piątek, 5 marca 2010

Frontiere(s) - reż. Xavier Gens

Nie jestem miłośniczką horrorów, to sie wie, patrząc choćby na spis filmów przeze mnie opowiedzianych. Horrory natomiast lubi A.,  tak więc w ramach zbliżania pokoleń, od czasu do czasu zerknę na produkcję spod znaku gore. No i tak trafiło któregoś wieczoru na „Frontiere(s)”. Wcześniej, na forach obijały mi sie o oczy strzępki jakże skrajnych opinii, z przewagą tych, że film beznadziejny. A moim zdaniem, nie było tak źle, czego dowodem może być fakt, iż wytrzymałam do końca bez zmrużenia oka, czasem tylko z lekka podśmiechując sie pod nosem, jak to zazwyczaj na horrorach. Podejrzewam, że twórcy mieli ambicję, by przekazać widzom coś więcej, niż tylko bezmyślną jatkę. Akcję filmu umieszczono bowiem w konkretnych politycznych realiach, czyli podczas rozruchów  na przedmieściach Paryża, w dzielnicach  zamieszkanych głównie przez imigrantów – muzułmanów, które wybuchły tuż po wyborze Nicolasa Sarkozy’go.  Punktem zapalnym zajśc było zabójstwo przez francuskich policjantów  młodego motocyklisty. Scenami, jakie pamiętamy z telewizyjnych sprawozdań - ulicznych potyczek i podpalanych samochodów, zaczyna się przygoda czwórki bohaterów – trójki śniadolicych młodzieńców i ich koleżanki Yasmine, będącej w ciąży z jednym z nich. W zamieszkach zostaje postrzelony jeden z kumpli, trzeba go zawieźć do szpitala, ale to nie jest bezpieczne – w Paryżu wre, każdy ranny, a tym bardziej wyglądający na imigranta ze Wschodu, będzie miał, można przypuszczać, kontakt ze służbami bezpieczeństwa.  A to jak wiadomo, wiąże się z poniesieniem konsekwencji za udział w poważnej, nabierających politycznych rumieńców, rozróbie. Zapada decyzja - rannego podrzucić do szpitala, po czym dać nogę za granicę, a dokładnie do Holandii (drugiego sporego skupiska muzułmańskich przybyszów)
 
Oczywiście, jak na horror przystało, uciekinierzy natykają się na swej drodze na podupadłe, opuszczone obiekty.  Tym razem mamy do czynienia z nieczynną kopalnią, a wcześniej z podejrzaną gospodą, którą zawiaduje szalona rodzinka, z siostrami erotomankami i bucem z wielkimi mięśniami, ich bratem, na czele. No i się zaczyna – "goście" przybyli do zajazdu tak dostają za swoje, że pewnie zazdroszczą w duchu "poległemu" w walkach ulicznych koledze (bo w końcu zmarł tuż po spotkaniu z personelem szpitalnym)  tak spokojnej śmierci. Chłopcy, przed katuszami jakie zgotował im papcio rodziny,  nazista z zamiłowania i przekonania, zamieszkujący pobliskie podziemia kopalni, otrzymują z rąk (i nie tylko) dziewczyn, kilka chwil seksualnej rozkoszy, po czym trafiają pod rzeźnickie noże personelu nazisty. Stamtąd część ich członków ląduje na stole w postaci pieczeni, reszta zaś w zamrażarkach. Ciężarna Yasmine ma więcej szczęścia.  Ojciec Von Geisler, czyli wspomniany nazista- kanibal, postanawia ochronić ją, a raczej jej brzuch, w celach hodowlano- eksperymentalnych (pewnie spodziewał się wyhodować w przyszłości rasową mieszankę piorunującą). 
 
Film w kontekście zetknięcia starego, stojącego nad grobem faszysty z dorodną latoroślą pochodzenia muzułmańskiego nabiera szczególnych smaczków. Szczególnie, że piękna Yasmine musi się taplać w świńskiej gnojówce, a młodzieńcy jeden po drugim wieszani są na hakach głową w dół i sprawiane niczym wieprzowe tusze przed trafieniem na rzeźnicki stół. 
 
