boskości, czyli rozumiem bez cudownego nalotu latających ryb, mających pełnić funkcję biblijnej kaszki mannej spadającej na lud w opcji przygód lądowych. Może niektórzy widzowie doznali wstrząsu na podstawie końcowych propozycji pisarza, jakie życie lepsze, z Bogiem czy bez. Przecież to, że życie z wiarą jest prostsze, bardziej strawne, jest oczywiste, jak to, że słońce wschodzi i zachodzi. Nawet komuniści zazdroszczą po cichu tym, którzy wierzą, a sam były prezydent Kwaśniewski to powiedział odważnie i wprost, może w wywiadzie we "Wprost", że wiara jest łaską i on nawet własnej żonie zazdrości tej łaski (a był to okres wzmożonych wizyt pierwszej damy u JPII), bo sam jest, jak widać, niegodzien by jej dostąpić. Więc o co ten szum?
Natomiast podobał mi się wątek z pytaniem, który rozwinięty został jeszcze za czasów pobytu Pi w Indiach, a zakończony w momencie uratowania rozbitków, czy zwierzęta mają duszę czy nie? Polecam go pod rozwagę wszelkiej maści fanatycznym obrońcom zwierząt, którzy wolą, by badania nad szkodliwością tego czy tamtego nowego produktu chemiczno-spożywczego, przeprowadzać na ludziach, zamiast na szczurach i myszach. Niech nie liczą na ich wdzięczność :) Tygrys z "Życia Pi" Wam to pokaże. A głodny szczur was, moi mili, nie oszczędzi.
Choć ja osobiście wierzę, że nasze piesio, Blask mu na imię, ma, jeśli nie duszę, to na pewno charakterek. Kocham go jak człowieka, a od niektórych ludzi to nawet bardziej. :)
Podsumowując - w odróżnieniu od Akademii pozostaję w niezachwycie i lekkiej żenadzie, ale nie żałuję, że byłam na tym filmie w kinie. Oglądanie go w domu ma jeszcze mniejszy sens. Wizualnie jest pięknie, aż za pięknie. Nie lubię przesady, szczególnie w epatowaniu pięknem, zazwyczaj doznaję w takim przypadku mdłości. Ale ok, takie było założenie, że film ma oszołomić wzrok i słuch, mózg tym razem miał odpoczywać - czasem trzeba i tak.
Ten film może i jest ładny, znaczy bardzo kolorowy, jak z jakiejś bajki, ma przyzwoite efekty specjalne - w końcu pod nie był zrobiony, dla dla nich wybrano taką a nie inną fabułę; muzyka nie razi, właściwie, prawdę mówiąc prawie jej nie zauważyłam, pozostała mi zupełnie obojętna. Tygrys wiadomo, że przeważającej mierze wygenerowany na komputerze, raz, że bezpieczniej, a dwa - żadne Towarzystwo Ochrony Zwierząt się nie przyczepi, że na planie męczono zwierzę. Nuda. Tym bardziej, że i głowny bohater jak z żurnala zdjęty. Taki piękniusi. Ząbki codziennie rano umyte, do nich dopasowane białe spodnie, które ciągle, mimo upływu dni i to w ciężkich warunkach, są białe, i w całości, podobnie jak brezent na łodzi. Nic to, że Pi codziennie wykonuje jakąś ciężką pracę, walczy ze zwierzętami, z żywiołem, obmywany na okrągło przez słona wodę i targane przez morskie sztormy. To trochę jednak razi. Ja jako widz nastawiony na film przygodowy miałam nadzieję, na odrobinę brudu, krwi i potu, żeby móc uwierzyć, że oglądam życie, a nie jakąś pozorację komputerową. Z zresztą, niechby sobie nawet ten świat wygenerowany w komputerze był, takie czasy, nie szkodziłoby mi to, gdyby akcja filmu była zajmująca. Niestety, twórcy cały czas kazali mi podziwiać, zamiast męstwa i uporu młodego człowieka w walce z naturą, osiągniecia myśli technicznej na niwie filmowej. A mnie to mniej interesuje.
Pod koniec filmu reżyser zaczyna udawać, że 'Życie Pi" to film poświęcony nie tylko myśli technologicznej, ale również egzystencjalno-teologicznej. I zaczyna się dorabianie ideologii. Czyli wymyślenie innej wersji przygód Pi, bardziej niegrzecznej, pozbawionej pierwiastka boskości, czyli rozumiem bez cudownego nalotu latających ryb, mających pełnić funkcję biblijnej kaszki mannej spadającej na lud w opcji przygód lądowych. Może niektórzy widzowie doznali wstrząsu na podstawie końcowych propozycji pisarza, jakie życie lepsze, z Bogiem czy bez. Przecież to, że życie z wiarą jest prostsze, bardziej strawne, jest oczywiste, jak to, że słońce wschodzi i zachodzi. Nawet komuniści zazdroszczą po cichu tym, którzy wierzą, a sam były prezydent Kwaśniewski to powiedział odważnie i wprost, może w wywiadzie we "Wprost", że wiara jest łaską i on nawet własnej żonie zazdrości tej łaski (a był to okres wzmożonych wizyt pierwszej damy u JPII), bo sam jest, jak widać, niegodzien by jej dostąpić. Więc o co ten szum?
Natomiast podobał mi się wątek z pytaniem, który rozwinięty został jeszcze za czasów pobytu Pi w Indiach, a zakończony w momencie uratowania rozbitków, czy zwierzęta mają duszę czy nie? Polecam go pod rozwagę wszelkiej maści fanatycznym obrońcom zwierząt, którzy wolą, by badania nad szkodliwością tego czy tamtego nowego produktu chemiczno-spożywczego, przeprowadzać na ludziach, zamiast na szczurach i myszach. Niech nie liczą na ich wdzięczność :) Tygrys z "Życia Pi" Wam to pokaże. A głodny szczur was, moi mili, nie oszczędzi.
