sobota, 23 maja 2009

Ewangelia wg świętego Mateusza - P.P. Pasolini

czyli

"Antychryst" o Chrystusie
Jak to możliwe, że najlepszy w historii kina film o życiu Jezusa Chrystusa, dedykowany papieżowi Janowi XXIII i włączony do kanonu zalecanego przez Watykan, wyszedł spod ręki ateisty, marksisty i homoseksualisty wielokrotnie oskarżanego i skazywanego na więzienie za obrazę uczuć religijnych, wyeliminowanego w końcu ze społeczeństwa w bestialski sposób. A może właśnie dzięki swej „inności” Pier Paolo Pasolini potrafił na tę opowieść spojrzeć nieco inaczej, w sposób wolny od jakichkolwiek doktrynalnych obciążeń ? Włoski reżyser dorastał jako wrażliwe dziecko wychowywane zgodnie zasadami wiary chrześcijańskiej. Z czasem, w miarę dojrzewania, odkrywał być może coraz większą rozbieżność między teorią a praktyką we wspólnocie wiernych i dążył do wyzwolenia z religijnych okowów krępujących jego niezależne myślenie. Gdy już to osiągnął, paradoksalnie poczuł się jeszcze bardziej pokorny i spragniony ładu, który wprawdzie często uwiera, ale jednocześnie daje duchowy spokój.

Już od pierwszych kadrów „Ewangelii według świętego Mateusza” daje się wyczuć, że na ekranie odczytuje ją człowiek niekoniecznie wierzący w Boga, ale na pewno szanujący Jezusa i jego nauki. Człowiek zmęczony, tęskniący za dobrem i dawnym naturalnym porządkiem rzeczy, marzący o tym, by idee, które kiedyś Chrystus głosił i za które umarł na krzyżu, zostały wreszcie wcielane w życie (także przez wyznawców religii katolickiej). Pasolini - na szczęście - nie nakręcił kolejnej cukierkowej opowieści z dziejów Zbawiciela. Jego film jest bardzo surowy, ascetycznie oszczędny w środkach (dotyczy to zarówno przekazu jak i scenografii, kostiumów oraz gry aktorskiej) i wierny Ewangelii - obrazuje skrupulatnie wszystkie jej rozdziały:
1. „Narodzenie i dzieciństwo Jezusa”; 2. „Czyny Jana Chrzciciela i przygotowanie do działalności Jezusa”; 3. „Działalność Jezusa w Galilei”; 4. „Męka i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa”. Przy okazji nadmienię, że film Pasoliniego to świetna powtórka z lekcji religii, pełna znanych i powszechnie używanych na co dzień cytatów, które stały się już niemal porzekadłami, choć nie zawsze jesteśmy świadomi ich pochodzenia.

Co najważniejsze - w ostatniej, czwartej części, nie ma za grosz przemocy. I za to reżyserowi chwała. Sekwencja męki Jezusa ogranicza się do pojedynczych scen obrazujących wyśmiewanie go, zakładanie korony cierniowej na głowę i wzięcie na ramiona krzyża. Potem następuje bardzo krótka, ledwie zasygnalizowana droga krzyżowa, w końcu ukrzyżowanie. Wszystko – powtarzam - bez zbędnego epatowania okrucieństwem i brutalnością (żadnego biczowania, strumieni krwi, opluwania, bluzgania słowami itp.).
Pasolini, tak przecież odważny, kontrowersyjny i bezkompromisowy w ukazywaniu zła i zepsucia, tym razem oszczędza nasze uczucia religijne i niereligijne. Nie gwałci intymności cierpienia i poniżenia Jezusa, jak robi to na przykład Gibson w „Pasji”, która jest dla mnie żelaznym przykładem filmu religijnego pod publikę i opiera się na braku poszanowania dla Tego, którego się podobno kocha. Mel Gibson zdecydował się na film obrazujący tylko i wyłącznie samą mękę. W jego ujęciu ostatnie dwanaście godzin żywota Chrystusa na ekranie spływa krwią, co niektórych widzów doprowadza niemal do ekstazy porównywalnej z tą, którą przeżywają gapie obserwujący wypadek drogowy lub jakieś inne ludzkie nieszczęście. Tutaj jeszcze dodatkowo owo uniesienie może potęgować niechęć, może czasem nienawiść, wyzwalająca się w stosunku do prymitywnych i okrutnych oprawców Jezusa. Zdecydowanie nie jest to katolickie, pokojowe podejście do tematu.
Tymczasem włoski reżyser rzetelnie i bez żadnych zbędnych ozdobników ukazuje nam pracowitą misję Jezusa na Ziemi oraz wypełnianie kolejnych proroctw wiodących go na krzyż. Tu i ówdzie słyszy się głosy, że Jezus Pasoliniego to niemal rewolucjonista. Być może coś w tym jest. Przemowy Syna Bożego są rzeczywiście bardzo płomienne, i żarliwe. Porywają rzesze przyszłych wiernych głosząc treści jakby żywcem wyjęte z marksistowskich programów. Chrystus nakazuje m.in. wyzbycie się zamiłowania do dóbr doczesnych, chwali skromność, krytykuje bogactwo i obłudę ówczesnych kapłanów, wątpi w szczere intencje majętnych obiecujących podzielenie się swym bogactwem z biednymi, by tym sposobem zasłużyć sobie na łaskę Pana („Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”). A przy tym wszystkim wymaga bezwzględnej wierności, lojalności oraz posłuszeństwa. Ale, czy to może być zarzut w kierunku Pasoliniego, wszak on tylko przenosi słowa Ewangelii na ekran. Jeśli komuś nasuwają się jakieś niemiłe podobieństwa między marksizmem a naukami Jezusa, nie jest to winą reżysera.
Po nakręceniu „Ptaków i ptaszysk”, w których reżyser znowu próbuje szukać bliskich związków między chrześcijaństwem a marksizmem, ktoś zapytał Pasoliniego: "Dlaczego wciąż zajmujesz się tematami religijnymi, skoro jesteś niewierzący?". "Jeżeli wiesz, że jestem niewierzący, to znasz mnie lepiej niż ja sam. Być może i jestem człowiekiem niewierzącym, ale takim, który tęskni za wiarą" – odpowiedział skandalista i obrazoburca. Czy to nie piękne? I nie smutne zarazem, że tęsknota jest prawdziwa, wrażliwsza niż jej spełnienie?
"Ewangelia wg św. Mateusza" powstała w 1964 roku, a więc 43 lata temu. Uważam, że ten film nie zestarzał się ani trochę. Wręcz przeciwnie, na tle współczesnych rozbuchanych produkcji (także religijnych) jeszcze bardziej fascynuje - nie rozprasza uwagi widza wybujałą formą skupiając się dokładnie na przekazie treści a nie na jej „złotej” ramie.