Nie będę już więcej nawiązywać do fabuły, bo to byłoby bardzo nie fair wobec tych, którzy jeszcze tego filmu nie znają, a może pokuszą się na seans po przeczytaniu tej recenzji. Podsumowując więc – „Frontiere(s)” to film typowy  w swym gatunku. Było i śmieszno, i straszno, i obrzydliwie, czyli jak na prawdziwy horror przystało. Ale nie tylko... Było także uwodzicielsko. No tak, naprawdę. W końcu nie wygasiłam filmu po 15-20 minutach, a to głównie za sprawą pięknych kobiet cierpiących rany zadane im przez brzydkich, opasłych i obleśnych mężczyzn. Te niesamowite kobiety – trzy siostry Eva, Klaudia I Gilbert , będące na usługach zidiociałego ojca oraz Yasmine, która wpadła w ich sidła tworzyły uroczy kwartet, złożony z dwóch duetów – Klaudia i Gilbert to dziwki -siepacze bez skrupułów wypełniające polecenia męskiej części rodziny oraz Yasmine – matka in spe i kaleka Eva, wielkooka, z wydatnym garbem matka dwójki niedorozwiniętych nazistowskich pociech, ukrytych w podziemiach kopalni. 
 
I jakże optymistyczny, chrześcijański wydźwięk na zakończenie!  A co tam, zdradzę, bo muszę jakoś zgrabnie wykończyć tę moją notkę – matki wygrywają, pokonują tych zabawnych białych facetów, te góry mięcha do zabijania (ci śniadzi, zostali wcześniej przez nich zjedzeni). Jedna z nich będzie nadal trwać przy swych nieszczęśliwych dzieciach w kopalni, a druga, śniadoskóra Yasmine ... i tu zawieszę palec nad klawiaturą.

wtorek, 23 lutego 2010

The Hurt Locker. W pułapce wojny - reż. K. Bigelow

Ten film  na pewno jest interesujący, głównie ze względu na "kobiecy" punkt widzenia na wojnę jako męską grę, jako cel, możliwość istnienia w ciągłym napięciu, balansowania na granicy życia i śmierci, dotykania niemal absolutu, bycia Bogiem, w rękach którego leży decyzja o życiu bądź śmierci innych istnień ludzkich,  jako możliwość trwania w poczuciu absolutnego bezprawia, gdzie zwycięża tylko i zawsze silniejszy. 

W tym momencie przypomina mi się "9 kompania" i postać młodego inteligenta, artysty malarza, który zaciągnął się na wojnę w Afganistanie. Prości żołnierze pochodzący z rosyjskich wiosek,  pytają go, dlaczego właśnie on, wykształcony, utalentowany facet, zdecydował się na taki ryzykowny, nieprzystający zupełnie do jego wydelikaconego wizerunku, krok. A on im odpowiada anegdotką: Michał Anioł na prośbę, by zdradził tajemnicę, jak to się dzieje, że spod jego ręki wychodzą tak wspaniałe dzieła, powiedział, iż to żaden sekret, on bierze tylko bryłę doskonałego surowca jakim jest marmur i usuwa z niej to co zbędne. Podobnie jest w przypadku wojny, rzecze ów niedoszły następca włoskiego artysty, w niej leży  sama doskonałość, nie ma w niej nic zbędnego, jest tylko życie i śmierć.”

Widzowie, udzielający się na forach filmowych, są lekko oburzeni, iż Kathryn Bigelow, zaszła tak wysoko w przeróżnych festiwalowych notowaniach (ostatnio nagroda BAFTA za najlepszy film), idąc łeb w łeb, a nawet czasem wyprzedzając swego byłego męża Camerona i jego nowatorski AVATAR. 

A ja, czym dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej zaczynam rozumiec decyzję jurorów, nagradzających reżyserkę.  Przecież, tak na dobrą sprawę, takiego filmu o wojnie jeszcze nie było. Zazwyczaj wojnę przedstawia się jako zło, koszmar - trup ściele się gęsto, żołnierze przeżywają traumy, otrzymują okrutne rozkazy, zabijają niewinnych ludzi, a jeśli przeżyją wracają do domów okaleczeni psychicznie i fizycznie. Taką wojnę, o ironio, ukazywali mężczyźni, ci którzy wojny organizują. Tak jakby chcieli zadośćuczynić swemu gatunkowi, uspokajając męskie sumienia – siejemy spustoszenie, ale zdajemy sobie z tego sprawę, że to jest „be”.  A tymczasem, kobieta postanowiła ukazać wojnę jako swoistą używkę, coś bez czego niektórzy mężczyźni nie potrafią żyć. No bo czyż tak nie jest? Jeśli by faktycznie wojny były takie złe i niepotrzebne, to mężczyźni by ich nie wywoływali i tak ochoczo w nich nie uczestniczyli. Wielu z nich spełnia się na polu bitwy tak, jak by się nigdy nie spełnili w roli mężow i ojców./ Nie wspominając już, bo o tym film nie traktuje, o korzyściach ekonomicznych, jakie wyciągają z wojen panowie trzymający przemysł zbrojeniowy, i inne, w swych rękach.

