niedziela, 7 czerwca 2009

Himalaya - dzieciństwo wodza - reż. Eric Valli

Po „Antychryście”  L. Von Triera, tak dla kontrastu, żeby nie dać się pogrążyć w ciemnościach szatańskiej aury, zaserwowałam sobie piękną, prostą opowieść, tym razem o pełni akceptacji natury, jej ukochaniu, podporządkowaniu się jej prawom i życiu zgodnym z jej rytmem. Mówię o filmie „Himalaya”.
To obraz egzystencji ludzi z bardzo wysokich partii Himalajów. Trudy z jakimi borykają się oni na co dzień, wynagradza im w pewnym stopniu niesamowita uroda krajobrazu, z którym obcują od świtu do nocy. Piękna natura, lecz jakże surowa, nierozpieszczająca swych mieszkańców, wzbudzająca respekt swą potęgą, ale jednocześnie wdzięczność, że bywa też czasem dla człowieka łaskawa. Tereny te pozbawione są na dobrą sprawę roślinności, która mogłaby się przysłużyć tamtejszym mieszkańcom. Maleńkie poletka, przynoszą za mało plonów, by mogli oni z nich wyżyć. Jedynie co tam można zbierać w większej ilości, to kryształy soli. Hodowla jaków zaspokaja w jakimś stopniu zapotrzebowanie na pokarm (mleko), ale to wszystko za mało. Ludzie, by zaopatrzyć się w coś do jedzenia, muszą wędrować co jakiś czas górskimi szczytami, w położone niżej i bardziej zaludnione doliny, w celu wymiany soli na zboże.
Ale myliłby się ten, kto by przypuszczał, że życie na dachu świata jest nudne. W świecie, gdzie główną troską jest zapewnienie pożywienia, czasu na na miłość, na marzenia, na zabawę, na spory i kłotnie nie brakuje tym bardziej. I tu, jak wszędzie, człowiek nie jest wolny od namiętności.

Fabuła filmu jest niewymyślna, co nie znaczy, ze nie budująca napięcie. Oto z dolin powraca karawana jaków z workami wyczekiwanego zboża Niestety, okazuje się, że jej przewodnik, nie żyje. Jego ojciec, Tinle, nie wierzy w przypadkową śmierć syna, uważa, że przyczynił się do niej Karma, który w trakcie wędrówki objął przywództwo karawany. Tinle nie chce, by Karma był teraz najważniejszy w wiosce, nie może pogodzić się z utratą całkowitych wpływów na jej los. Nadchodzi czas kolejnej wyprawy, już pod dowództwem młodego Karmy. Starszyzna, wg starych zapisów, map nieba, ustala termin wyprawy.
Lecz stary Tinle, pewny swego doświadczenia i znajomości gór, nie ustępuje, organizuje swoją, niezależną, z udziałem tych, którzy na pozór się do niej zupełnie nie nadają. Angażuje do niebezpiecznej wędrówki swego drugiego syna - mnicha, o dłoniach malarza artysty, nie opuszczającego od lat klasztoru, a także owdowiałą synową i kilkuletniego wnuka oraz garstkę najstarszych mężczyzn z wioski. Rozpoczyna się rywalizacja, walka o pierwszeństwo, a w końcu o przetrwanie.
Przepiekny film także o starości, o tym jak trudno pogodzić się mężczyźnie z przemijaniem, z faktem nadejsśia momentu ustąpienia miejsca młodości, gdy ciało już zmęczone, a duch jeszcze tak silny. I z drugiej strony, to opowieść o wielkim szacunku wobec starości, z jej pełnym rozumieniem i pełną akceptacją.

Aż chciałoby się przenieść w ten świat, gdzie emocje są tak czyste, proste, a życie może i wyczerpujące fizycznie, ale za to nie tak zajebiste, jak nasze stara się być. Tam, gdzie tak naprawdę człowiek ma tylko jednego pana, a raczej panią, naturę, czuje jej władzę, ale mimo wszystko, jak to człowiek, buntuje się, po czym skarcony, dziękując za naukę, wraca na swoje miejsce.

Wartość filmu mocno podbudowuje aktorstwo czyli występ w przeważąjącej części naturszczyków, albo aktorów z tych rejonów, czyli wszystko co za tym faktem dalej idzie - oryginalna, piękna uroda tubylców, stroje, biżuteria (zawsze mnie fascynuje niesamowite zamiłowanie do estetyzmu, wrodzone wyczucie piekna u ludów żyjących w tak "mało cywilizowanych" miejscach). No i muzyka! muzyka - kompozycje rodaka reżysera (Erica Valli - wielkiego entuzjastę i fotografika Himalajów) filmu, Francuza Bruno Coulaisa, inspirowane nepalskimi motywami - zapierajace dech w piersiach.
Ten film chłonie się jak zimną wodę w upalny dzień.

A notkę o filmie dedykuję panu Jackowi, który zainspirował mnie, by wreszcie ten film zobaczyć. "Himalaya" - czekał na swój dzień w moich przepastnych pudłach, nagrany jakiś czas temu, w przeczuciu, że kiedyś będę chciała po niego sięgnąć. Właśnie nadszedł ten czas.  Czas przypomnienia, że tak jak dla Tinle szlak solnych karawan, tak i dla mnie pewne obszary życia są już bezpwrotnie zamknięte.

środa, 3 czerwca 2009

Antychryst - reż. Lars Von Trier

Bohaterami tej, okrzykniętej przez wielu, niesłusznie, jako skandalizująca i obrazoburcza, opowieści jest On (Willem Dafoe) i Ona (Charlotte Gainsbourg ). Brak imion, określeń "mąż", "żona" to oczywiście znak, że Lars Von Trier ma ochotę na historię mocno uniwersalną. "On" jest znanym psychoterapeutą, ona chyba (? - spóźniłam sie na początek) antropologiem, zresztą nieważne.
"Oni" wskutek nieszczęśliwego wypadku utracili kilkuletniego synka, jedyne dziecko. Chłopiec wypadł przez okno, po tym gdy zaskoczył Ich podczas aktu miłosnego. Gdy dochodzi do tego typu nieszczęścia, najczęściej związek Jej i Jego, rozpada się bezpowrotnie. Oni rozchodzą się w bólu i we wzajemnych pretensjach, pogrążeni w swych oddzielnych depresjach, bądź obsesjach. Filmowy On zawodowo zajmuje się leczeniem takich osób, zdaje sobie sprawę z tego co Ich czeka. Poza tym, wydaje się, że chce pomóc cierpiącej straszne męki żonie, kobieta dręczona poczuciem winy załamuje się kompletnie. On postanawia ją wyleczyć, wbrew zaleceniom i zwyczajowi – lekarz, gdy w grę wchodzą bardzo bliskie osoby nie powinien podejmować się takiego zadanie. Ona się wzbrania, chce by jednak ktoś obcy objął ją psychologiczną opieką, bo jak mówi do męża (załóżmy, że byli małżeństwem) - „ty zawsze musisz mieć rację!”. On jednak się upiera. Ona nie ma sił protestować – ulega.