Choć ja osobiście wierzę, że nasze piesio, Blask mu na imię, ma, jeśli nie duszę, to na pewno charakterek. Kocham go jak człowieka, a od niektórych ludzi to nawet bardziej. :)
Podsumowując - w odróżnieniu od Akademii pozostaję w niezachwycie i lekkiej żenadzie, ale nie żałuję, że byłam na tym filmie w kinie. Oglądanie go w domu ma jeszcze mniejszy sens. Wizualnie jest pięknie, aż za pięknie. Nie lubię przesady, szczególnie w epatowaniu pięknem, zazwyczaj doznaję w takim przypadku mdłości. Ale ok, takie było założenie, że film ma oszołomić wzrok i słuch, mózg tym razem miał odpoczywać - czasem trzeba i tak.
poniedziałek, 25 lutego 2013
Trzy młyny. Młyn nad Utratą - reż. Jerzy Domaradzki
Każdy z nas rodzi się po to, by spełniać swoje marzenia. Przynajmniej tak mu się wydaje, gdy jest młody i ma całe życie przed sobą. I każdy ma ku temu swój mniejszy lub większy potencjał, zasób przeróżnych możliwości, uwarunkowań, talentu, zdolności, silnej woli i determinacji. I to może się nawet udać, pod warunkiem, że nie roztrwoni i nie rozmieni się tychże możliwości na drobne marzeńka, a może nawet mrzonki. Tak jak to uczynił Julian - młody i piękny poeta, który pewnego dnia zajechał w okolice młyna nad Utratą. Nomen omen. I zakochał się w młynarzowej. Nie, nie, nie w młynarce, w młynarzowej. I tak zaczęło się jego powolne konanie. Na nic były przyjacielskie przestrogi i tęskne spojrzenia Karola, który przypominał mu, iż miał być wielkim literatem, podróżować z nim do Wiednia i innych stolic Europy, by w najznamienitszych salach koncertowych oddawać się rozkoszom słuchania najsłynniejszych arii operowych. Niestety, Julian, zauroczony jakimś cudem rozwódką w średnim wieku (Ewa Dałkowska), zapomniał o bożym świecie, także i obietnicach danych Bogu w dawniejszych chwilach religijnego uniesienia, o egzystencji na miarę świętego, czyli złożeniu na ołtarzu wszelkich pokus, także życia w grzechu nieczystości. Niedużo wody upłynęło w Utracie, gdy Julian niesiony bezwiednie prądem życia, poczuł że tonie. Niestety, na ratunek jest już za późno. Pod wpływem różnych rozczarowań, siły witalne, także twórcze, opuszczają go, wystarczy małe ukłucie pająka, by umrzeć. To nic, że w Polsce nie mamy jadowitych pająków, każdy pretekst by umrzeć z powodu niespełnionej tęsknoty jest dobry.
Niestety, zbyt często ludzkie imaginacje na temat życia rozbijają się i toną w prozie i jego nijakości, źle ulokowanych uczuciach, pękają obijając się o wszelkich maluczkich, jakich spotykamy na drodze, którym poświęcamy nasz czas, emocje i serce, a przede wszystkim blakną z dnia na dzień, natykając się na naszą niemoc, jaką czujemy w zderzeniu z żywiołem natury.
Dlaczego tak bardzo lubię adaptacje filmowe prozy Jarosława Iwaszkiewicza? Ano dlatego, że przeważnie są one przepięknie zagrane przez naszych polskich aktorów, o których obecnie albo wcale nie słychać (Ewa Dałkowska, Bohdana Majda), czy zmarły niedawno tragicznie Edward Żentara albo tych, trwoniących obecnie talent w jakichś serialach - Jerzy Zelnik, Jan Jankowski. Poza tym, u Iwaszkiewicza ludzkie losy są nierozerwalnie związane z naturą, oddziałowującą zarówno na stany psychiczne bohaterów jak i bezpośrednio na wydarzenia ich dotykające.. No i nie ma tu żadnej łopatologii, wszystko co się dzieje, dzieje się poza ekranem, w naszych głowach i sercach. Widz otrzymuje do skosztowania tylko, albo aż, poszczególne frazy, na przykład fragment wiersza, z ktorych sam musi wysnuć wniosek o stanie emocjonalnym Juliana. Wspomniany fragment wiersza Juliana i komentarz do niego młynarzowej, te kilka prostych linijek ileż nam mówi o rozczarowaniach jakich doświadczył w swym życiu poeta. o świadomości niemocy twórczej w szponach której się znalazł. Rodzi się pytanie, czy gdyby nie związał się z prostą młynarzową, jego historia potoczyłaby się inaczej, czy byłby szczęśliwszy? Czy jego marny los, to czasem nie jest wina robaka, który toczy od wewnątrz, a któremu na imię marazm? Niektórzy rodzą się, by podążać i okiełznywać swoje tęsknoty, inni by tylko z ich powodu umierać. Na to pytanie, jak i na szereg innych, nie otrzymujemy jasnych odpowiedzi, jesteśmy prowokowani do ich zadawania, także sobie samym.
Wiem, że obecnie nie ma dobrego klimatu dla skromnych, starych, polskich filmów, robionych za tzw. komuny. Która, jak każdy system, miała swoje wady, ale niewątpliwie jedną z jej niewielu zalet był stan kultury, niekoniecznie skażony komercją, ale naznaczony duża potrzebą wzbijania się nad poziomy marnego bytu. Teraz byt mamy znośny, i niezależny, zmęczeni w zdobywaniu jego widomych oznak, lubimy oddawać się podkasanej muzie, bo nam się coś od życia należy. Ale, jakże fajnie jest czasem cofnąć się i spojrzeć na umierającego wśród pól poetę. :)
Niestety, zbyt często ludzkie imaginacje na temat życia rozbijają się i toną w prozie i jego nijakości, źle ulokowanych uczuciach, pękają obijając się o wszelkich maluczkich, jakich spotykamy na drodze, którym poświęcamy nasz czas, emocje i serce, a przede wszystkim blakną z dnia na dzień, natykając się na naszą niemoc, jaką czujemy w zderzeniu z żywiołem natury.
