niedziela, 13 stycznia 2008

Brat - czyli Takeshi Kitano w Ameryce

To film o dwóch takich co zostali braćmi, z których pierwszy prawie wykłuł oczy drugiemu, a drugi, przyszedł czas, że zapłakał ze szczęścia tymi oczyma A stało się to na amerykańskiej ziemi, z dala od ich ojczyzn, położonych w Azji i Afryce.

Filmy o japońskiej yakuzie nie należą do moich najulubieńszych, może dlatego, że swojego czasu nasyciłam się tematyką mafijną we włoskim wykonaniu, ale mimo wszystko uważam, że „Brat” T.Kitano to świetna opowieść, którą od początku ogląda się w oczekiwaniu na domyślny koniec, jak się okazuje z zaskakującą pointą, na temat kto komu bratem.
Yamamoto (nazwisko przybrane), grany przez T.Kitano, to gangster który musi uciekać z Japonii, zagrożony śmiercią z ręki konkurencyjnego odłamu yakuzy. Na miejsce schronienia wybiera sobie Los Angeles, ze względu na metę u swego krewnego, bo czy jest to jego rodzony brat, nie jest to do końca takie oczywiste. A że bezwzględne zabijanie to coś co Yamamoto lubi i umie najbardziej, to i z zapałem bierze się do odpowiedniej dla siebie roboty.
W skrócie, chodzi o to jak japońska yakuza organizuje się w USA i jaki ma tam status i ile konkurencji do pokonania. Jest to dosyć trudne, bo Japończycy nie ciesza się za wielką estymą w tym kraju, mogą liczyć jedynie na Czarnych i na jakieś niedobitki Meksykanów z latynoskich organizacji. Ale zatwardziałość i brak skrupułów Yamamoto prowadzi do sukcesu, tych, którzy oddali mu się na służbę. Jednak nieposkromiona żądza władzy i oraz zuchwałość, gdy wkraczają na tereny Włochów, sprawia, że dobra passa się kończy.

Sporo ironii ze strony Kitano, i czarnego humoru, co mi się najbardziej podobało, na swój własny temat, swego narodu i stereotypów jakie wokół niego krążą.”Japończycy są tacy nieprzeniknieni” mówi stary Japończyk do Yamamoto pod koniec filmu. A zdanie „Japończycy są tacy do siebie podobni!” – przewija się kilka razy przez film, jak również „ci pieprzeni Japońcy”, za to ostatnie zdanie niejeden, który je wypowiada placi głową.

Za królową scen w „Bracie” uważam ceremonię posiłku najwyższych władz organizacji w Japonii w otoczeniu nawierniejszych giermków. Nagle jeden z nich rzuca hasło, że brat Yamamoto, jest zdrajcą, ten na znak honoru, robi sobie malownicze harakiri, na co boss z pretensją do rzucającego podejrzenie „Zakłociłeś ceremonię” , na co ten skruszony i z prośbą o wybaczenie odcina sobie nożem (uplamionym zresztą krwią z uprzedniego rytulanego samobójstwa) palec i podaje jedzącemu i mocno zniesmaczonemu zajściem bossowi niemal na talerz. Boskie!!!

Jest okrucieństwo, trochę mózgów na ścianach, owszem, ale to wydaje się takie na miejscu i takie konieczne, że nie razi aż tak bardzo. A jednocześnie, niektóre sceny egzekucji bawią, na przykład ta, gdy obserwujemy podrygiwanie zabijanych na fotelach przy stole w rytm pistoletowych kanonad – taki swoisty dance macabre. Zreszta takich scen baletów śmierci było więcej - i to nawet w konwencji - światło - dźwięk.

Bardzo dwuznaczny film: okrutnie-zabawny, niby hołd dla honorowych wojowników jakuzy, ale jednocześni drwina pomieszana z politowaniem na temat ich bezsensownych poświęceń na rzecz bogacenia sie jednostek; tytułowy brat, który de facto nie jest bratem; okrutny i bezwzględny Yamamoto okazuje się być sentymentalnym dobrym wujkiem itd.

Takeshi Kitano – nie dziwie się, ze ma tylu wielbicieli, może nawet wsród kobiet. Chyba się do nich dopiszę. Nieodgadniony, nieprzenikniony, taki jak przystoi na Japończyka, zgodnie z obiegową opinią o nim samym i jego współbraciach. Z nieruchomą twarzą, którą od czasu do czasu ożywia krzywy uśmieszek, a oczy przeważnie schowane za ciemnym szkłem okularów, skutecznie nie zdradzają stanu emocji i uczuć.