Okres żałoby dzieli się wg specjalisty na etapy: żal, niepokój, ból, rozpacz. Gdy żona osiąga stopień niepokoju, mąż decyduje się na poskromienie demonów lęku, proponuje żonie grę psychologiczną polegającą na określeniu przez nią głośno źródeł strachu. Niestety, Ona nie potrafi dokładnie sprecyzować, czego się boi. Wtedy On proponuje, by określiła miejsca, w których poczuła lęk. Kobieta, o dziwo, wskazuje las. Ten sam las, w którym tak chętnie, wraz z dzieckiem, spędzała każdą wolną chwilę. Pada decyzja wyjazdu w zakątek, które będąc ukochanym na Ziemi, okazało się dla niej najbardziej mrocznym i niebezpiecznym.

Etap niepokoju, wskutek kliku ćwiczeń terapeutycznych wydaje się być szybko przekroczony. Ona może już wejść na następny stopień, a jest nim ból. I od tego momentu zaczynają się prawdzie schody. W tym momencie narasta w niej, odwiecznie wpajane jej (znaczy im - kobietom) przez religię chrześcijańską, w kręgu której my Europejczycy żyjemy, poczucie winy. Poczucie winy i oskarżenia, że to Ona jest nosicielką wszelkiego zła. Nie na darmo przecież stworzono nam biblijną przypowieść o kuszeniu Adama przez Ewę – To Ewa jest winna wszelkim nieszczęściom ludzkim, to przez Nią żyjemy w piekle na Ziemi. I to kobiety, całe ich kolejne pokolenia muszą odkupować jej winę, cierpiąc wszelkie upodlenia, poniżenia.

Tak więc i Ona, filmowa bohaterka, całą odpowiedzialność za nieszczęście w rodzinie bierze na siebie. Ale kobieta z filmów Larsa Von Triera ewoluuje. To już nie jest Bess McNeill z „Przełamując fale”, pokorna, zamroczona miłością do kalekiego męża, poświęcajaca swą cześć i cale życie dla mężczyzny. To już nie są pokorne, rozmarzone Grace z „Dogville” i „Manaderlay”, albo nawetr Selma z „Tańczącej w ciemnosciach” ktore zamiast upragnionej miłości i współodczuwania otrzymują ze strony męzczyzn jedynie gwałt, albo mechaniczne spółkowanie ewentualnie podłe oszustwo.
„Ona” z „Antychrysta” to kobieta, która zaczyna wreszcie odzyskiwać świadomość ról i win narzuconych im przez mężczyzn, kościół katolicki, mający olbrzymi udział w kształtowaniu świadomości calych społeczeństw.
Mało tego, teraz stojąc na skraju bezdennej rozpaczy, zaczyna wpadać we wściekłość, szał chęć destrukcji. Ogarnia ją dziki, zwierzęcy popęd – jakby nie było główna przyczyna grzechu pierworodnego, to z niemożności jego okiełznania bierze się poczucie winy, uzależnienia, niemożność uwolnienia się od mężczyzny, i na odwrót - męzczyzny od kobiety, który nie może się pogodzić z faktem bycia zależnym od seksualności kobiecej.

To natura a wraz za nią KOBIETA ze swą NATURAlną seksualnością, wiodącą wprost ku naturalnemu rozmnażaniu i przedłużaniu gatunku, jest Antychrystem. „Ona” wypowiada wojnę Naturze - okalecza siebie, „Jego”, pragnie całkowitego wyzwolenia, i ... znowu staje się winna. I znowu to ONA ponosi karę, jest przegrana w tym pojedynku.

A kobiety i mężczyźni na widowniach kin, na internetowych forach, uznani krytycy filmowi plują na nią, wołają: „pierdolona cipa, pizda”. Prawie tak samo, jak mnóstwo mężczyzn na całym świecie na swe kobiety.

Dokładnie na tym polega prowokacja Von Triera – ci wrzeszczący ludzie wypełaniają swą rolę na medal! Poniewierają „nieczystą” kobietą, suką jedną, jak przykazał ... ktoś im przykazał?

A filmowy On choć okaleczony, lecz jakże szybko zregenerowany, idzie sobie w las pojeść jerzyn. Po dobrze zakończonej robocie nalezy się przecież posiłek – genialna twarz Dafoe w ostatnim kadrze – zadowolenie z siebie pomieszane z ironią. To dobre samopoczucie „Jego” zostaje niestety na moment zakłócone przez świadków tragedii „Onej” – lis, kruk i sarna – trzej żebracy, trzej królowie życia - chaos, ból i rozpacz – pojawiają się z wymownym spojrzeniem, że są z nim, nie odeszli daleko.

A z oddali przybliżają się do "Onego" setki bezimiennych kobiet, zaraz chyba go stratują, tyle ich jest. To symbol tych istot, o ktorych wspomina w swej pracy naukowej „Ona”, żona, którą zaczęła pisać w ich leśnej chatce, na temat wielowiekowego prześladowania kobiet w kulturze, nie tylko zresztą chrześcijańskiej, ale o niej się wspomina, bo to ona jest nam bliska – tortury, palenie na stosie to tylko cielesne kary, o wiele gorsze są mentalne tortury, jakim kobiety sa poddawane od wieków – wpajanie im poczucia winy, trakowanie ich jak zło, w optymistycznej wersji jako mniejsze zło, które od biedy trzeba tolerować.

W filmie, zresztą jest sporo symbolizmu, Lars Von Trier w tym przypadku bardzo się postarał, w końcu zadedykował swego „Antychrysta” Andriejowi Tarkowskiemu, ojcu kina symbolicznego poświęconego filozoficznym i religijnym ponadczasowym problemem człowieka.
Mamy więc, wspomniany marsz kobiet o wymazanych twarzach, ktore prawdopodobnie będą obecne w sennych koszmarach Jego, mamy jedno z najpiękniejszych ujęć drzewa, być może symbolicznej rajskiej jabłoni, pod którym Ewa, czyli Ona zwiodła na pokuszenie Adama, czyli wzbraniającego się wcześniej przed pokusą, męża/Jego. A spomiędzy wielkich korzeni drzewa, wyłaniają się dziesiątki rąk ludzkich, kobiecych, męskich? w każdym razie należy przypuszczać, że są to ręce grzeszników z winy Ewy.
Są sceny wzięte wprost z obrazów Bosha – ludzkie ciała zastygłe w cierpiętniczych gestach. Są piekne malarskie sceny niczym senne mary, komputerowo wykreowane – wszystko po to by opowieść o Adamie i Ewie, ubraną w piekne szaty kolejny raz sprowadzic do jednej konkluzji – "To Ona jest winna! Ta pizda!" (to są oryginalne cytaty z form filmowych).