Bigelow wybrała do swej opowieści o wojnie jako śmiertelnym uzależnieniu  historię saperów, czyli tych, którzy na ogół nie zabijają,  wręcz przeciwnie - ratują życie, nawet (przy okazji) wrogom. Trójka głównych bohaterów – sierżanci James, Sanborn i specjalista Eldrige,  nie splamiła się jakimś szczególnym okrucieństwem, zabijają tylko w obronie własnej (scena na pustyni), i to z dość dużym obrzydzeniem.  W kontaktach z Irakijczykami są nadzwyczaj uprzejmi, ba, nawet momentami przyjaźni. Czasem są zbyt nerwowi, ale to zrozumiałe, ich praca jest wyczerpująca, poza tym nie są na swoim terenie, otoczeni są przez potencjalnych wrogów, czyli tubylców, ktorzy ich do siebie przecież nie zapraszali. Na ekranie panuje raczej cisza (wiadomo – taka robota, skupienie rzecz najważniejsza), przerywana od czasu do czasu detonacją rozbrajanych ładunków. Nie ma krwi, latających części ciała. Po prostu- sielanka. Ale tylko na pozór –bo przecież poziom adrenaliny podczas kolejnych akcji podejmowanych przez „świra” Jamesa, który gotowy jest nawet grzebać we wnętrznościach zabitego irakijskiego chłopca, by wydobyć z nich wybuchową niespodziankę,  sięga zenitu,  nie tylko u saperów, także u widzów. Być może własnie tak odmiennym sposobem przedstawienia wojny Bigelow urzekła jurorów. Wojna bez ideologii, bez nienawiści, bez obwiniania kogokolwiek. Po prostu - wojna jako rodzaj niebezpiecznego uzależnienia, stajemy się świadkami quasi narkotycznych transów sapera Jamesa, z boku mogących wyglądać nawet na bohaterstwo, które w każdej chwili mogą skonczyć się śmiercią, nie tylko dla niego. Takiego „niewinnego”, wręcz sympatycznego, obrazu wojny wywołanej przez Amerykanó i ich sojuszników, w historii kina chyba jeszcze nie było. Narkotyk (tu - wojna) szkodzi głównie użytkownikowi (czyli agresorowi), cierpienia innych to tylko skutki uboczne. Przewrotny obraz, tylko nie jestem pewna, czy celowo, czy przypadkiem. :)

Jakby nie było, można ten film polubić lub nie, ale jedno mu trzeba przyznać - saperzy do tej pory w kinematografii wojennej byli traktowani po macoszemu. Wreszcie, ktoś poświęcił im cały obraz.  Myślę, że całkiem słusznie. Ich służba nie należy do widowiskowych, no chyba, że się pomylą, ten jeden raz. Nie oglądamy na codzień reportaży z pola działań saperów, są na uboczu wojny, cisi, skupieni na drucikach, kabelkach, przyczajonych w ziemi, doceniani, jedynie przez tych, którym uratowali życie czy zdrowie.

Być może i stąd, z tego uszanowania cichych bohaterów wojen, wziął się pomysł Bigelow, by główne role obsadzić aktorami mało znanymi, a gwiazdy typu Ralph Fiennes, David Morse, czy Guy Pearce umieścić w ledwo zauważalnych epizodach. 

Z pewnoscią wg niektórych „The Hurt Locker” nie dorównuje rozmachem „Avatarowi”, czują się zawiedzeni honorami jakie spotykają Bigelow, ale być może inni niektórzy spragnieni są już choć chwili z dala od zgiełku tłumu (także tego wojennego) i tych spektakularnych bohaterów przez tłum wielbionych.

