poniedziałek, 14 stycznia 2008

Wróżby kumaka

Cenię ten film za ciekawy temat. Ciągle żywy, mimo upływu ponad 60 lat od zakończenia wojny. Wszak - nie zanosi się, żeby sprawa tzw. wypędzeń, jak mówią Niemcy, albo przesiedleń jak mawiają Polacy, mieszkający kiedyś za naszą wschodnią granicą, miała kiedykolwiek ucichnąć.

Film wg prozy G. Grassa, pod tym samym tytułem. W Gdańsku, niedaleko kościoła Mariackiego spotyka się przypadkowo dwoje ludzi w dojrzałym wieku – Polka rodem z Wilna i Niemiec rodem z Gdańska. Ona w tym mieście mieszka PO , a on mieszkaŁ PRZED rokiem 1945.

Tych ludzi na pierwszy rzut oka wiele dzieli, ale i łączy ich coś bardzo istotnego - imiona – Aleksander i Aleksandra, stan cywilny, wiek, ale przede wszystkim los przesiedlonego, czyli chroniczna nostalgia, tęsknota za rodzinnymi stronami.
Od słowa do słowa, od żartu do żartu, od kieliszka wina do następnego – wpadają, wydawałoby się na szalony, pomysł utworzenia cmentarza pojednania polsko-litewsko-niemieckiego. Aby udało im się go sfinalizować , czyli zdobyć potrzebne fundusze, tworzą najpierw  Polsko-Niemieckie Towarzystwo Cmentarne. Niestety, przekonują się, że czasy bezinteresownej miłości, także do ojczyzny, i dawnych sentymentów już się skończyły. Nastał bowiem czas pieniądza i szwindli bez skrupułów (tu następuje jedna z najlepszych sekwencji filmu). Nie mogą się z taka sytuacją pogodzić, a także z wieloma wypaczeniami ich wspólnej idei. Tak z grubsza wygląda kanwa tej bardzo współczesnej produkcji Roberta Glińskiego.

Scenarzyści, czyli Cezary Harasimowicz , Paweł Huelle i Klaus Richter, postarali się o dosyć dobre rozpisanie dialogów. Są żywe, błyskotliwe, iskrzą często dowcipem, często sarkazmem w związku z odwiecznymi polsko-niemieckimi animozjami. Zawierają w swej treści wiele ciągle jeszcze funkcjonujących w naszych, polskich i niemieckich, świadomosciach, a także niestety i realiach - stereotypów. Ale, że dialogi są napisane z humorem i padają z ust mądrych ludzi, to raczej nas owe mentalne skostniałości śmieszą niż denerwują.

We "Wróżbach kumaka" mamy całą galerię pokoleń i typów ludzkich. Prym wiedzie stara gdańszczanka Erna. Taka dobra, prawie czarownica, z żydowskim, czy może kaszubskim (tego nie zrozumiałam do końca) rodowodem, która w tym mieście mimo wszelkich historycznych zawirowań mieszka całe życie. Ta postać ma jakieś symboliczne znaczenie – przetrwania, wierność sobie i swojemu miejscu na ziemi, mimo przemian jakie się w otaczającym świecie dokonują. No i oczywiście w jednej z głównych ról mamy kumaka, którego kumkanie nie wróży niczego dobrego i który ciągle prześladuje Aleksandrę i Aleksandra, spotykających się 44 lata po wojnie by dzielić wspólnie swoje skomplikowane losy.

Wielką zaletą filmu są piękne zdjęcia (Jacek Petrycki). Gdańsk, pobliskie tereny prezentują się wspaniale, podobnie jak aktorzy, nieco wiekowi, ale wizualnie nadal ciekawi, dobrze filmowani. O czym nie trzeba przekonywać w przypadku Krystyny Jandy – ciągle interesująca kobieta. Pan Matthias Habich ze swoimi 66 wiosnami też ma się nienajgorzej. Widać ogólnie, że podczas realizacji dbano o dobre oświetlenie planu, zatrudniono w tym celu świetnych fachowców i nie skąpiono na nie pieniędzy.