I na tym, jeszcze raz to powiem, polega prowokacja Triera, ludzie krzyczą to, czego sobie reżyser życzy. Szkoda, tylko, że większość w to naprawdę wierzy. I myslę sobie na koniec, że mina Larsa Von Triera może pokrywać się z uśmieszkiem Dafoe wieńczącym dzieło: Zadowolenie gorzkie, bo prowokacja się udała i... ironia.

Ja myślę, przy okazji,  że być może niektórzy Von Triera osądzają powierzchownie. On nie jest mizoginistą, jego znęcanie się nad kobietami, jest przewrotne, stosuje w swych filmach terapię wstrząsową, tzn. potrząsa kobietami, krzycząc - "patrzcie jakie jesteście głupie!!" mając nadzieję, ze się obudzą z marzeń i spojrzą na facetów, na swoje dla nich poświęcenie, na życie, na miejsce jakie w nim zajmują trzeźwym okiem.  LARS VON TRIER feministą ? Kto wie. On mi wygląda na szalonego. :) :)


Ważne jeszcze inne sceny:
- rozmowa o żołędziach, jako dowód mentalnej przepaści dzielącej mężczyznę i kobietę. Ona o spadajacych żołędziach mówi jak o łzach dębu, On żachnał się "nie opowiadaj bajek dla dzieci". Pan racjonalny, a Pani emocjonalna.

- on, gdy ona znajduje się w głebokiej depresji z powodu poczucia winy, dobija ją spostrzeżeniem, że unieszczęśliwiała dzieciaka, zakładając mu odwrotnie buty. Typowa wrażliwość psychoterapeuty.

- On, na szczycie psychologicznej piramidy, stopniującej poziom lęków Jej, umieszcza oczywiście, co? Kto zgadnie? Umieszcza oczywiście Ją. To Ona, kobieta jest sama dla siebie największym zagrozeniem. To dość wygodne założenie, oczywiście nie dla kobiet. :)

niedziela, 31 maja 2009

Wojna polsko-ruska - reż. Xawery Żuławski

Xawery Żuławski, debiutując niecałe trzy lata swoim "Chaosem" (recenzja na tym blogu), dał się już poznać nielicznym, jako całkiem dobrze rokujący reżyser. Teraz, "Wojną polsko-ruską", udowodnił całej Polsce, że jest reżyserem nadzwyczajnym , z "wizją w oku" - przenieść bowiem na ekran tak niezwykłą, chaotyczną, jak życie postaci zaludniająch tę opowieść i uczynić z niej całkiem zgrabnie ułożony film, a na dodatek soczystą komedię, no... może komediodramat,  to naprawdę sztuka. Pytanie, jak to się mogło udać, mając na uwadze fakt, że film nie odbiega zbytnio od pierwowzoru literackiego. To wielka zagadkę, albo... raczej wielka pochwałę dla aktorów, którzy potrafili zagrać, wypowiedzieć wszystkie zakręcone kwestie w specyficznym języku jakże specyficznych bohaterów. I co ważne - przy całej ich komiczności, komiksowości, groteskowości nie czuje się żadnego lekceważenia postaci. Wręcz przeciwnie, każda nawet najzabawniejsza osoba (Natasza - Soni Bohosiewicz), mimo swego kuriozalnego często zachowania, budzi pewną sympatię, a nawet  szacunek - szczerość, szukanie miłości, prawdy i sensu życiu (Andżela - Maria Strzelecka), choćby nieumiejętne, zawsze wzrusza i sprawia, że ludzie stają nam się bliżsi. A poza tym, nikt tu nie jest zły, co najwyżej nieporadny, zagubiony, nierozgarnięty.

Ci młodzi na ekranie są jacy są, nie tylko ze swej winy, także z winy kraju, jego historii, w którym się urodzili i wychowywali, oni, a kiedyś ich rodzice. Dzieciom, w przeciwieństwie do "starych", przyszło żyć w kapitalistycznej wolnej Polsce. Ale czy to ma jakiś lepszy wpływ na ich los, czy to ich czegoś nowego uczy, czyni ich życie bardziej wolnym, urosły im jakieś skrzydła? Wątpię. Nie zauważyłam. Nadal powtarzają kwestie, którymi nasiąknęli w swych rodzinnych domach - o "parszywych ruskich", o korupcji i łapówkach, otwierających wszystkie drzwi. Tak jak ich rodzice kiedyś z nadmiaru i nieposzanowania pracy, tak oni dziś, z jej braku, pogrążają się w inercji. Manipuluje się nimi tak samo jak podówczas ich rodzicami. Za PRL-u robiła to miłościwie im panująca, pod flagą czerwoną ze złotym młotem i sierpem, partia robotnicza, teraz ich życiem steruje kapitał, często również obcy, który możni tego świata chcą zgromadzić na swoich kontach. Tak mało się zmieniło. Dlatego, myślę, ten tytuł - "wojna polsko-ruska", "ruskich" już dawno u nas nie ma, lecz mentalność "polskich"rodem z tamtych lat nadal się dobrze ma.
Zmieniły się (albo w ogóle pojawiły) jedynie gadżety - komórki, foliowe kolorowe reklamówki, grill co niedzielę w przydomowym ogródku, albo na balkonie; łatwiejszy dostęp do narkotyków zgrabnie opakowanych w jednoporcjowe zamykane foliówki itp. Masłowska nie doszła jeszcze do etapu powszechnej komputeryzacji, dostępu do internetu a za nim do pornografii oraz gier. Teraz to ogólnie wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Lecz w głowach, mimo powszechnej edukacji już w stopniu co najmniej średnim, ciągle to samo siano. Obecnie każdy, za przeproszeniem, matoł kończy technikum, liceum, jak nie profilowane to prywatne . Tego nawet za komuny, głoszącej równość wszystkim, nie było. Gdzie się ma podziać prawdziwa inteligencja, jak ma się ona odrodzić, zniszczona przez kolejne wojny? Edukacja się szerzy, ale nijak się to nie przekłada na wzrost świadomości tych, którzy ją pobierają. Żadne zmiany ustrojowe, żadna Europa ani tym bardziej Ameryka, tego nie zmieni, totalna mentalna pauperyzacja, czego zresztą mamy przykład w "elitach" rządzących.

