Film, nie z mojej półki, ale obejrzany z ciekawości. Czasem lubię popatrzeć, w ramach obserwacji socjologicznych w kwestii gustów filmowych jakie wyrobiła w młodych umysłach komercja schlebiająca niezbyt wymagającym widzom sal multipleksów. Czasem też człowiek, zwyczajnie, ma ochotę się trochę bezpiecznie pobać. No i w końcu, czasem trzeba sobie urozmaicić swój prywatny repertuar i sięgnąć po filmowego hamburgera z krwistym stekiem.
Jestem z siebie dumna. Wytrwałam, przymykając tylko raz oko na widok wypływającego, w wyniku
wcześniejszych tortur, oka filigranowej Japoneczki. A raz to nawet się uśmiałam, gdy facet- sadysta biegnąc radośnie w kierunku swej ofiary z włączoną piłą mechaniczną, poślizgnął się w kałuży krwi, upadł i piła przerżnęła mu prawie wszystkie członki. Super!
Ogólnie „Hostel” jako slasher nie zaskakuje. Fabuła skonstruowana jest wg utartego dla tego gatunku horroru schematu. Grupka młodych zostaje schwytana w pułapkę przez krwiożerczego sadystę, który z rozkoszą eliminuje kolejne ofiary, amputując im, bez żadnego znieczulenia i systematycznie, poszczególne partie ciała. Palce, nogi, ręce fruwają i walają się po podłogach masowo. Na szczęście, zawsze na koniec przewidziany jest mały happyend, co by można było dokręcić sequel i wiadomo z góry, że co najmniej jeden z nieszczęsnych bohaterów zasadzki przeżyje.
Jako osoba szukająca w każdym filmie choćby małego śladu przesłania do widza i w „Hostelu” także dopatrzyłam się takiegoż. :) Dzieło Eli Rotha "piętnuje" (cudzysłów - bo to trochę za mocne słowo) zblazowanie współczesnego mieszkańca globu ziemskiego. Kiedyś ludzie, by zarobić parę groszy musieli się strasznie namęczyć, także fizycznie. Obecnie pieniądz dla wielu nie stanowi większego problemu. Problemem staje się, jak go rozsądnie i miło wydać. Świat stoi otworem, można się zabawić, gdzie tylko dusza zapragnie, nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko jest tylko kwestią ceny. A wiadomo, czym ludzie bogatsi, tym bardziej szukają nowych podniet, nie wiedząc już, co mają z sobą robić. Podobnie jest także z młodymi. Ciągle by tylko czegoś nowego próbowali. I tak oto, trójka chłopców: Kanadyjczyk, Islandczyk i Amerykanin, którzy gdzieś tam w Anglii spotkali się w nocnym klubie, postanawiają zabawić się dobrze i tanio na Wschodzie Europy. Konkretnie w Słowacji. Nie wiedzą, biedni, że tam urządzono im spotkanie z jeszcze bardziej niż oni pazernymi na ekstremalne przeżycia mężczyznami. Jatka jest niezła i toczy się zgodnie, jak już wspomniałam, z zasadami gatunku filmowego.
W ostatnim czasie zaserwowałam sobie trzy horrory: „Silent Hill”, „Wzgorza mają oczy” i „Hostel” wlaśnie. Zdecydowanie „Wzgórza mają oczy wygrywają w tej konkurencji. A to ze względu na złowieszczą wizję świata po wybuchu atomowym i na tę maluśką flagę amerykańską zatkniętą pod koniec filmu w pierś zabitego monstrum. Pikanterii tej scenie dodaje fakt, że film wyszedł spod ręki Francuza. Drugie miejsce daję „Hostelowi” – bo w porównaniu do „Silent Hill” trzymał w napięciu niczym thriller Hitchcocka.
„Hostel”, jak dla mnie, żadnego amatora gatunku, jest i tak wyjątkowo znośny. Z pewnością przyczynia się do tego umiejscowienie akcji, czyli zapyziałe lecz urocze, słowackie miasteczko (podobno w jego rolę wcieliła się Praga)z pięknym zabytkowym pałacem, poza tym - atmosfera seksualnego napięcia, ktorą wyczuwa się niemal przez cały czas trwania fabuły. No i w dużej mierze niektóre drugoplanowe postaci, na przykład niespełniony chirurg o trzęsących się rękach (Jan Vlasak) oraz Rick Hoffman – amerykański biznesmen – były faktycznie przerażająco zabawne. A na chłoptasiu, który uszedł cało z tej przygody, czyli Jayu Hernandezie mozna było nawet oko zawiesić.
Teraz pytanie, czy mam ochotę na „Hostel 2”? Nooooo, taaaaak. Za jakiś miesiąc, dwa? A może w ogóle dam sobie spokój? Zobaczymy. Czy moja filmowa natura upomni się o kolejną dawkę krwi.






