poniedziałek, 28 stycznia 2008

Tsotsi

Kupiłam bez reszty tę opowieść. Szczególnie początek bo czym dalej - robiło się coraz ckliwiej, ale to nic. Liczy się dobry pomysł na film i jego dobra realizacja. A ta się udała. Świetne aktorstwo, montaż, zdjęcia i muzyka.

Brutalny, kompletnie pozbawiony skrupułów Afrykanin z przedmieść Pretorii (takie południowoafrykańskie Miasto Boga), bez imienia, z ksywą Tsotsi, dla którego życia człowieka nie ma żadnej wartości, zaspokaja swoje potrzeby i domaga się swoich praw zawsze z bronią w ręk. Któregoś dnia kradnie samochód i nagle – postanawia zabrać ze sobą niemowlę, które znajduje się na tylnym siedzeniu.  Właśnie, dlaczego to robi? Najłatwiej byłoby wysadzić maludę na zewnątrz, ale ono tak strasznie kwili. Może Tsotsiemu przypomniało się własne dzieciństwo, rodzina, matka, której mu tak bardzo brak?. Nie zważając na przyszłe kłopoty, zatrzymuje dziecko, a my dzięki temu mamy okazję poznać drugie oblicze tego zabijaki.

Jak się okazuje, Tsotsi to całkiem wrażliwy młody mężczyzna, tęskniący za ciepłem drugiego człowieka, ojcostwem, kobietą i strawą, jaką mu ona może podawać na stół, kiedy wraca strudzony do domu. Tsotsi przechodzi prawdziwą przemianę, żałuje za swoje dotychczasowe grzechy, a tych, których zachował przy życiu prosi o ich wybaczenie.
Wszystko to dzieje się w ciągu trzech dni. Jasne, jak sobie tak teraz jeszcze raz analizuję ten film – wydaje się nieco naiwny, za ckliwy, taki do rany przyłóż. Ale w trakcie oglądania autentycznie byłam poważnie zaangażowana w losy Tsotsiego. Polubiłam go, współczułam mu, wzruszały mnie jego łzy i chciałam, żeby mu się wszystko udało, bo dzięki temu też mniej trupów byłoby położonych z jego ręki na drodze, którą kroczy. Ale jako bardzo umiarkowana optymistka nie bardzo w to wierzyłam.

Dialogi w filmie są raczej ubogie.  Tsotsi mało mówi, bo raz, że nie bywał w żadnych szkołach, nie ma więc daru wysławiania. Dwa - zamiast gadać wolał działać.  A poza tym – o czym miał mówić? Był przecież  bardzo samotny, zamknięty w sobie, życie miał nijakie, mimo, że należał do tego swojego małego podłego gangu.

Podsumowując – film zadowalajacy. Przeżyłam dotkliwie dramat jego bohaterów. Lubię opowieści o tym, że ludzie z gruntu nie rodzą się źli, zło nie bierze się z powietrza, rodzi się wskutek różnych okoliczności. A czyniąc dobro, można nad nim odnieść zwycięstwo.Naiwne to może, ale budujące.

I jeszcze jedno – film zwraca bardzo wyraźnie uwagę na obecną zmorę Afryki czyli Aids. Na dworcu metra, gdzie „pracuje” główny bohater nad holem wisi wielki transparent z napisem o zagrożeniu tą chorobą, no i matka Tsotsiego jest jej śmiertelną ofiarą.