Mam zastrzeżenia jedynie do niektórych fragmentów fabuły – zbyt lekko szedł im ten cmentarny interes jak na warunki polskie, ale może waluta zachodnia robiła swoje. Czasem odnosiłam wrażenie pewnej naiwności scenariusza, takiej gonitwy, która jak najszybciej miała nas dowieść do finału filmu, który muszę przyznać mnie bardzo zaskoczył, mimo, że przecież kumak ciągle kumkał. I dodam jeszcze , że w tym przypadku autorzy wczuli się w moje marzenia, jeśli by to tak można było ująć.

Film, ostrożnie, polecam. Oczywiście zainteresowanym niecodzienną, ale ważką tematyką, poetyckim przekazem filmowym (takie elementy bowiem też się tu przewijają), miłością wieku średniego, no i wielbicielom Krystyny Jandy oraz miasta Gdańska. Poza tym wszystkim, czasem warto uwierzyć, że pojednanie polsko-niemieckie jest możliwe, jeśli nie na niwie politycznej to na pewno w sercach pojedynczych ludzi.

Dobry "Żurek", dobry...

Niedawno pożegnaliśmy święta, jesteśmy w środku karnawału, no to ja na przekór i ku pamięci, jako że zamykam pewien rozdział mojego internetowego żywota ( forum), wspomnę o „Żurku”.
Smakowity film, choć chwilami kwaśny, jak to żurek. I nie poczułam się po nim zdołowana. Przeciwnie, jestem syta (jak to po żurku) i mocno  zbudowana. O dziwo. Mimo całej mizerii życia jego głównych bohaterów, a właściwie bohaterek. Tak, życie Halinki i jej "nie tego" córki Iwonki jest ciężkie, i często pozbawiane godności (niestety przeważnie za sprawą mężczyzn), ale jednak, mimo wszystko, jest ono godne. Bo Halinka za wszelką cenę pragnie ocalić podstawowe wartości, o których często obecnie się już zapomina. Ot choćby to, by mężczyzna, jak na mężczyznę przystało, ponosił odpowiedzialność za swoje czyny, by dziecko miało ojca, by ojciec miał wpływ na imię nadane jego dziecku na chrzcie (koniecznie przed świętami), by łożył na jego wychowanie etc. Po prostu - poszanowanie pewnych odwiecznych praw, zwyczajów,  obyczajów, co decyduje o pewnym uporządkowaniu i ładzie naszego życia. Symbolem tej tęsknoty za takim ładem, umiłowaniem pewnych korzystnych dla człowieka tradycji jest w filmie tytułowy żurek - polski żurek - którego smaku nie możemy, nie chcemy i nie powinniśmy zapomnieć.
Zresztą, niekoniecznie rzecz musi tyczyć wartości typowo religijnych, jakich tu mamy przyklad. Ważne by każdy posiadał swój własny system wartości humanitarnych, których przestrzeganie czyni z nas prawdziwego człowieka, w choćby najgorszej sytuacji życiowej.

Piękny, klimatyczny film. Wreszcie świetny scenariusz (wg opowiadania O. Tokarczuk) - niby nic skomplikowanego - poszukiwanie sprawcy poczęcia dziecka - ale ileż tu niedomówień, niejednoznaczności, w treści i emocjach. Pięknie zagrane role - od tych najważniejszych (Z. Zamachowski chyba juz dostanie etat prowincjonalnych, poczciwych, szlachetnych wrażliwców) do drugo-  i trzecioplanowych.
Jedna scena wspaniała - napaść na Iwonkę i jej matkę podczas powrotu z jednostki wojskowej- gdy nie wiemy, czy to co się dzieje (a dokładnie gra twarzy i gestów napastnika i Iwonki) jest faktem, czy wyrazem tęsknoty tej młodej dziewczyny, takiej trochę "nie tego", ale mającej tak jak wszystkie inne, swoje pragnienia i marzenia o mężczyznach.
Pisząc te słowa, jakiś czas temu, czułam się trochę zmobilizowana do przeczytania literackiego pierwowzoru dla porównania - co tez uczynił z nim R. Brylski robiąc taki ciekawy film. Niestety, nie wyszło :((( Chlip, chlip. Za karę jutro gotuję pyszny żurek (serio), na boczku, kiełbasie, z ziemniaczkami, pełna tradycja! - i nie jem go! Kolejne postanowienie. Przekonam się czy spełnione, już za kilkanaście godzin. Chlip. chlip, chlup, chlup...

niedziela, 13 stycznia 2008

Brat - czyli Takeshi Kitano w Ameryce

To film o dwóch takich co zostali braćmi, z których pierwszy prawie wykłuł oczy drugiemu, a drugi, przyszedł czas, że zapłakał ze szczęścia tymi oczyma A stało się to na amerykańskiej ziemi, z dala od ich ojczyzn, położonych w Azji i Afryce.