Dlaczego tak bardzo lubię adaptacje filmowe prozy Jarosława Iwaszkiewicza? Ano dlatego, że przeważnie są one przepięknie zagrane przez naszych polskich aktorów, o których obecnie albo wcale nie słychać (Ewa Dałkowska, Bohdana Majda), czy zmarły niedawno tragicznie Edward Żentara albo tych, trwoniących obecnie talent w jakichś serialach - Jerzy Zelnik, Jan Jankowski. Poza tym, u Iwaszkiewicza ludzkie losy są nierozerwalnie związane z naturą, oddziałowującą zarówno na stany psychiczne bohaterów jak i bezpośrednio na wydarzenia ich dotykające.. No i nie ma tu żadnej łopatologii, wszystko co się dzieje, dzieje się poza ekranem, w naszych głowach i sercach. Widz otrzymuje do skosztowania tylko, albo aż, poszczególne frazy, na przykład fragment wiersza, z ktorych sam musi wysnuć wniosek o stanie emocjonalnym Juliana. Wspomniany fragment wiersza Juliana i komentarz do niego młynarzowej, te kilka prostych linijek ileż nam mówi o rozczarowaniach jakich doświadczył w swym życiu poeta. o świadomości niemocy twórczej w szponach której się znalazł. Rodzi się pytanie, czy gdyby nie związał się z prostą młynarzową, jego historia potoczyłaby się inaczej, czy byłby szczęśliwszy? Czy jego marny los, to czasem nie jest wina robaka, który toczy od wewnątrz, a któremu na imię marazm? Niektórzy rodzą się, by podążać i okiełznywać swoje tęsknoty, inni by tylko z ich powodu umierać. Na to pytanie, jak i na szereg innych, nie otrzymujemy jasnych odpowiedzi, jesteśmy prowokowani do ich zadawania, także sobie samym.
Wiem, że obecnie nie ma dobrego klimatu dla skromnych, starych, polskich filmów, robionych za tzw. komuny. Która, jak każdy system, miała swoje wady, ale niewątpliwie jedną z jej niewielu zalet był stan kultury, niekoniecznie skażony komercją, ale naznaczony duża potrzebą wzbijania się nad poziomy marnego bytu. Teraz byt mamy znośny, i niezależny, zmęczeni w zdobywaniu jego widomych oznak, lubimy oddawać się podkasanej muzie, bo nam się coś od życia należy. Ale, jakże fajnie jest czasem cofnąć się i spojrzeć na umierającego wśród pól poetę. :)
niedziela, 10 lutego 2013
Django Unchained - reż. Quentin Tarantino
Quentin, Quentin, cóżeś ty ze mną uczynił. Toż ja oszalałam na punkcie "Django". Dwa razy w kinie w ciągu tygodnia z osobami towarzyszącymi = prawie 100 zł. Ale nie, nie wymawiam, zakochane kobiety czasu ani pieniędzy nie liczą. Już wcześniej oczarowałeś mnie "Jackie Brown", "Wściekłymi psami" i "Bękartami wojmy". Niestety, nie udało ci się to w przypadku "Pulp Fiction" - może oglądając ten film byłam nie w sosie, miałam pms-a, albo muchy w nosie. Albo po prostu jeszcze nie dorosłam do wyżyn kultu. W każdym razie, mam zamiar sprawdzić, oglądając ponownie "Pulp Fiction", czy mój pierwszy osąd twego najsłynniejszego dzieła pokryje się z obecnym. Ale pozwolisz, że teraz na chwilę skupię się na Twoim ostatnim filmie, czyli westernie, który ma wszystkie westerny pod sobą, a właściwie w sobie. Co prawda, tak cię skomplementowano, nachwalano, opisano, przeanalizowano, rozebrano, że ja już nie wniosę nic nowego. Ale muszę oddać ci hołd. Należy ci sie ty zwierzaku. Jak ty sobie to cwanie i pięknie wymyślleś, żeby bohaterem dwóch ostatnich filmów uczynić Niemca. W "Bękartach..." jest on nazistą, prześladujacym Żydów, w "Django" zaś emigrantem, dentystą w stanie spoczynku, podróżującym przez amerykańską prerię jako łowca głów, przedstawiciel prawa, parający się tępieniem ludzkich chwastów. Znowu. A więc, Niemiec, czy w Europie, czy w Ameryce, lubi plewić. I zawsze robi to z wielką kulturą, w białych rękawiczkach, z uśmiechem i prawie miłością na ustach.
Gdybyś chciał kiedyś zarobić na reklamie, mógłbyś zając się agencjami aktorskimi, wystarczyłoby tylko, żebyś się pojawił na chwilę na ekranie i rzekł dwa słowa - "dobry wybór". Masz nosa do aktorów, widać także, że i ogromne serce, czym ci się odwdzięczają na ekranie. Jak oni grają! Wszystko jedno na jakim planie, pierwszym, drugim, trzecim czy ostatnim. Dzięki temu m.in. twój film jest taki smakowity. Że nie wspomnę o rarytasach, do których docierają najuważniejsi i najbardziej obeznani z gatunkiem westernu, jak np. dialog starego corbucciowskiego Django (Franco Nero), z tarantinowskim - Jamie Foxxem: "jak ci na imię" pyta ten pierwszy. "Django" - odpowiada drugi, dodając, "d - nieme", a tamten kiwa głową z ojcowską wyrozumaiłością - "wiem".
A już w scenie ataku zakapturzonej bandy rednecków na niemieckiego stomatologa i wyzwolonego przez niego czarnego Django, pobiłeś mistrzostwo świata w darciu łacha z rodaków. Będą w stanie ci to podarować? Albo to, że pozwoliłeś czarnemu wejść na salony białych? Ale, co za głupie pytanie, toż oni sami wpuścili go na kolejne 4 lata.
Nie jestem też pewna, czy rodacy wybaczą ci monsieur Calvina Candiego, francuzikowatego plantatora, jednego z większych na Południu Stanów. Uderzasz zdaje się w najczulsze struny amerykańskich kompleksów. Prostak, morderca i sadysta w stroju, i z manierami, dandysa.
Podobało mi się, jak zgrabnie i znienacka przeszedłeś do wyjawienia jednej z ważniejszych prawd o ludziach, że gubi ich własna głupota - finał aktu sprzedaży Broomhildy. Mogłabym jeszcze długo wymieniać najlepsze sceny, wystrzałowe pomysły, póki co przytoczę choć kilka ulubionych:
- pojazd doktora Schultza ze sprężynującym zębem na dachu, który znalazł się tam nie bez powodu
- niebieski kostium lokaja, w jaki przebierasz Django po czym sadzasz go w nim na koniu. Boskie.
