piątek, 24 kwietnia 2009

Bardzo letni "Wieczór" - reż. Lajos Koltai

Ten „Wieczór” spędzimy w gronie gwiazd światowego formatu, szczególnie, jeśli chodzi o kobiety – jest tu Vanessa Redgrave, jej córka Natasha Richardson, Meryl Streep, Toni Collette i Glenn Close, także Claire Danes i Eileen Atkins. Towarzyszą im nieco mniej zasłużeni, ale też znani, panowie - Patrick Wilson (ostatnio świetne role w „Małych dzieciach” i „Pułapce”), obok niego Hugh Dancy, coraz wyżej wspinający się po szczeblach kariery oraz pamiętany z dawnych seriali Barry Bostwick. Nic, tylko się z tego cieszyć – pod koniec filmu okaże się, że owo doborowe towarzystwo będzie jego jedyną i największą zaletą.

„ Wieczór”, wyreżyserowany przez operatora Lajosa Koltaia, nie należy do najweselszych. Taka już specyfika tej pory - radosna i wystrzałowa bywa tylko niekiedy, z reguły jest bowiem czasem pożegnań, chwilą pogodnej lub przepełnionej smutkiem refleksji nad minionym dniem. Nie wiemy nic o schorowanej Ann Lord (V. Redgrave), z którą spotykamy się od pierwszych kadrów. Widzimy ją skazaną na leżenie w łóżku, cierpiącą bardziej psychicznie niż fizycznie. Co chwila zapada ni to w półsen, ni w marzenia, przenosząc się w czas młodości, gdy była piękną, smukłą, nietuzinkową dziewczyną (C. Danes), zawodowo spełniającą się jako wokalistka jazzowa i pełną nadziei na wspaniałą przyszłość u boku ukochanego mężczyzny. Starsza kobieta poruszona swoimi wizjami co chwila wypowiada imię „Harris”, jednak jej dwie dorosłe córki (T. Collette i N. Richardson), które przyjechały, by towarzyszyć jej w ostatnich dniach, nie znają nikogo tak nazywanego. Domyślają się, że był to zapewne ktoś bardzo ważny w życiu matki. Być może wcześniej wypierany z pamięci, powrócił teraz, by pożegnać ją w ten ostatni wieczór. Towarzysząc Ann w jej rojeniach, jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż córki. Poznajemy jej najlepszych przyjaciół, Lilę i jej brata, Buddy’ego oraz syna służącej w domu rodzeństwa, Harrisa, rzucającego miłosny czar na wszystkich, których spotka. Jak się okazuje, nie można go nie kochać. Ann również się o tym przekonuje. Ale czy zwiąże się z nim na dłużej? Czy będzie jej mężem i ojcem ich dzieci?

Raczej nie, skoro córki umierającej Ann nie znają nawet jego imienia. Dlaczego? Co takiego się wydarzyło, że los ich nie połączył? Tego już się nie dowiemy. Domyślamy się, że z jakichś bliżej niesprecyzowanych powodów wyszła za mąż za innego. Czy wobec tego możemy współczuć i wczuć się w jej rozterki i tęsknoty, skoro nie mamy pojęcia, dlaczego tak się stało? A może nie musimy wcale wiedzieć, czemu któregoś dnia młoda jeszcze Ann spotyka Harrisa przywołującego taksówkę dla siebie i stojącej niedaleko żony z dzieckiem? A może nawet, gdyby to z nią się kiedyś ożenił, byłaby równie zmęczona i zgorzkniała jak tego wieczoru? Co gorsza – wtedy jej wyobraźnia nie miałaby tak wdzięcznego punktu odniesienia i zwiędłe usta Ann, zamiast szeptać imię ukochanego, zaciskałyby się z bólu fizycznego.

Możemy sobie tak „gdybać” do woli, jeśli jeszcze jesteśmy w stanie, bo film naprawdę nuży i nie budzi żadnych empatycznych odruchów. Możemy, patrząc z perspektywy fotela kinowego na swe własne życie, pocieszać się wspólnie z Ann i jej dziećmi, że nie ma złych decyzji, gdyż nie ma idealnych rozwiązań. A my nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy ich nie podjęli. Najważniejsze, by w ogóle żyć i jakkolwiek decydować o sobie. To mało odkrywcza prawda, lecz na pewno warta przypomnienia – jednak tym razem niezbyt zajmująco, przejrzyście i sugestywnie przekazana.