Filmy o japońskiej yakuzie nie należą do moich najulubieńszych, może dlatego, że swojego czasu nasyciłam się tematyką mafijną we włoskim wykonaniu, ale mimo wszystko uważam, że „Brat” T.Kitano to świetna opowieść, którą od początku ogląda się w oczekiwaniu na domyślny koniec, jak się okazuje z zaskakującą pointą, na temat kto komu bratem.
Yamamoto (nazwisko przybrane), grany przez T.Kitano, to gangster który musi uciekać z Japonii, zagrożony śmiercią z ręki konkurencyjnego odłamu yakuzy. Na miejsce schronienia wybiera sobie Los Angeles, ze względu na metę u swego krewnego, bo czy jest to jego rodzony brat, nie jest to do końca takie oczywiste. A że bezwzględne zabijanie to coś co Yamamoto lubi i umie najbardziej, to i z zapałem bierze się do odpowiedniej dla siebie roboty.
W skrócie, chodzi o to jak japońska yakuza organizuje się w USA i jaki ma tam status i ile konkurencji do pokonania. Jest to dosyć trudne, bo Japończycy nie ciesza się za wielką estymą w tym kraju, mogą liczyć jedynie na Czarnych i na jakieś niedobitki Meksykanów z latynoskich organizacji. Ale zatwardziałość i brak skrupułów Yamamoto prowadzi do sukcesu, tych, którzy oddali mu się na służbę. Jednak nieposkromiona żądza władzy i oraz zuchwałość, gdy wkraczają na tereny Włochów, sprawia, że dobra passa się kończy.

Sporo ironii ze strony Kitano, i czarnego humoru, co mi się najbardziej podobało, na swój własny temat, swego narodu i stereotypów jakie wokół niego krążą.”Japończycy są tacy nieprzeniknieni” mówi stary Japończyk do Yamamoto pod koniec filmu. A zdanie „Japończycy są tacy do siebie podobni!” – przewija się kilka razy przez film, jak również „ci pieprzeni Japońcy”, za to ostatnie zdanie niejeden, który je wypowiada placi głową.

Za królową scen w „Bracie” uważam ceremonię posiłku najwyższych władz organizacji w Japonii w otoczeniu nawierniejszych giermków. Nagle jeden z nich rzuca hasło, że brat Yamamoto, jest zdrajcą, ten na znak honoru, robi sobie malownicze harakiri, na co boss z pretensją do rzucającego podejrzenie „Zakłociłeś ceremonię” , na co ten skruszony i z prośbą o wybaczenie odcina sobie nożem (uplamionym zresztą krwią z uprzedniego rytulanego samobójstwa) palec i podaje jedzącemu i mocno zniesmaczonemu zajściem bossowi niemal na talerz. Boskie!!!

Jest okrucieństwo, trochę mózgów na ścianach, owszem, ale to wydaje się takie na miejscu i takie konieczne, że nie razi aż tak bardzo. A jednocześnie, niektóre sceny egzekucji bawią, na przykład ta, gdy obserwujemy podrygiwanie zabijanych na fotelach przy stole w rytm pistoletowych kanonad – taki swoisty dance macabre. Zreszta takich scen baletów śmierci było więcej - i to nawet w konwencji - światło - dźwięk.

Bardzo dwuznaczny film: okrutnie-zabawny, niby hołd dla honorowych wojowników jakuzy, ale jednocześni drwina pomieszana z politowaniem na temat ich bezsensownych poświęceń na rzecz bogacenia sie jednostek; tytułowy brat, który de facto nie jest bratem; okrutny i bezwzględny Yamamoto okazuje się być sentymentalnym dobrym wujkiem itd.