Bardzo charakterystyczny jest sposób sfilmowania „Ewangelii”. Wszystkie emocje Pasolini wyraża przez długie, powolne zbliżenia na oblicza aktorów, których mimika jest dosyć oszczędna lecz bardzo sugestywna. Zadziwiające doprawdy, jak reżyser potrafił wydobyć ten jeden, najbardziej trafny wyraz twarzy u, jakby nie było, całej rzeszy naturszczyków, bo tylko tacy tu grają (starszą Marię odtwarza na przykład matka reżysera). Dziesiątki oczu, ust, zmarszczek, uśmiechów i innych grymasów - cała galeria ludzkich uczuć związanych z pojawieniem się Jezusa na Ziemi.

Na pierwszym planie, oczywiście, twarz najważniejsza – Zbawiciela. Trochę inna niż ta, do której przywykliśmy (nie ma np. charakterystycznych długich włosów). Widać, że jest to twarz człowieka wywodzącego się ludu, lecz o inteligentnym wyrazie, zazwyczaj mocno skupiona, uduchowiona, jeden jedyny raz rozjaśniona uśmiechem (scena z dziećmi). A należy ona do Enrique Irazogui, wówczas studenta, pół Żyda, pół Baska. Pozostali aktorzy to bliscy znajomi reżysera, jego rodzina, ludność zamieszkująca plenery zdjęciowe. Scen zbiorowych jest niewiele - jeśli już, to filmowane raczej z bardzo dalekich ujęć. Krajobrazy, surowe niczym oblicza wieśniaków zaludniających ekran, także współgrają z ascetyczną konwencją filmu. Często posępne i smutne, gdzieniegdzie tylko urozmaicone skromnym akcentem roślinnym czy jakimś domostwem. Nic nie jest w tym filmie tak ważne jak Jezus i jego żarliwe nauki.

Kilka ekranizacji życia Chrystusa już widziałam. "Pasja" Gibsona mnie zniesmaczyła. Inne raczej znużyły, były sztampowe, robione na zamówienie albo z braku pomysłu na inny film. „Ewangelia wg świętego Mateusza” według Pier Paolo Pasoliniego porwała mnie jak żadne inne dzieło tego gatunku. To film zrobiony z potrzeby serca – prosty i po prostu. Wielki.

środa, 13 maja 2009

Veronica Guerin - reż. Joel Schumacher

We Francji nakręcono film "Une Femme a abattre", koncentrujący się na tajemnicy zabójstwa niepokorne dziennikarki Anny Politkowskiej. Miejmy nadzieję, że wejdzie on już niedługo na ekrany polksich kin, tym bardziej, że jedną z ról kreuje w nim Paweł Deląg. A mnie w związku z ową wiadomością, przypomniał się inny portret kobiety w tym, jakże czasem niebezpiecznym zawodzie, Irlandki Veroniki Guerin, zmarłej również tragicznie, bo nie chciała ulec naciskom tych, których jej dziennikarska twórczość zaczęła mocno uwierać.

Gdy pojawiły sie napisy koncowe pomyślałam sobie:  hmmmm,  "dobre, ale czegos tu brakuje". Film o dziennikarce irlandzkiej,  zabitej przez bohaterów jej reportaży - dublińskich narkotykowych gangsterów nie może być nieciekawy.  Ta historia jest fascynująca, przerażająca, sama w sobie, tym bardziej że ostatnio wiadomości o zabójstwach tego typu są niemal na porządku dziennym. Ale mam wrażenie, ze reżyser Joel Schumacher zbyt chłodno potraktował temat dramatu, włącznie z jego tytułową postacią. Może stało się tak ze względu na poprawność, by nie podpaść czy nie urazić rodziny Guerin (historia jest od początku do końca autentyczna), może właśnie taki był ich zamiar, by film był bardziej zbliżony do chłodnego dokumentu niż do ognistej opowieści o kobiecie, która  gangsterskim kulom postanowiła się nie kłaniać.