„Wieczór” reklamowany był szumnie jako dzieło twórców „Godzin”. To spore nadużycie. Te dwa filmy łączy jedynie Michael Cunningham, jak wiemy, autor powieści „Godziny”, która Davidovi Hare posłużyła jako baza do scenariusza przeniesionego później na ekran przez Stephena Daldry’ego. W przypadku „Wieczoru” pisarz tylko współtworzył scenariusz (razem z Susan Minot).
Przy filmie pracowało aż dwóch węgierskich operatorów. Jeden z nich to wspomniany już Lajos Koltai ( przyczynił się kiedyś do sukcesu m.in. „Maleny”), debiutujący jako reżyser dwa lata temu „Losem utraconym” według nagrodzonej Noblem powieści swego rodaka, Imre Kertesa. Drugim jest Gyula Pados ( pracował z Koltaiem również przy „Losie utraconym”). Zrobił do „Wieczoru” zdjęcia wprawdzie bardzo malownicze lecz mało oryginalne, jeśli chodzi o plener. Przypuszczam, że wina za brak głębi i prawdziwego życia w „Wieczorze” nie leży po stronie realizatorów – operatorów, z których jeden postanowił po raz drugi przedzierzgnąć się w reżysera.

Tym razem, wg mnie, zawiódł scenariusz. Nie przykuwa on w żaden sposób uwagi ani ciekawymi, wartkimi i błyskotliwymi dialogami, ani zwrotami akcji, czy pełnokrwistymi bohaterami. Każda z postaci jest tu zaledwie naszkicowana, niedopowiedziana, niepełna. Być może tandemowi Cunningham i Minot chodziło o tę niewiadomą potwierdzającą tezę o niewłaściwości żalu podjętych w życiu decyzji. Żebyśmy do końca nie wiedzieli, czy Buddy pocałował Harrisa, ponieważ go pożądał, czy mu się pomyliło, bo był pijany; żebyśmy nie byli pewni, czy Harris pokochał Ann, czy była dla niego tylko miłą chwilową odmianą w nudnym życiu na nadmorskim pustkowiu…

W podobnie niedopowiedziany sposób zarysowane są dorosłe córki Ann. Jedyną wyrazistą postacią pozostaje jej przyjaciółka, Lila, odtwarzana przez Meryl Streep (bohaterka w starszym wieku) i jej córkę Mamie Gummer (w młodszym). Lila to kobieta stąpająca twardo po ziemi, która wiedząc, że nie może być z ukochanym Harrisem (tak jak pisałam - łamał serca wszystkim, których spotkał na swej drodze), postanawia zabić swe uczucie, wychodząc za mąż za innego, ale i nie narzekać, nie żałować, żyć w zgodzie z tą decyzją. Lila odwiedza umierającą, zanurzoną we wspomnieniach Ann, rzuca jej w wielkiej przyjaźni parę rozsądnych słów, odzierając z mitu postać Harrisa. Myślę, że ostatecznie uspokoiła swoją przyjaciółkę przed zgaśnięciem wieczoru. Nie wiemy, czy ona sama znajdzie takie ukojenie gdy nadejdą jej ostatnie chwile.
A my tymczasem, pożegnawszy biedną Ann, nie czujemy się specjalnie wzbogaceni i pokrzepieni duchowo. Lecz pomni nauk płynących z ekranu, wybaczamy sobie wybór „Wieczoru”, by cieszyć się beztrosko perspektywą następnych, bardziej udanych filmów.

wtorek, 14 kwietnia 2009

"Miasto ślepców" czyli ...

...pomroczność jasna. Epidemia ślepoty spada na mieszkańców pewnego miasta. Wszyscy pogrążają się, tym razem nie w ciemności, a w jasności. Taka ciekawostka – formalny wybieg -  mający uatrakcyjnić film w prześwietlone zdjęcia. A poza tym – względy praktyczne - łatwiej było coś pokazać na jasnym ekranie niż na ciemnym.