11:14

Miły filmik. Jeśli tak można napisać o filmie, w którym trup ściele się gęsto, a widz zamiast być przerażonym, jest raczej rozbawiony. Może i dlatego, że ofiary po części mają za swoje - nie należą raczej do świętych, każda z nich ma jakiś, przynajmniej jeden, grzeszek na sumieniu.
W którymś momencie, owszem, można już prawie wszystko przewidzieć, oprócz metody czy sposobu realizacji przeznaczenia – głównego bohatera filmu, które realizuje się o godzinie 11.14. Zaiste - jakieś niebywałe fatum spadło na to konkretne małe miejsce, gdzieś tam w USA.
Jaki wniosek z filmu, oprócz dobrej zabawy, wypływa? Otóż kilka:
- głupota prędzej czy później zostanie ukarana,
- gdy coś zmajstrujemy - nie uciekajmy pochopnie przed policją - w końcu i tak nas dopadnie,
- nie brońmy i nie chrońmy przestępców, nawet jeśli mniemamy, że są nimi nasi bliscy,
- nie pijmy w czasie jazdy,
- mimo wszystko - nie sikajmy przez okno w czasie jazdy (to uwaga dla panów, oczywiście, bo tylko oni posiadają taki komfort)
- nie uprawiać seksu na cmentarzach, a już tym bardziej na nagrobkach mających u wezgłowia anielską figurę. Wasz anioł stróż może się zagapić na tę że i może być po was!
Nie naprawdę nic wielkiego, ale coś w tym filmie jest - karkołomne (w przenośni i wprost) pomysły, wartka akcja, a na dodatek Hilary Swank z aparatem na zębach i "brudny tancerz" po latach - miło popatrzeć, tym bardziej że wygląda nieco lepiej niż na Kubie, w Dirty Dancing 2.
Polecam, dlaczego nie? Najlepiej na randkę w kinie domowym, przy piwku, chipsach i popcornie - świetnie nadadzą się do zabicia chwil znużenia, które mogą się pojawić w czasie seansu.

piątek, 7 grudnia 2007

Przemiany

Tak się jakoś stało, że niedawno szłam jak burza w zaliczaniu filmów, w których gra pan Poniedziałek. Na przykład, niedawno miałam przyjemność być widzem filmu "Przemiany", w którym ów aktor grał główną rolę męską - Adriana Snauta. A film reżyserował wg własnego pomysłu i autorstwa scenariusza - Łukasz Barczyk.
Jak na "porządny" polski film przystało, zaczyna się on sceną erotyczną, nie do końca spełnioną. Naga kobieta (Maja Ostaszewska), podchodzi do odzianego mężczyzny, ukrytego w głebokim mroku (znowu sie przeraziłam, ze tak ciemno będzie już do końca) i błaga go o miłość. Niestety, mężczyzna (T. Karalus), który później okaże się być jej mężem, stoi niewzruszony, jak głaz, tłumacząc sie, że nie, że mieszkanie jest zbyt akustyczne. No niestety, oglądałam drugi film z Poniedziałkiem (pierwszy to był "Trzeci" - tak się dziwnie składa) każdy z nich zaczyna się podobną sceną, prawie erotyczną, kiedy rozebrana i podeksytowana pani prosi, nadarmo, męża o miłość. Czy to jakaś fobia będzie??

Ale do rzeczy, o co chodzi w "Przemianach"? Mamy pięknie położony, w zieleni, nad jeziorem, dom kobiet - sióstr i matki, niczym u "Panien z Wilka" Andrzeja Wajdy, ale skojarzenie tylko i wyłącznie na tym się kończy. Co prawda jest też mężczyzna, również przyjezdny, ale bliski tylko jednej z sióstr. Przybył, aby prosić o jej rękę u matki rodzicielki. Adrian jest mężczyzną z przeszłością i matka ma wątpliwośći, ale pozwala mu zostać w domu, w celu obserwacji przyszłego zięcia. Do Wiktora z "Panien z Wilka" również Adrianowi daleko. Mimo, że jest podobieństwo między nimi, polegające na rozkochiwaniu w sobie sióstr. Ale to już nie ta epoka, nie ci ludzie, nie tej klasy mężczyzna, nie tej wielkości kobiety. Czasy się zmieniły. Czy o te "przemiany" chodzi reżyserowi? Eeee, chyba nie... a może? Mnie sie zrobiło żal, że Adrian jest taki bezpośredni - chodzi nago po pokojach, mówi wprost przykre rzeczy kobietom, a później sięga po nie, bo taką ma ochotę, chce je poczuć, jak twierdzi. Wiktor by tak nie postąpił. A i siostry - Panny z Wilka po odkryciu swoich wzajemnych podłostek, jeśli w ogóle by taki poczyniły, nie wyzywałyby się od najgorszych i nie klęły na siebie ordynarnie. Bardzo daleko zaszły tego rodzaju obyczajowe przemiany.