W każdym razie postać Guerin jest niezadowalająco płaska. Trudno orzec na podstawie tego filmu, skąd u niej wzieła się taka pasja, taka energia i upór, by samotnie walczyć z przestępczym światem, na przekór zdrowemu rozsądkowi. Na szczęście do płytki dvd dołączone są ponad 3-godzinne dodatki, a w nich komentarze m.in. autorek scenariusza, Irlandek z krwi i kości, bardzo emocjonalnie zaangażowanych w wydarzenia, które opisują. To ich słowa, a nie film, pomagają zrozumieć motywy działalności dziennikarki.
Pochodziła ona ze średniozamożnej klasy średniej, nie była osobą wykształconą w zawodzie (była księgową). Dziennikarkę uprawiała bardziej intuicyjnie niz profesjonalnie, jej styl czasem pozostawiał wiele do życzenia. Brała na warsztata nośne i niebezpieczne tematy, których nikt inny nie chciał , albo bał  się nimi zajmować.  Była bardzo odważna, lubiła wyzwania i adrenalinę, którą traktowała  wręcz jak narkotyk, poza tym łatwo nawiazywała kontakty z ludźmi, także tymi spod ciemnej gwiazdy, tak więc gangsterskie interesy stały się jej żywiołem zawodowym. Wielu kolegów po fachu było o jej sukcesy- z czasem stała się narodową gwiazdą - zazdrosnych. Nie cieszyła się wśród nich wielką  popularnością czy estymą. A swoisty taniec śmierci jaki uprawiała z gangsterami miał też być moze zwiazek z odwzajemniona sympatią jaką czuła do głównego informatora-gangstera (kapitalny Ciaran Hindes). Ale tak jak mówię - o tym, i innych motywach, jej czynów dowiadujemy się z dodatków.

Schumacher, mam wrażenie,  pokazuje nam poprawny obraz dziennikarki, jaki realizatorzy otrzymali za pośrednictwem jej najbliższej rodziny i współpracowników. Film jednak wciąga, mimo, że jego zakończenie poznajemy na początku. Interesujący jest bowiem klimat społeczno-polityczny Irlandii, zawiłości prawne, z jakimi boryka się Veronica w swojej reporterskiej robocie i to jak świetnie i inteligentnie sobie z nimi radzi, jak dzielnie stawia czoła zagrożeniom, jak pewna jest swoich racji i celu tego co robi, nawet jeśli ma to być kosztem rodziny czy jej życia. Niestety, za mało w tym filmie namiętności, Veronica jest taka porządna, taka prawdziwa księgowa,a jej jedynym grzechem jest zbyt mała ilość czasu poświecona synkowi. Brakuje mi tu tej odrobiny szaleństwa, która cechuje prawdziwych idealistów. Bez niego widzę tylko naiwność i chorobliwą ambicję, by nie okazac się tchórzem wobec kryminalistów. A moze tak miało być, może takie były właśnie grzechy Veroniki Guerin?

piątek, 24 kwietnia 2009

Bardzo letni "Wieczór" - reż. Lajos Koltai

Ten „Wieczór” spędzimy w gronie gwiazd światowego formatu, szczególnie, jeśli chodzi o kobiety – jest tu Vanessa Redgrave, jej córka Natasha Richardson, Meryl Streep, Toni Collette i Glenn Close, także Claire Danes i Eileen Atkins. Towarzyszą im nieco mniej zasłużeni, ale też znani, panowie - Patrick Wilson (ostatnio świetne role w „Małych dzieciach” i „Pułapce”), obok niego Hugh Dancy, coraz wyżej wspinający się po szczeblach kariery oraz pamiętany z dawnych seriali Barry Bostwick. Nic, tylko się z tego cieszyć – pod koniec filmu okaże się, że owo doborowe towarzystwo będzie jego jedyną i największą zaletą.

„ Wieczór”, wyreżyserowany przez operatora Lajosa Koltaia, nie należy do najweselszych. Taka już specyfika tej pory - radosna i wystrzałowa bywa tylko niekiedy, z reguły jest bowiem czasem pożegnań, chwilą pogodnej lub przepełnionej smutkiem refleksji nad minionym dniem. Nie wiemy nic o schorowanej Ann Lord (V. Redgrave), z którą spotykamy się od pierwszych kadrów. Widzimy ją skazaną na leżenie w łóżku, cierpiącą bardziej psychicznie niż fizycznie. Co chwila zapada ni to w półsen, ni w marzenia, przenosząc się w czas młodości, gdy była piękną, smukłą, nietuzinkową dziewczyną (C. Danes), zawodowo spełniającą się jako wokalistka jazzowa i pełną nadziei na wspaniałą przyszłość u boku ukochanego mężczyzny. Starsza kobieta poruszona swoimi wizjami co chwila wypowiada imię „Harris”, jednak jej dwie dorosłe córki (T. Collette i N. Richardson), które przyjechały, by towarzyszyć jej w ostatnich dniach, nie znają nikogo tak nazywanego. Domyślają się, że był to zapewne ktoś bardzo ważny w życiu matki. Być może wcześniej wypierany z pamięci, powrócił teraz, by pożegnać ją w ten ostatni wieczór. Towarzysząc Ann w jej rojeniach, jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż córki. Poznajemy jej najlepszych przyjaciół, Lilę i jej brata, Buddy’ego oraz syna służącej w domu rodzeństwa, Harrisa, rzucającego miłosny czar na wszystkich, których spotka. Jak się okazuje, nie można go nie kochać. Ann również się o tym przekonuje. Ale czy zwiąże się z nim na dłużej? Czy będzie jej mężem i ojcem ich dzieci?