Genezy nieszczęścia zesłanego na ludzkość nie znamy.  Zapewne jest to sprawka opatrzności, w ramach kary za to, że człowiek nie dostrzega człowieka. Apokalipsa ma na celu uwrażliwić na odbiór tego, co w nas, czyli na ducha, bez względu na materię, jaka go otacza. Nikt nic nie widzi, nie ma kontroli, nie ma wstydu, wszystko wszystkim wolno.  Dla pozornego bezpieczeństwa zarażonych izoluje się w szpitalu. Ludzie brzydną, pogrążają się w brudzie, także mentalnym. Jak zawsze,  w skrajnie ekstremalnych warunkach walki o byt, człowiek ukazuje swą prawdziwą twarz. Społeczność, jak zazwyczaj,  dzieli się na  dwie grupy – na trzymających władzę i na poddanych.  Tym razem będący przy władzy w tak specyficznych warunkach, zdając sobie sprawę ze swej bezkarności, rządzą, wyzbyci jakichkolwiek hamulców. Garstka ślepców, pod wodzą młodego cwaniaka, obwołującego się królem oddziału III (Gael Garcia Bernal) przejmuje zapasy żywności i zaczyna swe rządy całkowicie absolutne, oparte na wyzysku i przemocy wszelkiej. Najpierw łupią wygłodniałych ślepców z ich kosztowności. Po zaspokojeniu materialnych potrzeb, żądają igrzysk na miarę swych możliwości, czyli seksu. I znowu, jak na każdej wojnie domowej (bo przecież z rodzajem takiej mamy tu do czynienia), najbardziej pokrzywdzone są kobiety. Ale pokrzywdzone nie znaczy pokonane. W filmie Meirellesa wyraźnie wychodzi na to, że w obecnej dobie, w razie jakiejś totalnej katastrofy, świat może liczyć jedynie na płeć, nazwaną kiedyś, kiedyś,  przez mężczyzn dla swej satysfakcji – płcią słabą. Faceci w “Mieście ślepców” są już albo kompletnie zdegenerowani, albo zupełnie zniewieściali. To kobiety muszą brać sprawy w swoje ręce, walczyć o byt, i honor, nie tylko dla siebie, ale i dla swych mężczyzn. I tu – jedna jedyna, najbardziej przejmująca scena w filmie – powrót kobiet z nocnej orgii (w zamian za jedzenie) na łona swych mężów i kochanków,  chowających głowy pod kołdry ze wstydu,  by ukryć straszliwą niemoc i upokorzenie faktem, że nie było ich stać na wspólną męską walkę, nie tylko o pokarm, ale i o cześć swych ukochanych.

Przy okazji – widziałam nieco filmów dokumentów z wojen domowych w różnych częściach świata, najczęściej z Afryki. To charakterystyczne – jak bardzo okrutnymi, bezwzględnymi stają się mężczyźni, ktorzy jak psy moczem, tak oni swą spermą muszą zaznaczać tereny, na ktorych mają władzę. Ale, zwykły gwałt, dozwolony (po cichu) w czasie wojny, jest tak mało podniecający. Tortury, najwymyślniejsze, ktore jeśli kobiety nie zabiją po dlugich cierpieniach, to w najlepszym razie okaleczą ją do końca życia – to jest dopiero zabawa i satysfakcja. Rzadko, który mąż, ryzykując śmierć z ręki pogromców niewiast, rzuca sie w obronie swej połowicy. Mężowie najczęściej uciekają, a po fakcie oskarżają  zgwałcone o lubieżność z wrogiem. Ot, męska filozofia.

A wracając do filmu. Słabawe to dzieło, niestety. Meirelles swojego czasu zaostrzył nam apetyt rewelacyjnym “Miastem Boga”. Liczyliśmy i tym razem na dzieło równie zwarte, wartkie i różnokolorowe. Co do barw, sensu stricte, nie można mieć oczywiście pretensji – “ślepcy” w tytule zapowiadają ascezę w tej kwestii. Bardziej chodzi o paletę odcieni w strukturze osobowości bohaterów przewijających się przez ekran. Filmowe postaci są, niestety, są zbyt jednowymiarowe, albo do szpiku kości złe, albo mdląco szlachetne. Dlatego, myślę, tak trudno się z kimkolwiek identyfikować, kogoś polubić , rozumieć i chcieć iść ręka w rękę przez tę apokoaliptyczną drogę przez mękę (oj, całkiem ładny rym rodem z Częstochowy mi wyszedł). Bohaterowie są płascy, ich czyny zawsze na tej samej emocjonalnej skali, nie zaskakują, nie przerażają, nie wzruszają, a jedynie  nużą, zniecierpliwiają.Ot, choćby żona lekarza (Julianne Moore), jedyna osoba, która jakimś cudem nie utraciła wzroku, to kobieta od początku do końca uwłaczająco dobra. Jej szlachetność aż boli, zawsze anielsko cierpliwa, gotowa każdemu do pomocy, tolerująca każdą niedoskonałość, każdą niedyspozycję, każdy wyskok swego ociemniałego  męża, doprowadzając go tym do żenady i zlości. A na drugim biegunie – zły, ach! jakże bardzo zły! – "król oddziału trzeciego", czyli Gael Garcia Bernal. No właśnie – bohaterowie miasta ślepców są anonimowi, nie mają imion, nazywani są wg funkcji albo jakichś  charakterystycznych cech. Wszystkie osoby poznajemy w momencie wybuchu zarazy, gdy są poddawani egzaminowi na człowieczeństwo.   Nie wiemy o nich nic więcej,  jakimi są, czy raczej jakimi ludźmi byli przed nieszczęściem, nie możemy skonfronotwać ich postaw "przed" i "po". Pewnie  właśnie dlatego są one tak jednoznaczne, bo wykrystalizowały się dokładne w momencie zagrożenia, a my nie mamy niczego na ich usprawiedliwienie, albo na potępienie. Może twórcy filmu nie chcą przyklaskiwać tezie że “tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono”?