Takeshi Kitano – nie dziwie się, ze ma tylu wielbicieli, może nawet wsród kobiet. Chyba się do nich dopiszę. Nieodgadniony, nieprzenikniony, taki jak przystoi na Japończyka, zgodnie z obiegową opinią o nim samym i jego współbraciach. Z nieruchomą twarzą, którą od czasu do czasu ożywia krzywy uśmieszek, a oczy przeważnie schowane za ciemnym szkłem okularów, skutecznie nie zdradzają stanu emocji i uczuć.

11:14

Miły filmik. Jeśli tak można napisać o filmie, w którym trup ściele się gęsto, a widz zamiast być przerażonym, jest raczej rozbawiony. Może i dlatego, że ofiary po części mają za swoje - nie należą raczej do świętych, każda z nich ma jakiś, przynajmniej jeden, grzeszek na sumieniu.
W którymś momencie, owszem, można już prawie wszystko przewidzieć, oprócz metody czy sposobu realizacji przeznaczenia – głównego bohatera filmu, które realizuje się o godzinie 11.14. Zaiste - jakieś niebywałe fatum spadło na to konkretne małe miejsce, gdzieś tam w USA.
Jaki wniosek z filmu, oprócz dobrej zabawy, wypływa? Otóż kilka:
- głupota prędzej czy później zostanie ukarana,
- gdy coś zmajstrujemy - nie uciekajmy pochopnie przed policją - w końcu i tak nas dopadnie,
- nie brońmy i nie chrońmy przestępców, nawet jeśli mniemamy, że są nimi nasi bliscy,
- nie pijmy w czasie jazdy,
- mimo wszystko - nie sikajmy przez okno w czasie jazdy (to uwaga dla panów, oczywiście, bo tylko oni posiadają taki komfort)
- nie uprawiać seksu na cmentarzach, a już tym bardziej na nagrobkach mających u wezgłowia anielską figurę. Wasz anioł stróż może się zagapić na tę że i może być po was!
Nie naprawdę nic wielkiego, ale coś w tym filmie jest - karkołomne (w przenośni i wprost) pomysły, wartka akcja, a na dodatek Hilary Swank z aparatem na zębach i "brudny tancerz" po latach - miło popatrzeć, tym bardziej że wygląda nieco lepiej niż na Kubie, w Dirty Dancing 2.
Polecam, dlaczego nie? Najlepiej na randkę w kinie domowym, przy piwku, chipsach i popcornie - świetnie nadadzą się do zabicia chwil znużenia, które mogą się pojawić w czasie seansu.

piątek, 7 grudnia 2007

Przemiany

Tak się jakoś stało, że niedawno szłam jak burza w zaliczaniu filmów, w których gra pan Poniedziałek. Na przykład, niedawno miałam przyjemność być widzem filmu "Przemiany", w którym ów aktor grał główną rolę męską - Adriana Snauta. A film reżyserował wg własnego pomysłu i autorstwa scenariusza - Łukasz Barczyk.
Jak na "porządny" polski film przystało, zaczyna się on sceną erotyczną, nie do końca spełnioną. Naga kobieta (Maja Ostaszewska), podchodzi do odzianego mężczyzny, ukrytego w głebokim mroku (znowu sie przeraziłam, ze tak ciemno będzie już do końca) i błaga go o miłość. Niestety, mężczyzna (T. Karalus), który później okaże się być jej mężem, stoi niewzruszony, jak głaz, tłumacząc sie, że nie, że mieszkanie jest zbyt akustyczne. No niestety, oglądałam drugi film z Poniedziałkiem (pierwszy to był "Trzeci" - tak się dziwnie składa) każdy z nich zaczyna się podobną sceną, prawie erotyczną, kiedy rozebrana i podeksytowana pani prosi, nadarmo, męża o miłość. Czy to jakaś fobia będzie??