Raczej nie, skoro córki umierającej Ann nie znają nawet jego imienia. Dlaczego? Co takiego się wydarzyło, że los ich nie połączył? Tego już się nie dowiemy. Domyślamy się, że z jakichś bliżej niesprecyzowanych powodów wyszła za mąż za innego. Czy wobec tego możemy współczuć i wczuć się w jej rozterki i tęsknoty, skoro nie mamy pojęcia, dlaczego tak się stało? A może nie musimy wcale wiedzieć, czemu któregoś dnia młoda jeszcze Ann spotyka Harrisa przywołującego taksówkę dla siebie i stojącej niedaleko żony z dzieckiem? A może nawet, gdyby to z nią się kiedyś ożenił, byłaby równie zmęczona i zgorzkniała jak tego wieczoru? Co gorsza – wtedy jej wyobraźnia nie miałaby tak wdzięcznego punktu odniesienia i zwiędłe usta Ann, zamiast szeptać imię ukochanego, zaciskałyby się z bólu fizycznego.

Możemy sobie tak „gdybać” do woli, jeśli jeszcze jesteśmy w stanie, bo film naprawdę nuży i nie budzi żadnych empatycznych odruchów. Możemy, patrząc z perspektywy fotela kinowego na swe własne życie, pocieszać się wspólnie z Ann i jej dziećmi, że nie ma złych decyzji, gdyż nie ma idealnych rozwiązań. A my nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy ich nie podjęli. Najważniejsze, by w ogóle żyć i jakkolwiek decydować o sobie. To mało odkrywcza prawda, lecz na pewno warta przypomnienia – jednak tym razem niezbyt zajmująco, przejrzyście i sugestywnie przekazana.

„Wieczór” reklamowany był szumnie jako dzieło twórców „Godzin”. To spore nadużycie. Te dwa filmy łączy jedynie Michael Cunningham, jak wiemy, autor powieści „Godziny”, która Davidovi Hare posłużyła jako baza do scenariusza przeniesionego później na ekran przez Stephena Daldry’ego. W przypadku „Wieczoru” pisarz tylko współtworzył scenariusz (razem z Susan Minot).
Przy filmie pracowało aż dwóch węgierskich operatorów. Jeden z nich to wspomniany już Lajos Koltai ( przyczynił się kiedyś do sukcesu m.in. „Maleny”), debiutujący jako reżyser dwa lata temu „Losem utraconym” według nagrodzonej Noblem powieści swego rodaka, Imre Kertesa. Drugim jest Gyula Pados ( pracował z Koltaiem również przy „Losie utraconym”). Zrobił do „Wieczoru” zdjęcia wprawdzie bardzo malownicze lecz mało oryginalne, jeśli chodzi o plener. Przypuszczam, że wina za brak głębi i prawdziwego życia w „Wieczorze” nie leży po stronie realizatorów – operatorów, z których jeden postanowił po raz drugi przedzierzgnąć się w reżysera.

Tym razem, wg mnie, zawiódł scenariusz. Nie przykuwa on w żaden sposób uwagi ani ciekawymi, wartkimi i błyskotliwymi dialogami, ani zwrotami akcji, czy pełnokrwistymi bohaterami. Każda z postaci jest tu zaledwie naszkicowana, niedopowiedziana, niepełna. Być może tandemowi Cunningham i Minot chodziło o tę niewiadomą potwierdzającą tezę o niewłaściwości żalu podjętych w życiu decyzji. Żebyśmy do końca nie wiedzieli, czy Buddy pocałował Harrisa, ponieważ go pożądał, czy mu się pomyliło, bo był pijany; żebyśmy nie byli pewni, czy Harris pokochał Ann, czy była dla niego tylko miłą chwilową odmianą w nudnym życiu na nadmorskim pustkowiu…

W podobnie niedopowiedziany sposób zarysowane są dorosłe córki Ann. Jedyną wyrazistą postacią pozostaje jej przyjaciółka, Lila, odtwarzana przez Meryl Streep (bohaterka w starszym wieku) i jej córkę Mamie Gummer (w młodszym). Lila to kobieta stąpająca twardo po ziemi, która wiedząc, że nie może być z ukochanym Harrisem (tak jak pisałam - łamał serca wszystkim, których spotkał na swej drodze), postanawia zabić swe uczucie, wychodząc za mąż za innego, ale i nie narzekać, nie żałować, żyć w zgodzie z tą decyzją. Lila odwiedza umierającą, zanurzoną we wspomnieniach Ann, rzuca jej w wielkiej przyjaźni parę rozsądnych słów, odzierając z mitu postać Harrisa. Myślę, że ostatecznie uspokoiła swoją przyjaciółkę przed zgaśnięciem wieczoru. Nie wiemy, czy ona sama znajdzie takie ukojenie gdy nadejdą jej ostatnie chwile.
A my tymczasem, pożegnawszy biedną Ann, nie czujemy się specjalnie wzbogaceni i pokrzepieni duchowo. Lecz pomni nauk płynących z ekranu, wybaczamy sobie wybór „Wieczoru”, by cieszyć się beztrosko perspektywą następnych, bardziej udanych filmów.

wtorek, 14 kwietnia 2009

"Miasto ślepców" czyli ...