niedziela, 27 stycznia 2008

Jak to się robi

I ja zobaczyłam również sztuczki, które wyprawia Piotr Tymochowicz z kandydatami na polityków, które tak naprawdę nie są żadnymi sztuczkami, tylko wiedzą z pogranicza psychologii i socjologii, może jeszcze czegoś, ale na pewno nie magii. Niestety, ci którzy powinni to oglądnąć, by być pewnych rzeczy świadomymi, czyli szara masa, podstawowy elektorat każdych wyborów, tego nie zobaczy..
Tak, film opowiada o polskiej rzeczywistości, o małej polskiej raczkującej fabryczce polityków. Takich fabryczek i fabryk w pełni rozwiniętych, nie brakuje przecież na całym świecie. I nie ma się co obrażać na Tymochowicza, ani na to, że wyznaczył sobie cel wykreowanie polityków na rzecz Samoobrony - taką sobie wybrał pracę - płacą mu, a on robi to czego od niego oczekują. To naszą rzeczą i interesem jest mieć świadomość jacy ludzie garną się do polityki, by umieć podczas wyborów odsiać ziarno od plew. Hm, co prawda to ziarno, nie zawsze jest najwyższej jakości, ale co zrobić. Film jest momentami bardzo brutalny – „musicie znać mentalność debila, by umieć zapanować nad tłumem”. I trudno się z tym nie zgodzić, widząc, radiomaryjny elektorat PiSu.

Zastanawia mnie na ile ten film był ustawiony przez jego twórców i bohaterów. Ile jeszcze gorszej prawdy przed nami utajono, żeby do końca nie obnażać i zatrzymać wylewający się z ekranu cynizm. Niektórzy filmowi kandydaci na polityków zrezygnowali z brataniem się wbrew sobie z Samoobroną. Ciekawe, czy zrobili by tak samo, gdyby nie byli filmowani.
Zastanawia mnie, czy faktycznie demokracja to najlepsza forma rządzeniai, mając na uwadze, ze są to rządy ludu, a lud to szara masa, żeby nie powiedzieć ciemna, czego doświadczyliśmy niedawno na sobie.
Ja już dawno przestałam być idealistką, więc film mnie specjalnie nie poruszył, nie przeraził. Stwierdzam, że dobrze, że powstał, może poruszy niektórych jeszcze żyjących idealistów przed kolejnymi wyborami i zdecydują się oni w nich uczestniczyć, by dodać kolejny kamyczek do tamy zatrzymującej nawałnicę szarej masy.

Pułapka

Bajka o tym jak czerwony kapturek zwabił w pułapkę złego wilka. Ale, czy na pewno złego? A dokładnie, bajka o głupio odważnej niepełnoletniej smarkuli, która zwabiła w pułapkę młodego mężczyznę, uznanego przez nią za pedofila. Ja, niestety, nie poczułam się w pułapce strachu oglądając ten film. A to chyba dlatego, że postaci były tak bardzo niejednoznaczne. Nie można było żadnej z nich polubić, tak by dalej dopingować jej w walce z przeciwnikiem. Młoda Hayley denerwowała od samego początku. Takie przemądrzałe stare-maleńkie 14-latki są niedozniesienia, a ona już od samego początku bajerowała Jeffa jak stara wyjadaczka. Owszem, teoretycznie, to na dorosłym mężczyźnie spoczywa odpowiedzialność za swe czyny, co zresztą wykrzyczała później Jeffowie w swoim wykładzie, ale czy ona taka mądra nie wie, że dla swego bezpieczeństwa, nie można liczyć na ich rozsądek? Tak, tak rozumiem, że ona działała wg swego misternie zbudowanego planu, ale a nuż by coś nie poszło? Trochę się o nią bałam.   Wizualnie aktorka Ellen Page była dobrana do swej roli genialnie. Niewinna twarzyczka, o delikatnych rysach pasujących równie dobrze do 14latki jak i 20 latki. Jeff (Patrick Wilson - moje najnowsze odkrycie aktorskie) wzbudzałby sympatię, gdyby nie ten brak pewności, że jest niewinny. I tak to miało być – „nie dajmy się zwieść pozorom”.

Film był bardzo niewiarygodny. Szczególnie jeśli chodzi o postać Hayley. Ta mała dawała radę temu facetowi, jakby nie przymierzając była jakimś zapaśnikiem wagi ciężkiej. Owszem, otumaniła go tym i owym, ale jak ona potrafiła nieprzytomnego czyli bezwładnego, normalnie zbudowanego faceta sama wywindować na krzesło, postawić w pionie i zawiązać mu pętlę na szyję?

