poniedziałek, 29 stycznia 2007

"Jazda" po czesku

"Głównymi drogami jeżdżą policjanci i bandyci, my jedziemy bocznymi". Oto motto Franty i Radka, którzy nabyli w komisie extra zachodni wóz na francuskiej rejestracji, bez ważnych „papierów”, przerobili go na kabriolet i postanowili sobie zafundować extra przygodę jadąc prosto przed siebie - do granicy i z powrotem. Byle zawsze inną drogą i bez kontaktów z policją (te dokumenty!). Kontakty z dziewczynami, owszem, wzięli pod uwagę, byle były ładne. Wymarzony scenariusz na spędzenie kawałka życia i... na film drogi.

Podróż jakoś się spełnia, chłopaki nawet z wdzięczności postanawiają zrobić dobry uczynek i podwożą babcię z grabiami wracającą z łąki do domu. Co prawda tylko 10 metrów, ale kto by na to zwracał uwagę. Los wynagradza im ich dobre serce i za ileś tam kilometrów spotykają na leśnej drodze piękną dziewczynę – Annę. Anna jest bardzo smutna, tajemnicza, wydaje się być czymś zdruzgotana – przyjmuje propozycję pomocy ze strony tych miłych chłopaków. Zaczyna się robić ciekawie, tym bardziej, że jak się okazuje, jest dziewczyną bez majtek. Tylko sobie nie myślcie, że jest to jakaś głupawa komedia w amerykańskim stylu. O nie! Czesi trzymają fason i poziom! Tym bardziej, że reżyserem „Jazdy” jest Jan Sverak ( od „Koli” i „Ciemnoniebieskiego świata”, że przytoczę te dwa najbardziej znane tytuły), a ten nie robi filmów na wiatr.

"Jazda" jest niesamowita, ma taki urok i świeżość – może dlatego, że wydaje się, przynajmniej na początku taka beztroska, szalona, niewinna. Trójka bohaterów, niczym dzieci, cieszy się wolnością, życiem, odgrywając po drodze różne gagi ze scenariuszy filmowych – niczym w Thelmie i Luisie, czy Bonnie i Clyde „napadają” na kasę sklepową, albo w jednorazowych foliowych rękawiczkach, zamaskowani nakryciami głowy wkradają się do opustałoszałej willi, etc.
Poza tym zwiedzają co ciekawsze zabytki mijanych miejscowości, łażą po lesie, ganiają po polach, etc. Jednym słowem – zabawa przednia. Gdyby tylko nie ten facet w luksusowej limuzynie, który ich ściga, bo dziewczyna jest jego własnością. Gdyby nie rodzące się z czasem napięcie między podróżującą trójką – wszak Anna jest bardzo ładna, na dodatek bardzo dziwna. Zaczynają się różne damsko-męskie gierki i podchody, tym bardziej, że nie wszystko w tej materii zaczyna się zgadzać i w czasie i między zainteresowanymi podmiotami. I tak jakoś niepostrzeżenie ta beztroska podróż stopniowo staje się poważnym sprawdzianem postawy każdego z bohaterów wobec ich dotychczasowego życia i siebie samych. Z jaką oceną, z jaką opinią na swój temat wyjdą z tej konfrontacji – zobaczcie sami.

Film powstał 12 lat temu. Niestety, nie wiem dlaczego tak późno pojawił się w Polsce. Mnie udało się go złapać na kanale TVP Kultura. W każdym razie możemy zazdrościć Czechom Jana Sveraka. Wraz z trójką, podejrzewam, przyjaciół, bez udziału wielkich nakładów, zrobił bardzo orzeźwiający, choć oparty na starym schemacie, film. Zadbano w nim i o dobry scenariusz i o ładne, ciekawe zdjęcia, niebanalną obsadę i oprawę muzyczną – zespół Buty i Radek Psternak (bardzo pogodne świetne utworki), który również gra postać Radka.

Oczywiście, nie jest to film na miarę oskarowego „Koli”. Ale uważam, że w swojej kategorii, aż tak bardzo mu nie ustępuje. Podoba mi się, że Sverak bawi nas z morałem, w sposób jaki lubię – tak jak byśmy pili dobrą kawę z likierem, którego zapomniano do końca wymieszać i jego smak odkrywamy dopiero z ostatnim łykiem.

Grbavica

Czyli kolejne wspomnienie wojny bałkańskiej. Aż nie do wiary, gdy się pomyśli, że tak niedaleko, w miejscach, które wielu z nas zna z letnich wojaży. Wojna jedna z okrutniejszych, rozpętana przez polityków, którzy po śmierci Tito dorwali się do władzy i której to władzy było im ciągle za mało. Rozniecona przez podżeganie do nienawiści narodów, które lata całe żyły obok siebie w zgodzie.
Film zupełnie inny od obrazów wojny jakie już znamy w wydaniu E. Kusturicy. Czytałam wywiad z Jasmilą Żbanić (przepraszam, za nieprawidłową pisownię, ale nie umiem znaleźć tych potrzebnych "ptaszków"), która o tym reżyserze wyraża się wręcz pogardliwie, uważając go za zdrajcę, który z Bośniaka przefarbował się na Serba, a jego filmy wojenne (Underground np.) są dowodem, że nie przekroczył w rozwoju etapu dziecięcego. A za chwilę w wywiadzie ma żal, do Serbów, że uważają Mirjanę Karanovic za zdrajczynię, bo zagrała pokrzywdzoną przez Serbów Bośniaczkę. Trochę mało konsekwencji w jej wypowiedzi - przed chwila sama użyła tego słowa wobec Kusturicy. Bronię go trochę, bo jego filmy, mimo pozornego rozbuhania, skocznych melodii, humoru, groteski, niosą spory ładunek tragizmu wojny. Można przecież i na taki sposób, śmiech przez łzy, postrzegać los, na którego bieg nie ma się wpływu.