“Miasto ślepców” dyszy olbrzymim, niewykorzystanym, niestety, stłumionym potencjałem. Fabuła – marzenie, obsada aktorska również wymarzona – Julianne Moore, Danny Glover, Gael Garcia Bernal, Mark Ruffalo. Niestety, moja reakcja na całość również zbliżona do marzenia – by koniec nastapił jak najszybciej. Wszystko jedno, czy i komu będzie dane przeżyć, odzyskać wzrok, byle szybko, jak najszybciej... 

sobota, 21 marca 2009

Odległe echa ENH 2008


Lepiej późno niż wcale, a więc nadrabianie zaległości w słowach o ubiegłorocznym festiwalu ENH we Wrocławiu. Drugim, jaki miałam okazję "zaliczyć", i pewnie już ostatnim, choć taka byłam w nim zakochana. Niestety, namiętność mnie spaliła, ale pozostały naprawdę dobre wspomnienia, jeśli chodzi o to wielkie filmowe wydarzenie. Oto kilka słów ( które zamieściłam także w innym oczku sieci) o trzech wybranych filmach. Łączy je jedno – „harmonia”, tak bardzo mi teraz bliskie, a jeszcze niedawno tak dalekie.

Węgierska „Delta” – wchodzi w tym miesiącu na ekrany polskich kin. „Kwiat wiśni – Hanami” – emituje, na platformie Cyfra +, Cinemax. Przy okazji polecam także inne filmy Doris Dorrie, również dostępne na Cyfrze: „Nadzy” i „Oświecenie gwarantowane”. A jeśli chodzi o „Pieśń wróbli” – liczę na „Ale Kino!”. I polecam.

“DELTA” (reż. Kornel Mundruczo), czyli powrót syna marnotrawnego na łono rodziny, żyjącej w wiosce położonej w przepięknej delcie Dunaju. W domu wita go matka, a także nieznany mu ojczym i siostra. Nowopoznani brat i siostra czują, że wreszcie odnaleźli w sobie nawzajem bratnie dusze. Na rzece budują wspólny dom. Rodzi się uczucie. Piękne, głębokie i niebezpieczne, niczym woda na której zamieszkali. Bardzo poetycki obraz, subtelny i cichy, bez zbędnych słów i namiętnych scen, ale za to z całą gamą odgłosów przyrody i naruszających jej spokój działań człowieka – plusk wody, szum wiatru, kumkanie żab, śpiew ptaków, szelest traw, stukot młotka, trzask siekiery – wszystko to w zgodnym rytmie z piękną ścieżką dźwiękową skomponowaną na skrzypce i wykonaną przez odtwórcę głównej roli męskiej F. Lajkó. Właśnie – “harmonia”- to słowo wydaje się być przewodnim w tej historii. By życie mogło płynąć swoim nurtem jest ona konieczna.

“KWIAT WIŚNI - HANAMI” (reż. Doris Dorrie). Historie przeróżnych zderzeń. Kultur wschodu i zachodu. Pokoleń. Mężczyzny i kobiety. Męża i żony. Życia i śmierci. Ale nie każde zderzenie musi być katastrofą. Choć trzeba uważać na obrażenia wewnętrzne podmiotów biorących w nim udział. Czasem urazy odzywają się po latach, a czasem nawet nie wiemy, że je mamy. A czasem… zderzenia, rodzące chaos, mogą być, wbrew pozorom, początkiem harmonii i spokoju. Ważne, by żyć z uwagą i ciekawością dla drugiego człowieka, a już tym bardziej dla bliskiego. Bo jakże często relacje międzyludzkie bywają takie, że jesteśmy obok siebie, co dzień, przez długie lata, jak obcy, z czego zdajemy sobie sprawę, albo i nie, dopiero, gdy życie się kończy.