Życie Silnego, bo o tym opowiada fabuła filmu, i jego kobiet, jest, co tu dużo mówić, niezbyt ciekawe. Jego główna troska, to w miarę płynne zaopatrzenie w towar do nosa i posiadanie kogoś do pary. Tak więc nie dziwmy się, że ich rozmowy, a raczej wyrzucane z siebie monologi, będące też pewną  formą rozrywki, obracają się tylko wokół tych tematów. Czasem na horyzoncie pojawi się ktoś taki jak Andżela, dziewczę heavymetalowe, wątpiące w Boga, poszukujące sensu życia, marzące o karierze artystki, stanowiące jakże miły i egzotyczny przerywnik w życiorysie i poszukiwaniach Silnego.
Owszem, wizerunki bohaterów "Wojny polsko-ruskiej" wydają się nieco przerysowane, ale czy na pewno? Czy takie mroczne Andżele, Magdy z kręgu określanego powszechnie "blacharami", Natasze - kobiety obcujące z mężczyznami do tego stopnia, że nabrały ich męskich cech i w wyglądzie i zachowaniu, nie mijają nas na ulicy, jeśli tylko się dobrze przyjrzeć i wsłuchać? A Silny? Facet z rodzaju tych, którym na wszelki wypadek, tak jak psu, nie patrzymy w oczy, by ich nie zdenerwować i nie sprowokować do zaczepki. Myślę, że twórcy nie przesadzili w portretowaniu swych postaci. Co nie przeszkadza reżyserowi zaserwować widzom sporej dawki groteski z ich udziałem, a wszystko po to, czemu groteska służy - by rozśmieszyć, przerazić, przejaskrawić, jednym słowem by widz nie zasnął, a może nawet poczuł coś co skłoniłoby go do refleksji.

Myślę, że "Wojna polsko-ruska"należy do gatunku tych filmów, które będzie chciało się oglądać wielokrotnie. Być może zostanie nawet okrzyknięty filmem kultowym, tak bardzo ich ostatnio ich brakuje (a właśćiwie, to wcale ich nie ma) w naszej najświeższej kinematografii. Wpisuje się w modny postmodernizm jak ulał. Być może będziemy cytować z pamięci, ku uciesze wtajemniczonych, niektóre kwestie Ja już mam jedną ulubioną na początek, czyli zrozpaczone Silnego: "tyle dobrych reklamówek skazanych na całkowitą marnację!" - toż to gotowe ekologiczne hasło reklamowe, które można, wraz z Szycem, wykorzystać w walce z ich nadmiernym kupowaniem i rozrzucaniem po łonie natury. Być może już niedługo co bardziej odważni założą gustowne wzorzyste szlafroczki z futerkiem i wyjdą w nich do baru na piwko. A zamiast zwyczajowego "hallo" do telefonu komórkowego zaczniemy pytać o hasło. Być może. I niech tak będzie! Polacy nie gęsi swojego Tarantino, ups! Żuławskiego mają. Tak tak, Żuławski o niebo lepszy, bo swój i wiemy z czego się śmiejemy.... A wszystko to dzięki dużej zasłudze aktorów z Borysem Szycem na czele, który otrzymał od losu swoje kolejne 5 minut. Niech ich tylko nie zmarnuje. Ale czymże byłby Szyc bez zastępu swych wspaniałych, przecudnych koleżanek - Marysi Strzeleckiej (która już od pierwszego wejrzenia zauroczyła mnie w "Chaosie"), Romy Gąsiorowskiej, którą teraz zacznę pilnie śledzić, albo znanej nam już z "Rezerwatu" Soni Bohosiewicz , czy Anny Prus, Magdy Czerwińskiej. Wszyscy zachowują się i mówią, jakby od urodzenia wychowywali się przed blokiem z ferajną Silnego.

Na ekranie nie zabrakło też samej autorki "Wojny..." Doroty Masłowskiej we własnej osobie. Żuławski, autor scenariusza, uczynił ją, tak jak to było w oryginale literackim, odpowiedzialną za świat, który sama wykreowała. Jesteśmy tego świadomi, od samego początku, że to ona, "Masłoska", jest tu Bogiem, to ona powołuje do życia, uczy mówić, sprawia, że ścieżki bohaterów splatają się ze sobą, albo się rozbiegają, to ona buduje, albo rujnuje dekoracje. Jesteśmy świadomi, że nasi bohaterowie, tak jak w życiu, są manipulowani, że tak naprawdę to nie oni decydują o sobie, bo od tego są ci, gdzieś wyżej. Silny, Magda i reszta, wypełniają tylko narzucone im role.

Jednym słowem, Xawery Żuławski rewelacyjnie przysłużył się Masłowskiej (i vice versa) oraz jej debiutowi literackiemu. W wywiadach przyznaje uczciwie, że miał trudności z przebrnięciem przez książkę, kiedy się ona ukazała na rynku. Dopiero propozycja producenta Jacka Samojłowicza zmobilizowała go, by się w nią wgryźć, przeczytać jeszcze raz i raz i zrobić film - adaptację, która być może będzie zaliczana do nielicznych, przewyższających swój pierwowzór - dzieło literackie. Przewyższa, nie przewyższa, prawdopodobnie jest to kwestia dyskusyjna, ale na pewno je przybliża. Wersja filmowa "Wojny polsko-ruskiej" jest bardziej komunikatywna i przystępna, a przy tym zachowuje oryginalną materię książki, jest świetną, lekką, a jednocześnie niegłupią wizję świata, którego być może wielu nie byłoby w stanie bez Żuławskiego sobie wyobrazić, a niektórzy, śmiem twierdzić, nawet zdać sobie sprawę, że taki istnieje.

sobota, 23 maja 2009

Ewangelia wg świętego Mateusza - P.P. Pasolini

czyli

"Antychryst" o Chrystusie
Jak to możliwe, że najlepszy w historii kina film o życiu Jezusa Chrystusa, dedykowany papieżowi Janowi XXIII i włączony do kanonu zalecanego przez Watykan, wyszedł spod ręki ateisty, marksisty i homoseksualisty wielokrotnie oskarżanego i skazywanego na więzienie za obrazę uczuć religijnych, wyeliminowanego w końcu ze społeczeństwa w bestialski sposób. A może właśnie dzięki swej „inności” Pier Paolo Pasolini potrafił na tę opowieść spojrzeć nieco inaczej, w sposób wolny od jakichkolwiek doktrynalnych obciążeń ? Włoski reżyser dorastał jako wrażliwe dziecko wychowywane zgodnie zasadami wiary chrześcijańskiej. Z czasem, w miarę dojrzewania, odkrywał być może coraz większą rozbieżność między teorią a praktyką we wspólnocie wiernych i dążył do wyzwolenia z religijnych okowów krępujących jego niezależne myślenie. Gdy już to osiągnął, paradoksalnie poczuł się jeszcze bardziej pokorny i spragniony ładu, który wprawdzie często uwiera, ale jednocześnie daje duchowy spokój.