Ale do rzeczy. Tak się zastanawiam, jak odebrałabym „Grbavicę”, gdybym nie wiedziała wcześniej, o czym traktuje. Czy rozumiałabym zachowanie Esmy, której w zatłoczonym autobusie robiło się niedobrze, na bliski widok owłosionego męskiego torsu, albo – czy rozumiałabym jej panikę pomieszaną ze wstrętem, gdy w lokalu, gdzie pracowała, była świadkiem obleśnych pocałunków pijanego gościa, składanych na polanym piwem biuście jej koleżanki? Czy finałowa ostra rozmowa z córką, której tłumaczy kto ją spłodził, zrobiłaby na mnie jeszcze większe wrażenie? I tak zrobiła, ale może zamiast wrażenia, byłby wstrząs? Trudno mi to osądzić. Prawdopodobnie tak. Reżyserka twierdzi, że zalecała, by nie zdradzano w recenzjach genezy losów głównej bohaterki. Ale chyba sama nie wierzyła, że uda się tego uniknąć. Może i dobrze. Bo wątpię, żeby ludzie z Zachodu pojęli, na podstawie tylko filmu, tak bez przygotowania o co chodzi. Że chodzi o prywatne burdele, jakie sobie organizowali żołnierze, gdzie oprócz przyjemności cielesnych czerpali satysfakcje z zapładniania kobiet wrogim nasieniem, tudzież porodu tzw. bękartów. Ileż pieczeni zgotowano na tym piekielnym ogniu – pamiętać też trzeba o hańbie, jaką taka zgwałcona kobieta przynosiła rodzinie, w tym mężowi. Wątpię, czy przeciętny zachodni widz posiada przygotowanie, by tak z marszu, bez czytania genezy scenariusza, przeżyć i zrozumieć ten film. Chyba zbyt oględnie i zbyt subtelnie ujęto ten temat. Pamiętam „Życie ukryte w słowach”, tam pojawia się podobny wątek, pielęgniarka okazuje się być ofiarą podobnych zbrodni. Oszczędza nam się ich widoku, słyszymy jedynie opowieść, ale to już wystarczy. Nie mamy wątpliwości, o jaki rodzaj cierpienia chodzi. W Grbavicy sprawa jest o tyle trudniejsza, że tu kobieta wychowuje córkę - owoc gwałtu i poniżenia. Jej będzie trudniej zapomnieć. Jakie tego obie – matka i córka, ponoszą konsekwencje odkrywa nam końcówka filmu.

Ale mimo wszystko, mimo tej rozrachunkowej gorzkiej nuty, jest w filmie sporo pogody i optymizmu. Instynkt macierzyński jak się okazuje jest silniejszy od wszelkich uprzedzeń narodowościowych i wstydu. Poza tym, Esma (świetna Mirjana Karanovic) próbuje budować sobie nowe, normalne życie, nie wykluczając z niego miłości do mężczyzny. I nawet udaje jej się kogoś poznać. Jest to Pelda, również ofiara wojny (przerwane studia, ojciec zginął w masowej egzekucji). Ich krótki przelotny związek daje nadzieje, że rany Esmy, jak i innych kobiet, z czasem i przy ich dobrej woli, choć trochę się zabliźnią.
Przy okazji, trzeba zauważyć, że i mężczyźni mają w tym filmie trochę miejsca na swoją charakterystykę. Niestety nie wypada ona zbyt pomyślnie. „Wszyscy jesteście zwierzęta” – krzyczy w pewnej scenie Esma, także w kierunku tego, z którym się zaprzyjaźniła.
Ciekawy film, o nowej powojennej rzeczywistości Sarajewa, którego cała społeczność jest, obok Esmy i jej córki Sary, bohaterem filmu (Grbavica to dzielnica tego miasta). Jest to bohater umęczony, wyczerpany, czekający na godny pochówek wielu mieszkańców, pogrzebanych gdzieś w zbiorowych mogiłach, chwytający się każdej pracy, często u pospolitych gangsterów, byle przeżyć; robiący ciągle jakies ciemne interesy; bawiący się byle jak, byle głośno i całą parą, jakby ludzie chcieli za wszelką cenę zapomnieć kim byli w czasie wojny; szukający nerwowo okazji wyjazdu na zachód, do byle jakiej pracy, byle tylko wyrwać się z tego pogorzeliska, które chyba jeszcze długo, będzie pachniało wojną.