Ale do rzeczy, o co chodzi w "Przemianach"? Mamy pięknie położony, w zieleni, nad jeziorem, dom kobiet - sióstr i matki, niczym u "Panien z Wilka" Andrzeja Wajdy, ale skojarzenie tylko i wyłącznie na tym się kończy. Co prawda jest też mężczyzna, również przyjezdny, ale bliski tylko jednej z sióstr. Przybył, aby prosić o jej rękę u matki rodzicielki. Adrian jest mężczyzną z przeszłością i matka ma wątpliwośći, ale pozwala mu zostać w domu, w celu obserwacji przyszłego zięcia. Do Wiktora z "Panien z Wilka" również Adrianowi daleko. Mimo, że jest podobieństwo między nimi, polegające na rozkochiwaniu w sobie sióstr. Ale to już nie ta epoka, nie ci ludzie, nie tej klasy mężczyzna, nie tej wielkości kobiety. Czasy się zmieniły. Czy o te "przemiany" chodzi reżyserowi? Eeee, chyba nie... a może? Mnie sie zrobiło żal, że Adrian jest taki bezpośredni - chodzi nago po pokojach, mówi wprost przykre rzeczy kobietom, a później sięga po nie, bo taką ma ochotę, chce je poczuć, jak twierdzi. Wiktor by tak nie postąpił. A i siostry - Panny z Wilka po odkryciu swoich wzajemnych podłostek, jeśli w ogóle by taki poczyniły, nie wyzywałyby się od najgorszych i nie klęły na siebie ordynarnie. Bardzo daleko zaszły tego rodzaju obyczajowe przemiany.

A Adrian, nie wiedzieć czemu, posiada jakieś nadzwyczajne właściwości. Potrafi rozgryźć psychologicznie każdą z dwóch sióstr swojej narzeczonej. Potrafi uderzyć i zranić je w ich najczulsze punkty. Jakim cudem je odgaduje, będącym zwyczajnym, prostym mężczyzną, pozostanie tajemnicą autora filmu. Mnie on do swoich jasnowidzących zdolności nie przekonał.

No i niestety, czym Adrian dłużej przebywa w domu kobiet, tym gorzej sie w tym domu dzieje. Choć i przedtem nie bywało najlepiej. Marszałek Lepper by to określił najtrafniej - za mało chłopa im było i stąd te wszystkie nieszczęścia. No bo cóż, te tytułowe przemiany na ekranie zaczeły się dziać właśnie po przybyciu wszechwiedzącego i dosyć jurnego Adriana. A wszystko się międli w gronie ściśle rodzinnym, tak że aż mdli.

Film leci w dużym stopniu na klimaciku erotycznym. A scena kulminacyjna między Poniedziałkiem - Adrianem a jedną z sióstr narzeczonej jest żenująco udźwiękowiona, pod względem synchronizacji obrazu z odgłosami miłości. Pani dyszy jak szalona, a na ekranie na to nie wygląda, poza tym widać, że momentami się wycisza, by nabrać znowu tempa, a my słyszymy ją nadal bardzo głośno. Tak więc starania pary kochanków, by miłość ich była jak najbardziej zmysłowa i namiętna pełzną na niczym. I wychodzi nieco śmiesznie.
I tak sobie też pomyślałam, przy okazji, ze może lepiej, by się panowie aktorzy nie określali publicznie jeśli są innej orientacji. W scenach erotycznych z kobietą jakoś mniej przekonują, tak mi sie wydaje. No, niestety, żyjemy w Polsce, filmów robi sie malutko, mamy taki mały grajdołek, wiemy kto z kim, i jakoś nie potrafimy odlecieć w czasie filmu... A może to kwestia tych pechowych synchronów po prostu?

Czy film był dobry? Wiecie, ze sama już nie wiem. W czasie oglądania bywało, że sobie ziewnęłam ukradkiem, bo i aktorstwo czasem kulało (słabo wypadła matka), scenariusz wydawał mi się naciągnięty, denerwowały mnie zdjęcia - masa niepotrzebnych manierycznych zbliżeń szczegółów twarzy - lubię to, gdy trzeba, ale tutaj mnie raziły. Mimo wszystko, wysiedziałam, w końcu zapatrzyłam się, do tego stopnia, że spaliłam czajnik z wodą, co sprawi, że film ten zapamiętam na pewno. ) I jak sobie tu teraz piszę i tak o nim rozmyślam, to sądzę, że coś w sobie ma, że autor miał ambicję zrobić film o uczuciach, o szczerości uczuć - co jest ważne, że warto o tę szczerość zabiegać, nawet kosztem przemian, które mogą zaistnieć, gdy na tę otwartość się w końcu zdecydujemy. Można zobaczyć!