Tak naprawdę do końca nie wiemy, kim jest to dziewczę o niewinnej buzi, ale zimnym serduszku. Bezinteresowną mścicielką wszystkich pokrzywdzonych, czy może ofiarą pedofilli. Jeśli to pierwsze – byłoby to trochę dziwne w jej wieku. Jeśli jest ofiarą, też mało wiarygodne, żeby miała siłę i odwagę na takie spotkanie. Ale tak naprawdę mało nas to obchodzi kim jest Hayley, bo jest strasznie nudna w niekończącym się wymyślaniu tortur dla faceta, co do którego nie mamy pewności, że jest zły, a więc też mamy gdzieś, co się z nim stanie. Myślimy sobie: jeśli jest winny – ok., niech cierpi, należy mu się. Jeśli nie – też dobrze, prędzej czy później, jakaś uwiedziona i zakochana po uszy modelka małolata będzie przez niego płakać. Moim zdaniem taka niejednoznaczność postaci źle robi filmowi, jak wspomniałam - jesteśmy skołowani, nikogo nie lubimy, nikomu nie współczujemy, jesteśmy obojętni wobec bohaterów.

Nie wiem jaki był cel jego realizacji tego filmu?  Przestroga? Tylko dla kogo? Dla czerwonego kapturka, by nie wierzył wilkowi? Ok. Ale tu wyszło – że to wilk powinien być ostrożny – bo czerwony kapturek może okazać się wilkiem. Trochę to naiwne, bo w życiu, niestety to wilk zawsze ma przewagę nad czerwonym kubraczkiem, więc lepiej nie ryzykować i omijać go z daleka. Chyba jednak byłoby ciekawiej i dla filmu i dla widzów, gdyby nie próbowano odwracać dobrych, sprawdzonych od setek lat schematów i gdyby jednak wilk okazał się wilkiem, a czerwony kubraczek nieco naiwnym, ale dzielnym i mądrym dziewczątkiem, któremu udaje się uciec, a najlepiej w ogóle nie spotkać z wilkiem.
A tak, nie daj Boże, jeszcze niektóre nimfetki, czy lolitki, uwierzą, że naprawdę mają moc i mogą wygrać w bezpośrednim starciu z niewinnie jak Jeff wyglądającą bestią.

Funny Games

"Funny Games" to trzeci film z tzw. „austriackiej trylogii” (pozostałe to „Siódmy kontynent” i „Benny’s Video”), w której M.Haneke rozprawia się z mieszczańską, układną mentalnością swego narodu. Z tych samych pobudek, zresztą, sfilmował parę lat później powieść swej rodaczki E.. Jelinek pt. „Pianistka”.

Jak to u Haneke bywa, i w „Funny Games” nie brakuje mocnych, prowokacyjnych, szokujących scen. Film zrobiony jest wg zasad rasowego thrillera. Mamy noże, strzelby, które w swoim czasie ranią i strzelają. No i wszystko, co by mogło pomóc wyjść bohaterom z opresji, jest zepsute. A opowieść otwiera obraz sielanki na łonie natury. Trzyosobowa rodzina, może nie tak atrakcyjna wizualnie, jak to bywa w produkcjach amerykańskich: matka, ojciec w średnim wieku i ich 10letni syn przyjeżdżają na weekend nad jezioro. Ledwo zdążą się rozpakować i poumawiać na wieczornego grilla z sąsiadami, odwiedzają ich Obcy. Niestety, nie w sensie – przybysze z innej planety, a ludzie - czyli dwóch kulturalnych i, wydawałoby się, przyjaźnie nastawionych młodzieńców, którzy w imieniu sąsiadki proszą o pożyczenie jajek.
Z czasem okazuje się, że dobre maniery, białe rękawiczki i przyzwoity wygląd to pozory. Reżyser wraz z nieproszonymi gośćmi rozpoczynają z nami i gospodarzami domu inteligentną, ale przewrotną, okrutną i „zabawną” grę. "Zabawną" – bo młodzieńcy, jak i z pewnością niektórzy widzowie, czerpią wiele przyjemności i radości z uciesznych i wyszukanych monologów oprawców oraz psychicznych tortur jakimi raczą pojmaną rodzinę. Haneke nie szokuje spektakularnymi aktami cielesnego znęcania- takie na dłuższą metę przestają oddziaływać na widza. Najbardziej sugestywnie i przerażająco działa na nas metodyczne, niespieszne, z uśmiechem na ustach, wypełnianie kolejnych punktów planu bezsensownej, bez żadnego konkretnego powodu, nie licząc sadystycznej przyjemności, zagłady niczemu winnej rodziny.