...pomroczność jasna. Epidemia ślepoty spada na mieszkańców pewnego miasta. Wszyscy pogrążają się, tym razem nie w ciemności, a w jasności. Taka ciekawostka – formalny wybieg -  mający uatrakcyjnić film w prześwietlone zdjęcia. A poza tym – względy praktyczne - łatwiej było coś pokazać na jasnym ekranie niż na ciemnym.

Genezy nieszczęścia zesłanego na ludzkość nie znamy.  Zapewne jest to sprawka opatrzności, w ramach kary za to, że człowiek nie dostrzega człowieka. Apokalipsa ma na celu uwrażliwić na odbiór tego, co w nas, czyli na ducha, bez względu na materię, jaka go otacza. Nikt nic nie widzi, nie ma kontroli, nie ma wstydu, wszystko wszystkim wolno.  Dla pozornego bezpieczeństwa zarażonych izoluje się w szpitalu. Ludzie brzydną, pogrążają się w brudzie, także mentalnym. Jak zawsze,  w skrajnie ekstremalnych warunkach walki o byt, człowiek ukazuje swą prawdziwą twarz. Społeczność, jak zazwyczaj,  dzieli się na  dwie grupy – na trzymających władzę i na poddanych.  Tym razem będący przy władzy w tak specyficznych warunkach, zdając sobie sprawę ze swej bezkarności, rządzą, wyzbyci jakichkolwiek hamulców. Garstka ślepców, pod wodzą młodego cwaniaka, obwołującego się królem oddziału III (Gael Garcia Bernal) przejmuje zapasy żywności i zaczyna swe rządy całkowicie absolutne, oparte na wyzysku i przemocy wszelkiej. Najpierw łupią wygłodniałych ślepców z ich kosztowności. Po zaspokojeniu materialnych potrzeb, żądają igrzysk na miarę swych możliwości, czyli seksu. I znowu, jak na każdej wojnie domowej (bo przecież z rodzajem takiej mamy tu do czynienia), najbardziej pokrzywdzone są kobiety. Ale pokrzywdzone nie znaczy pokonane. W filmie Meirellesa wyraźnie wychodzi na to, że w obecnej dobie, w razie jakiejś totalnej katastrofy, świat może liczyć jedynie na płeć, nazwaną kiedyś, kiedyś,  przez mężczyzn dla swej satysfakcji – płcią słabą. Faceci w “Mieście ślepców” są już albo kompletnie zdegenerowani, albo zupełnie zniewieściali. To kobiety muszą brać sprawy w swoje ręce, walczyć o byt, i honor, nie tylko dla siebie, ale i dla swych mężczyzn. I tu – jedna jedyna, najbardziej przejmująca scena w filmie – powrót kobiet z nocnej orgii (w zamian za jedzenie) na łona swych mężów i kochanków,  chowających głowy pod kołdry ze wstydu,  by ukryć straszliwą niemoc i upokorzenie faktem, że nie było ich stać na wspólną męską walkę, nie tylko o pokarm, ale i o cześć swych ukochanych.

Przy okazji – widziałam nieco filmów dokumentów z wojen domowych w różnych częściach świata, najczęściej z Afryki. To charakterystyczne – jak bardzo okrutnymi, bezwzględnymi stają się mężczyźni, ktorzy jak psy moczem, tak oni swą spermą muszą zaznaczać tereny, na ktorych mają władzę. Ale, zwykły gwałt, dozwolony (po cichu) w czasie wojny, jest tak mało podniecający. Tortury, najwymyślniejsze, ktore jeśli kobiety nie zabiją po dlugich cierpieniach, to w najlepszym razie okaleczą ją do końca życia – to jest dopiero zabawa i satysfakcja. Rzadko, który mąż, ryzykując śmierć z ręki pogromców niewiast, rzuca sie w obronie swej połowicy. Mężowie najczęściej uciekają, a po fakcie oskarżają  zgwałcone o lubieżność z wrogiem. Ot, męska filozofia.