piątek, 5 lutego 2010

"Boisko bezdomnych" - reż. K. Adamik

Jacek Mróz (świetny, jak zawsze M. Dorociński)– były piłkarz reprezentacji Polski wskutek kontuzji nogi i alkoholizmu związanego z degradacją w branży, wyrzucony z domu przez żonę Ewę (naprawdę ciekawie prezentujaca się Maria Seweryn), chcącą w ten sposób nakłonić męża do terapii, ląduje, wiedziony róznymi zbiegami okoliczności, na warszawskim Dworcu Centralnym. Włócząc się po peronach i przejściach podziemnych trafia na podobnych sobie, grupę mężczyzn usiłujących zabić czas kopaniem czegoś, co ma wygląd piłki. Przewodzi im niejaki Indor, były marynarz żeglujący na statkach towarowych czyli Eryk Lubos,  aktor budujący spokojnie i konsekwentnie swą karierę od czasu występu w sztuce P. Wojcieszki „Made in Poland” (gdzie brawurowo zagrał rolę naiwnego buntownika Bogusia). Jacek początkowo nie przyznaje się przed swymi nowymi znajomymi do swego piłkarskiego życiorysu.  Przystaje natomiast na propozycję przespania się w noclegowni. Oczywiście, jest jeden warunek – trzeźwość. Tam poznaje resztę swej przyszłej drużyny, której niebawem zostanie trenerem i doprowadzi na międzynarodowy  turniej piłki nożnej odbywający się w Niemczech. Nie będzie to łatwa praca.  Każdy z mężczyzn to jakaś indywidualność, mający swoje przyzwyczajenia, nawyki, fobie, niełatwo poddający się rozkazom, w końcu to często brak pokory przywiodł ich w miejsce, w którym mamy przyjemność ich poznać.  A wachlarz zawodów, środowisk, z jakich się panowie wywodzą, jest dość różnorodny:  ksiądz alkoholik (tu przewrotnie zaangażowano Jacka Poniedziałka), jest Minister, jest Wariat, Mitro (Ukrainiec z pochodzenia), Górnik, a wraz z nimi cała parada naprawdę dobrych aktorów polskich – oprócz wspomnianych wyżej Poniedziałka, Lubosa, Dorocińskiego mamy B. Topę (porucznika Mroza z „Domu Złego”), jest M. Kalita,  K.Kiersznowski i Maciej Nowak –bardziej  znany jako smakosz i tester polskich restauracji niż aktor, radzący sobie całkiem dobrze przed kamerą.

Fabuła filmu nie jest specjalnie skomplikowana. Jej atrakcyjnośc zasadza się głównie na bogactwie i barwności  typów ludzkich, jakie przewijają się przez ekran, czyli boisko, bardzo dobrze zagtranych, bez cienia fałszi czy sztuczności. A także na rozmaitych scenkach rodzajowych związanych z życiem codziennym, i niecodziennym – treningi, wyjazd za granicę, ludzi wyrzuconych na margines.. Oczywiście postaci są tak skonstruowane, że mimo swych dziwactw, niepochlebnych życiorysów, potknięć, a nawet pewnej degrengolady w niektórych przypadkach, budzą naszą niekłamaną  sympatię. Kibicujemy tym dużym chłopakom ćwiczącym na boisku, ale takż w  ich walce z alkoholizmem, w której zdani są tylko na własne siły, nie stać ich przeciez na terapię. Różne są skutki tych zmagań, ale ważne, że w ogóle im się chce,  ważne, że od czasu do czasu dają radę, czego widocznym i całkiem miłym, zaskakującym ich samych także, efektem, jest wyjazd na międzynarodowy turniej bezdomnych.

Bardzo sympatyczny film, z jasnym i pozytywnym przesłaniem -  każdy z nas nie zna dnia ani godziny, dziś mamy i jesteśmy, jutro możemy nie mieć, ale nadal możemy być. Czasem koniec, wyznacza początek nowego.
Dobre aktorstwo, dobra muzyka (Antoni Łazarkiewicz), zupełnie przyzwoite, często dowcipne dialogi – to trzeba podkreślić - „Boisko bezdomnych” posiada sporą dawkę dobrego humoru. Uważam, że jak na drugi film początkującej reżyserki Kasi Adamik, córki świetnej reżyserskiej pary, A. Holland i L. Adamika – wyszło bardzo dobrze. Niektórzy malkontenci mogą się krzywić, że znowu bida z nędzą na ekranie, Marud, a szczególnie wśród polskich widzów polskich filmów nie brakuje. Mnie ten film dał dużo radości i pozytywnej energii i za to twórcom (wszystkim) bardzo dziękuję.