Czy „Funny Games” wpisuje się swym przesłaniem w tak charakterystyczną dla Haneke wizję osamotnionego człowieka, postępujący u niego brak wrażliwości, do jakiego prowadzi poczucie wyalienowania wskutek niemożności nawiązania porozumienia między ludźmi? Myślę, że także. Sygnał tego mamy na samym wstępie.  Czołówka filmu, jak na jego tytuł przystało, zaczyna się też od zabawy. Małżeństwo, jadąc samochodem, puszcza sobie nawzajem taśmy z muzyką poważną i odgaduje kompozytorów oraz tytuły utworów. Po chwili włączają radio i ta muzyczna idylla zostaje zakłócona przez współczesne rytmy, bliskie tylko młodym ludziom, jakiegoś death metalu. Jak wiemy – muzyka, to jeden z najbardziej „widocznych” elementów dzielących pokolenia.
I dalej, to już mamy istny ocean samotności. Każdy z członków rodziny związany, sterroryzowany, upokorzony przez okrutników musi samotnie zmagać się ze wstydem, strachem, upodleniem i własną bezsilnością.
A gracze – zabawowicze, czyż to nie z poczucia beznadziei, własnej marności, maskowanego wyrafinowanym okrucieństwem i czarnym humorem, zdecydowali się na bezsensowny marsz śmierci po tej krainie szczęścia położonej nad jeziorem, do której nie mając wstępu, musieli się wkraść fortelem i zniszczyć to, czego nie dane było im doświadczyć?

Ale Haneke w "Funny Games", obnaża przede wszystkim zamiłowanie człowieka do oglądania okrucieństwa. Jest na to dowód w postaci kilku scen, których teraz nie będę analizować. Każdy kto film będzie oglądał lub już widział, doskonale zda sobie z tego sprawę. Zło, śmierć, zabijanie jest bardzo medialne, ludzie rzadko sięgają po pilota od telewizora, by go nie oglądać. Szkoda, że równie rzadko zdają sobie sprawę, iż za krwawymi obrazkami w telewizji, czy prasie, kryją się prawdziwe ludzkie dramaty, w których sami nie chcieliby uczestniczyć a na dodatek by robiono z nich publiczne widowisko. I tak mi się w tej chwili nasunęła sprawa W. Milewicza, reportera polskiej telewizji, zabitego w Iraku. Superekspres zamieścił zdjęcie jego ciała na pierwszej stronie. Środowisko dziennikarskie było oburzone, a przecież ono samo w jakiejś części z takich zdjęć żyje.
Świetny film. Właśnie w USA kręci się jego remake. Ale na pewno, żaden remake nie będzie taki jak pierwowzór, ot choćby ze względu, na świeżość koncepcji owej okrutnej, może dla niektórych zabawnej, gry, jaką autor filmu prowadzi nie tylko na ekranie, ale poza nim.

A aktorstwo, jak zwykle u Haneke - PIERWSZORZĘŠDNE. Główny ciężar wzieli na siebie - Arno Frisch jako jeden z młodzieńców o imieniu Paul, i Susanne Lothar, jako żona i matka oraz zmarły niedawno Ulrich Muche jako jej mąż, także w życiu prywatnym.  Mały Stefan Clapczyński jako syn, również spisał się znakomicie.  Brawa.