A Adrian, nie wiedzieć czemu, posiada jakieś nadzwyczajne właściwości. Potrafi rozgryźć psychologicznie każdą z dwóch sióstr swojej narzeczonej. Potrafi uderzyć i zranić je w ich najczulsze punkty. Jakim cudem je odgaduje, będącym zwyczajnym, prostym mężczyzną, pozostanie tajemnicą autora filmu. Mnie on do swoich jasnowidzących zdolności nie przekonał.

No i niestety, czym Adrian dłużej przebywa w domu kobiet, tym gorzej sie w tym domu dzieje. Choć i przedtem nie bywało najlepiej. Marszałek Lepper by to określił najtrafniej - za mało chłopa im było i stąd te wszystkie nieszczęścia. No bo cóż, te tytułowe przemiany na ekranie zaczeły się dziać właśnie po przybyciu wszechwiedzącego i dosyć jurnego Adriana. A wszystko się międli w gronie ściśle rodzinnym, tak że aż mdli.

Film leci w dużym stopniu na klimaciku erotycznym. A scena kulminacyjna między Poniedziałkiem - Adrianem a jedną z sióstr narzeczonej jest żenująco udźwiękowiona, pod względem synchronizacji obrazu z odgłosami miłości. Pani dyszy jak szalona, a na ekranie na to nie wygląda, poza tym widać, że momentami się wycisza, by nabrać znowu tempa, a my słyszymy ją nadal bardzo głośno. Tak więc starania pary kochanków, by miłość ich była jak najbardziej zmysłowa i namiętna pełzną na niczym. I wychodzi nieco śmiesznie.
I tak sobie też pomyślałam, przy okazji, ze może lepiej, by się panowie aktorzy nie określali publicznie jeśli są innej orientacji. W scenach erotycznych z kobietą jakoś mniej przekonują, tak mi sie wydaje. No, niestety, żyjemy w Polsce, filmów robi sie malutko, mamy taki mały grajdołek, wiemy kto z kim, i jakoś nie potrafimy odlecieć w czasie filmu... A może to kwestia tych pechowych synchronów po prostu?

Czy film był dobry? Wiecie, ze sama już nie wiem. W czasie oglądania bywało, że sobie ziewnęłam ukradkiem, bo i aktorstwo czasem kulało (słabo wypadła matka), scenariusz wydawał mi się naciągnięty, denerwowały mnie zdjęcia - masa niepotrzebnych manierycznych zbliżeń szczegółów twarzy - lubię to, gdy trzeba, ale tutaj mnie raziły. Mimo wszystko, wysiedziałam, w końcu zapatrzyłam się, do tego stopnia, że spaliłam czajnik z wodą, co sprawi, że film ten zapamiętam na pewno. ) I jak sobie tu teraz piszę i tak o nim rozmyślam, to sądzę, że coś w sobie ma, że autor miał ambicję zrobić film o uczuciach, o szczerości uczuć - co jest ważne, że warto o tę szczerość zabiegać, nawet kosztem przemian, które mogą zaistnieć, gdy na tę otwartość się w końcu zdecydujemy. Można zobaczyć!

Małe dzieci

Ten film to taki klaps dla dorosłych małych dzieci, którzy w pewnym momencie, znudzeni zabawą w dom, mamę i tatę zapominają, że nie bawią się lalkami, a ich domy nie są z tektury. Klaps jaki otrzymują Sarah (K.Winslet) i Brad (P. Wilson) jest dosyć potężny, ale ratuje zycie im i ich rodzinom. Są wydaje mi się za wrażliwi, by ich romantyczna ucieczka w nowe wspólne życie, mogła ich w pełni uszczęśliwić. A poza tym, Brad tak naprawdę kocha żonę, jest tylko może nieco znudzony monotonią roli, jaką przyszło mu chwilowo spełniać, roli "matki" małego dziecka. A może nieco nawet odgrywa się na żonie, której zycie zawodowe ułożyło się bardziej pomyslnie niż jemu? Co innego Sarah, której mąż w jej oczach to kompletne zero. Niczym jej, i nam, nie jest w stanie zaimponować. Mógłby jedynie majątkiem, ale to nie jest dla niej najważniejsze. To Sarah jest inicjatorką grzesznego związku między nią a Bradem, to ona go ciągle wodzi na pokuszenie, a on ulega, bez wiekszych oporów. A my ją rozumiemy i nawet ją po trochu rozgrzeszamy - ten mąż! Ta świnka Cay i jej frywolny prezencik dla niego! Gdzie on ma oczy? Ta Sarah taka piękna, taka niezaspokojona! Dobrze mu tak. Ale, ale – jest przecież Lucy! Ich słodka córeczka. Tak bywa, że czasem kobieta zwycięża nad matką w kobiecie. Matka nie może być dobrą matką, jeśli nie jest szczęśliwą kobietą. Dopingujemy więc schadzkom Brada i Sarah i trzymamy kciuki, żeby się nic nie wydało.