- krzewy bawełny, symbol niewolnictwa czarnych, zbryzgane krwią ich pana. Bardzo malownicze.
- o ataku bandy zakapturzonych ćwoków na Niemca i Django już wspominałam
- postać Stephena jako żywo przypomina kapo w obozach koncentracyjnych - może trochę za ostre porównanie, ale tak jakoś w powiązania Landy z "Bękartów ..." i Schultza jednym aktorem, w dodatku pochodzenia austriackiego, samo mi się ono nasuwa :). Przy okazji - składam ukłon do samej ziemi przed Samuelem L. Jacksonem za kreację, jedną z najlepszych życia. Świetny aktor, już nieraz dał temu dowód. Ostatnio mogłam się przekonać podczas "Sunset Limited".
- ale, jeśli powiem, że Samuel L. Jackson wszedł tu na najwyższy szczyt, grając uniżonego sługę białego i bezwzględnego pogromcę czarnych to zaraz widzę twarz, z tym fałszywym uśmieszkiem, jego pana, Leonarda DiCaprio, wygrażającego mi zakrwawioną pięścią. Myślę, że monolog Calvina Candiego, niczym Hamleta, nad czaszką starego niewolnika powalił najtwardszych sceptyków jego talentu na kolana. A ja się pytam, kiedy wreszcie ta zardzewiała Akademia Filmowa uhonoruje jego osiągnięcia aktorskie, wtedy gdy będzie miał 80 lat? Naprawdę, wierz mi, nie mogę, wyróżnić w "Django" tylko jednego aktora. Bo co, Christoph Waltz to pies? A złotousty diabeł czyli Django czyli Jamie Foxx? Toż to sam seks. Prezentuje się i gra nadzwyczajnie. Potrafi nie tylko wzruszyć gorącą miłością do swej żony, ale także, gdy trzeba, przerazić bezwzględnością w dążeniu do celu. Scena rozszarpania jednego z wojowników mandingo przez psy - jedna z najlepszych. .
- ksywa "Księżycowa noc" - kto film widział, ten wie o kogo chodzi :)
- pokojówka Candiego w w falbankowej miniówie i z wielką kokardą we włosach witająca łowców głów francuskim bonsoir i dygająca jak uczennica
- i na końcu podliżę ci się - ale dałeś popis talentu aktorskiego w jednej z finałowych scen! Z filmu na film dojrzewasz jako aktor. No i sporą wyrwę zostawiłeś po sobie w ziemi - nie da się ukryć - lata lecą! Ale te trochę ciałka więcej dodaje ci tylko dojrzałości, spokojnie.:)
A teraz podziękowania. Dwa. Najpierw za Dona Johnsona i jego Wielkiego Tatkę. Ciągle przystojna bestia z niego. A przede wszystkim - dziękuję ci za fenomenalną, szaloną ścieżkę dźwiękową. Jestem od niej uzależniona, a szczególnie od piosenki zamykającej film, z westernu „Lo chiamavano Trinità" (Jego imię Trinity), wyśpiewanej przez niejakiego Annibalda. Podniecający głęboki głos, świetna, typowo westernowa aranżacja - cudo, cudo, nie potrzebuję żadnego narkotyku, żeby odjechać w siną dal. Wystarczy, że puszczę sobie ten utwór. Gdy zaczynałam, miał około 3000, a może 30 000? - (wiesz, że nie mam głowy do liczb), odtworzeń. Obecnie ma blisko 200 tysięcy.
No i jeszcze jedno - słyszał ktoś rap w westernie? Rewelacyjny pomysł, żeby wpleść go do tego właśnie filmu, do sceny rozprawy Django z białymi. Nie ma się co oburzać, zwracam się do tych, którzy kręcą nosem na takie połączenie. Faktem jest, że to właśnie potomkowie takich Afroamerykanów jak dzielny Django go stworzyli. Najpierw był blues, (którego elementy też słychać w filmie) wywodzący się z bawełnianych plantacji, jako pieśni rozpaczy, smutku, ale i pocieszenia, później przyszedł czas na pieśni buntu i walki. Normalna kolej rzeczy. Gratuluję odwagi. Także w założeniu na nos Django okularów przeciwsłonecznych. Zabrakło tylko złotego łańcucha na jego piersiach. :) Żartuję.
Oczywiście, Quentinie, robisz sobie jaja, ale nie robisz z nich wydmuszek. Przy całej tej pastiszowej konwencji z nastawieniem na dobrą zabawę, wyczuwa się jednak - co wielu twoim miłośnikom może się nie podobać, antyrasistowskie tony i hołd jaki składasz, nie tylko gatunkowi westernu, ale także wielu tysiącom czarnych niewolników, którzy zginęli niewinnie, za kolor skóry, wcześniej poniżani, zamęczani, wyłącznie z powodu chciwości, próżności i głupoty białego człowieka, i wyczuwa się pewną przestrogę - wszystko się kiedyś kończy, także dominacja jednych nad drugimi.
Gratuluję wielkiego i zasłużonego sukcesu.
A teraz, odsłucham po raz któryś "Django Unchained Ending Song - Trinity".
PS
Acha, gdy będziesz mi dziękował za list, to napisz, kim jest ta tajemnicza, intrygująca i groźna dziewczyna z bandy Candiego z bandanką na twarzy.
Gdybyś chciał kiedyś zarobić na reklamie, mógłbyś zając się agencjami aktorskimi, wystarczyłoby tylko, żebyś się pojawił na chwilę na ekranie i rzekł dwa słowa - "dobry wybór". Masz nosa do aktorów, widać także, że i ogromne serce, czym ci się odwdzięczają na ekranie. Jak oni grają! Wszystko jedno na jakim planie, pierwszym, drugim, trzecim czy ostatnim. Dzięki temu m.in. twój film jest taki smakowity. Że nie wspomnę o rarytasach, do których docierają najuważniejsi i najbardziej obeznani z gatunkiem westernu, jak np. dialog starego corbucciowskiego Django (Franco Nero), z tarantinowskim - Jamie Foxxem: "jak ci na imię" pyta ten pierwszy. "Django" - odpowiada drugi, dodając, "d - nieme", a tamten kiwa głową z ojcowską wyrozumaiłością - "wiem".