Zerwany

Debiut fabularny Jacka Filipiaka. Kilka lat temu sporo mówiło się o jego dokumencie pt. „Bidul”.
Historia z życia, opowiedziana reżyserowi przez współlokatora z internatu przy technikum rolniczym, do którego razem uczęszczali. Wcześniej Mateusz, bo tak ma na imię bohater filmu (gra go bardzo dobrze Krzysztof Ciupa) , mieszkał w domu dziecka, jakiś czas w rodzinie (pożal się Boże) zastępczej, później znowu w domu dziecka, aż w końcu – z powodu błahego, ale jednak przestępstwa, trafił do poprawczaka.
Film jest bardzo wyważony w emocjach. Brutalne sceny, których przecież nie mogło zabraknąć, łagodzone są od razu momentami lirycznymi wręcz – np. Mateusz w ciężkch chwilach "urywa się" do swojej przyjaciółki brzozy, albo spotkanie na dachu z chłopakiem śpiewającym po włosku.
Zerwany” ukazuje niełatwe życie nastolatków i młodych mężczyzn (rozpiętość wieku żyjących pod jednym dachem to też problem) w powyższych placówkach, ich brutalną, ponurą codzienność, ale jednocześnie nie pozbawia nas odczucia, że są to ludzie tacy jak my wszyscy, tylko zagubieni w twardej, nieprzyjaznej rzeczywistości, której często nie mogą sprostać, a próbą jej okiełznania jest przeważnie próba siłowa.

Smutna ocena, ale bez histerii, pracy wychowawców, którzy niestety, często swym osobistym przykładem, demoralizują zamiast wychowywać, czy resocjalizować - „Krótki” – Jan Frycz, czy wychowawczyni z domu dziecka, mająca dobre chęci, wobec swych podopiecznych, ale kompletnie pozbawiona pedagogiczno-psychologicznego przygotowania.

Na szczęście, jeśli ma się odrobinę inteligencji, wszystko można przetrwać, ale niestety, blizny zostają na całe życie. Mateusz uczy się dobrze, nie daje się zgnoić starszym kolegom, zachowuje się poprawnie – co procentuje zwolnieniem go z zakładu poprawczego. Może uczyć się w normalnej szkole, ale czy będzie możliwe, aby się w niej odnalazł, czy koledzy zaakceptują kogoś z bidula, albo poprawczaka? Czy on zaakceptuje siebie, czy będzie przekonany o swojej wartości, skoro przez kilkanaście lat wpajano mu, i sam się czuł, nikomu niepotrzebny?

"Stereotyp" – dla Mateusza, który marzy, by zostać „konentatorem” sportowym, to takie trudne słowo do wymówienia, wyuczenia i zrozumienia. W końcu udaje mu się. Ale czy ludziom z zewnątrz, których Mateusz spotka na swojej drodze, uda się pokonać ten «funkcjonujący w świadomości społecznej skrótowy, uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości odnoszący się do instytucji domu dziecka i jego wychowanków, często oparty na niepełnej lub fałszywej wiedzy o nim i o nich, utrwalony jednak przez tradycję i nie ulegający zmianom; »
I czy społeczeństwo kiedyś zrozumie, że to nie dzieci w domach dziecka są złe, ale dorośli, którzy zgotowali im taki los?

Bardzo dobry film, tym bardziej w obecnej dobie, kiedy coraz częściej podnoszą się głosy o domach dziecka jako zupełnie nietrafionej państwowej placówce opiekuńczo-wychowaczej.

Polecam. Także ze względu na aktorstwo, niektóre role są całkiem przyzwoicie wypełnione przez wychowanków z poprawczaka.