Już od pierwszych kadrów „Ewangelii według świętego Mateusza” daje się wyczuć, że na ekranie odczytuje ją człowiek niekoniecznie wierzący w Boga, ale na pewno szanujący Jezusa i jego nauki. Człowiek zmęczony, tęskniący za dobrem i dawnym naturalnym porządkiem rzeczy, marzący o tym, by idee, które kiedyś Chrystus głosił i za które umarł na krzyżu, zostały wreszcie wcielane w życie (także przez wyznawców religii katolickiej). Pasolini - na szczęście - nie nakręcił kolejnej cukierkowej opowieści z dziejów Zbawiciela. Jego film jest bardzo surowy, ascetycznie oszczędny w środkach (dotyczy to zarówno przekazu jak i scenografii, kostiumów oraz gry aktorskiej) i wierny Ewangelii - obrazuje skrupulatnie wszystkie jej rozdziały:
1. „Narodzenie i dzieciństwo Jezusa”; 2. „Czyny Jana Chrzciciela i przygotowanie do działalności Jezusa”; 3. „Działalność Jezusa w Galilei”; 4. „Męka i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa”. Przy okazji nadmienię, że film Pasoliniego to świetna powtórka z lekcji religii, pełna znanych i powszechnie używanych na co dzień cytatów, które stały się już niemal porzekadłami, choć nie zawsze jesteśmy świadomi ich pochodzenia.

Co najważniejsze - w ostatniej, czwartej części, nie ma za grosz przemocy. I za to reżyserowi chwała. Sekwencja męki Jezusa ogranicza się do pojedynczych scen obrazujących wyśmiewanie go, zakładanie korony cierniowej na głowę i wzięcie na ramiona krzyża. Potem następuje bardzo krótka, ledwie zasygnalizowana droga krzyżowa, w końcu ukrzyżowanie. Wszystko – powtarzam - bez zbędnego epatowania okrucieństwem i brutalnością (żadnego biczowania, strumieni krwi, opluwania, bluzgania słowami itp.).
Pasolini, tak przecież odważny, kontrowersyjny i bezkompromisowy w ukazywaniu zła i zepsucia, tym razem oszczędza nasze uczucia religijne i niereligijne. Nie gwałci intymności cierpienia i poniżenia Jezusa, jak robi to na przykład Gibson w „Pasji”, która jest dla mnie żelaznym przykładem filmu religijnego pod publikę i opiera się na braku poszanowania dla Tego, którego się podobno kocha. Mel Gibson zdecydował się na film obrazujący tylko i wyłącznie samą mękę. W jego ujęciu ostatnie dwanaście godzin żywota Chrystusa na ekranie spływa krwią, co niektórych widzów doprowadza niemal do ekstazy porównywalnej z tą, którą przeżywają gapie obserwujący wypadek drogowy lub jakieś inne ludzkie nieszczęście. Tutaj jeszcze dodatkowo owo uniesienie może potęgować niechęć, może czasem nienawiść, wyzwalająca się w stosunku do prymitywnych i okrutnych oprawców Jezusa. Zdecydowanie nie jest to katolickie, pokojowe podejście do tematu.
Tymczasem włoski reżyser rzetelnie i bez żadnych zbędnych ozdobników ukazuje nam pracowitą misję Jezusa na Ziemi oraz wypełnianie kolejnych proroctw wiodących go na krzyż. Tu i ówdzie słyszy się głosy, że Jezus Pasoliniego to niemal rewolucjonista. Być może coś w tym jest. Przemowy Syna Bożego są rzeczywiście bardzo płomienne, i żarliwe. Porywają rzesze przyszłych wiernych głosząc treści jakby żywcem wyjęte z marksistowskich programów. Chrystus nakazuje m.in. wyzbycie się zamiłowania do dóbr doczesnych, chwali skromność, krytykuje bogactwo i obłudę ówczesnych kapłanów, wątpi w szczere intencje majętnych obiecujących podzielenie się swym bogactwem z biednymi, by tym sposobem zasłużyć sobie na łaskę Pana („Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”). A przy tym wszystkim wymaga bezwzględnej wierności, lojalności oraz posłuszeństwa. Ale, czy to może być zarzut w kierunku Pasoliniego, wszak on tylko przenosi słowa Ewangelii na ekran. Jeśli komuś nasuwają się jakieś niemiłe podobieństwa między marksizmem a naukami Jezusa, nie jest to winą reżysera.
Po nakręceniu „Ptaków i ptaszysk”, w których reżyser znowu próbuje szukać bliskich związków między chrześcijaństwem a marksizmem, ktoś zapytał Pasoliniego: "Dlaczego wciąż zajmujesz się tematami religijnymi, skoro jesteś niewierzący?". "Jeżeli wiesz, że jestem niewierzący, to znasz mnie lepiej niż ja sam. Być może i jestem człowiekiem niewierzącym, ale takim, który tęskni za wiarą" – odpowiedział skandalista i obrazoburca. Czy to nie piękne? I nie smutne zarazem, że tęsknota jest prawdziwa, wrażliwsza niż jej spełnienie?
"Ewangelia wg św. Mateusza" powstała w 1964 roku, a więc 43 lata temu. Uważam, że ten film nie zestarzał się ani trochę. Wręcz przeciwnie, na tle współczesnych rozbuchanych produkcji (także religijnych) jeszcze bardziej fascynuje - nie rozprasza uwagi widza wybujałą formą skupiając się dokładnie na przekazie treści a nie na jej „złotej” ramie.

Bardzo charakterystyczny jest sposób sfilmowania „Ewangelii”. Wszystkie emocje Pasolini wyraża przez długie, powolne zbliżenia na oblicza aktorów, których mimika jest dosyć oszczędna lecz bardzo sugestywna. Zadziwiające doprawdy, jak reżyser potrafił wydobyć ten jeden, najbardziej trafny wyraz twarzy u, jakby nie było, całej rzeszy naturszczyków, bo tylko tacy tu grają (starszą Marię odtwarza na przykład matka reżysera). Dziesiątki oczu, ust, zmarszczek, uśmiechów i innych grymasów - cała galeria ludzkich uczuć związanych z pojawieniem się Jezusa na Ziemi.

Na pierwszym planie, oczywiście, twarz najważniejsza – Zbawiciela. Trochę inna niż ta, do której przywykliśmy (nie ma np. charakterystycznych długich włosów). Widać, że jest to twarz człowieka wywodzącego się ludu, lecz o inteligentnym wyrazie, zazwyczaj mocno skupiona, uduchowiona, jeden jedyny raz rozjaśniona uśmiechem (scena z dziećmi). A należy ona do Enrique Irazogui, wówczas studenta, pół Żyda, pół Baska. Pozostali aktorzy to bliscy znajomi reżysera, jego rodzina, ludność zamieszkująca plenery zdjęciowe. Scen zbiorowych jest niewiele - jeśli już, to filmowane raczej z bardzo dalekich ujęć. Krajobrazy, surowe niczym oblicza wieśniaków zaludniających ekran, także współgrają z ascetyczną konwencją filmu. Często posępne i smutne, gdzieniegdzie tylko urozmaicone skromnym akcentem roślinnym czy jakimś domostwem. Nic nie jest w tym filmie tak ważne jak Jezus i jego żarliwe nauki.