Niestety, w pewnym momencie nasi bohaterowie dostają prztyczka w nos. Każdy na miarę takiego kim jest. Sarah jak na matkę przystało – przekonuje się, że nie ma dla niej na świecie nikogo cenniejszego niż jej córka. A Brad dostaje po głowie, dosłownie, tak jak na faceta przystało. Mały wstrząs mózgu i wszystko wraca do normy. Przynajmniej tak się nam wydaje.

Do normy wróci być może także życie Ronniego, miejscowego ekshibcjonisty, który w momentach napiecia seksualnego, nie przebiera w obiektach straszenia swoim przyrodzeniem - często są nimi dzieci, co doprowadza do psychozy mieszkańców przedmieścia. Jego powrót do społeczności, jeśli się uda, jest również okupiony wielkim wstrząsem i bólem, dosłownie i w przenośni.

A Larry, były policjant, którego tak trafnie opisuje dovi, także dostaje potężnego klapsa od losu. Kolejny raz jest winien czyjejś smierci. Tego już za wiele, bo on, tak naprawdę, nie jest z gruntu zły, tylko bardzo, bardzo nieszczęśliwy. Tak jak zresztą, wszystkie małe - duże dzieci w tym filmie. Biedne, zagubione małe dzieci ukryte w dorosłych ciałach, samotne, opuszczone, nieświadome odpowiedzialności i dorosłości, czasem naiwne, bezradne, nie dające sobie rady z życiem. Niektóre mają jeszcze matki, które czuwają nad nimi (Ronnie i żona Brada) i im jest łatwiej, mają wsparcie. Pozostali idą na żywioł w radzeniu sobie ze swymi różnego rodzaju emocjami. Na szczęście dla nich – opatrzność czuwa i w odpowiednim czasie daje im nauczkę, albo naukę.

Bo ja nie odbieram losu Sarah w tragicznym wymiarze, nie widzę jego  powiązania z zakończeniem wspomnianych w filmie przeżyć "Madame Bovary". Finał romansu Sarah nie było dla niej przyjemne, fakt. Plany ich miłosnej eskapady nie spełniły się, ale czy można zawyrokować, że to jest tragedia? Kto wie, jak długo byliby razem? Ich zauroczenie realizowało się tylko w sferze seksualnej, bo ta najbardziej kulała w obu małżeństwach. Brad ma piękną, mądrą, kochającą żonę, kto wie, jak szybko by do niej zatęsknił, i do syna. I to nie Sarah została uwiedziona przez Brada, to raczej ona się w nim zakochała i od początku brała inicjatywę w swoje ręce. To on ulegał. Czy została bez szans na przyszłość? Ma takie same szanse po romansie jak przed romansem. Obydwoje wracają do takich samych rodzin jakie zostawili. Może Sarah powinna bardziej zadbać o rodzinę, o córkę, czego do tej pory jakos nie robiła. Była zatopiona w swoim świecie, córka ją denerwowała. To Brad, jej kochanek, był bardziej spełnionym ojcem niż ona matką. Teraz, gdy poczuła TEJ nocy w parku, jak bardzo kocha Lucy, będzie miała szansę to nadrobić. Czyli jakieś szanse ma. A może i na męża spojrzy z czasem łaskawszym okiem? Może on też czuje się samotny i dlatego szuka pocieszenia u pań z ekranu komputera. To nie jest jeszcze jakaś wielka zdrada. Jest żałosny, ale nie jest zły.

To naprawdę bardzo optymistyczny film. Pełen zrozumienia dla ludzkich ułomności, błędów i błądzeń. Nieprzekreślający nikogo, dający szansę każdemu, pod warunkiem, że dorośnie i zda sobie sprawę, że przeszłości nie da się przekreślić, trzeba z nią żyć, ale jest przecież szansa w przyszłości, na której kartach możemy na nowo pisać swoje życie. I dobrze, jeśli będzie ono bazowała na od lat niewzruszonych wartościach, do których należy m.in. rodzina. Tu wspaniale przedstawiona i zagrana rola matki (Phyllis Somerville) Ronniego, czy młodsza Jennifer Conelly, jako żona Brada. One dwie, wydaje się, najlepiej zdają sobie z tego sprawę. Sarah dowie się o tym znacznie później. Aż by się chciało, żeby tak zdarzało się częściej w prawdziwym życiu. Bądźmy małymi dziećmi i uwierzmy, że to może być możliwe. :)

piątek, 26 października 2007

Pachnidło

Opowieść piękna. Zmysłowa. A to za sprawą bardzo nastrojowych zdjęć Franka Griebe, stałego operatora Tykwera. A i muzyka (autorstwa m.in. samego reżysera) nie pozostawała obrazowi dłużna - delikatny kobiecy głos pięknie komponował się z uniesieniami młodego adepta sztuki branży perfumeryjnej. A i aktorzy, na czele z Benem Wishawem – zagrali koncertowo. Może czasem, czasem Rickman odstawał, ale można to było nawet zrzucić na karb nieporadności postaci jaką grał – wdowca i ojca młodej pannicy. A płacz po jej stracie, nie był jakoś wstrząsający, bo może mu już łez brakło?
Czułam także wszystkie zapachy, te bardzo zróżnicowane i bardzo mocne, wyraziste, jak i te subtelne, wyczuwalne tylko przez Jana Baptystę G.