A już w scenie ataku zakapturzonej bandy rednecków na niemieckiego stomatologa i wyzwolonego przez niego czarnego Django, pobiłeś mistrzostwo świata w darciu łacha z rodaków. Będą w stanie ci to podarować? Albo to, że pozwoliłeś czarnemu wejść na salony białych? Ale, co za głupie pytanie, toż oni sami wpuścili go na kolejne 4 lata.
Nie jestem też pewna, czy rodacy wybaczą ci monsieur Calvina Candiego, francuzikowatego plantatora, jednego z większych na Południu Stanów. Uderzasz zdaje się w najczulsze struny amerykańskich kompleksów. Prostak, morderca i sadysta w stroju, i z manierami, dandysa.
Podobało mi się, jak zgrabnie i znienacka przeszedłeś do wyjawienia jednej z ważniejszych prawd o ludziach, że gubi ich własna głupota - finał aktu sprzedaży Broomhildy. Mogłabym jeszcze długo wymieniać najlepsze sceny, wystrzałowe pomysły, póki co przytoczę choć kilka ulubionych:
- pojazd doktora Schultza ze sprężynującym zębem na dachu, który znalazł się tam nie bez powodu
- niebieski kostium lokaja, w jaki przebierasz Django po czym sadzasz go w nim na koniu. Boskie.
- krzewy bawełny, symbol niewolnictwa czarnych, zbryzgane krwią ich pana. Bardzo malownicze.
- o ataku bandy zakapturzonych ćwoków na Niemca i Django już wspominałam
- postać Stephena jako żywo przypomina kapo w obozach koncentracyjnych - może trochę za ostre porównanie, ale tak jakoś w powiązania Landy z "Bękartów ..." i Schultza jednym aktorem, w dodatku pochodzenia austriackiego, samo mi się ono nasuwa :). Przy okazji - składam ukłon do samej ziemi przed Samuelem L. Jacksonem za kreację, jedną z najlepszych życia. Świetny aktor, już nieraz dał temu dowód. Ostatnio mogłam się przekonać podczas "Sunset Limited".
- ale, jeśli powiem, że Samuel L. Jackson wszedł tu na najwyższy szczyt, grając uniżonego sługę białego i bezwzględnego pogromcę czarnych to zaraz widzę twarz, z tym fałszywym uśmieszkiem, jego pana, Leonarda DiCaprio, wygrażającego mi zakrwawioną pięścią. Myślę, że monolog Calvina Candiego, niczym Hamleta, nad czaszką starego niewolnika powalił najtwardszych sceptyków jego talentu na kolana. A ja się pytam, kiedy wreszcie ta zardzewiała Akademia Filmowa uhonoruje jego osiągnięcia aktorskie, wtedy gdy będzie miał 80 lat? Naprawdę, wierz mi, nie mogę, wyróżnić w "Django" tylko jednego aktora. Bo co, Christoph Waltz to pies? A złotousty diabeł czyli Django czyli Jamie Foxx? Toż to sam seks. Prezentuje się i gra nadzwyczajnie. Potrafi nie tylko wzruszyć gorącą miłością do swej żony, ale także, gdy trzeba, przerazić bezwzględnością w dążeniu do celu. Scena rozszarpania jednego z wojowników mandingo przez psy - jedna z najlepszych. .
- ksywa "Księżycowa noc" - kto film widział, ten wie o kogo chodzi :)
- pokojówka Candiego w w falbankowej miniówie i z wielką kokardą we włosach witająca łowców głów francuskim bonsoir i dygająca jak uczennica
- i na końcu podliżę ci się - ale dałeś popis talentu aktorskiego w jednej z finałowych scen! Z filmu na film dojrzewasz jako aktor. No i sporą wyrwę zostawiłeś po sobie w ziemi - nie da się ukryć - lata lecą! Ale te trochę ciałka więcej dodaje ci tylko dojrzałości, spokojnie.:)
A teraz podziękowania. Dwa. Najpierw za Dona Johnsona i jego Wielkiego Tatkę. Ciągle przystojna bestia z niego. A przede wszystkim - dziękuję ci za fenomenalną, szaloną ścieżkę dźwiękową. Jestem od niej uzależniona, a szczególnie od piosenki zamykającej film, z westernu „Lo chiamavano Trinità" (Jego imię Trinity), wyśpiewanej przez niejakiego Annibalda. Podniecający głęboki głos, świetna, typowo westernowa aranżacja - cudo, cudo, nie potrzebuję żadnego narkotyku, żeby odjechać w siną dal. Wystarczy, że puszczę sobie ten utwór. Gdy zaczynałam, miał około 3000, a może 30 000? - (wiesz, że nie mam głowy do liczb), odtworzeń. Obecnie ma blisko 200 tysięcy.
No i jeszcze jedno - słyszał ktoś rap w westernie? Rewelacyjny pomysł, żeby wpleść go do tego właśnie filmu, do sceny rozprawy Django z białymi. Nie ma się co oburzać, zwracam się do tych, którzy kręcą nosem na takie połączenie. Faktem jest, że to właśnie potomkowie takich Afroamerykanów jak dzielny Django go stworzyli. Najpierw był blues, (którego elementy też słychać w filmie) wywodzący się z bawełnianych plantacji, jako pieśni rozpaczy, smutku, ale i pocieszenia, później przyszedł czas na pieśni buntu i walki. Normalna kolej rzeczy. Gratuluję odwagi. Także w założeniu na nos Django okularów przeciwsłonecznych. Zabrakło tylko złotego łańcucha na jego piersiach. :) Żartuję.
Oczywiście, Quentinie, robisz sobie jaja, ale nie robisz z nich wydmuszek. Przy całej tej pastiszowej konwencji z nastawieniem na dobrą zabawę, wyczuwa się jednak - co wielu twoim miłośnikom może się nie podobać, antyrasistowskie tony i hołd jaki składasz, nie tylko gatunkowi westernu, ale także wielu tysiącom czarnych niewolników, którzy zginęli niewinnie, za kolor skóry, wcześniej poniżani, zamęczani, wyłącznie z powodu chciwości, próżności i głupoty białego człowieka, i wyczuwa się pewną przestrogę - wszystko się kiedyś kończy, także dominacja jednych nad drugimi.