Kilka ekranizacji życia Chrystusa już widziałam. "Pasja" Gibsona mnie zniesmaczyła. Inne raczej znużyły, były sztampowe, robione na zamówienie albo z braku pomysłu na inny film. „Ewangelia wg świętego Mateusza” według Pier Paolo Pasoliniego porwała mnie jak żadne inne dzieło tego gatunku. To film zrobiony z potrzeby serca – prosty i po prostu. Wielki.

środa, 13 maja 2009

Veronica Guerin - reż. Joel Schumacher

We Francji nakręcono film "Une Femme a abattre", koncentrujący się na tajemnicy zabójstwa niepokorne dziennikarki Anny Politkowskiej. Miejmy nadzieję, że wejdzie on już niedługo na ekrany polksich kin, tym bardziej, że jedną z ról kreuje w nim Paweł Deląg. A mnie w związku z ową wiadomością, przypomniał się inny portret kobiety w tym, jakże czasem niebezpiecznym zawodzie, Irlandki Veroniki Guerin, zmarłej również tragicznie, bo nie chciała ulec naciskom tych, których jej dziennikarska twórczość zaczęła mocno uwierać.

Gdy pojawiły sie napisy koncowe pomyślałam sobie:  hmmmm,  "dobre, ale czegos tu brakuje". Film o dziennikarce irlandzkiej,  zabitej przez bohaterów jej reportaży - dublińskich narkotykowych gangsterów nie może być nieciekawy.  Ta historia jest fascynująca, przerażająca, sama w sobie, tym bardziej że ostatnio wiadomości o zabójstwach tego typu są niemal na porządku dziennym. Ale mam wrażenie, ze reżyser Joel Schumacher zbyt chłodno potraktował temat dramatu, włącznie z jego tytułową postacią. Może stało się tak ze względu na poprawność, by nie podpaść czy nie urazić rodziny Guerin (historia jest od początku do końca autentyczna), może właśnie taki był ich zamiar, by film był bardziej zbliżony do chłodnego dokumentu niż do ognistej opowieści o kobiecie, która  gangsterskim kulom postanowiła się nie kłaniać.

W każdym razie postać Guerin jest niezadowalająco płaska. Trudno orzec na podstawie tego filmu, skąd u niej wzieła się taka pasja, taka energia i upór, by samotnie walczyć z przestępczym światem, na przekór zdrowemu rozsądkowi. Na szczęście do płytki dvd dołączone są ponad 3-godzinne dodatki, a w nich komentarze m.in. autorek scenariusza, Irlandek z krwi i kości, bardzo emocjonalnie zaangażowanych w wydarzenia, które opisują. To ich słowa, a nie film, pomagają zrozumieć motywy działalności dziennikarki.
Pochodziła ona ze średniozamożnej klasy średniej, nie była osobą wykształconą w zawodzie (była księgową). Dziennikarkę uprawiała bardziej intuicyjnie niz profesjonalnie, jej styl czasem pozostawiał wiele do życzenia. Brała na warsztata nośne i niebezpieczne tematy, których nikt inny nie chciał , albo bał  się nimi zajmować.  Była bardzo odważna, lubiła wyzwania i adrenalinę, którą traktowała  wręcz jak narkotyk, poza tym łatwo nawiazywała kontakty z ludźmi, także tymi spod ciemnej gwiazdy, tak więc gangsterskie interesy stały się jej żywiołem zawodowym. Wielu kolegów po fachu było o jej sukcesy- z czasem stała się narodową gwiazdą - zazdrosnych. Nie cieszyła się wśród nich wielką  popularnością czy estymą. A swoisty taniec śmierci jaki uprawiała z gangsterami miał też być moze zwiazek z odwzajemniona sympatią jaką czuła do głównego informatora-gangstera (kapitalny Ciaran Hindes). Ale tak jak mówię - o tym, i innych motywach, jej czynów dowiadujemy się z dodatków.

Schumacher, mam wrażenie,  pokazuje nam poprawny obraz dziennikarki, jaki realizatorzy otrzymali za pośrednictwem jej najbliższej rodziny i współpracowników. Film jednak wciąga, mimo, że jego zakończenie poznajemy na początku. Interesujący jest bowiem klimat społeczno-polityczny Irlandii, zawiłości prawne, z jakimi boryka się Veronica w swojej reporterskiej robocie i to jak świetnie i inteligentnie sobie z nimi radzi, jak dzielnie stawia czoła zagrożeniom, jak pewna jest swoich racji i celu tego co robi, nawet jeśli ma to być kosztem rodziny czy jej życia. Niestety, za mało w tym filmie namiętności, Veronica jest taka porządna, taka prawdziwa księgowa,a jej jedynym grzechem jest zbyt mała ilość czasu poświecona synkowi. Brakuje mi tu tej odrobiny szaleństwa, która cechuje prawdziwych idealistów. Bez niego widzę tylko naiwność i chorobliwą ambicję, by nie okazac się tchórzem wobec kryminalistów. A moze tak miało być, może takie były właśnie grzechy Veroniki Guerin?

piątek, 24 kwietnia 2009

Bardzo letni "Wieczór" - reż. Lajos Koltai

Ten „Wieczór” spędzimy w gronie gwiazd światowego formatu, szczególnie, jeśli chodzi o kobiety – jest tu Vanessa Redgrave, jej córka Natasha Richardson, Meryl Streep, Toni Collette i Glenn Close, także Claire Danes i Eileen Atkins. Towarzyszą im nieco mniej zasłużeni, ale też znani, panowie - Patrick Wilson (ostatnio świetne role w „Małych dzieciach” i „Pułapce”), obok niego Hugh Dancy, coraz wyżej wspinający się po szczeblach kariery oraz pamiętany z dawnych seriali Barry Bostwick. Nic, tylko się z tego cieszyć – pod koniec filmu okaże się, że owo doborowe towarzystwo będzie jego jedyną i największą zaletą.