A wracając do filmu. Słabawe to dzieło, niestety. Meirelles swojego czasu zaostrzył nam apetyt rewelacyjnym “Miastem Boga”. Liczyliśmy i tym razem na dzieło równie zwarte, wartkie i różnokolorowe. Co do barw, sensu stricte, nie można mieć oczywiście pretensji – “ślepcy” w tytule zapowiadają ascezę w tej kwestii. Bardziej chodzi o paletę odcieni w strukturze osobowości bohaterów przewijających się przez ekran. Filmowe postaci są, niestety, są zbyt jednowymiarowe, albo do szpiku kości złe, albo mdląco szlachetne. Dlatego, myślę, tak trudno się z kimkolwiek identyfikować, kogoś polubić , rozumieć i chcieć iść ręka w rękę przez tę apokoaliptyczną drogę przez mękę (oj, całkiem ładny rym rodem z Częstochowy mi wyszedł). Bohaterowie są płascy, ich czyny zawsze na tej samej emocjonalnej skali, nie zaskakują, nie przerażają, nie wzruszają, a jedynie  nużą, zniecierpliwiają.Ot, choćby żona lekarza (Julianne Moore), jedyna osoba, która jakimś cudem nie utraciła wzroku, to kobieta od początku do końca uwłaczająco dobra. Jej szlachetność aż boli, zawsze anielsko cierpliwa, gotowa każdemu do pomocy, tolerująca każdą niedoskonałość, każdą niedyspozycję, każdy wyskok swego ociemniałego  męża, doprowadzając go tym do żenady i zlości. A na drugim biegunie – zły, ach! jakże bardzo zły! – "król oddziału trzeciego", czyli Gael Garcia Bernal. No właśnie – bohaterowie miasta ślepców są anonimowi, nie mają imion, nazywani są wg funkcji albo jakichś  charakterystycznych cech. Wszystkie osoby poznajemy w momencie wybuchu zarazy, gdy są poddawani egzaminowi na człowieczeństwo.   Nie wiemy o nich nic więcej,  jakimi są, czy raczej jakimi ludźmi byli przed nieszczęściem, nie możemy skonfronotwać ich postaw "przed" i "po". Pewnie  właśnie dlatego są one tak jednoznaczne, bo wykrystalizowały się dokładne w momencie zagrożenia, a my nie mamy niczego na ich usprawiedliwienie, albo na potępienie. Może twórcy filmu nie chcą przyklaskiwać tezie że “tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”?

“Miasto ślepców” dyszy olbrzymim, niewykorzystanym, niestety, stłumionym potencjałem. Fabuła – marzenie, obsada aktorska również wymarzona – Julianne Moore, Danny Glover, Gael Garcia Bernal, Mark Ruffalo. Niestety, moja reakcja na całość również zbliżona do marzenia – by koniec nastapił jak najszybciej. Wszystko jedno, czy i komu będzie dane przeżyć, odzyskać wzrok, byle szybko, jak najszybciej... 

sobota, 21 marca 2009

Odległe echa ENH 2008


Lepiej późno niż wcale, a więc nadrabianie zaległości w słowach o ubiegłorocznym festiwalu ENH we Wrocławiu. Drugim, jaki miałam okazję "zaliczyć", i pewnie już ostatnim, choć taka byłam w nim zakochana. Niestety, namiętność mnie spaliła, ale pozostały naprawdę dobre wspomnienia, jeśli chodzi o to wielkie filmowe wydarzenie. Oto kilka słów ( które zamieściłam także w innym oczku sieci) o trzech wybranych filmach. Łączy je jedno – „harmonia”, tak bardzo mi teraz bliskie, a jeszcze niedawno tak dalekie.

Węgierska „Delta” – wchodzi w tym miesiącu na ekrany polskich kin. „Kwiat wiśni – Hanami” – emituje, na platformie Cyfra +, Cinemax. Przy okazji polecam także inne filmy Doris Dorrie, również dostępne na Cyfrze: „Nadzy” i „Oświecenie gwarantowane”. A jeśli chodzi o „Pieśń wróbli” – liczę na „Ale Kino!”. I polecam.

“DELTA” (reż. Kornel Mundruczo), czyli powrót syna marnotrawnego na łono rodziny, żyjącej w wiosce położonej w przepięknej delcie Dunaju. W domu wita go matka, a także nieznany mu ojczym i siostra. Nowopoznani brat i siostra czują, że wreszcie odnaleźli w sobie nawzajem bratnie dusze. Na rzece budują wspólny dom. Rodzi się uczucie. Piękne, głębokie i niebezpieczne, niczym woda na której zamieszkali. Bardzo poetycki obraz, subtelny i cichy, bez zbędnych słów i namiętnych scen, ale za to z całą gamą odgłosów przyrody i naruszających jej spokój działań człowieka – plusk wody, szum wiatru, kumkanie żab, śpiew ptaków, szelest traw, stukot młotka, trzask siekiery – wszystko to w zgodnym rytmie z piękną ścieżką dźwiękową skomponowaną na skrzypce i wykonaną przez odtwórcę głównej roli męskiej F. Lajkó. Właśnie – “harmonia”- to słowo wydaje się być przewodnim w tej historii. By życie mogło płynąć swoim nurtem jest ona konieczna.

“KWIAT WIŚNI - HANAMI” (reż. Doris Dorrie). Historie przeróżnych zderzeń. Kultur wschodu i zachodu. Pokoleń. Mężczyzny i kobiety. Męża i żony. Życia i śmierci. Ale nie każde zderzenie musi być katastrofą. Choć trzeba uważać na obrażenia wewnętrzne podmiotów biorących w nim udział. Czasem urazy odzywają się po latach, a czasem nawet nie wiemy, że je mamy. A czasem… zderzenia, rodzące chaos, mogą być, wbrew pozorom, początkiem harmonii i spokoju. Ważne, by żyć z uwagą i ciekawością dla drugiego człowieka, a już tym bardziej dla bliskiego. Bo jakże często relacje międzyludzkie bywają takie, że jesteśmy obok siebie, co dzień, przez długie lata, jak obcy, z czego zdajemy sobie sprawę, albo i nie, dopiero, gdy życie się kończy.