“PIEŚŃ WRÓBLI”. Najnowsza produkcja mojego ulubionego irańskiego reżysera Majida Majidiego. Nie wiem, jak on to robi, ale każdy jego film oglądam z napięciem i uwagą godną najwyższej klasy angielskiego thrillera. Tak było i tym razem. Mimo, że jak zawsze Majidi, snuje opowieść o losie przeciętnych ludzi, żyjących na głębokiej prowincji Iranu, zmagających się z codziennym życiem i wszelkimi przeciwnościami losu - “biednemu zawsze wiatr w oczy wieje”. Może moja fascynacja bierze się z faktu, że najpiękniesze jest to, co najprostsze. Życie bohatera “Pieśni wróbli” toczy się według odwiecznych reguł: by coś dostać trzeba coś dać, chytry dwa razy traci, nie wzbogacisz się na krzywdzie ludzkiej itd. Jego los jest ciężki, bo ma rodzinę, którą musi utrzymać, ale która jest jednocześnie jego opoką, bez niej byłby nikim. A jeśli spotyka go coś złego, to zawsze ze strony ludzi z miasta. Lecz jednocześnie to samo miasto daje mu szansę na lepszy byt. Pozorne sprzeczności, zbilansowanie wyrządzonych krzywd i zasług. Harmonia życia.

wtorek, 17 marca 2009

"Into the Wild" - reż. Sean Penn

„Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet […] Zostawić łóżko, ciebie, szafę Niczego mi nie będzie szkoda. Zegary staną niepotrzebne. Pogubię wszystkie kalendarze. W taką podróż chcę wyruszyć.Tylko czy kiedyś się odważę” (śpiewa Maryla Rodowicz). No właśnie. A Chris, z filmowej opowieści w reżyserii Seana Penna miał odwagę. Porzucił nie tylko kalendarze, notesy, ale także rodzinę – upierdliwych lecz z pewnością kochających go rodziców, jak również ukochaną młodszą siostrę. Przekreślił całe swoje dotychczasowe, młode bo młode, ale nie bez sukcesów, życie, wyzbył się pieniędzy i wszelkich innych cywilizacyjnych udogodnień, wyrzekł się nawet seksu. A wszystko po to, by oddać się wolności, zasmakować przygody, obcych miejsc i ludzi,  być zdanym na własne siły, zależnym tylko od siebie. Jednym słowem – odetchnąć pełną piersią, porzucić cywilizacyjną abstrakcję i zacząć żyć.  Chris bał się codziennej rutyny,  jaka go czekała w dorosłym życiu.  Brzydził się kłamstewek, które pozwalają przetrwać, ale nie zachowują godnej twarzy  , tego ciągłego bezsensownego gromadzenia rzeczy, albo ich  bezcelowej wymiany na nowe modele…  Ujmując rzecz najprościej - bał się BANAŁU. Lecz ten go i tak go dopadł, nawet w alaskańskich lasach, tam gdzie się go najmniej spodziewał. Uwięził go w dziczy, w miejscu, które miało dać mu poczucie prawdziwej wolności. Duch, tak wolny, został pokonany ciałem, udręczony banalną fizjologią.

Chris poszukując szczęścia w bezludnych miejscach, poznał jego smak, ale dopiero wtedy, gdy spostrzegł, że nie ma się z kim nim podzielić. Alex – superpodróżnik (jak sam się nazwał i co wielokrotnie podkreślał, jakby chcąc się odciąć od banalnych marzeń każdego nastolatka płci męskiej zostaniu typowym supermanem ratującym świat i piekne kobiety od zagłady ku powszechnemu aplauzowi tychże) dotykając ogromnej, także fizycznej , samotności poczuł się wielkim szczęściarzem.  Pewnie  jest to znana już od lat odpowiedź na pytanie, dlaczego my ludzie współczesnej cywilizacji,  mieszkańcy zatłoczonych miast, klienci przeładowanych i zaludnionych  supermarketów, lokatorzy bogatych lecz pustych wnętrz, tak rzadko się do takich zaliczamy. Mentalnie czujemy się podobnie samotni, niczym Chris w Puszczy, ale właśnie owa samotność wśród ludzi, uświadamia nam jak bardzo jesteśmy nieszczęśliwi, jak bardzo zmęczeni i znudzeni wszechobecnym ludzkim jazgotem.