„ Wieczór”, wyreżyserowany przez operatora Lajosa Koltaia, nie należy do najweselszych. Taka już specyfika tej pory - radosna i wystrzałowa bywa tylko niekiedy, z reguły jest bowiem czasem pożegnań, chwilą pogodnej lub przepełnionej smutkiem refleksji nad minionym dniem. Nie wiemy nic o schorowanej Ann Lord (V. Redgrave), z którą spotykamy się od pierwszych kadrów. Widzimy ją skazaną na leżenie w łóżku, cierpiącą bardziej psychicznie niż fizycznie. Co chwila zapada ni to w półsen, ni w marzenia, przenosząc się w czas młodości, gdy była piękną, smukłą, nietuzinkową dziewczyną (C. Danes), zawodowo spełniającą się jako wokalistka jazzowa i pełną nadziei na wspaniałą przyszłość u boku ukochanego mężczyzny. Starsza kobieta poruszona swoimi wizjami co chwila wypowiada imię „Harris”, jednak jej dwie dorosłe córki (T. Collette i N. Richardson), które przyjechały, by towarzyszyć jej w ostatnich dniach, nie znają nikogo tak nazywanego. Domyślają się, że był to zapewne ktoś bardzo ważny w życiu matki. Być może wcześniej wypierany z pamięci, powrócił teraz, by pożegnać ją w ten ostatni wieczór. Towarzysząc Ann w jej rojeniach, jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż córki. Poznajemy jej najlepszych przyjaciół, Lilę i jej brata, Buddy’ego oraz syna służącej w domu rodzeństwa, Harrisa, rzucającego miłosny czar na wszystkich, których spotka. Jak się okazuje, nie można go nie kochać. Ann również się o tym przekonuje. Ale czy zwiąże się z nim na dłużej? Czy będzie jej mężem i ojcem ich dzieci?

Raczej nie, skoro córki umierającej Ann nie znają nawet jego imienia. Dlaczego? Co takiego się wydarzyło, że los ich nie połączył? Tego już się nie dowiemy. Domyślamy się, że z jakichś bliżej niesprecyzowanych powodów wyszła za mąż za innego. Czy wobec tego możemy współczuć i wczuć się w jej rozterki i tęsknoty, skoro nie mamy pojęcia, dlaczego tak się stało? A może nie musimy wcale wiedzieć, czemu któregoś dnia młoda jeszcze Ann spotyka Harrisa przywołującego taksówkę dla siebie i stojącej niedaleko żony z dzieckiem? A może nawet, gdyby to z nią się kiedyś ożenił, byłaby równie zmęczona i zgorzkniała jak tego wieczoru? Co gorsza – wtedy jej wyobraźnia nie miałaby tak wdzięcznego punktu odniesienia i zwiędłe usta Ann, zamiast szeptać imię ukochanego, zaciskałyby się z bólu fizycznego.

Możemy sobie tak „gdybać” do woli, jeśli jeszcze jesteśmy w stanie, bo film naprawdę nuży i nie budzi żadnych empatycznych odruchów. Możemy, patrząc z perspektywy fotela kinowego na swe własne życie, pocieszać się wspólnie z Ann i jej dziećmi, że nie ma złych decyzji, gdyż nie ma idealnych rozwiązań. A my nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy ich nie podjęli. Najważniejsze, by w ogóle żyć i jakkolwiek decydować o sobie. To mało odkrywcza prawda, lecz na pewno warta przypomnienia – jednak tym razem niezbyt zajmująco, przejrzyście i sugestywnie przekazana.

„Wieczór” reklamowany był szumnie jako dzieło twórców „Godzin”. To spore nadużycie. Te dwa filmy łączy jedynie Michael Cunningham, jak wiemy, autor powieści „Godziny”, która Davidovi Hare posłużyła jako baza do scenariusza przeniesionego później na ekran przez Stephena Daldry’ego. W przypadku „Wieczoru” pisarz tylko współtworzył scenariusz (razem z Susan Minot).
Przy filmie pracowało aż dwóch węgierskich operatorów. Jeden z nich to wspomniany już Lajos Koltai ( przyczynił się kiedyś do sukcesu m.in. „Maleny”), debiutujący jako reżyser dwa lata temu „Losem utraconym” według nagrodzonej Noblem powieści swego rodaka, Imre Kertesa. Drugim jest Gyula Pados ( pracował z Koltaiem również przy „Losie utraconym”). Zrobił do „Wieczoru” zdjęcia wprawdzie bardzo malownicze lecz mało oryginalne, jeśli chodzi o plener. Przypuszczam, że wina za brak głębi i prawdziwego życia w „Wieczorze” nie leży po stronie realizatorów – operatorów, z których jeden postanowił po raz drugi przedzierzgnąć się w reżysera.

Tym razem, wg mnie, zawiódł scenariusz. Nie przykuwa on w żaden sposób uwagi ani ciekawymi, wartkimi i błyskotliwymi dialogami, ani zwrotami akcji, czy pełnokrwistymi bohaterami. Każda z postaci jest tu zaledwie naszkicowana, niedopowiedziana, niepełna. Być może tandemowi Cunningham i Minot chodziło o tę niewiadomą potwierdzającą tezę o niewłaściwości żalu podjętych w życiu decyzji. Żebyśmy do końca nie wiedzieli, czy Buddy pocałował Harrisa, ponieważ go pożądał, czy mu się pomyliło, bo był pijany; żebyśmy nie byli pewni, czy Harris pokochał Ann, czy była dla niego tylko miłą chwilową odmianą w nudnym życiu na nadmorskim pustkowiu…

W podobnie niedopowiedziany sposób zarysowane są dorosłe córki Ann. Jedyną wyrazistą postacią pozostaje jej przyjaciółka, Lila, odtwarzana przez Meryl Streep (bohaterka w starszym wieku) i jej córkę Mamie Gummer (w młodszym). Lila to kobieta stąpająca twardo po ziemi, która wiedząc, że nie może być z ukochanym Harrisem (tak jak pisałam - łamał serca wszystkim, których spotkał na swej drodze), postanawia zabić swe uczucie, wychodząc za mąż za innego, ale i nie narzekać, nie żałować, żyć w zgodzie z tą decyzją. Lila odwiedza umierającą, zanurzoną we wspomnieniach Ann, rzuca jej w wielkiej przyjaźni parę rozsądnych słów, odzierając z mitu postać Harrisa. Myślę, że ostatecznie uspokoiła swoją przyjaciółkę przed zgaśnięciem wieczoru. Nie wiemy, czy ona sama znajdzie takie ukojenie gdy nadejdą jej ostatnie chwile.
A my tymczasem, pożegnawszy biedną Ann, nie czujemy się specjalnie wzbogaceni i pokrzepieni duchowo. Lecz pomni nauk płynących z ekranu, wybaczamy sobie wybór „Wieczoru”, by cieszyć się beztrosko perspektywą następnych, bardziej udanych filmów.

wtorek, 14 kwietnia 2009

"Miasto ślepców" czyli ...