”Czas pijanych koni" - Bahman Ghobadi

Tym razem widzimy Iran znad granicy z Irakiem. Iran w kurdyjskiej odmianie, Iran górzysty, pokryty grubym śniegiem, Iran bardzo ludziom nieprzyjazny - zimny, ponury, bez zieleni. Nawet letnią porą jest tu smutno - gdzieniegdzie rachityczne drzewka; goła, często pokryta kamieniami ziemia. Trudno się tu ludziom żyje, nie tylko ze względu na warunki naturalne. To teren ciągłych zamieszek narodowościowych. Nawet jesli już się komus trafi jakieś mizerne poletko i tak nie moze go uprawiać ze względu na miny. Źródłem utrzymania jest tu więc najczęściej, jak to na terenach przygranicznych bywa, przemyt, w który zaangażowane są całe rodziny, z dziećmi włącznie.

Reżyser bohaterem swojego filmu uczynił rodzinę, a właściwie trójkę dzieci: Ayoub, Amaneh i Madi, które najbardziej aktywnie uczestniczą w zarabianiu na życie. Domem i młodszym rodzeństwem zajmuje się starsza siostra Karim. Matka bowiem od lat nie żyje, a ojciec ginie na minie. Sytuację tej rodziny, a właściwie dzieci, pogarsza fakt, ze najstarszy, 15-letni brat jest ułomny, choruje na chorobę, która hamuje wzrost kości. Twarz ma już dorosłą, a ciało małego dziecka. Choroba, jeśli nie będzie operacyjnie leczona zakończy się śmiercią. Życie tych dzieci wypełnia od świtu do nocy ciężka, niewdzięczna, często nieopłacana praca i ...wzajemna miłość, troska o siebie nawzajem.

Chory Madi nie jest nigdy sam. Ayoub i Ameneh zabierają go często ze sobą, mimo, że jest dla nich, obiektywnie mówiąc, ciężarem. Ale nic to, przytulają go, rozmawiają z nim, dbają by mu ciepło i bezpiecznie. A przecież to są nieduże jeszcze dzieci, które same wymagałyby jeszcze opieki od rodziców. Doprawdy imponujące są te obrazy więzi rodzinnych.
W końcu Ayoub, w obliczu wyroku lekarza, że albo operacja albo śmierć Madiego, podemuje desperacką decyzję o wyprawie na bazar do Iraku, w celu sprzedaży tam muła, by w ten sposób zdobyć pieniądze na uratowanie brata. Czy mu sie to uda, czy uda się dotrzec do Iraku, czy uda się transakcja, czy suma pieniedzy będzie wystarczająca, czy.... czy? Czy się tego dowiemy? Czy to jest w filmie najważniejsze? A może lepiej nie poznac prawdy? Może lepiej pozostać nam tylko z obrazem tego twardego, zahartowanego w codziennym trudnym życiu narodu i spróbować zrozumieć jego upór i wolę oderwania się od państw w których wegetują oraz chęć życia na własny rachunek? Czy po to Bahman Ghobadi zrobił ten film? Nie, to chyba zbyt daleko posunięta interpretacja.

Film jest bardzo realistyczny, pozbawiony w zasadzie muzyki. Slyszymy tylko odgłosy akcji - jakieś rozmowy, pokrzykiwania, płacz, jeden raz śmiech - niestety nie dzieci a doktora (scena zastrzyku w pupę Madiego), niekiedy daleko, w tle jakąś pieśn. Ale przede wszystkim towarzyszy nam świszczący wiatr. Wręcz czujemy to przeszywające zimno, jakie wędrującym po górach Kurdom on przynosi. Konie mają to szczęście, że ludzie, by dodać im wigoru, rozgrzać i znieczulić na ciężary, poją je alkoholem. Stąd tytuł filmu. Ludzi znieczula tylko i wyłącznie desperacja.
Zachwyca również gra dzieci, do tego stopnia, ze mamy wrażenie, ze one nie grają tylko są sobą. A może faktycznie są?