“PIEŚŃ WRÓBLI”. Najnowsza produkcja mojego ulubionego irańskiego reżysera Majida Majidiego. Nie wiem, jak on to robi, ale każdy jego film oglądam z napięciem i uwagą godną najwyższej klasy angielskiego thrillera. Tak było i tym razem. Mimo, że jak zawsze Majidi, snuje opowieść o losie przeciętnych ludzi, żyjących na głębokiej prowincji Iranu, zmagających się z codziennym życiem i wszelkimi przeciwnościami losu - “biednemu zawsze wiatr w oczy wieje”. Może moja fascynacja bierze się z faktu, że najpiękniesze jest to, co najprostsze. Życie bohatera “Pieśni wróbli” toczy się według odwiecznych reguł: by coś dostać trzeba coś dać, chytry dwa razy traci, nie wzbogacisz się na krzywdzie ludzkiej itd. Jego los jest ciężki, bo ma rodzinę, którą musi utrzymać, ale która jest jednocześnie jego opoką, bez niej byłby nikim. A jeśli spotyka go coś złego, to zawsze ze strony ludzi z miasta. Lecz jednocześnie to samo miasto daje mu szansę na lepszy byt. Pozorne sprzeczności, zbilansowanie wyrządzonych krzywd i zasług. Harmonia życia.

wtorek, 17 marca 2009

"Into the Wild" - reż. Sean Penn

„Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet […] Zostawić łóżko, ciebie, szafę Niczego mi nie będzie szkoda. Zegary staną niepotrzebne. Pogubię wszystkie kalendarze. W taką podróż chcę wyruszyć.Tylko czy kiedyś się odważę” (śpiewa Maryla Rodowicz). No właśnie. A Chris, z filmowej opowieści w reżyserii Seana Penna miał odwagę. Porzucił nie tylko kalendarze, notesy, ale także rodzinę – upierdliwych lecz z pewnością kochających go rodziców, jak również ukochaną młodszą siostrę. Przekreślił całe swoje dotychczasowe, młode bo młode, ale nie bez sukcesów, życie, wyzbył się pieniędzy i wszelkich innych cywilizacyjnych udogodnień, wyrzekł się nawet seksu. A wszystko po to, by oddać się wolności, zasmakować przygody, obcych miejsc i ludzi,  być zdanym na własne siły, zależnym tylko od siebie. Jednym słowem – odetchnąć pełną piersią, porzucić cywilizacyjną abstrakcję i zacząć żyć.  Chris bał się codziennej rutyny,  jaka go czekała w dorosłym życiu.  Brzydził się kłamstewek, które pozwalają przetrwać, ale nie zachowują godnej twarzy  , tego ciągłego bezsensownego gromadzenia rzeczy, albo ich  bezcelowej wymiany na nowe modele…  Ujmując rzecz najprościej - bał się BANAŁU. Lecz ten go i tak go dopadł, nawet w alaskańskich lasach, tam gdzie się go najmniej spodziewał. Uwięził go w dziczy, w miejscu, które miało dać mu poczucie prawdziwej wolności. Duch, tak wolny, został pokonany ciałem, udręczony banalną fizjologią.

Chris poszukując szczęścia w bezludnych miejscach, poznał jego smak, ale dopiero wtedy, gdy spostrzegł, że nie ma się z kim nim podzielić. Alex – superpodróżnik (jak sam się nazwał i co wielokrotnie podkreślał, jakby chcąc się odciąć od banalnych marzeń każdego nastolatka płci męskiej zostaniu typowym supermanem ratującym świat i piekne kobiety od zagłady ku powszechnemu aplauzowi tychże) dotykając ogromnej, także fizycznej , samotności poczuł się wielkim szczęściarzem.  Pewnie  jest to znana już od lat odpowiedź na pytanie, dlaczego my ludzie współczesnej cywilizacji,  mieszkańcy zatłoczonych miast, klienci przeładowanych i zaludnionych  supermarketów, lokatorzy bogatych lecz pustych wnętrz, tak rzadko się do takich zaliczamy. Mentalnie czujemy się podobnie samotni, niczym Chris w Puszczy, ale właśnie owa samotność wśród ludzi, uświadamia nam jak bardzo jesteśmy nieszczęśliwi, jak bardzo zmęczeni i znudzeni wszechobecnym ludzkim jazgotem.

Film niesamowicie smutny, mimo wielu radosnych uniesień głównego bohatera. Jego droga do szczęścia została okupione bólem, tęsknotą, wyrzutami sumienia rodziców i siostry, których opuścił, bez uprzedzenia, po prostu - „Wyszedł z domu (udając się na studia) i nie wrócił”.  Po drodze, co prawda, spłaca tę winę, dając chwile szczęścia, ludziom, których spotyka na swym szlaku do sensu życia  – małżeństwo podstarzałych hippisów, czy starszy pan, zajmujący się grawerowaniem w skórze. Wszyscy oni są pokaleczeni, naznaczeni jakąś stratą,  podobnie jak rodzice Chrisa. Chris ma na tych wspaniałych, przygodnie spotkanych ludzi bardzo dobry wpływ,  ujmuje ich swym młodzieńczym zapałem, szczerością, mobilizacją do wysiłku lecz nikt mu nie zazdrości, nikt nie mówi – „zabierz mnie z sobą”. Wręcz przeciwnie – z nutką nostalgii, mając w pamięci swoje wolnościowe porywy, proszą – "zostań".  Nawet ta młoda para jasnowłosych, tryskających entuzjazmem,  Duńczyków,  jakże różna od Alexa – supertrampa, spotkana na brzegu dzikiej rzeki, którą udało  się Chrisowi jakimś cudem spłynąć kajakiem, nie wyobraża sobie, że mogłaby porzucić swe radosne zmysłowe życie, dla jakiejś jego kontemplacji. Ciekawe, czy kiedykolwiek te wieczne dzieci miasta,  zdadzą sobie sprawę, poczują ukłucie żalu, za tym, co utracili, a co zyskał Chris.  A my - spytajmy sami siebie, jak sądzimy -  czy mu było warto? 