Małe dzieci

Ten film to taki klaps dla dorosłych małych dzieci, którzy w pewnym momencie, znudzeni zabawą w dom, mamę i tatę zapominają, że nie bawią się lalkami, a ich domy nie są z tektury. Klaps jaki otrzymują Sarah (K.Winslet) i Brad (P. Wilson) jest dosyć potężny, ale ratuje zycie im i ich rodzinom. Są wydaje mi się za wrażliwi, by ich romantyczna ucieczka w nowe wspólne życie, mogła ich w pełni uszczęśliwić. A poza tym, Brad tak naprawdę kocha żonę, jest tylko może nieco znudzony monotonią roli, jaką przyszło mu chwilowo spełniać, roli "matki" małego dziecka. A może nieco nawet odgrywa się na żonie, której zycie zawodowe ułożyło się bardziej pomyslnie niż jemu? Co innego Sarah, której mąż w jej oczach to kompletne zero. Niczym jej, i nam, nie jest w stanie zaimponować. Mógłby jedynie majątkiem, ale to nie jest dla niej najważniejsze. To Sarah jest inicjatorką grzesznego związku między nią a Bradem, to ona go ciągle wodzi na pokuszenie, a on ulega, bez wiekszych oporów. A my ją rozumiemy i nawet ją po trochu rozgrzeszamy - ten mąż! Ta świnka Cay i jej frywolny prezencik dla niego! Gdzie on ma oczy? Ta Sarah taka piękna, taka niezaspokojona! Dobrze mu tak. Ale, ale – jest przecież Lucy! Ich słodka córeczka. Tak bywa, że czasem kobieta zwycięża nad matką w kobiecie. Matka nie może być dobrą matką, jeśli nie jest szczęśliwą kobietą. Dopingujemy więc schadzkom Brada i Sarah i trzymamy kciuki, żeby się nic nie wydało.

Niestety, w pewnym momencie nasi bohaterowie dostają prztyczka w nos. Każdy na miarę takiego kim jest. Sarah jak na matkę przystało – przekonuje się, że nie ma dla niej na świecie nikogo cenniejszego niż jej córka. A Brad dostaje po głowie, dosłownie, tak jak na faceta przystało. Mały wstrząs mózgu i wszystko wraca do normy. Przynajmniej tak się nam wydaje.

Do normy wróci być może także życie Ronniego, miejscowego ekshibcjonisty, który w momentach napiecia seksualnego, nie przebiera w obiektach straszenia swoim przyrodzeniem - często są nimi dzieci, co doprowadza do psychozy mieszkańców przedmieścia. Jego powrót do społeczności, jeśli się uda, jest również okupiony wielkim wstrząsem i bólem, dosłownie i w przenośni.

A Larry, były policjant, którego tak trafnie opisuje dovi, także dostaje potężnego klapsa od losu. Kolejny raz jest winien czyjejś smierci. Tego już za wiele, bo on, tak naprawdę, nie jest z gruntu zły, tylko bardzo, bardzo nieszczęśliwy. Tak jak zresztą, wszystkie małe - duże dzieci w tym filmie. Biedne, zagubione małe dzieci ukryte w dorosłych ciałach, samotne, opuszczone, nieświadome odpowiedzialności i dorosłości, czasem naiwne, bezradne, nie dające sobie rady z życiem. Niektóre mają jeszcze matki, które czuwają nad nimi (Ronnie i żona Brada) i im jest łatwiej, mają wsparcie. Pozostali idą na żywioł w radzeniu sobie ze swymi różnego rodzaju emocjami. Na szczęście dla nich – opatrzność czuwa i w odpowiednim czasie daje im nauczkę, albo naukę.