Film jest pozbawiony sensacyjnego charakteru. Scenariusz niczym nas właściwie nie zaskakuje (jeśli założymy, że znamy powód jego nakręcenia). Wyraźnie widać, że ma zadanie informacyjne i terapeutyczne. Mówi głośno i na cały świat o traumie, wyrzuca ją z siebie w imieniu pokrzywdzonych kobiet. Co zaprocentowało w praktyce. Otrzymał Złotego Niedźwiedzia na Festiwalu w Berlinie 2006, zyskał trochę rozgłosu, wskutek czego gwałt doczekal się statusu zbrodni wojennej. Do tej pory bowiem, był traktowany jako coś normalnego, coś co się może zdarzyć bezkarnie każdemu mężczyźnie z okazji wojny. Wszak oni są tacy wrażliwi na stres, muszą odreagować. I w tym tkwi chyba największy sukces tego filmu.

poniedziałek, 1 stycznia 2007

Babel - tej wieży nigdy nie zbudujemy

Maroko, Japonia, Stany Zjednoczone i Meksyk. Cztery kraje, cztery nieszczęścia, które łączy jedna kula, seria przypadków, a wszystko przenika wszechogarniające poczucie opuszczenia, osamotnienia, kruchości ludzkiego istnienia.
A zaczęło się od japońskiego turysty, przebywającego na safari w Maroku, który swemu przewodnikowi w dowód wdzięczności podarował na pamiątkę strzelbę, która kolejami losu, wiedziona przeznaczeniem pewnej Amerykanki, trafia do ubogiej pasterskiej rodziny, żyjącej gdzieś na piaszczystym pustkowiu Maroka. Broń ma służyć obronie stada kóz przed szakalami. Niestety... i tu zakończę gawędę, bo albo film już wszyscy znają, a jeśli nie, to z pewnością po-znają.

Poszczególne państwa wybrane przez reżysera do swojej historii , wchodzą ze sobą, poprzez swoich przedstawicieli – bohaterów filmu, w rozmaite relacje, ku zasygnalizowaniu pewnych zjawisk – problemów współczesnego świata. USA i Meksyk – napływ biednych imigrantów do mocarstwa, kiedyś bardzo korzystny dla rozwijajacej się gospodarki, dzisiaj już – zaczyna bogatym doskwierać. Maroko jako państwo - przedstawiciel kręgu islamskiego, którego to kręgu relacje z amerykanami rzutują na bezpieczeństwo ludzi na całym świecie. Każdy incydent z bronią, wymierzoną nawet przypadkowo w Amerykanina, jest powodem do wywołania kolejnego ataku histerii i paniki z terrorem w tle.
Tylko Japonia wydaje się nie mieć w filmie bezpośredniego związku z Ameryką. Gdyby nie ta nieszczęsna strzelba w ręku muzułmanina, która jakoś dziwnym trafem połączyła ludzi obu światowych potęg....

Dlaczego właśnie japońska nastolatka została wybrana na dość ważną bohaterkę filmu? Może, by pokazać, że człowiek czuje się jednakowo samotnie, bez względu na to, czy mieszka w bogatym kraju o jednym z najwyższym współczynników zaludnienia na kilometr kwadratowy, czy żyje gdzieś na biednym marokańskim bezludziu, gdzie liczba mieszkańców na kilometr kwadratowy jest pewnie sześć razy mniejsza.
I czyja samotność jest bardziej przerażająca? Czy chłopców pasących kozy i podglądających, z braku innych "obiektów", własną siostrę? Czy tej Japonki, codziennie ocierającej się o setki ludzi, mającej bardzo, wydawałoby się, bogate i urozmaicone życie społeczne – duże miasto, szkoła, drużyna sportowa, dyskoteki, mnóstwo rozchichotanych rówieśników, którym niestety pustki wewnętrznej nic nie jest w stanie wypełnić, nawet kolorowa tabletka.
Przeciwstawienia kulturowe również są istotne – Japonia słynie z tego, że jest krajem ludzi uprzejmych, kulturalnych, zapracowanych, ale jednocześnie bardzo wyobcowanych, samotnych i nieszczęśliwych – jeden z wyższych o ile nie najwyższy współczynnik samobójstw na świecie. Porównanie na przykład dwóch ojców – japońskiego i marokańskiego. Uprzejmość i chłód wobec córki pierwszego kontra spontaniczne zachowanie i wychowanie, z biciem na odlew po twarzy włącznie, zarówno synów i córkę tego drugiego. Ale miłość do dzieci, przypuszczam, równie mocna u obu.

Bardzo często, podczas oglądania „Babel” przypominał mi się Haneke ze swoim „Ukryte” – ta sama ludzka samotność, brak zrozumienia i porozumienia w skali zarówno jednostki jak i narodów. To samo budzenie się demonów uprzedzeń, które tylko czyhają na odpowiedni moment zamieszania, chaosu by dzielić ludzi.