sobota, 7 marca 2009

"Luksus" czyli echa festiwalu "Prowincjonalia" 2009

Czas na krótkie wspomnienia z festiwalu "Prowincjonalia 2009". W tym roku, niestety, widziałam bardzo niewiele filmów. O, może wymienię, zajmie to naprawdę bardzo mało miejsca: "Luksus" (krótki metraż), dokumenty: "Afrykański sen" Władysława Jurkowa, "Fabryka wolności" Macieja Walczaka i fabuły, te bardziej znane czyli: "Rysa" Michała Rosy, "Drzazgi" Macieja Pieprzycy i mniej - "Kup teraz", Piotra Matwiejczuka "11 nie uciekaj"  Roberta Wrzoska. Inne albo już znałam, albo musiałam zrezygnować ze smutkiem z ich projekcji - z przyczyn obiektywnych. Spróbuję co nieco opowiedzieć o każdym z wymienionych tytułów. Zaczynam od "Luksusa" (tak, tak "Luksusa" nie "luksusu").

"Luksus", czyli krótkometrażowy film fabularny,  etiuda filmowa, bardziej poetycko rzecz ujmując. Zrealizowany przez Jarosława Sztanderę (reżyseria, scenariusz, montaż), mającego na koncie już dwa filmy krótkometrażowe po około 15 minut każdy. „Luksus” ma tych minut już  prawie 40, a więc reżyser być może wkrótce zmierzy się z filmem pełnometrażowym. I być może z sukcesem, jako, że na tegorocznych Prowincjonaliach za „Luskusa” otrzymał Nagrodę Publiczności - „Jańcio Wodnik” za najlepszy krótkometrażowy film fabularny . Początkowo myślałam, że jest to dokument fabularyzowany, z naturszczykiem w roli głównej grającego samego siebie. Niestety, chyba się myliłam. Jest to historia z półki z tematami, do których polscy filmowcy zaglądają rzadko, z racji ich niewygody, dla twórców jak i narodu-odbiorcy, który w dużej części nie ma odwagi spojrzeć na siebie krytycznie i przyjąć do wiadomości, że jest nękany wszystkimi chorobami i nieszczęściami jakie tylko na świecie istnieją, z prostytuującą się  homo-pedofilią na czele. „Luksus” – to ksywa uroczego blondaska, urzędującego na warszawskim Dworcu Głównym, który niestety, mimo swych około 18-19 wiosen, musi wypaść z gry, jako że w branży, w której pracuje osiągnął już wiek emerytalny. Przyjmuje to z niedowierzaniem, smutkiem i trwogą, gdyż teraz jedyną formą jego zarobku będzie dostarczanie chętnym podtatusiałym klientom innych „luksusów’, czyli chłopców w okolicy 12-13 lat.  No niestety, wymagania klientów wraz z ich wiekiem rosną, Luksus, aby przeżyć musi im sprostać. Koniec już z wyjazdami do Egiptu, do kilkugwiazdkowych zacisznych hotelików, pozostają tylko wspomnienia i ciężka harówa naganiacza. Przypadek styka go z  uroczym żebrzącym na dworcu blondynkiem, z prześlicznym psem, który umie i lubi jeść paluszki. Finał historii jest mocno przewidywalny.  Tu przypominam pewną starą sceanariuszową prawdę o broni, która nigdy nie pojawia się w filmie bez powodu.  No tak. Niby temat bardzo bulwersujący, poruszający, obnażający etc., potrzebny w kinie, szczególnie polskim, ale tak jakoś, wg moich odczuć, zrobiony bardziej ze względu na to właśnie zapotrzebowanie, na jego specyficzną atrakcyjność, na chwytliwość niż z potrzeby serca. Nie przejął mnie los tych dzieci, choć powinien, i nie pomógł nawet świetny zazwyczaj Zbigniew Zamachowski, którego udało się reżyserowi namówić do współpracy. Po filmie pozostałam z wrażeniem,  że nakręcono go, nie tylko dlatego, żeby ujawnić problem, potrząsnąć tymi co przed ekranem, ale także z  przekonania, że nic tak nie działa na widza, jak krzywda małego blondynka z fajnym pieskiem,  wrabianego w seksualny biznes  przez niewiele starszego blondynka (choć tlenionego). 

„Luksus” zdobył kilka nagród na krajowych i zagranicznych festiwalach filmów krótkometrażowych.  Z pewnością więc ma zalety, które dostrzegli oceniający go fachowcy. Moje kryteria, którymi są dreszcze na plecach podczas seansu, mówiły temu filmowi „nie”, to znaczy w ogóle się nie odzywały. Historia ma potencjał, to oczywiste, ale moim zdaniem, jak na 38 minut została efekciarsko przeszarżowana. Oczekiwałam bardziej czegoś w rodzaju małej psychodramy, a otrzymałam spory, ale średniej jakości, kryminał.