Film niesamowicie smutny, mimo wielu radosnych uniesień głównego bohatera. Jego droga do szczęścia została okupione bólem, tęsknotą, wyrzutami sumienia rodziców i siostry, których opuścił, bez uprzedzenia, po prostu - „Wyszedł z domu (udając się na studia) i nie wrócił”.  Po drodze, co prawda, spłaca tę winę, dając chwile szczęścia, ludziom, których spotyka na swym szlaku do sensu życia  – małżeństwo podstarzałych hippisów, czy starszy pan, zajmujący się grawerowaniem w skórze. Wszyscy oni są pokaleczeni, naznaczeni jakąś stratą,  podobnie jak rodzice Chrisa. Chris ma na tych wspaniałych, przygodnie spotkanych ludzi bardzo dobry wpływ,  ujmuje ich swym młodzieńczym zapałem, szczerością, mobilizacją do wysiłku lecz nikt mu nie zazdrości, nikt nie mówi – „zabierz mnie z sobą”. Wręcz przeciwnie – z nutką nostalgii, mając w pamięci swoje wolnościowe porywy, proszą – "zostań".  Nawet ta młoda para jasnowłosych, tryskających entuzjazmem,  Duńczyków,  jakże różna od Alexa – supertrampa, spotkana na brzegu dzikiej rzeki, którą udało  się Chrisowi jakimś cudem spłynąć kajakiem, nie wyobraża sobie, że mogłaby porzucić swe radosne zmysłowe życie, dla jakiejś jego kontemplacji. Ciekawe, czy kiedykolwiek te wieczne dzieci miasta,  zdadzą sobie sprawę, poczują ukłucie żalu, za tym, co utracili, a co zyskał Chris.  A my - spytajmy sami siebie, jak sądzimy -  czy mu było warto? 

sobota, 7 marca 2009

"Luksus" czyli echa festiwalu "Prowincjonalia" 2009

Czas na krótkie wspomnienia z festiwalu "Prowincjonalia 2009". W tym roku, niestety, widziałam bardzo niewiele filmów. O, może wymienię, zajmie to naprawdę bardzo mało miejsca: "Luksus" (krótki metraż), dokumenty: "Afrykański sen" Władysława Jurkowa, "Fabryka wolności" Macieja Walczaka i fabuły, te bardziej znane czyli: "Rysa" Michała Rosy, "Drzazgi" Macieja Pieprzycy i mniej - "Kup teraz", Piotra Matwiejczuka "11 nie uciekaj"  Roberta Wrzoska. Inne albo już znałam, albo musiałam zrezygnować ze smutkiem z ich projekcji - z przyczyn obiektywnych. Spróbuję co nieco opowiedzieć o każdym z wymienionych tytułów. Zaczynam od "Luksusa" (tak, tak "Luksusa" nie "luksusu").

"Luksus", czyli krótkometrażowy film fabularny,  etiuda filmowa, bardziej poetycko rzecz ujmując. Zrealizowany przez Jarosława Sztanderę (reżyseria, scenariusz, montaż), mającego na koncie już dwa filmy krótkometrażowe po około 15 minut każdy. „Luksus” ma tych minut już  prawie 40, a więc reżyser być może wkrótce zmierzy się z filmem pełnometrażowym. I być może z sukcesem, jako, że na tegorocznych Prowincjonaliach za „Luskusa” otrzymał Nagrodę Publiczności - „Jańcio Wodnik” za najlepszy krótkometrażowy film fabularny . Początkowo myślałam, że jest to dokument fabularyzowany, z naturszczykiem w roli głównej grającego samego siebie. Niestety, chyba się myliłam. Jest to historia z półki z tematami, do których polscy filmowcy zaglądają rzadko, z racji ich niewygody, dla twórców jak i narodu-odbiorcy, który w dużej części nie ma odwagi spojrzeć na siebie krytycznie i przyjąć do wiadomości, że jest nękany wszystkimi chorobami i nieszczęściami jakie tylko na świecie istnieją, z prostytuującą się  homo-pedofilią na czele. „Luksus” – to ksywa uroczego blondaska, urzędującego na warszawskim Dworcu Głównym, który niestety, mimo swych około 18-19 wiosen, musi wypaść z gry, jako że w branży, w której pracuje osiągnął już wiek emerytalny. Przyjmuje to z niedowierzaniem, smutkiem i trwogą, gdyż teraz jedyną formą jego zarobku będzie dostarczanie chętnym podtatusiałym klientom innych „luksusów’, czyli chłopców w okolicy 12-13 lat.  No niestety, wymagania klientów wraz z ich wiekiem rosną, Luksus, aby przeżyć musi im sprostać. Koniec już z wyjazdami do Egiptu, do kilkugwiazdkowych zacisznych hotelików, pozostają tylko wspomnienia i ciężka harówa naganiacza. Przypadek styka go z  uroczym żebrzącym na dworcu blondynkiem, z prześlicznym psem, który umie i lubi jeść paluszki. Finał historii jest mocno przewidywalny.  Tu przypominam pewną starą sceanariuszową prawdę o broni, która nigdy nie pojawia się w filmie bez powodu.  No tak. Niby temat bardzo bulwersujący, poruszający, obnażający etc., potrzebny w kinie, szczególnie polskim, ale tak jakoś, wg moich odczuć, zrobiony bardziej ze względu na to właśnie zapotrzebowanie, na jego specyficzną atrakcyjność, na chwytliwość niż z potrzeby serca. Nie przejął mnie los tych dzieci, choć powinien, i nie pomógł nawet świetny zazwyczaj Zbigniew Zamachowski, którego udało się reżyserowi namówić do współpracy. Po filmie pozostałam z wrażeniem,  że nakręcono go, nie tylko dlatego, żeby ujawnić problem, potrząsnąć tymi co przed ekranem, ale także z  przekonania, że nic tak nie działa na widza, jak krzywda małego blondynka z fajnym pieskiem,  wrabianego w seksualny biznes  przez niewiele starszego blondynka (choć tlenionego). 