Wszystkie historie – Marokańczyków, zamożnego amerykańskiego małżeństwa, pracującej u nich na czarno Meksykanki czy japońskiej nastolatki, były bardzo poruszające. Trudno jest wyróżnić jedną z nich, bo czyż można licytować tragedie ludzkie? Mnie jednak najbardziej wzruszył los przeraźliwie samotnej Chieko i tragicznie doświadczonego, przez swoją głupotę, niewiedzą, czy lekkomyślność, małego Youssufa.

Mnóstwo, mnóstwo przejmujących chwil niesie najnowszy film Inarritu. Niestety wszystkie o smutnej wymowie. I tylko jeden błysk nadziei – końcowa scena - uścisk japońskiego ojca i jego nagiej, niby nowonarodzonej bezbronnej, córki.

Zastanawiające, że nie ma nawet cienia optymizmu w historiach amerykańsko- meksykańsko-islamskich? Czy znaczy, że reżyser widzi szansę porozumienia jedynie na gruncie rodzinnym, albo wewnątrz własnej nacji?

Smutny to film, bo czyż może być pociechą zdanie „nie jestem zła, tylko głupio postąpiłam”. Wypowiada je konkretnie Amelia, opiekunka dzieci Richarda (B.Pitt. Ale przecież, każdy z bohaterów filmu mógłby je wygłosić na swoje "usprawiedliwienie", począwszy od ojca-Japończyka, który w dobrej wierze podarował broń staremu marokańskiemu przewodnikowi, poprzez jego córkę, uwodzącą każdego napotkanego mężczyznę, a szczególnie po marokańskiego chłopca, bawiącego się bronią. Ludzie nie są źli tylko głupi. Głupich nie sieją, sami się rodzą. Równie dołujące co podejrzenie ludzkości o zło. Głupota niczego nie tłumaczy i nie może usprawiedliwiać, ba - jest się wobec niej chyba nawet bardziej bezsilnym niż wobec zła.

Odreżyserska dedykacja "Babel", zamieszczona na końcu „... moim dzieciom, najjaśniejszemu punktowi w najciemniejszym mroku” (jakoś tak) mogłaby wskazywać na przesłanie filmu wiązania nadziei z rodziną, dziećmi? Być może... Richard płacze, gdy syn opowiada mu przez telefon o szkolnych wydarzeniach, ale czy jego syn kiedykolwiek dowie się o tym fakcie? Czy w tym samym czasie, ojciec i córka obejmujący się gdzieś na 38 piętrze tokijskiego wieżowca zrozumieją, jak bardzo są sobie bliscy i potrzebni? Nauczą się z sobą rozmawiać? Niestety, Marokańczyk już nie ma tej szansy. On nie zdążył wytłumaczyć swoim synom, jakim zagrożeniem jest broń, nawet na takim pustkowiu, gdzie przyszło im żyć. Czy wszyscy z tych pozostałych przy życiu ojców, jak i ten młody Meksykanin, grany przez GGBernala, będą mieli dosyć mądrości, by docenić i znaleźć porozumienie ze swymi dziećmi?
Bo, żeby narody zaczęły szanować i rozumieć się nawzajem, najpierw potrzebne jest to podstawowe porozumienie międzyludzkie, także na szczeblu rodziny?
Tylko czy dobry Bóg na to pozwoli? Pamiętamy przypowieść o wieży Babel? W skrócie mówi ona o pomieszaniu przez Boga ludziom języków, aby nie rozumieli się nawzajem i rozproszyli na różne strony, co miało uniemożliwić im ukończenie budowy wieży, miejsca ich gromadzenia się i jednoczenia, której szczyt miał sięgnąć nieba. Gdyby ludziom udało się dogadać i zbudować raj na ziemi, czy bogowie byliby im potrzebni?

wtorek, 14 listopada 2006

9 kompania

Kilka dni temu zginął kolejny polski żołnierz w Iraku. Niestety, jego śmierć zakłóciła tak pięknie i w duchu pełnej gotowości do patriotyzmu, wyreżyserowane przez oficjeli, Święto Narodowe 11 listopada. Pan prezydent z ministrem Radkiem, złożyli oczywiście głębokie kondolencje rodzinie poległego. Niestety nie poległ na polu chwały, a w samochodzie, na drodze do bazy, czy z bazy, przewożąc jakieś towary. Obiecano dbałość o osieroconą rodzinę i zapewniono o wysyłce następnych, ponad 1000 żołnierzy do Afganistanu. Los 900 żołnierzy stacjonujących do tej pory w Iraku, nie jest do końca bieżącego roku przesądzony. Ale można się domyśleć, że panowie władza nie chodzili na kursy asertywności i nie odmówią George’owi.

A może by tak polscy politycy po filmie „Karol, papież, który pozostał człowiekiem” równie żwawo pobiegli na „9 kompanię”?

Tak a propos, parę banałów - bo czymże są w dzisiejszym świecie słowa o wojnie, przeciw wojnie, jak nie wyświechtanymi od setek lat frazesami, którymi nikt z tych, którym dobro ludzi (patrz hasła wyborcze), powinno leżeć na sercu, się nie przejmuje - o „9 KOMPANII”. O opowieści z czasów kończącej się interwencji wojsk radzieckich w Afganistaniew końcu ubiegłego wieku. A dokładnie o losie oddziału, zapomnianego i pozostawionego samemu sobie w wysokich surowych górach tego kraju i borykającego się z partyzantką tamtejszych górali.