Gratuluję wielkiego i zasłużonego sukcesu.
A teraz, odsłucham po raz któryś "Django Unchained Ending Song - Trinity".
PS
Acha, gdy będziesz mi dziękował za list, to napisz, kim jest ta tajemnicza, intrygująca i groźna dziewczyna z bandy Candiego z bandanką na twarzy.
środa, 6 lutego 2013
Láska nebeská - napisał Mariusz Szczygieł
Oto cztery z dziesięciu przykazań Dekalogu Aktora, stworzonego przez znanego w Czechach i Austrii Jarę Cimrmana. Więcej o tej zacnej osobie dowiecie się, gdy sięgniecie po książkę autorstwa Mariusza Szczygła.
1. Pamiętaj, że na scenie nazywasz się inaczej niż w życiu. Dobrze jest znać imiona pozostałych postaci.
2. Emocje wyrażaj raczej tyłem do publiczności. I śmiech, i płacz najlepiej wyrazisz ruchem ramion.
3. Za przedmioty rzucane na scenę nie dziękuj.
4. Przy podpowiedziach suflera nie powtarzaj wszystkich zdań, niektóre są dla twoich kolegów.
Przyjemnej lektury, tym bardziej, że jest w dużej części zbiorem luźnych felietonów inspirowanych adaptacjami filmowymi znanych utworów literackich naszych południowych sąsiadów.
1. Pamiętaj, że na scenie nazywasz się inaczej niż w życiu. Dobrze jest znać imiona pozostałych postaci.
2. Emocje wyrażaj raczej tyłem do publiczności. I śmiech, i płacz najlepiej wyrazisz ruchem ramion.
3. Za przedmioty rzucane na scenę nie dziękuj.
4. Przy podpowiedziach suflera nie powtarzaj wszystkich zdań, niektóre są dla twoich kolegów.
Przyjemnej lektury, tym bardziej, że jest w dużej części zbiorem luźnych felietonów inspirowanych adaptacjami filmowymi znanych utworów literackich naszych południowych sąsiadów.
wtorek, 29 stycznia 2013
Mój nauczyciel - reż. Bohdan Sláma
Środkowoeuopejski przyczynek do światowego nurtu filmów LGBT. Młody nauczyciel biologii przenosi się z praskiego liceum do wiejskiej szkoły podstawowej. Odkrył u siebie homoseksualne skłonności, myśli więc, że na głebokiej prowincji będzie miał mniej pokus, a tym samym uda mu się je ukryć. Nie chce przypadkowych przygód, związków, marzy o prawdziwej miłości i wierzy, że tylko ona może być jego spełnieniem. Ale jak to w życiu bywa, ludzie są wszędzie, nie tylko Pradze, a krew nie woda.
Jeśli ktoś lubi czeskie kino, a nie przepada za gejowskimi wątkami, to i tak polecam mu „Mojego nauczyciela”. Bo tak naprawdę jest to film o samotności i odwadze. W sensie – wyjście z samotności, miłość, przyjaźń wymaga odwagi. Bo jeśli nie zdobędziesz się na nią świadomie i odpowiednio wcześnie, może dopaść cię desperacja. Nie można zamykać się w skorupie jak ślimak (nie bez powodu klamrą spinającą film jest wykład o tych mieszkańcach muszli, która i tak nie chroni przed urazami).
Gdyby nie pewne odważne, acz ryzykowne przedsięwzięcie, nauczyciela, które początkowo przyniosło mu zasłużenie wiele zgryzoty, wstydu, a wdowie, z która się zaprzyjaźnił, i jej synowi stresu, kobieta ta do końca życia tkwiła by w przekonaniu, że jest stara i nieatrakcyjna, jej syn Lasta pewnie by tak szybko nie dojrzał, a nauczyciel nie znalazłby swego miejsca na ziemi, przynajmniej na jakiś czas. Naturalną rzeczą jest zbłądzić, najtrudniej trafić na ludzką wielkoduszność, która wyprowadzi zbłąkanego na prostą.
Kocham czeskie kino, nawet z jego wadami. Za jego prostotę i ciepło, sympatię do każdego człowieka. Po każdym seansie mam wręcz ochotę przytulić się do ekranu. :)
Jeśli ktoś lubi czeskie kino, a nie przepada za gejowskimi wątkami, to i tak polecam mu „Mojego nauczyciela”. Bo tak naprawdę jest to film o samotności i odwadze. W sensie – wyjście z samotności, miłość, przyjaźń wymaga odwagi. Bo jeśli nie zdobędziesz się na nią świadomie i odpowiednio wcześnie, może dopaść cię desperacja. Nie można zamykać się w skorupie jak ślimak (nie bez powodu klamrą spinającą film jest wykład o tych mieszkańcach muszli, która i tak nie chroni przed urazami).
Gdyby nie pewne odważne, acz ryzykowne przedsięwzięcie, nauczyciela, które początkowo przyniosło mu zasłużenie wiele zgryzoty, wstydu, a wdowie, z która się zaprzyjaźnił, i jej synowi stresu, kobieta ta do końca życia tkwiła by w przekonaniu, że jest stara i nieatrakcyjna, jej syn Lasta pewnie by tak szybko nie dojrzał, a nauczyciel nie znalazłby swego miejsca na ziemi, przynajmniej na jakiś czas. Naturalną rzeczą jest zbłądzić, najtrudniej trafić na ludzką wielkoduszność, która wyprowadzi zbłąkanego na prostą.
Kocham czeskie kino, nawet z jego wadami. Za jego prostotę i ciepło, sympatię do każdego człowieka. Po każdym seansie mam wręcz ochotę przytulić się do ekranu. :)
środa, 16 stycznia 2013
God Bless America - reż. Bobcat Goldhwait
Aż chciałoby się zawołać po napisach końcowych: Ameryko miej się na baczności! To nie Al Kaidy masz się obawiać, bój się sama siebie. Stan psychiczny twoich obywateli przy jednoczesnym niczym nieskrępowanym dostępie do broni, z którego tak jesteś dumna, jest prawdziwym zagrożeniem dla Twoich obywateli.