„Luksus” zdobył kilka nagród na krajowych i zagranicznych festiwalach filmów krótkometrażowych.  Z pewnością więc ma zalety, które dostrzegli oceniający go fachowcy. Moje kryteria, którymi są dreszcze na plecach podczas seansu, mówiły temu filmowi „nie”, to znaczy w ogóle się nie odzywały. Historia ma potencjał, to oczywiste, ale moim zdaniem, jak na 38 minut została efekciarsko przeszarżowana. Oczekiwałam bardziej czegoś w rodzaju małej psychodramy, a otrzymałam spory, ale średniej jakości, kryminał.

czwartek, 19 lutego 2009

"Jagodowa miłość" - reż. Wong Kar-Wai

Klapa na calego. Nuda, sztuczność (szczególnie postaci), niepotrzebna Norah Jones,  która kompletnie nie potrafiła wytworzyć chemii między nią a partnerującym jej Jude’m Law. Za to Law - bardzo przystojny, można się w nim było zadurzyć od pierwszego wierzenia, w to akurat wierzę. Ale widać Norah była mocno spięta i  przejęta swą rolą, bo nawet nie było widać, że facet się jej podoba. Dobrze, że mu wysyłała kartki z podróży, bo inaczej bym się nie domyśliła.

Najlepiej wypadła Natalie Portman w pokerowym epizodzie -  tylko dla niej warto było wytrzymać do końca.

Film robiony bez serca,  sklecony na zamówienie, pod publikę, co gorsza - amerykańską, nie może być  dobrym filmem. Brak mu szczerości i autentyczności. Szkoda, że Wong Kar -Wai tak splamił swój reżyserski życiorys. Strata nie do odrobienia.

Nie polecam, chyba że ktoś lubi leciuśkie, banalne pioseneczki odtwórczyni głównej roli. I co za pretensjonalny tytuł. Nawet ten oryginalny. "Moje jagodowe noce", "Jagodowa miłość", oba pasują do treści filmu jak ulał. Jest słodko i  kwaśno, owszem – jak to w placku jagodowym, który Norah Jones wcina w kafejce u Law’a, ale niestety,  jest też zakalcowato. Nie udało się Chińczykowio to miłosne American Pie z jagodami. Niech lepiej dalej piecze swe rodzime z wróżbą, są bardziej tajemnicze i zmysłowe.

środa, 18 lutego 2009

"Vicky, Cristina, Barcelona" - reż. Woody Allen

Tym razem Woody Allen, pobywszy przez trzy filmy ("Match Point", "Scoop" i "Sen Kasandry") w zachmurzonej Anglii, za cel swojej europejskiej peregrynacji wybrał rozświetloną, zmysłową i upojną Hiszpanię. I tak trzymać! Nic tak dobrze nie robi starym kościom jak słoneczne kąpiele. A jeszcze na dodatek, w tak pięknym regionie jak Katalonia i w towarzystwie tak uroczych i pełnych seksapilu kobiet, jak Penelope Cruz (Maria Elena), Scarlett Johansson (Cristina) i Rebecca Hall (Vicky). Żeby paniom nie było smutno, za zgodą reżysera, dołączył do nich równie jak one pociągający, w całej swej krasie (a rzadko miał ostatnio okazję, by ją widzom ukazać) – Javier Bardem. Jak to w Hiszpanii, wino leje się strumieniami, smętne dźwięki gitary zmiękczają serca pań, a hiszpański macho, na dodatek artysta malarz (ojej !), zręcznie lawiruje między nimi, kusząc je swymi wdziękami i perspektywą upojnych nocy. Czy może być coś bardziej ekscytującego na Ziemi? Czy jest coś co może zakłócić ową sielankę? A i owszem, jest. I jest to, o ironio losu, miłość, która pojawia się niespodziewanie, nieproszona,  burzy zastany porządek, stare uczucia,  plany i przyzwyczajenia, nie dając nadziei, że będzie wieczna i że zaprowadzi do portu zwanego "szczęściem".
 