Bo ja nie odbieram losu Sarah w tragicznym wymiarze, nie widzę jego  powiązania z zakończeniem wspomnianych w filmie przeżyć "Madame Bovary". Finał romansu Sarah nie było dla niej przyjemne, fakt. Plany ich miłosnej eskapady nie spełniły się, ale czy można zawyrokować, że to jest tragedia? Kto wie, jak długo byliby razem? Ich zauroczenie realizowało się tylko w sferze seksualnej, bo ta najbardziej kulała w obu małżeństwach. Brad ma piękną, mądrą, kochającą żonę, kto wie, jak szybko by do niej zatęsknił, i do syna. I to nie Sarah została uwiedziona przez Brada, to raczej ona się w nim zakochała i od początku brała inicjatywę w swoje ręce. To on ulegał. Czy została bez szans na przyszłość? Ma takie same szanse po romansie jak przed romansem. Obydwoje wracają do takich samych rodzin jakie zostawili. Może Sarah powinna bardziej zadbać o rodzinę, o córkę, czego do tej pory jakos nie robiła. Była zatopiona w swoim świecie, córka ją denerwowała. To Brad, jej kochanek, był bardziej spełnionym ojcem niż ona matką. Teraz, gdy poczuła TEJ nocy w parku, jak bardzo kocha Lucy, będzie miała szansę to nadrobić. Czyli jakieś szanse ma. A może i na męża spojrzy z czasem łaskawszym okiem? Może on też czuje się samotny i dlatego szuka pocieszenia u pań z ekranu komputera. To nie jest jeszcze jakaś wielka zdrada. Jest żałosny, ale nie jest zły.

To naprawdę bardzo optymistyczny film. Pełen zrozumienia dla ludzkich ułomności, błędów i błądzeń. Nieprzekreślający nikogo, dający szansę każdemu, pod warunkiem, że dorośnie i zda sobie sprawę, że przeszłości nie da się przekreślić, trzeba z nią żyć, ale jest przecież szansa w przyszłości, na której kartach możemy na nowo pisać swoje życie. I dobrze, jeśli będzie ono bazowała na od lat niewzruszonych wartościach, do których należy m.in. rodzina. Tu wspaniale przedstawiona i zagrana rola matki (Phyllis Somerville) Ronniego, czy młodsza Jennifer Conelly, jako żona Brada. One dwie, wydaje się, najlepiej zdają sobie z tego sprawę. Sarah dowie się o tym znacznie później. Aż by się chciało, żeby tak zdarzało się częściej w prawdziwym życiu. Bądźmy małymi dziećmi i uwierzmy, że to może być możliwe. :)

piątek, 26 października 2007

Pachnidło

Opowieść piękna. Zmysłowa. A to za sprawą bardzo nastrojowych zdjęć Franka Griebe, stałego operatora Tykwera. A i muzyka (autorstwa m.in. samego reżysera) nie pozostawała obrazowi dłużna - delikatny kobiecy głos pięknie komponował się z uniesieniami młodego adepta sztuki branży perfumeryjnej. A i aktorzy, na czele z Benem Wishawem – zagrali koncertowo. Może czasem, czasem Rickman odstawał, ale można to było nawet zrzucić na karb nieporadności postaci jaką grał – wdowca i ojca młodej pannicy. A płacz po jej stracie, nie był jakoś wstrząsający, bo może mu już łez brakło?
Czułam także wszystkie zapachy, te bardzo zróżnicowane i bardzo mocne, wyraziste, jak i te subtelne, wyczuwalne tylko przez Jana Baptystę G.

Jedno z pytań filmu: "czy cel może uświęcać środki"? Dlaczego jednym wolno zabijać tysiące w majestacie Bogów, czy w imię innych swoiście pojmowanych dobroczynnych idei? A nie wolno było tego czynić Grenouille’owi? Wszak pracował nad zapachem miłości, takim, który załagodzi wszelkie spory, pozbawi zahamowań, otumani i porwie do czynu i uczuć wszystkich bez wyjątków: największą biedotę, która już dawno zapomniała jak smakuje miłość, jak i biskupa, któremu nie wolno sobie jej smaku nawet przypomnieć. Kilka istnień ludzkich dla błogiej szczęśliwości wszystkich, które stąpają po Ziemi.