Jedno z pytań filmu: "czy cel może uświęcać środki"? Dlaczego jednym wolno zabijać tysiące w majestacie Bogów, czy w imię innych swoiście pojmowanych dobroczynnych idei? A nie wolno było tego czynić Grenouille’owi? Wszak pracował nad zapachem miłości, takim, który załagodzi wszelkie spory, pozbawi zahamowań, otumani i porwie do czynu i uczuć wszystkich bez wyjątków: największą biedotę, która już dawno zapomniała jak smakuje miłość, jak i biskupa, któremu nie wolno sobie jej smaku nawet przypomnieć. Kilka istnień ludzkich dla błogiej szczęśliwości wszystkich, które stąpają po Ziemi.

Nie żebym kibicowała, że użyję tej sportowej terminologii Janowi Baptyście. Trudno popierać tak beznamiętne i interesowne mordy, w dodatku na tak pięknych istotach płci żeńskiej, bo tylko piękne, choć niekoniecznie niewinne, padały jak muchy z ręki mistrza. No, może nie do końca można te morderstwa nazwać „beznamiętnymi”, wszak brały się z wielkiej pasji i idei tworzenia czegoś wyjątkowego dla ludzkości – rozkosznego zapachu, którego woń łagodziłaby międzyludzkie obyczaje i stosunki. Niestety, Grenouille zapomniał, że cechą zapachu jest jego nietrwałość, i nie wiedział jeszcze, że ludzie, dla zmysłowych rozkoszy tracą rozum.
A więc, nie żebym kibicowała, ale na pewno patrzyłam z zainteresowaniem, czy mu się uda. O tych dziewczynach wiedzieliśmy tak mało...A Jana B. znaliśmy od niemowlęcia, na tyle, by mu nawet współczuć - od urodzenia był dzieckiem niechcianym, odrzucanym, porzucanym, przekazywanym sobie z rąk do rąk, bitym, poniewieranym – jednym słowem zawsze, całe życie niekochanym. Na szczęście urodził się z genialnym powonieniem co nadało jego życiu sens,niestety innych tego życia pozbawiło.
Jego perfumy miłości nie mogły więc być zapachem doskonałym - Jan Baptysta nie umiał kochać, cały on był raczej miłości pragnieniem, niż jej spełnieniem. Ot, taka bajka, ale bardzo ładnie i malowniczo opowiedziana.

Ben Wishaw – wspaniały. Cały on świetnie wpisał się w rolę oszołomionego zapachami życia Jana Baptysty Grenouille’a – sylwetka wiotka i "zwiewna" niczym zapachy, którym się poświęcił. Twarz również, szczupła, prawie ascetyczna, ciągle napięta, skupiona, ze sporym nosem, w myśl powiedzenia „organ używany...itd.”. Ben w większości filmu grał nosem. Na takie wrażenie złożył się także świetny montaż. Nozdrza dokładnie w odpowiednim momencie drżały, rozdymały się, ożywały wiodąc Jana Baptyste śladem zapachów, nie samych dziewczyn, tak bardzo potrzebnych mu do spełnienia swej życiowej powinności.

„Pachnidło” to film nawet urzekający, głownie obrazem – wspaniała scenografia, dbałość o szczegóły zarówno wnętrz jak i kostiumów oraz postaci żyjących w tamtych czasach. Świetna scena końcowa, zbiorowego aktu seksualnego spełnionego wskutek cudownego zapachu, jaki nagle poczuli, rozjuszeni wcześniej do białości wizją ukarania mordercy, ludzie. No właśnie, bo to nie miłość nimi powodowała, że nagle zaczęli się kochać, ulegli obezwładniającemu zapachowi PRAGNIENIA miłości. Sprawił on, że musieli się kochać fizycznie od razu, tu i teraz z kimkolwiek obok. Czy po to urodził się Jan Baptysta Grenouille? Zakończenie filmu jest tego pytania odpowiedzią. A scena była piękna, także wizualnie, bo prawdziwa, wykonana przez żywych statystów, a nie przez program komputerowy (mam nadzieję). Setki twarzy i ciał ludzkich, niby wszyscy tacy sami, ale każde inne. Brawa za przedsięwzięcie.