...pomroczność jasna. Epidemia ślepoty spada na mieszkańców pewnego miasta. Wszyscy pogrążają się, tym razem nie w ciemności, a w jasności. Taka ciekawostka – formalny wybieg -  mający uatrakcyjnić film w prześwietlone zdjęcia. A poza tym – względy praktyczne - łatwiej było coś pokazać na jasnym ekranie niż na ciemnym.

Genezy nieszczęścia zesłanego na ludzkość nie znamy.  Zapewne jest to sprawka opatrzności, w ramach kary za to, że człowiek nie dostrzega człowieka. Apokalipsa ma na celu uwrażliwić na odbiór tego, co w nas, czyli na ducha, bez względu na materię, jaka go otacza. Nikt nic nie widzi, nie ma kontroli, nie ma wstydu, wszystko wszystkim wolno.  Dla pozornego bezpieczeństwa zarażonych izoluje się w szpitalu. Ludzie brzydną, pogrążają się w brudzie, także mentalnym. Jak zawsze,  w skrajnie ekstremalnych warunkach walki o byt, człowiek ukazuje swą prawdziwą twarz. Społeczność, jak zazwyczaj,  dzieli się na  dwie grupy – na trzymających władzę i na poddanych.  Tym razem będący przy władzy w tak specyficznych warunkach, zdając sobie sprawę ze swej bezkarności, rządzą, wyzbyci jakichkolwiek hamulców. Garstka ślepców, pod wodzą młodego cwaniaka, obwołującego się królem oddziału III (Gael Garcia Bernal) przejmuje zapasy żywności i zaczyna swe rządy całkowicie absolutne, oparte na wyzysku i przemocy wszelkiej. Najpierw łupią wygłodniałych ślepców z ich kosztowności. Po zaspokojeniu materialnych potrzeb, żądają igrzysk na miarę swych możliwości, czyli seksu. I znowu, jak na każdej wojnie domowej (bo przecież z rodzajem takiej mamy tu do czynienia), najbardziej pokrzywdzone są kobiety. Ale pokrzywdzone nie znaczy pokonane. W filmie Meirellesa wyraźnie wychodzi na to, że w obecnej dobie, w razie jakiejś totalnej katastrofy, świat może liczyć jedynie na płeć, nazwaną kiedyś, kiedyś,  przez mężczyzn dla swej satysfakcji – płcią słabą. Faceci w “Mieście ślepców” są już albo kompletnie zdegenerowani, albo zupełnie zniewieściali. To kobiety muszą brać sprawy w swoje ręce, walczyć o byt, i honor, nie tylko dla siebie, ale i dla swych mężczyzn. I tu – jedna jedyna, najbardziej przejmująca scena w filmie – powrót kobiet z nocnej orgii (w zamian za jedzenie) na łona swych mężów i kochanków,  chowających głowy pod kołdry ze wstydu,  by ukryć straszliwą niemoc i upokorzenie faktem, że nie było ich stać na wspólną męską walkę, nie tylko o pokarm, ale i o cześć swych ukochanych.

Przy okazji – widziałam nieco filmów dokumentów z wojen domowych w różnych częściach świata, najczęściej z Afryki. To charakterystyczne – jak bardzo okrutnymi, bezwzględnymi stają się mężczyźni, ktorzy jak psy moczem, tak oni swą spermą muszą zaznaczać tereny, na ktorych mają władzę. Ale, zwykły gwałt, dozwolony (po cichu) w czasie wojny, jest tak mało podniecający. Tortury, najwymyślniejsze, ktore jeśli kobiety nie zabiją po dlugich cierpieniach, to w najlepszym razie okaleczą ją do końca życia – to jest dopiero zabawa i satysfakcja. Rzadko, który mąż, ryzykując śmierć z ręki pogromców niewiast, rzuca sie w obronie swej połowicy. Mężowie najczęściej uciekają, a po fakcie oskarżają  zgwałcone o lubieżność z wrogiem. Ot, męska filozofia.

A wracając do filmu. Słabawe to dzieło, niestety. Meirelles swojego czasu zaostrzył nam apetyt rewelacyjnym “Miastem Boga”. Liczyliśmy i tym razem na dzieło równie zwarte, wartkie i różnokolorowe. Co do barw, sensu stricte, nie można mieć oczywiście pretensji – “ślepcy” w tytule zapowiadają ascezę w tej kwestii. Bardziej chodzi o paletę odcieni w strukturze osobowości bohaterów przewijających się przez ekran. Filmowe postaci są, niestety, są zbyt jednowymiarowe, albo do szpiku kości złe, albo mdląco szlachetne. Dlatego, myślę, tak trudno się z kimkolwiek identyfikować, kogoś polubić , rozumieć i chcieć iść ręka w rękę przez tę apokoaliptyczną drogę przez mękę (oj, całkiem ładny rym rodem z Częstochowy mi wyszedł). Bohaterowie są płascy, ich czyny zawsze na tej samej emocjonalnej skali, nie zaskakują, nie przerażają, nie wzruszają, a jedynie  nużą, zniecierpliwiają.Ot, choćby żona lekarza (Julianne Moore), jedyna osoba, która jakimś cudem nie utraciła wzroku, to kobieta od początku do końca uwłaczająco dobra. Jej szlachetność aż boli, zawsze anielsko cierpliwa, gotowa każdemu do pomocy, tolerująca każdą niedoskonałość, każdą niedyspozycję, każdy wyskok swego ociemniałego  męża, doprowadzając go tym do żenady i zlości. A na drugim biegunie – zły, ach! jakże bardzo zły! – "król oddziału trzeciego", czyli Gael Garcia Bernal. No właśnie – bohaterowie miasta ślepców są anonimowi, nie mają imion, nazywani są wg funkcji albo jakichś  charakterystycznych cech. Wszystkie osoby poznajemy w momencie wybuchu zarazy, gdy są poddawani egzaminowi na człowieczeństwo.   Nie wiemy o nich nic więcej,  jakimi są, czy raczej jakimi ludźmi byli przed nieszczęściem, nie możemy skonfronotwać ich postaw "przed" i "po". Pewnie  właśnie dlatego są one tak jednoznaczne, bo wykrystalizowały się dokładne w momencie zagrożenia, a my nie mamy niczego na ich usprawiedliwienie, albo na potępienie. Może twórcy filmu nie chcą przyklaskiwać tezie że “tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”?

“Miasto ślepców” dyszy olbrzymim, niewykorzystanym, niestety, stłumionym potencjałem. Fabuła – marzenie, obsada aktorska również wymarzona – Julianne Moore, Danny Glover, Gael Garcia Bernal, Mark Ruffalo. Niestety, moja reakcja na całość również zbliżona do marzenia – by koniec nastapił jak najszybciej. Wszystko jedno, czy i komu będzie dane przeżyć, odzyskać wzrok, byle szybko, jak najszybciej...