Film wyreżyserował, Fiodor Bondarczuk. Nazwisko to, ludziom, którzy żyli za komuny (kolejny banał, jakże ukochany i znienawidzony przez polską prawicę) bardzo bliskie. To syn znanego wtedy radzieckiego reżysera - Siergieja Bondarczuka, zasłużonego dla kinematografii światowej m.in. „Wojną i pokojem” wg L.Tołstoja. No i od razu widać, że w krwi syna płynie krew utalentowanego ojca, któremu zresztą zadedykował on „9 kompanię”. A i ojciec, gdyby żył, pewnie by się syna nie powstydził. „9 kompania” to całkiem niezłe kino wojenne, dobrze skrojone na miarę swoich czasów.

Bardzo dobra obsada aktorska ,- udany casting. Aż sprawdziłam tych chłopaków, bodaj tylko jeden z nich, Aleksiej Szadow (Worobiej) ma na swoim koncie więcej ról (m.in. w Dziennej i Nocnej Straży). Reszta to debiutanci, albo prawie debiutanci, a wśród nich świetny Konstantin Kriukow – jako Dżokonda. A grają tak, że przekonują nas o istnieniu, gdzieś tam w Kazachstanie, owego obozu szkoleniowego. A później – czujemy niemal fizycznie, jak oni, powiew afgańskiego piekła.
Poza tym, w filmie zgromadzono udane typy psychofizyczne. Każdy z tych żołnierzy jest inny, jedyny w swoim rodzaju. Począwszy od przystojnego, z widocznymi cechami szlachetniej urodzonego, wykształconego, oczytanego i nieco wyniosłego – ale z wdziękiem, artysty- malarza in spe, zwanego Dżokonda, a skończywszy na Riabie o twarzy przaśnego chłopka-parobka z głębi rosyjskiej wsi.
I tu uwaga, ci żołnierze to w większości prości chłopcy, ale żaden z nich nie jest zdemoralizowany. Jeśli któryś by widza ewentualnie mógł zdenerwować, czy zniesmaczyć, zaraz mamy usprawiedliwienie jego "niestosownego" zachowanie. Nie ma między nimi wyraźnej wrogości. Są do siebie nawzajem dość przyjaźnie nastawieni, nie toczą swoich prywatnych wojen, czego raczej nie widywało się w ostatnich amerykańskich filmach wojennych.
Nie wiem jak się to ma do prawdy rzeczywistej, bo podobno w szeregi armii radzieckiej ze skierowaniem na front do Afganistanu wcielane były najtwardsze jednostki, nawet podobno z przestępczym rodowodem. Może reżyser wolał nie nadwyrężać dobrego imienia Armii Rosyjskiej? Może w Rosji przy Ministerstwie Obrony działa Biuro ds. jej wizerunku? A może taką wizję armii miał reżyser? Że to dopiero wojna niszczy morale mężczyzn, którzy wcześniej są przecież normalnymi synami, narzeczonymi, braćmi itd.

Sporo dobrego, aczkolwiek żołnierskiego, humoru, sporo liryzmu, a nawet wzruszeń, bo czym jest ich więcej – tym wojna wydaje się jeszcze bardziej okrutna i bezsensowna. Tym bardziej, że koniec potęgi ZSRR tuż, tuż... A i tubylcy ukazani przez Bondarczuka, to nie są okrutne bestie napadające biednych Rosjan. To ludzie, wydawałoby się nawet, łagodni, szczególnie za dnia :)), ale niestety, nocą zmuszeni bronić swego domu. Więc co rusz, podczas projekcji nachodzą nas te właśnie banalne pytania, takie jak zawsze, czy ludzie muszą sobie nawzajem gotować taki okrutny los? Dlaczego jedni drugim nie pozwalają żyć w spokoju, dlaczego wiecznie niezaspokojona chciwość panujących sprawia, że giną niewinni ludzie w imię ich prywatnych interesów. Bo wojna, wiadomo, choćby z losów poczciwego Wokulskiego, to niezły interes, szczególnie dla tych co na tyłach...

W filmie jest cała masa kapitalnych ujęć, powolne najazdy kamerą, podwyższające i tak już wysokie napięcie; zbliżenia twarzy, rąk, fragmentów broni, które zaczynają wypełniać niemal cały ekran; czy choćby niezrówanie piękne górskie pejzaże, gdzie przyszło bohaterom filmu żyć, zabijać i umierać. Dobre są sceny batalistyczne. Hm, batalistyczne to może za dużo powiedziane – tu raczej walczy się bezpośrednio, zaskakując wroga, bez żadnych wielkich strategii, ewentualnie ginie od wybuchu czegoś.