   Amerykanki, Vicky i Cristina, są przyjaciółkami na śmierć i życie, mają wiele wspólnego.  Różnią się jedynie kolorem włosów (jedna jest szatynką, druga blondynką), a przede wszystkim podejściem do miłości. Vicky jest osóbką bardzo pragmatyczną, uważa, że miłość powinna być stateczna, dawać oparcie na całe życie,  czyli prowadzić do małżeństwa, a także przekładać się na dobrą pensję ukochanego i solidny, dobrze wyposażony dom –  wspolne gniazdko gruchającej pary. Vicky nie lubi i nie dąży do żadnych szaleństw, stara się być wierna swemu narzeczonemu, ktorego zostawiła w ojczyźnie, sama wybierając się z przyjaciółką do Kataloni, w celach badawczych nad kulturą jej mieszkańców.Cristina jest przeciwieństwem Vicky. To eteryczna blondynka, niepoprawna romantyczka, uważająca, że miłość powinna przynosić cierpienie. Jest otwarta na nowe znajomości,  i miłosne eksperymenty. Niczego w życiu nie kalkuluje, cieszy się tym co przynosi jej chwila bieżąca.Obie dziewczyny,  ulegają pokusom pieknego Bardema. Inaczej być nie mogło. 

   Oczywiście Allen nie byłby sobą, gdyby wszystkiego nie wywrócił do góry nogami. Życie poukładanej Vicky o mało co nie rozsypuje się jak domek z kart, a Cristina, musi na chwilę wyjechać z gorącej Hiszpanii do zimnej Francji, by ochłonąć i pocierpieć w samotności z  miłości, o której po raz pierwszy zamarzyła, by była ukojeniem a nie bólem. W sumie, dzięki otwartemu i bardzo pojemnemu sercu Hiszpana dzieje tego miłosnego trójkąta nie musiały by przybierać tak niekorzystnego obrotu – i Vicky i Cristina mogłyby kochać Juana Antonio – miłość przecież nie zna granic. Ale niestety, pojawiła się ta trzecia – czyli jego była żona Maria Elena – również malarka, utaleniotowana bardziej niż małżonek, ognista, rodrażniona, na granicy obłędu, oczywiście z miłości, która z uwagi na ich hiszpańskie temperamenty nie może się tak jak trzeba zrealizować. I w ten sposób, cała czwórka oscyluje na granicy namiętności, zafascynowania i samozniszczenia – jednym słówem dzieje się, oj dzieje! Allen nam się kompletnie nie starzeje. Jak to śpiewali Starsi Panowie (Przybora i Wasowski):  Już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu - ciągle maj!” :)

Miłość, jaką przeżyły dwie Amerykanki Vicky i Cristina, mogła zmienić ich życie. Mogła rozbić ich przyjaźń, co się na szczęście nie zdarzyło. Mogła rozbić także małżeństwo Vicky (jej narzeczony, wiedziony chyba przeczuciem, co ona wyprawia w tej Barcelonie, postanowił przyjechać i  tam ją poslubić).  Niestety, albo na całe szczęście (jak wiemy punkt widzenia zależy od punktu siedzenia), tak też się nie stało. Wszyscy Amerykanie, jak jeden mąż wracają po wakacjach na swe stare śmieci. A nasze przyjaciółki są bogatsze o wspomnienia romantycznego pieknego Juana Antonio i jego ognistej żony Marii Eleny i o wiedzę jaką zdobyły,  że miłość jest panią, która nie lubi żadnych kalkulacji, ograniczeń, dopadnie cię, omota, ubezwłasnowolni, choćbyś się broniła przed nią rękami i nogami, zasłaniała się wrodzoną sobie uczciwością i przyzwoitością, wszelkimi zobowiązaniami, miłością i godnością własną nawet, gryzła, drapała, a nawet strzelała do niej z niebezpiecznej zabawki - małego pistolecika – nie dasz jej rady. Więc po co się bronić? Może lepiej zaryzykować, poddać się jej, niech się nasyci, może padnie pokonana swoją własną bronią – nieokiełznaną namiętnością?  
 
  Film sprawia wrażenie lekkiej komedi romantycznej, i taki jest. Ale,  patrząc na losy Vicky i Marii Eleny, jakoś tak dziwnie połączył mi się, tym smuteczkiem, który zawsze unosi się nad filmami Allena, z losem April z  „Revolutionary Road”. I powiem to teraz odważnie i głośno, czy to nie jest tak, że kobieta, ma w życiu do wyboru dwie możliwości:  zabić siebie, albo swoje marzenia? :(  /Wzruszyłam się. Proszę o chusteczkę.  :) /