Film, mimo smutnych treści, obrazu beznadziejnego życia tego górskiego ludu znad granicy irańsko-irackiej, jednak mnie nie zdołował. Wręcz przeciwnie wyniosłam z niego dużo pogody. Dały mi ją te zapracowane od świtu do nocy dzieci, które w całym tym dorosłym zatraceniu się w ciężkiej i niebezpiecznej pracy, nie zapominają że są ludźmi, znajdują czas na ciepłe odruchy serca. Godnie odbierają ciosy losu, bywa też i tradycji, popłakując czasem cichutko, co nie znaczy że bezwiednie mu się poddają. Jest w tym filmie mimo wszystko jakaś nadzieja, a na pewno jest nią miłość i wzajemne oddanie, jakie panuje w tej rodzinie - bazie, która umacnia w walce o byt, jaka się tam dzień w dzień toczy.
Polecam film ciekawym co w innej niz nasza trawie piszczy, i także cierpliwym - nie ma tu zbyt rozwinietej akcji, film jak mowię jest bardzo realistyczny, niczym dokument z paru dni z życia irańskich Kurdów i ich dzieci.

Kolory raju czyli Majid Majidi też o miłości

To drugi film Majida Majidiego, po „Deszczu”, jaki miałam niekłamaną przyjemność oglądać. Może będę trochę w zbyt podniesionym nastroju pisząc o tym filmie, ale co ja poradzę, że w taki stan ducha on mnie wprowadził? Bo z filmami tego reżysera tak już chyba jest, że albo od razu zniechęcają, albo zachwycają swoją urodą – obrazu, dźwięku, a przede wszystkim poetyckością, subtelnością przekazu o najprostszych ale i najważniejszych wartościach życia.

 „Kolory raju” również opowiadają o miłości, ale tym razem w sercu małego niewidomego chłopca, jaką żywi do całego świata i ludzi, a przede wszystkim swojej rodziny i rodzinnej wioski. Malec nie widzi, ale całym sobą, wszystkimi pozostałymi zmysłami – węchem, dotykiem, słuchem chłonie piękno otaczającego świata. W przeciwieństwie do „Deszczu” – ten świat, irańskie wiejskie, górskie pejzaże to istny raj – bajecznie kolorowy, świetlisty, ciepły, rozbuchany zapachami, odgłosami przyrody – śpiewem ptaków, szumem traw, zbóż, drzew, rzeki, a także pracujących wokół ludzi. I szczerze żałujemy, że mały Mohammed nie może z nami dzielić tych wspaniałych wrażeń wzrokowych. Ale chłopak ma za to nad nami inną przewagę – jego wrażliwość w połączeniu z nadzwyczajnym słuchem sprawia, że rozumie mowę ptaków.

Film ma zdecydowanie wyraźną ścieżką dźwiękową, dzięki temu odbieramy otoczenie na sposób małego bohatera opowieści. Początkowo Mohammed jest szczęśliwy – nareszcie ma to, czego tak bardzo brakowało mu w mieście. Ale z czasem, w sercu chłopca zaczyna gościć smutek, bo tak bardzo kochając świat i ludzi sam czuje się przez nich, a nawet Boga, niekochany, odrzucony, niepotrzebny z powodu swego kalectwa.

Szczególnie brakuje mu miłości ojca, który jest biednym, złamanym przez życie wieśniakiem, wdowcem, pragnącym poślubić kolejną kobietę i bojącym się, że niewidomy syn będzie ku temu przeszkodą. Przed rodziną narzeczonej nie przyznaje się do ułomnego potomka i postanawia pozbyć się go z domu. Wysyła go parę wiosek dalej do stolarza na naukę fachu. Czy to będzie na pewno trafna decyzja? Przecież nie jest tak, że ojciec nie kocha swego dziecka. Czy strach przed samotnością i starością może być tak wielki?  Czy warto się go pozbyć, wypierając się syna i miłości do niego? Przecież relacje rodzice-dzieci to podstawa, gdy są zaburzone, życie nie może być pełnowartościowe. Czy ojciec to zrozumie, czy dojrzeje by przewartościować swoje cele i czy obędzie się bez bólu, bez kary za krzywdę jaką uczynił dziecku i całej rodzinie? Głównie babci chłopca, a swej matce, która wnuka uwielbiała?

Na początku oglądamy więc raj, albo prawie raj, czy zobaczymy także piekło?