A na zakończenie, cytat z pamięci i ku pamięci, ku zrozumieniu, tego co wydaje się być niezrozumiałe - fascynacji wojną jakiej niektórzy ulegają. Z opowieści Dżokondy, odpowiadającej dlaczego on - artysta poszedł na tę wojnę:
„Michał Anioł na prośbę, by zdradził tajemnicę, jak to się dzieje, że spod jego ręki wychodzą tak wspaniałe dzieła, odpowiedział, że on bierze tylko bryłę marmuru i usuwa z niej to co zbędne. Podobnie jest w przypadku wojny – sama doskonałość, nie ma w niej nic zbędnego, jest tylko życie i śmierć.” Dyskusyjne, ale można zrozumieć, że niektórych może fascynować ta swoista doskonałość, intensywność, dosadność, esencja życia, jeśli się żyje, oczywiście.
Niech więc (prze)żyją wszyscy ci, którzy idą na kolejną wojnę, bo muszą z takich czy innych względów, albo chcą - z takich czy innych powodów. I niech dają żyć tym, których ziemie naruszają. Śmierć politykom.

wtorek, 7 listopada 2006

Wszystko może się przytrafić

To wyjątkowej urody dokument reżyserii Marcela Łozińskiego z 1995 roku. Jest to rzecz, wydaje mi się dosyć prosta w pomyśle, a jednocześnie bardzo oryginalna – 6-letni chłopiec (chyba wnuk reżysera) podróżuje przez życie jeżdżąc na hulajnodze po dróżkach wielkomiejskiego parku i rozmawiając w przerwach ze starszymi ludźmi, stałymi bywalcami parkowych ławeczek.

W dobie, gdy ludzka komunikacja polega głównie na nadawaniu bez odbioru, gdy człowiek dzisiaj z reguły, która ma oczywiście wyjątki, jest zainteresowany przede wszystkim własną osobą, nie ma czasu, albo mu się nie chce, albo nie umie rozwinąć sztuki słuchania i adekwatnego reagowania na odbierane treści – ten film jest jeszcze bardziej poruszający. Ale emocje jakie budzi są tylko i wyłącznie pozytywne. No, może czasem zabarwione melancholijną nutką refleksji nad przemijaniem wszystkiego, na czele z życiem. Ale nie smucimy się długo, bo przecież „Wszystko może się przytrafić!” – ten mały człowieczek, który z taką swobodą, ufnością, swadą ale i pokorą rozmawia ze starymi ludźmi – rozwesela ich swoimi nadziejami, że może jeszcze będą żyli, kiedy on będzie taki stary jak oni i innymi tego typu fantazjami.

I nie myślcie sobie, że te ławeczkowo-parkowe dyskusje są jakimiś banalnymi pogaduszkami o pogodzie, albo: "co tam w przedszkolu słychać". Absolutnie nie. Wszyscy, i chłopiec i staruszkowie, traktują siebie bardzo poważnie i poważnie konfrontują nawzajem swoją wiedzę na tematy najważniejsze – nieuchronność śmierci, uroki i akceptacja życia, różne odmiany samotności, wiara, zdrowie, praca i inne. Oczywiście mówią głównie starsi, ale Tomek bardzo rozsądnie i taktownie kieruje rozmową, dodając od czasu spostrzeżenia ze swego krótkiego życia.

Tak pięknie jest obserwować, i słuchać, jak ci starsi ludzie ożywiają się, wzruszają, czasem nawet do łez, jakim ładnym językiem mówią i jak wiele mądrych rzeczy mają do przekazania, wszyscy bez wyjątku. Ten film powinien być pokazywany w szkołach, na lekcjach wychowawczych. Najlepiej, wtedy gdy nauczyciele wypełniają swoje dzienniki i inne druczki, uczniowie mogliby patrzeć i uczyć się rozmowy z ludźmi. Ale to taka tylko mała dygresja... Bo tak naprawdę „Wszystko może się przytrafić” jest filmem dla każdego, kto znajdzie chwilę czasu na wytchnienie, a i akumulatory można nim naładować – radosna, jasno podświetlona słońcem sceneria parku, łącznie z fauną jaką się w nim przewija (np. paw, łabędzie, wiewiórka) i walce wiedeńskie w tle, w takt, których pomyka hulajnoga Tomka, pięknie dopełniają to pogodne spotkanie dzieciństwa ze starością.

czwartek, 21 września 2006

Każdy może mieć swój mały wyścig na torze w Bonneville

Ależ ten czas umyka! Wydawało mi się, że ledwie parę dni temu umieszczałam moją ostatnią notkę o „Locie 93”, a tu proszę! Już trzy tygodnie minęło.