Ogłupiające media, przefiltrwane odpowiednio wiadomości z kraju i ze świata, programy typu" konkurs na gwiazdę Ameryki w czymś", wszelkie tokszoły, promujące różnego gatunku prymitywy, albo ludzi opóźnionych w rozwoju itp. Normalność i prawdziwe talenty już się znudziły – ludziom nie zależy na jakiejkolwiek refleksji, ale na bezmyślnym śmiechu. Chodzi o to, żeby się za przeproszeniem nażreć i porechotać (Multikina się kłaniają). Wszystko zwala się na przemęczenie i codzienną bieganinę, a rzecz w tym, że społeczeństwo staje się coraz bardziej konsumpcyjne, a przy tym leniwe i gnuśne. Tak więc wychodząc na wprost tym niewygórowanym wymaganiom narodu, Ameryko, 24 godziny na dobę płynie z twoich mediów rzeka chamstwa, głupoty, prostactwa. Na okrągło, cała dobę stacje radiowo-telewizyjne prześcigają się w zaskakiwaniu widza tanią prowokacją, niewybrednym dowcipem, godną pożałowania obsceną. Twórcy mediów i ich najemnicy nie są głupi, zdają sobie sprawą, jakie społeczeństwo wychowują, schlebiając jego najniższym instynktom, ale skoro to daje im wielkie pieniądze, mają to w nosie i nie przejmują się konsekwencjami swej destrukcyjnej działalności.
Narastająca z wielu powodów frustracja, ogłupiająca rzeczywistość, negacja wszelkich wartości, może sprawić, że któregoś dnia jakiś zdołowany gość, któremu jest już wszystko jedno, bo na przykład, tak jak Frank (Joel Murray): jest rozwiedziony, kilkuletnia córka – wzorcowa wychowanka konsumpcyjnego społeczeństwa nie chce go znać, koleżanka z pracy, której kupił kwiaty oskarża go o molestowanie, co skutkuje jego zwolnieniem , w końcu dowiaduje się, ze ma raka mózgu - a może to być szereg zupełnie innych przyczyn (patrz ostatni masowi zabójcy dzieci na terenie szkół) - nagle sięgnie po swego gnata, opatulonego w białą flanelkę, schowanego na czarną godzinę w pudle na szafie i zacznie strzelać. Do kogo popadnie. Albo tak jak Frank, wg wybranego schematu, uzurpując sobie prawo do jakiejś misji, np. wyeliminowania jednostek łamiących podstawowe prawa współżycia społecznego, albo po prostu do głupców, którzy działają mu na nerwy. Owszem, zwolennicy dostępu do broni powiedzą, że skoro mu tak źle, ma przecież jeszcze jedną możliwość – strzelenia sobie w swój własny łeb. Owszem, i Frank bierze taką opcję pod uwagę, ale przecież…. skoro jest mu wszystko jedno, skoro ma umrzeć, to czemuż by przy okazji nie sprzątnąć z tego świat kilkoro debili. :)
""God Bless America" ogląda się bardzo dobrze, ma akcję, tempo, zdecydowane, wyraziste postaci, balansuje na granicy dramatu, kryminału, czarnej komedii i groteski. Warto słuchać uważnie ciętych i krytycznych tekstów, płynących z ust Franka, dostarczają wielu niezłych obserwacji na temat obyczajowości Ameryki. Dla urozmaicenia fabuły, do ciapowatego nieco Franka dołącza Roxi, brawurowo zagrana przez Tarę Lynne Barr – przebiegła nastolatka - buntowniczka, uciekinierka z nudnego domu rodzinnego i tak samo jak Frank nienawidząca zalewającą Amerykę bezduszność, tandetę i głupotę.
Jest moment, kiedy ta dwójka przyjaciół stylizuje się na przemierzających Amerykę Bonnie i Clyde. Ale jeśli ktoś myśli, że połączy ich coś więcej niż przyjaźń, to jest w błędzie. Frank trzyma fason i nie przekracza pewnych granic, a nawet wygłasza tyradę potępiającą Nabokova i Allena (mojego Allena!), jako tych, którzy stworzyli lolitkowe standardy w życiu społecznym (na szczęście reżyser i scenarzysta Bobcat Goldtwaiht, oszczędził Romana Polańskiego w tym względzie). :)
Film z przymrużeniem oka, o mścicielu, jakim każdy w swoim życiu chciałby choć raz być, wymierzającym sprawiedliwość nie tylko bezmyślnym zadufanym egoistycznym głupkom jakich spotykamy na swojej drodze, ale i tym, którzy świadomie tych głupców kształtują po czym wykorzystują, ciągnąc z ich kieszeni kasę.
"God Bless America" - i spraw niech się zastanowi, kto jej naprawdę zagraża, czy wspomniana już Al Kaida i islam, czy chrześcijańskie media na usługach chrześcijańskich polityków, dbające by naród był jak najbardziej ogłupiały, bo takim się najłatwiej rządzi i straszy, namawiając do kupowania broni i kolejnych wypraw na wojnę w obronie amerykańskiej "wolności".
Oczywiście, świat ogłupiających mediów to domena nie tylko Ameryki (choć pewnie tam doszło już to do granic absurdu). Ludzie węszący zysk z gnuśności i lenistwa społeczeństw i tym samym je promujące spotyka się wszędzie. I do nas dotarły już dawno (od zgniłego Zachodu,rzecz jasna) wszelkie tokszoły, bigbrazery, promujące jednostki poniżej poziomu przyzwoitości. Takie "Rozmowy w toku" Ewy Drzyzgi – kiedyś rewelacyjna audycja, obnażająca wiele anomalii społecznych, jak np. molestowanie w rodzinie, teraz zeszła kompletnie na psy. Co prawda nie dochodzi jeszcze do mordobicia stron przed kamerami ku uciesze zgromadzonej gawiedzi, ale poczekajmy chwilę. Albo inna sprawa – spraszanie na rozmowy politycznych celebrytów, typu Richard Henry Tscharnetzky, Danuta Kempa, czy Marzena Wróbel – oni nie są od poszerzania horyzontów widza, oni są po to by siać ferment, bo od niego rosną słupki oglądalności. A że ludzie wokół nienawidzą się coraz bardziej, ok.! I o to chodzi! Będą więcej siedzieć w domu i oglądać durne programy!