I tu mała dygresja. Przy okazji tej wieńczącej film sceny, przypomniał mi się inny film, dokumentalny "Nagi świat". O Spencerze Tunicku, amerykańskim fotografiku, specjalizującym się w monumentalnych instalacjach złożonych z setek, setek, czasem nawet tysięcy, nagich ciał wkomponowanych w środowisko, w jakimś żyje człowiek. Przeważnie są to ulice, place wielkich miast, czasem jakieś budowle, pomniki, portowe nabrzeża, czy wybrzeża morskie. Jeździ on sobie wraz z dwoam czy trzema asystentami po całym świecie i nawołuje ludzi do swych fotograficzno-artystycznych happeningów, nie płacąc im za udział ani grosza. Takie zdjęcia wyglądają naprawdę niesamowicie. Jego największym osiągnięciem logistyczno-artystycznym jest fotka zrobiona w Barcelonie na wielkim placu przed Narodowym Instytutem Kultury , gdzie udało mu się w czerwcu 2003 roku zgromadzić, rozebrać, odpowiednio ułożyć i sfotografować ponad 7 tysięcy rozebranych Hiszpanów. Ten sam plac, wykorzystał właśnie Tykwer do sfilmowania sceny finałowej „Pachnidła”. Czy był to przypadek, czy może niemiecki reżyser został zainspirowany tak a nie inaczej do tej sceny właśnie przez Tunicka? W każdym razie tak to mi się jakos ładnie skojarzyło, i tym sposobem XXI-wieczny artysta wkradł mi się niepostrzeżenie w tę opowieść rodem z XVIII – wiecznej Francji.

czwartek, 20 września 2007

This Is England

Jestem ostatnią osobą, która podejrzewała by siebie, że będzie prawie szlochać nad losem jakiegoś skinheada z zapyziałego miasteczka Wysp Brytyjskich. A jednak tak się stało. Za sprawą reżysera Shane Meadowsa, Stephena Grahama i kompozytora – Ludovico Einaudi, którego muzyka wprost "znęcała się" nad widzem, szarpiąc jego serce, podczas dramatycznej finałowej sceny. Film niemal perfekcyjny, jeśli chodzi o dotarcie do uczuć widza. Scenariusz reżysera wprost modelowy – bohaterowie jednego miejsca, środowiska, ale jednak mocno zróżnicowani. Ich charaktery, z których żaden nie jest zdecydowanie czarny ani biały, zmieniają się ciągle pod wpływem następujących po sobie wydarzeń, niczym szkiełka w kalejdoskopie, tworząc barwną opowieść o odwiecznych ludzkich tęsknotach za akceptacją, przyjaźnią, miłością, rodziną i stabilizacją. Dialogi wartkie, błyskotliwe, wyważone, przekonywujące. Gra aktorów znakomita. Humor, dowcip, ale również prawdziwa troska autora „co z tą Anglią”? Za dużo w niej biedy, szarości, nijakości, braku celu w życiu prostych ludzi, brutalności, gniewu, w końcu rasizmu. A wszystko to na tle imperialistycznych zapędów (wojna o Falklandy) i mieszania się w konflikty zbrojne. Czyż nie lepiej, by politycy zajęli się własnym narodem, tu i teraz, gdzie obecnie żyje? Mało im jeszcze trosk i zmartwień, muszą szukać nowych?

Głównym bohaterem jest kilkunastoletni, osierocony przez ojca zabitego na wojnie z Argentyną o dalekie wyspy, Shaun (bardzo dobra rola, nagrodzona zresztą BIFA, Thomasa Turgoose’a). Shaun to dobry, porządny chłopiec, ale trochę samotny –nosi dziwne spodnie, nie ma ojca, musi więc w niektórych momentach życia liczyć tylko na siebie. W takiej sytuacji przyjąłby zaproszenie do towarzystwa od samego diabła, a co dopiero od grupy skinheadów, w której na dodatek są piękne i chętne dziewczyny. Istna sielanka zostaje zakłócona, gdy z więzienia wychodzi ich prawdziwy przywódca, Combo (Stephen Graham – rewelacyjny!!!). Grupa zmienia zupełnie swój charakter – z rozrabiackiej bandy staje się gangiem o profilu rasistowskim. A między starym wygą Combo i młodziutkim żółtodziobem Shaunem rodzi się coś na kształt przyjaźni, opartej na zauroczeniu (Combo widzi w Shaunie siebie, gdy był dzieckiem, Shaun widzi w Combo utraconego ojca) i imponowaniu sobie nawzajem. Niestety, nieodwzajemniona miłość, nuda, wewnętrzna pustka, bezradność, brak zajęcia, chęci by je sobie znaleźć i co tu dużo mówić – głupota, no – może: niezbyt wysoka inteligencja, powodują narastanie frustracji Combo i jego kolesiów, a tę najlepiej przecież wyładować na cudzoziemcach, zajmującej wg nich miejsca, które należą się Anglikom. Robi się coraz mniej przyjemnie, katastrofa wisi w powietrzu.