A propos przemijania. Fajny film wczoraj widziałam (jakby powiedzieli Marian Kociniak i Andrzej Zaorski) – „The World’s Fastest Indian” czyli wg widzimisię polskich tłumaczy zatrudnionych, przy przekształcaniu oryginalnych tytułów filmowych na nasze – „Prawdziwa historia”. Hm, akurat w tym przypadku nie rozminęli się z prawdą, tylko jakby zabrakło im fantazji. Sfilmowanych historii prosto z życia wziętych jest mnóstwo, a każda z nich jest wyjątkowa, trzeba by jej nadać jakieś charakterystyczne słowo-piętno, wyróżniające ją spośród wielu. Oryginalny tytuł daje nam zalążek pojęcia, co mniej więcej będziemy oglądać. A poza tym – zaciekawia. I myliłby się, kto sądziłby, że będzie to jakiś obraz o zacięciu etnograficznym, traktujący o tradycjach wyścigów Indian we współczesnych amerykańskich rezerwatach. O wyścigach owszem - film traktuje i o zwycięstwie – owszem też, ale niejakiego Burta Munro rodem z Nowej Zelandii, pasjonata motocykli, a właściwie jednego – marki Indian, na którym postanowił pobić w roku 1967 rekord prędkości na zawodach w Bonneville (stan Utah, w pobliżu jego stolicy Salt Lake City). I udało mu się – na swoim starym, udoskonalonym przez siebie całkowicie „domowymi” sposobami, osiągnął prędkość 205,67 mil/h (331 km/h) w kategorii opływowych i obudowanych motocykli o pojemności poniżej 1000 cm3.

I w sumie, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ot pobijanie rekordów – męska rzecz, jeden mniej, jeden więcej... Na dzisiejsze czasy to już normalka, gdyby nie...? Burt Munro w momencie podjęcia decyzji o wzięciu udziału w wyścigu ma dobrze ponad 60 lat, cierpi na poważną chorobę serca, gnębi go prostata i zwyczajne zużycie całego organizmu właściwe w tym wieku. Przyjaciele i znajomi dziwią się, że mu się jeszcze chce, ale po cichu podziwiają i nawet może trochę mu zazdroszczą tej niesamowitej determinacji i uporu.
Tak, Burt na przekór wszystkim i wszystkiemu, także naturze, wierzy i chce udowodnić, że potrafi być najszybszym człowiekiem na swej starej maszynie Indian Scout, którą kocha i dopieszcza od blisko ćwierć wieku. Aby dopiąć swego musi pokonać wiele trudności, nie tylko tych związanych ze swoim niedomagającym organizmem. Przede wszystkim musi, razem ze swoim motocyklem, przebyć fizycznie długą drogę, jaka dzieli jego małe miasteczko w Nowej Zelandii od toru na wyschniętym prehistorycznym jeziorze w stanie Utah. I nie byłoby to absolutnie możliwe bez drobnej pomocy wielu przyjaciół, zarówno tych z rodzinnego miasteczka jak i tych, których spotyka w czasie podróży. Bo Burt Munro to niespotykanie spokojny człowiek, ciepły, przyjazny ludziom, darzący ich zaufaniem – ludzie odpłacają mu dokładnie tym samym. Cudowne były jego relacje – z transseksualistą z hoteliku na godziny w Hollywood, albo ze starym Indianinem na pustyni, sprzedawcą używanych samochodów czy w końcu z ekipą pracującą przy wyścigu, która dla niego przymknęła oko na niektóre przepisy organizacyjne. Ba – nawet srodzy amerykańscy policjanci jedli mu z ręki. Ale nad tymi wszystkimi przyjaźniami góruje jedna, ta w rodzinnym kraju – z małym Thomasem z sąsiedztwa. Szczęśliwy chłopak, - z takim bagażem dobrego przykładu pasji i męskiego autorytetu wyrósł z niego z pewnością wspaniały mężczyzna.

„The World’s Fastest Indian” to w gruncie rzeczy żaden wielki film. Ot, kolejna, prawdziwa, prosta historia (właśnie – też mnie nachodziły skojarzenia z Lynchem i jego opowieścią o wyprawie staruszka przez kilka stanów na starej kosiarce) o mocy marzeń. Ale chyba jedna z ciekawszych produkcji w tym nienadzwyczajnym, ale jakże podnoszącym na duchu, temacie. A stało się tak, na pewno za sprawą świetnego aktorstwa Anthony’ego Hopkinsa, który w jednym z wywiadów stwierdził, że to jego najlepsza rola. Trudno mi się z nim zgodzić, mając w pamięci „Okruchy dnia” czy „Milczenie owiec”. Być może na taki osąd aktora ma wiek Burta Munro, z którym Hopkins może się pod tym względem utożsamiać. Ma prawie tyle samo lat co jego bohater. No i być może status społeczny konstruktora - wynalazcy też ma tu swoją zasługę – sir Hopkins nie musiał się do tej roli specjalnie charakteryzować – mógł być zwyczajnie i na luzie sobą – starym, z urodą trochę nadszarpniętą wiekiem, ale ciągle pogodnym i żywotnym mężczyzną. A przy okazji mógł pokazać, że i jesień życia może mieć swoje uroki, swoje pasje, a nawet miłości i to niekoniecznie platoniczne.