Ogłupiające media, przefiltrwane odpowiednio wiadomości z kraju i ze świata, programy typu" konkurs na gwiazdę Ameryki w czymś", wszelkie tokszoły, promujące różnego gatunku prymitywy, albo ludzi opóźnionych w rozwoju itp. Normalność i prawdziwe talenty już się znudziły – ludziom nie zależy na jakiejkolwiek refleksji, ale na bezmyślnym śmiechu. Chodzi o to, żeby się za przeproszeniem nażreć i porechotać (Multikina się kłaniają). Wszystko zwala się na przemęczenie i codzienną bieganinę, a rzecz w tym, że społeczeństwo staje się coraz bardziej konsumpcyjne, a przy tym leniwe i gnuśne. Tak więc wychodząc na wprost tym niewygórowanym wymaganiom narodu, Ameryko, 24 godziny na dobę płynie z twoich mediów rzeka chamstwa, głupoty, prostactwa. Na okrągło, cała dobę stacje radiowo-telewizyjne prześcigają się w zaskakiwaniu widza tanią prowokacją, niewybrednym dowcipem, godną pożałowania obsceną. Twórcy mediów i ich najemnicy nie są głupi, zdają sobie sprawą, jakie społeczeństwo wychowują, schlebiając jego najniższym instynktom, ale skoro to daje im wielkie pieniądze, mają to w nosie i nie przejmują się konsekwencjami swej destrukcyjnej działalności.
Narastająca z wielu powodów frustracja, ogłupiająca rzeczywistość, negacja wszelkich wartości, może sprawić, że któregoś dnia jakiś zdołowany gość, któremu jest już wszystko jedno, bo na przykład, tak jak Frank (Joel Murray): jest rozwiedziony, kilkuletnia córka – wzorcowa wychowanka konsumpcyjnego społeczeństwa nie chce go znać, koleżanka z pracy, której kupił kwiaty oskarża go o molestowanie, co skutkuje jego zwolnieniem , w końcu dowiaduje się, ze ma raka mózgu - a może to być szereg zupełnie innych przyczyn (patrz ostatni masowi zabójcy dzieci na terenie szkół) - nagle sięgnie po swego gnata, opatulonego w białą flanelkę, schowanego na czarną godzinę w pudle na szafie i zacznie strzelać. Do kogo popadnie. Albo tak jak Frank, wg wybranego schematu, uzurpując sobie prawo do jakiejś misji, np. wyeliminowania jednostek łamiących podstawowe prawa współżycia społecznego, albo po prostu do głupców, którzy działają mu na nerwy. Owszem, zwolennicy dostępu do broni powiedzą, że skoro mu tak źle, ma przecież jeszcze jedną możliwość – strzelenia sobie w swój własny łeb. Owszem, i Frank bierze taką opcję pod uwagę, ale przecież…. skoro jest mu wszystko jedno, skoro ma umrzeć, to czemuż by przy okazji nie sprzątnąć z tego świat kilkoro debili. :)
""God Bless America" ogląda się bardzo dobrze, ma akcję, tempo, zdecydowane, wyraziste postaci, balansuje na granicy dramatu, kryminału, czarnej komedii i groteski. Warto słuchać uważnie ciętych i krytycznych tekstów, płynących z ust Franka, dostarczają wielu niezłych obserwacji na temat obyczajowości Ameryki. Dla urozmaicenia fabuły, do ciapowatego nieco Franka dołącza Roxi, brawurowo zagrana przez Tarę Lynne Barr – przebiegła nastolatka - buntowniczka, uciekinierka z nudnego domu rodzinnego i tak samo jak Frank nienawidząca zalewającą Amerykę bezduszność, tandetę i głupotę.
Jest moment, kiedy ta dwójka przyjaciół stylizuje się na przemierzających Amerykę Bonnie i Clyde. Ale jeśli ktoś myśli, że połączy ich coś więcej niż przyjaźń, to jest w błędzie. Frank trzyma fason i nie przekracza pewnych granic, a nawet wygłasza tyradę potępiającą Nabokova i Allena (mojego Allena!), jako tych, którzy stworzyli lolitkowe standardy w życiu społecznym (na szczęście reżyser i scenarzysta Bobcat Goldtwaiht, oszczędził Romana Polańskiego w tym względzie). :)
Film z przymrużeniem oka, o mścicielu, jakim każdy w swoim życiu chciałby choć raz być, wymierzającym sprawiedliwość nie tylko bezmyślnym zadufanym egoistycznym głupkom jakich spotykamy na swojej drodze, ale i tym, którzy świadomie tych głupców kształtują po czym wykorzystują, ciągnąc z ich kieszeni kasę.
"God Bless America" - i spraw niech się zastanowi, kto jej naprawdę zagraża, czy wspomniana już Al Kaida i islam, czy chrześcijańskie media na usługach chrześcijańskich polityków, dbające by naród był jak najbardziej ogłupiały, bo takim się najłatwiej rządzi i straszy, namawiając do kupowania broni i kolejnych wypraw na wojnę w obronie amerykańskiej "wolności".
Oczywiście, świat ogłupiających mediów to domena nie tylko Ameryki (choć pewnie tam doszło już to do granic absurdu). Ludzie węszący zysk z gnuśności i lenistwa społeczeństw i tym samym je promujące spotyka się wszędzie. I do nas dotarły już dawno (od zgniłego Zachodu,rzecz jasna) wszelkie tokszoły, bigbrazery, promujące jednostki poniżej poziomu przyzwoitości. Takie "Rozmowy w toku" Ewy Drzyzgi – kiedyś rewelacyjna audycja, obnażająca wiele anomalii społecznych, jak np. molestowanie w rodzinie, teraz zeszła kompletnie na psy. Co prawda nie dochodzi jeszcze do mordobicia stron przed kamerami ku uciesze zgromadzonej gawiedzi, ale poczekajmy chwilę. Albo inna sprawa – spraszanie na rozmowy politycznych celebrytów, typu Richard Henry Tscharnetzky, Danuta Kempa, czy Marzena Wróbel – oni nie są od poszerzania horyzontów widza, oni są po to by siać ferment, bo od niego rosną słupki oglądalności. A że ludzie wokół nienawidzą się coraz bardziej, ok.! I o to chodzi! Będą więcej siedzieć w domu i oglądać durne programy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