poniedziałek, 1 lutego 2010

"Lektor" - reż. S. Daldry

Oceniam ten film, jako przyzwoitą robotę, w której zgrabnie połączono przyjemne z pożytecznym, czyli inicjacją seksualną 15latka z dojrzała ponad 40-letnią kobietą wpleciono w temat odpowiedzialności tzw. "prostych" Niemców, za udział w zbrodniach hitlerowskich. Jeśli do tego dołączyć analfabetyzm Niemki – strażniczki obozowej i łączący się z nim jej wstyd oraz wielkie zamiłowanie do literatury – mamy całkiem przyjemną opowieść o wojnie i holocauście.
Jeśli ktoś faktycznie chce poznać poważne rozważania na temat, "jak to było urodzić się Niemcem w nieodpowiednim czasie", niech lepiej sięgnie po ksiązke „Łaskawe” Littela, który uprzedza czytelników już na wstepie "nie myślcie sobie, ze jesteście lepsi, mieliście tylko więcej szczęścia". W tym kontekscie przytocze pytanie jakie zadaje Hanna Shmitz, sędziemu, drążącemu ją , dlaczego nie otwprzyła drzwi zamkniętym w kościele kobietom, skazanym na spalenie – „ja byłam za nie odpowiedzialna, miałam je doprowadzić na miejsce, do obozu, gdyby otworzyła drzwi kościoła, wszystkie by uciekły. Czy pan sędzia postąpiłby inaczej, czy może „jak pan sedzia by postąpil?”. Sędzia oczywiście nie miał obowiązku udzielać podsądnej odpowiedzi.

W ogóle, uważam, że jedną z najlepszych sekwencji w filmie, jest proces Hanny Schmitz, a dokładniej - dyskusje profesora ze studentami prawa. Podczas nich padło bardzo istotne zdanie: „Nie ważne, czy uważamy dany czyn za naganny, ważne czy był on zgodny z prawem, z prawem epoki w którym zaistniał.

Film nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia. Ot, oryginalny – z uwagi na różnicę wieku, ale nie tylko bo także pochodzenia i wyksztalcenia, dzielącą kochanków – melodramat. A żeby było jeszcze ciekawiej - umiejscowiony w Niemczech, tuż po wojnie, by pokazać czkawkę, jaka Niemców czasem dopadała za ich wojenne grzechy.

Wydaje mi się, że efekt filmu zepsuło pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Niepotrzebnie Daldry połączył dość banalny melodramat z tak poważną tematyką jak zbrodnie hitlerowskie, tym bardziej, że miłosno-seksualna sekwencja, była znacznie dłuższa i całkowicie przytłoczyła dramat społeczno-polityczny. Pojawił się syndrom zgagi, czyli niespodziewany niesmak i pieczenie w gardle po smacznym jedzeniu.

Niemniej, w celach rozrywkowych, film warto zobaczyć. Nie był to zmarnowany czas, także ze względu na obsadę głównych ról. Chociaż, nie do końca, bo David Kross, jako 15 letni kochanek, nie bardzo mi przypadl do gustu. Trudno było zrozumieć, co Hannę Schmitz urzekło w tym niedorostku. I to nawet nie chodzi, o to, że nie miał urody Johhnego Deppa, on nie miał żadnego wdzięku. Domyslam się, że tak miało być, że to Hanna miała znowu górować, tak jak kiedyś górowała nad kobietami w obozie. To ona miała temu związkowi nadawać ton, to chłopak miał się bardziej zakochać w niej niż ona w nim, by mogła go kiedyś bez bólu porzucić, kolejny raz zerwać z przeszłością, by nie przyznać się do swego kalectwa, za jaki uważała swój analfabetyzm. Nie było to jednak przekonywujące, tym bardziej, że trudno było zrozumieć jej analfabetyzm, bez nakreslenia charakterystyki tej kobiety – znamy tylko w przyblizeniu jej wiek, nie znamy pochodzenia, żadnej historii, dlaczego żyjąc w Niemczech ponad 40 lat nie nauczyła się czytać ani pisać, jakieś kuriozum. Zupełnie papierowa postać, wycięta li tylko na potrzeby urozmaicenia scenariusza.. Natomiast Fiennes jako dorosły Michael - jest ok, choć znam jego lepsze role.
Jednym słowem warto, czemu nie, ale "Lektorowi" do najlepszego filmu Daldry'ego "Godziny" jest bardzo, bardzo daleko.

