Cenię ten film za ciekawy temat. Ciągle żywy, mimo upływu ponad 60 lat od
zakończenia wojny. Wszak - nie zanosi się, żeby sprawa tzw.
wypędzeń, jak mówią Niemcy, albo przesiedleń jak mawiają Polacy,
mieszkający kiedyś za naszą wschodnią granicą, miała kiedykolwiek
ucichnąć.
Film wg prozy G. Grassa, pod tym samym tytułem. W Gdańsku, niedaleko kościoła Mariackiego spotyka się przypadkowo dwoje ludzi w dojrzałym wieku – Polka rodem z Wilna i Niemiec rodem z Gdańska. Ona w tym mieście mieszka PO , a on mieszkaŁ PRZED rokiem 1945.
Tych ludzi na pierwszy rzut oka wiele dzieli, ale i łączy ich coś bardzo istotnego - imiona – Aleksander i Aleksandra, stan cywilny, wiek, ale przede wszystkim los przesiedlonego, czyli chroniczna nostalgia, tęsknota za rodzinnymi stronami.
Od słowa do słowa, od żartu do żartu, od kieliszka wina do następnego – wpadają, wydawałoby się na szalony, pomysł utworzenia cmentarza pojednania polsko-litewsko-niemieckiego. Aby udało im się go sfinalizować , czyli zdobyć potrzebne fundusze, tworzą najpierw Polsko-Niemieckie Towarzystwo Cmentarne. Niestety, przekonują się, że czasy bezinteresownej miłości, także do ojczyzny, i dawnych sentymentów już się skończyły. Nastał bowiem czas pieniądza i szwindli bez skrupułów (tu następuje jedna z najlepszych sekwencji filmu). Nie mogą się z taka sytuacją pogodzić, a także z wieloma wypaczeniami ich wspólnej idei. Tak z grubsza wygląda kanwa tej bardzo współczesnej produkcji Roberta Glińskiego.
Scenarzyści, czyli Cezary Harasimowicz , Paweł Huelle i Klaus Richter, postarali się o dosyć dobre rozpisanie dialogów. Są żywe, błyskotliwe, iskrzą często dowcipem, często sarkazmem w związku z odwiecznymi polsko-niemieckimi animozjami. Zawierają w swej treści wiele ciągle jeszcze funkcjonujących w naszych, polskich i niemieckich, świadomosciach, a także niestety i realiach - stereotypów. Ale, że dialogi są napisane z humorem i padają z ust mądrych ludzi, to raczej nas owe mentalne skostniałości śmieszą niż denerwują.
We "Wróżbach kumaka" mamy całą galerię pokoleń i typów ludzkich. Prym wiedzie stara gdańszczanka Erna. Taka dobra, prawie czarownica, z żydowskim, czy może kaszubskim (tego nie zrozumiałam do końca) rodowodem, która w tym mieście mimo wszelkich historycznych zawirowań mieszka całe życie. Ta postać ma jakieś symboliczne znaczenie – przetrwania, wierność sobie i swojemu miejscu na ziemi, mimo przemian jakie się w otaczającym świecie dokonują. No i oczywiście w jednej z głównych ról mamy kumaka, którego kumkanie nie wróży niczego dobrego i który ciągle prześladuje Aleksandrę i Aleksandra, spotykających się 44 lata po wojnie by dzielić wspólnie swoje skomplikowane losy.
Wielką zaletą filmu są piękne zdjęcia (Jacek Petrycki). Gdańsk, pobliskie tereny prezentują się wspaniale, podobnie jak aktorzy, nieco wiekowi, ale wizualnie nadal ciekawi, dobrze filmowani. O czym nie trzeba przekonywać w przypadku Krystyny Jandy – ciągle interesująca kobieta. Pan Matthias Habich ze swoimi 66 wiosnami też ma się nienajgorzej. Widać ogólnie, że podczas realizacji dbano o dobre oświetlenie planu, zatrudniono w tym celu świetnych fachowców i nie skąpiono na nie pieniędzy.
Mam zastrzeżenia jedynie do niektórych fragmentów fabuły – zbyt lekko szedł im ten cmentarny interes jak na warunki polskie, ale może waluta zachodnia robiła swoje. Czasem odnosiłam wrażenie pewnej naiwności scenariusza, takiej gonitwy, która jak najszybciej miała nas dowieść do finału filmu, który muszę przyznać mnie bardzo zaskoczył, mimo, że przecież kumak ciągle kumkał. I dodam jeszcze , że w tym przypadku autorzy wczuli się w moje marzenia, jeśli by to tak można było ująć.
Film, ostrożnie, polecam. Oczywiście zainteresowanym niecodzienną, ale ważką tematyką, poetyckim przekazem filmowym (takie elementy bowiem też się tu przewijają), miłością wieku średniego, no i wielbicielom Krystyny Jandy oraz miasta Gdańska. Poza tym wszystkim, czasem warto uwierzyć, że pojednanie polsko-niemieckie jest możliwe, jeśli nie na niwie politycznej to na pewno w sercach pojedynczych ludzi.