A skoro już o marzeniach - ja też mam w planach taki swój osobisty wyścig na torze w Bonneville – jest nim moja przyszłoroczna wyprawa samochodowa po drogach i bezdrożach Toskanii. Mnie co prawda trochę bliżej z Polski do Włoch, jak Burtowi Munro z Nowej Zelandii do Utah, ale zważywszy na to, że muszę sporo zaoszczędzić /Toskania to raj dla snobów, a więc jest tam wszystko drogie/, a nie mam za bardzo z czego i nie umiem tego robić – jest to więc spory wyczyn. No i poza tym – muszę, by dobrze się czuć, poznać choć w podstawowym zakresie język włoski. Dodając do tego jeszcze parę problemów organizacyjnych – jest to niezły wysiłek - prawie, prawie, prawie na skalę wyścigu Burta Munro w Bonneville. Który przyświeca mi teraz swoim przykładem. ;-)

niedziela, 3 września 2006

Lot 93

“Lot 93” to przeniesienie na ekran historii, którą dokładnie zna cały świat. To prawie dokumentalna opowieść o tym, co wydarzyło się w samolocie linii United Airlines, który jako jedyny porwany w dniu 11 września 2001 przez islamskich terrorystów nie doleciał do celu - rozbił się na polach Pensylwanii, zamiast planowo uderzyć w Biały Dom. Jak wiemy, i o czym przypomina nam się w pierwszej części filmu, trzy pozostałe samoloty wypełniły swoją misję. Dwa idealnie – uderzyły w dwie wieże WTC, trzeci prawie idealnie – nadszarpnął budynki Pentagonu. A czwarty właśnie, będący nieożywionym bohaterem filmu, dzięki odwadze, determinacji i woli walki pasażerów, co prawda rozbił się, ale nie zniszczył serca państwa amerykańskiego, czyli siedziby Prezydenta G.W.Busha, którego zresztą i tak szczęśliwym trafem nie było w tym czasie na miejscu, bo był zajęty czytaniem bajek dzieciom, w jakimś bodaj florydzkim, przedszkolu.

Film ma wyraźny podział – bardzo statyczna i dosyć nużąca część pierwsza, czyli relacje z wież kontrolnych, poszczególnych lotnisk, z których startowały owe wspomniane samoloty. Masa cyfr, określających przeróżne charakterystyki, jakie podaje się w przypadku prowadzenia lotów. Nic nam one specjalnie nie mówią, a cała ta sytuacja służy jedynie przedstawieniu chaosu jaki zaczyna się rodzić w kolejnych sztabach dowodzenia lotami, także wojskowym, i stopniowym jego opanowywaniu, czego finałem jest zamknięcie przestrzeni powietrznej dla wszelkich cywilnych linii nad całymi USA.
Poza tym – ten przydługawy wstęp pozwala nam oczami kontrolerów lotu zobaczyć ów tragiczny poranek z ich perspektywy. Z początku obserwujemy rutynową codzienną pracę. Następnie widzimy jak zaczynają być zdezorientowani kolejnymi zniknięciami samolotów z tras przelotów i później jakie znajdują tego wytłumaczenie z relacji CNN w telewizji. I pomału, także za pomocą podsłuchu rozmów, sytuacja znajduje swe przerażające wyjaśnienie.

Jak dla mnie, ta techniczna sekwencja jest zdecydowanie za długa i miałam wrażenie, że służy trochę jako wypełniacz filmu, bo przecież część druga - akcja w samolocie, próba przejecia sterów, najpierw przez terrorystów, a później przez pasażerów samolotu nie trwała tak bardzo długo, na pewno nie 100 minut.

Podobało mi się, że reżyser P. Greengrass przedstawia obie strony konfliktu w miarę obiektywnie. Tak jakby tam był w środku samolotu i sfilmował na żywo całe to zdarzenie. Nawet kamera drży i trzęsie się w sposób naturalny, tak właśnie, jakby operatorem był pasażer lotu 93.

Reżyser nie zieje nienawiścią do terrorystów, ani nie robi z dzielnych pasażerów stawiających im opór wielkich narodowych bohaterów. Oni się po prostu i po męsku bronią przed napaścią. Liczą, że może uda im się przeżyć. Co prawda, już z telefonów do rodzin usłyszeli o wczesniejszych atakach na WTC i Pentagon, czyli już wiedzą, że TO porwanie nie jest porwaniem dla okupu lecz jest to akcja samobójcza. Ale tak naprawdę nie znaja celu uderzenia, nie domyślają się, że jest nim Biały Dom. Tak do końca, nie wie o tym nikt. Ci dzielni Amerykanie są prawie pewni, że zginą, więc nic nie tracą, jeśli spróbują udaremnić osiągnięcie celu terrorystom. Chwała im za odwagę i za zdroworozsądkowe myślenie.

Są oczywiście bardzo wzruszajace sceny, gdy ludzie zaczynają dzwonić do rodzin, przyjaciół, żegnają się z nimi, wyznają im jeszcze po raz ostatni, a może niektórzy po raz pierwszy(?), miłość.

Ale jest też inna bardzo piękna, refleksyjna scena, gdy wszysycy w trwodze i w różnych intencjach, także Arabowie, modlą do się do swoich Bogów. Samolot wypełnia jedna wielka modlitwa, w dwóch różnych językach.
Żaden Bóg nie ulitowal się nad swoimi wiernymi. Może ich odwagę i swoiste męczeństwo wynagrodzi im po śmierci? Na pewno z takim przeświadczeniem wszystkim, i Amerykanom i muzułmanom, było lżej umierać.