Shane Meadows koncertowo przedstawia proces rodzenia się agresywnych, nacjonalistycznych ruchów młodzieżowych. To nie są z gruntu źli ludzie. Takimi się stają wskutek różnych okoliczności. Nie wszyscy potrafią znaleźć sensowne ujście dla swoich frustracji, wynikających z poczucia krzywdy, opuszczenia, kompleksów, samotności, pozostawienia ich bez pomocy. Radzą więc sobie ze swoimi problemami, z niedostosowaniem tak jak umieją, jak jest najłatwiej, czyli spuszczaniem lania bogu ducha winnym i najlepiej słabszym . Do tego świetnie nadają się „inni”. Czyli jak nie ma pod ręką homoseksualistów (bo miasteczko jest małe, kto się do tego przyzna?), to mogą to być obcokrajowcy – których można przecież śmiało obijać w imię miłości do ojczyzny i czystości rasy.

„To jest Anglia” świetny film ze społeczno-politycznymi realiami tytułowej Anglii lat 80-tych w tle, zrodzony, jak się można domyślić, z elementów biografii samego reżysera (nawet imiona maja z Shaunem podobne: Shaun - Shane). Historia jakich wiele, dziejąca się co rusz pod różnymi szerokościami geograficznymi, ale opowiedziana wyjątkowo sprawnie i poruszająco. Jeden z najlepszych filmów tegorocznego ENH. Jeśli wejdzie na ekrany kin – polecam i uprzedzam – skinhead też człowiek, chusteczki trzymać w pogotowiu.

piątek, 7 września 2007

Dwa "dziwne" filmy 7. ENH

Dwa najdziwniejsze filmy festiwalu „CZŁOWIEK Z LONDYNU” Beli Tarra – najnowsza fabuła awangardowego reżysera z Węgier, będąca oryginalną ekranizacją powieści Georgesa Simenona i „DOMY SCHINDLERA” – dokument amerykański, a architekcie Rudolfie M. Schindlerze, reprezentujacym postwojenny modernizm, głównie lat 20-40 tych XX wieku w tamtejszym budownictwie mieszkalnym, głównie w zakresie nowoczesnych willi na wybrzeżu Los Angeles.

Te dwa filmy mają jedną wspólną cechę – ciszę, zminimalizowanie słów. Do widza przemawia głównie obraz. W „CZŁOWIEKU Z LONDYNU" są to długie ujęcia, przedstawiające w czarno-szarych barwach życie pewnego Londyńczyka, pracującego nocą na nadbrzeżu Tamizy, który pewnego razu staje się mimowolnym świadkiem morderstwa. Myliłby się, ten, kto by sądził, że filmowa wersja prozy angielskiego autora kryminałów, będzie trzymającym w napięciu thrillerem. Nie w przypadku Tarra, który znany jest ze swej metody filmowej, gdzie czas jest jednym z głównych aktorów jego produkcji. W swojej filmografii posiada filmy mające długość taśmy wystarczającej na prawie 8 godzin projekcji.
Tym razem węgierski reżyser, nazywany drugim Tarkowskim czy Antonionim, zmieścił się w 130 minutach, co i tak dla widza przyzwyczajonego do szybkich skondensowanych współczesnych, najczęściej amerykańskich produkcji, i tak wydaje się wiecznością. Film jest szary, powolny, niejeden by powiedział „beznadziejny”. Tak jak zresztą życie głównego bohatera, pana Maloin. Jest on człowiekiem bezgranicznie samotnym, mimo, że posiada żonę i córkę. Żyje jakby był niewidzialny, przemyka przez miasto i życie cichcem, wtapiając się bezbłędnie w piękne choć smutne pejzaże zaniedbanych ulic. Ale jednak, z czasem okazuje się, że ten przeciętny Londyńczyk jednak żyje. Ma swoje emocje i uczucia, jest na pewne sprawy szczególnie wyczulony, a nawet rozeźlony. Nie godzi się na brud, bierze się w końcu za jego sprzątanie, nie patrząc, że sprzątając sam się pobrudzi.

Wydawałoby się, że film jest pozbawiony akcji, oglądamy przeważnie kilkuminutowe ujęcia, czasem w ruchu, gdy na przykład wracamy razem z Maloin pustymi, przygnębiającymi ulicami do domu, po nocnej zmianie. Czasem są to ujęcia statyczne, ot choćby to z drzwiami starej szopy. Patrzymy na nie w ciszy, ale czujemy niemal fizycznie, wiemy, że te oto stare deski, uporządkowane w szereg i spięte starą żelazną klamrą, są zasłoną niezwyczajnego zajścia między dwoma mężczyznami.
Bo taka jest specyfika filmu Tarra, on igra z naszą wyobraźnią, to my sami snujemy projekcje tego co on nam zasugeruje. I na tyle jego filmy są fantastyczne, na ile pozwala nam na to nasza fantazja, daje nam w tym przypadku wolną rękę i wolny wybór.