Nie żebym kibicowała, że użyję tej sportowej terminologii Janowi Baptyście. Trudno popierać tak beznamiętne i interesowne mordy, w dodatku na tak pięknych istotach płci żeńskiej, bo tylko piękne, choć niekoniecznie niewinne, padały jak muchy z ręki mistrza. No, może nie do końca można te morderstwa nazwać „beznamiętnymi”, wszak brały się z wielkiej pasji i idei tworzenia czegoś wyjątkowego dla ludzkości – rozkosznego zapachu, którego woń łagodziłaby międzyludzkie obyczaje i stosunki. Niestety, Grenouille zapomniał, że cechą zapachu jest jego nietrwałość, i nie wiedział jeszcze, że ludzie, dla zmysłowych rozkoszy tracą rozum.
A więc, nie żebym kibicowała, ale na pewno patrzyłam z zainteresowaniem, czy mu się uda. O tych dziewczynach wiedzieliśmy tak mało...A Jana B. znaliśmy od niemowlęcia, na tyle, by mu nawet współczuć - od urodzenia był dzieckiem niechcianym, odrzucanym, porzucanym, przekazywanym sobie z rąk do rąk, bitym, poniewieranym – jednym słowem zawsze, całe życie niekochanym. Na szczęście urodził się z genialnym powonieniem co nadało jego życiu sens,niestety innych tego życia pozbawiło.
Jego perfumy miłości nie mogły więc być zapachem doskonałym - Jan Baptysta nie umiał kochać, cały on był raczej miłości pragnieniem, niż jej spełnieniem. Ot, taka bajka, ale bardzo ładnie i malowniczo opowiedziana.

Ben Wishaw – wspaniały. Cały on świetnie wpisał się w rolę oszołomionego zapachami życia Jana Baptysty Grenouille’a – sylwetka wiotka i "zwiewna" niczym zapachy, którym się poświęcił. Twarz również, szczupła, prawie ascetyczna, ciągle napięta, skupiona, ze sporym nosem, w myśl powiedzenia „organ używany...itd.”. Ben w większości filmu grał nosem. Na takie wrażenie złożył się także świetny montaż. Nozdrza dokładnie w odpowiednim momencie drżały, rozdymały się, ożywały wiodąc Jana Baptyste śladem zapachów, nie samych dziewczyn, tak bardzo potrzebnych mu do spełnienia swej życiowej powinności.

„Pachnidło” to film nawet urzekający, głownie obrazem – wspaniała scenografia, dbałość o szczegóły zarówno wnętrz jak i kostiumów oraz postaci żyjących w tamtych czasach. Świetna scena końcowa, zbiorowego aktu seksualnego spełnionego wskutek cudownego zapachu, jaki nagle poczuli, rozjuszeni wcześniej do białości wizją ukarania mordercy, ludzie. No właśnie, bo to nie miłość nimi powodowała, że nagle zaczęli się kochać, ulegli obezwładniającemu zapachowi PRAGNIENIA miłości. Sprawił on, że musieli się kochać fizycznie od razu, tu i teraz z kimkolwiek obok. Czy po to urodził się Jan Baptysta Grenouille? Zakończenie filmu jest tego pytania odpowiedzią. A scena była piękna, także wizualnie, bo prawdziwa, wykonana przez żywych statystów, a nie przez program komputerowy (mam nadzieję). Setki twarzy i ciał ludzkich, niby wszyscy tacy sami, ale każde inne. Brawa za przedsięwzięcie.

I tu mała dygresja. Przy okazji tej wieńczącej film sceny, przypomniał mi się inny film, dokumentalny "Nagi świat". O Spencerze Tunicku, amerykańskim fotografiku, specjalizującym się w monumentalnych instalacjach złożonych z setek, setek, czasem nawet tysięcy, nagich ciał wkomponowanych w środowisko, w jakimś żyje człowiek. Przeważnie są to ulice, place wielkich miast, czasem jakieś budowle, pomniki, portowe nabrzeża, czy wybrzeża morskie. Jeździ on sobie wraz z dwoam czy trzema asystentami po całym świecie i nawołuje ludzi do swych fotograficzno-artystycznych happeningów, nie płacąc im za udział ani grosza. Takie zdjęcia wyglądają naprawdę niesamowicie. Jego największym osiągnięciem logistyczno-artystycznym jest fotka zrobiona w Barcelonie na wielkim placu przed Narodowym Instytutem Kultury , gdzie udało mu się w czerwcu 2003 roku zgromadzić, rozebrać, odpowiednio ułożyć i sfotografować ponad 7 tysięcy rozebranych Hiszpanów. Ten sam plac, wykorzystał właśnie Tykwer do sfilmowania sceny finałowej „Pachnidła”. Czy był to przypadek, czy może niemiecki reżyser został zainspirowany tak a nie inaczej do tej sceny właśnie przez Tunicka? W każdym razie tak to mi się jakos ładnie skojarzyło, i tym sposobem XXI-wieczny artysta wkradł mi się niepostrzeżenie w tę opowieść rodem z XVIII – wiecznej Francji.