Film wg prozy G. Grassa, pod tym samym tytułem. W Gdańsku, niedaleko kościoła Mariackiego spotyka się przypadkowo dwoje ludzi w dojrzałym wieku – Polka rodem z Wilna i Niemiec rodem z Gdańska. Ona w tym mieście mieszka PO , a on mieszkaŁ PRZED rokiem 1945.
Tych ludzi na pierwszy rzut oka wiele dzieli, ale i łączy ich coś bardzo istotnego - imiona – Aleksander i Aleksandra, stan cywilny, wiek, ale przede wszystkim los przesiedlonego, czyli chroniczna nostalgia, tęsknota za rodzinnymi stronami.
Od słowa do słowa, od żartu do żartu, od kieliszka wina do następnego – wpadają, wydawałoby się na szalony, pomysł utworzenia cmentarza pojednania polsko-litewsko-niemieckiego. Aby udało im się go sfinalizować , czyli zdobyć potrzebne fundusze, tworzą najpierw Polsko-Niemieckie Towarzystwo Cmentarne. Niestety, przekonują się, że czasy bezinteresownej miłości, także do ojczyzny, i dawnych sentymentów już się skończyły. Nastał bowiem czas pieniądza i szwindli bez skrupułów (tu następuje jedna z najlepszych sekwencji filmu). Nie mogą się z taka sytuacją pogodzić, a także z wieloma wypaczeniami ich wspólnej idei. Tak z grubsza wygląda kanwa tej bardzo współczesnej produkcji Roberta Glińskiego.
Scenarzyści, czyli Cezary Harasimowicz , Paweł Huelle i Klaus Richter, postarali się o dosyć dobre rozpisanie dialogów. Są żywe, błyskotliwe, iskrzą często dowcipem, często sarkazmem w związku z odwiecznymi polsko-niemieckimi animozjami. Zawierają w swej treści wiele ciągle jeszcze funkcjonujących w naszych, polskich i niemieckich, świadomosciach, a także niestety i realiach - stereotypów. Ale, że dialogi są napisane z humorem i padają z ust mądrych ludzi, to raczej nas owe mentalne skostniałości śmieszą niż denerwują.
We "Wróżbach kumaka" mamy całą galerię pokoleń i typów ludzkich. Prym wiedzie stara gdańszczanka Erna. Taka dobra, prawie czarownica, z żydowskim, czy może kaszubskim (tego nie zrozumiałam do końca) rodowodem, która w tym mieście mimo wszelkich historycznych zawirowań mieszka całe życie. Ta postać ma jakieś symboliczne znaczenie – przetrwania, wierność sobie i swojemu miejscu na ziemi, mimo przemian jakie się w otaczającym świecie dokonują. No i oczywiście w jednej z głównych ról mamy kumaka, którego kumkanie nie wróży niczego dobrego i który ciągle prześladuje Aleksandrę i Aleksandra, spotykających się 44 lata po wojnie by dzielić wspólnie swoje skomplikowane losy.
Wielką zaletą filmu są piękne zdjęcia (Jacek Petrycki). Gdańsk, pobliskie tereny prezentują się wspaniale, podobnie jak aktorzy, nieco wiekowi, ale wizualnie nadal ciekawi, dobrze filmowani. O czym nie trzeba przekonywać w przypadku Krystyny Jandy – ciągle interesująca kobieta. Pan Matthias Habich ze swoimi 66 wiosnami też ma się nienajgorzej. Widać ogólnie, że podczas realizacji dbano o dobre oświetlenie planu, zatrudniono w tym celu świetnych fachowców i nie skąpiono na nie pieniędzy.
Mam zastrzeżenia jedynie do niektórych fragmentów fabuły – zbyt lekko szedł im ten cmentarny interes jak na warunki polskie, ale może waluta zachodnia robiła swoje. Czasem odnosiłam wrażenie pewnej naiwności scenariusza, takiej gonitwy, która jak najszybciej miała nas dowieść do finału filmu, który muszę przyznać mnie bardzo zaskoczył, mimo, że przecież kumak ciągle kumkał. I dodam jeszcze , że w tym przypadku autorzy wczuli się w moje marzenia, jeśli by to tak można było ująć.
Film, ostrożnie, polecam. Oczywiście zainteresowanym niecodzienną, ale ważką tematyką, poetyckim przekazem filmowym (takie elementy bowiem też się tu przewijają), miłością wieku średniego, no i wielbicielom Krystyny Jandy oraz miasta Gdańska. Poza tym wszystkim, czasem warto uwierzyć, że pojednanie polsko-niemieckie jest możliwe, jeśli nie na niwie politycznej to na pewno w sercach pojedynczych ludzi.