„DOMY SCHINDLERA” (nie mylić z listą Schindlera), to 1.5 godzinny dokument z kilkuzdaniowym prologiem o kim mowa z konstatacją, iż dzieła tego amerykańskiego architekta o austriackich korzeniach, przemówią same za siebie i opowiedzą nam o człowieku, który je stworzył, a więc wszelki komentarz jest zbędny. Na początku – szok! Jak to tak, nie będzie opowieści o życiu? o zmaganiach z betonową materią? o założeniach modernizmu? o historii tych, trochę wydawałoby się na początku topornych willi; o tym kto, dla kogo, za co i za ile? Nie, nic, ani słowa. W ciągu 90 minut, słyszymu szum drzew, odgłosy ulicy i krzątaniny, jaka dochodzi z okolicy i wnętrz domów. Ludzi nie widać, jakby wymarli, oglądamy tylko puste wille, wytwory wyobraźni i ręki architekta oraz budowniczych. Surowa geometria, grube ściany, nieduże okna, płaskie dachy, spokojną harmonia, bez żadnej stylizacji i broń Boże ozdobników (oto odpowiedź na minioną secesję), sztuka i materia wyłącznie w służbie funkcjonalności. Na szczęście wszystko w życiu ewoluuje, a więc założenia modernizmu również. Film daje nam przegląd tego procesu właśnie. Te najwcześniejsze, najstarsze wille, są niczym bunkry - ponure, w środku ciemne, doskonałe jako sceneria filmów kryminalnych o więzionych przez przypadkowych przybyszy domownikach. Och, niedobre emocje budzi taka architektura...
Ale z czasem, ludzie i artyści łagodnieją, a z nimi ich sztuka. I tak też dzieje się z zabudowaniami nadmorskich terenów Los Angeles w latach około 50-tych XX wieku. Nadal pozostają w stylu, ale ich linia i forma jest bardziej lekka. Nadal brak symetrii w planowaniu poszczególnych segmentów budynków, ale okna nabierają rozmachu, zajmują w murach więcej miejsca, wnętrza stają się jaśniejsze i weselsze. I widzom na sali robi się jakoś raźniej. Pojawia się bowiem więcej domowych odgłosów na ścieżce dźwiękowej; a to brzęk naczyń, zgrzyt sztućców z kuchni, jakieś dalekie rozmowy, ba... raz nawet udaje nam się podglądnąć mężczyzną czytającego książkę na tarasie przestrzennnej willi. Nieśmiało więc pojawia się cel, dla którego funkcjonuje modernizm – człowiek i życie. I zaraz zrobiło się cieplej i przyjaźniej, ba... nawet czasem zwiewnie, jeśli by tak można rzec o modernistycznych bryłach. Po prostu – pięknie.
Oto na jaką ciekawą wędrówkę zabrali nas twórcy tego dokumentu, podobnie zresztą jak Tarr – zaproponowali nam spacer po zamożnym sektorze Los Angeles, tak jak Tarr zabrał nas do biednej dzielnicy Londynu... obaj wcisnęli nam pod rękę naszą wyobraźnię.


Człowiek z Londynu i człowiek z Los Angeles. Fikcja i fakty. Dwa filmy – jedna cisza. Niesłychane, że można się jeszcze zatrzymać i popatrzeć, posłuchać spokoju, dać upust wyobraźni, pofantazjować, co prawda pod ścisłym nadzorem reżysera, ale zawsze.

Na „Człowieka z Londynu” ja wyciągnęłam A., a to pod wpływem lektury „Tego piekielnego kina” Wojciecha Kuczoka, gdzie Bela Tarr ma dla siebie cały porządny rozdział. I dobrze, bo to może nie od pierwszej chwili porywający reżyser, przekonuje po czasie, gdy się na spokojnie przetrawi jego filmową strawę i wyciągnie z niej odpowiednie wartości. Jedną z niezaprzeczalnych jest niezwykła uroda czarno-szaro-białych zdjęć, oraz spokój jaki emanuje z ekranu, nawet, gdy jest krwawo i groźnie. No i akcja "umownie" za kadrem, co pozwala tworzyć swoje scenariusze.

Na „Domy Schindlera” wyciągnęła mnie A. Jako przyszła kulturoznawczyni nie omieszkała o nie zahaczyć. Spodziewałyśmy się więcej treści wyłożonej jak kawa na ławę. Otrzymałyśmy piękny szkic o ewolucji artystycznej jednego z architektów modernizmu, pogłębiony o zadumę nad przemijaniem ludzkiej materii w kontraście z trwałością architektonicznego budulca.