czwartek, 28 stycznia 2010

Czas, który pozostał - reż. F. Ozon

Kolejny film F. Ozona, świetny, w jego klimacie, opowiadający jak zwykle o relacjach rodzinnych, o nieuniknionej stracie, która wpisana jest w ludzki los.
Już w pierwszej scenie filmu dowiadujemy się, że nasz bohater, przystojny, 34-letni gej,  bardzo obiecujący fotografik ( moda ), o imieniu  Romain (bardzo dobry Melvil Poupaud) skazany jest na rychłą śmierć. Ma bardzo złośliwego, mocno zaawansowanego raka.  Szanse na wyleczenie są poniżej 5%. Decyzję co do leczenia lekarze zostawiają swojemu pacjentowi. Romain rezygnuje, zamiast leżeć w szpitalu, tracić włosy, wagę, woli jeszcze trochę pożyć i uregulować pewne sprawy ze swymi bliskimi, nie wtajemniczając ich absolutnie w swój problem. Wyjątek czyni tylko dla babci, z którą jest najbardziej zaprzyjaźniony. To właśnie jej powie o śmierci, której spodziewa sie lada moment, bo tylko babcia, mimo, że w bardzo dobrej formie, ale jednak stojąca nad grobem (ma już grubo powyżej 80-ki, a ludzie przecież nie żyją 100lat), może wiedzieć, tak naprawdę, co on czuje.

Tak więc, Romain zaczyna ostatnią podróż przez swoje życie. Odwiedz rodzinny dom, spotyka sie z rodzicami i siostrą, z którymi ostatnio nie miał najlepszych relacji. Jest „innej” orientacji, a to jak wiadomo, nie sprzyja rozkwitowi uczuć rodzinnych. Choć stosunki w rodzinie, trzeba to przyznać, osiągnęły już stopień poprawności, rodzice wyglądają na pogodzonych z niezręczną sytuacją, to jednak ciągle jeszcze skrzy na linii siostra i brat, między rodzeństwem dochodzi do scysji.Nieprzyjemna rozmowa ma także miejsce miedzy Romain’em a jego partnerem Sashą. Romain – podejmuje decyzję zerwania z kochankiem. Z takim zamiarem nosił się juz od dawna, wizja śmierci tylko decyzję przyspieszyła. Ogólnie atmosfera robi się przykra, smutna.
Ktoś może się oburzać, nazwać Romaina egoistą,  postanawia umierać w samotności. Egoizm? A być może odwaga?  Cały bagaż strachu i niepewności dźwigać samemu. Nie obciążać bliskich swoją traumą. Śmierć i tak przyjdzie, dlaczego nie stawić jej czoła nie rozpaczając, dlaczego by nie wykorzystać czasu, który pozostał, na rozliczenie się z życiem (później Romain szuka jeszcze raz zbliżenia z siostrą i Sashą), albo nawet na danie komuś nowego życia? Ale, być może, faktycznie, bliscy będą  mieli żal, że nie uprzedził o swoim odejściu - być może oni też by mu chcieli coś powiedzieć na odchodnym, za coś przeprosić, przytulić ostatni raz. Bardzo ciekawy problem, czy jest jakiś jeden cudowny hipotetyczny przepis, jak go rozwiązać? Wielu z nas przekona się kiedyś na własnej skórze, jakie wyjście jest najlepsze. Bo jedno jest pewne – strata, odejścia, są wpisane w los człowieka, można się buntować, można to przyjąć na klatę. Jest w filmie piękna opowieść babci Romaina, o tym jak ona poradziła sobie ze swoją stratą (śmierć męża), dała radę, przeżyła, ale okaleczyła przy okazji całą rodzinę, głównie swego syna, czyli ojca Romaina. Każdy wybiera swoją drogę, którą będzie podążał na spotkanie ze śmiercią.
Film warto także zobaczyć dla pewnej sceny - jak pięknie można rozwiązać problem niepłodności męża w małżeństwie, które pragnie mieć dziecko - scena trójkąta w hotelu, czegoś takiego jeszcze nie było. Wielkie brawa dla twórców.

Tę krótką filmową opowieść dedykuję innemu, trzydziestoparoletniemu fotografikowi, Irkowi-Erykowi, bardzo utalentowanemu, który podobnie jak Romain, musiał niespodziewanie opuścić, w pełni życia i sił twórczych, swoją żonę i córeczką.

niedziela, 24 stycznia 2010

"Punkowe Landrynki"? Czyli suplement do recenzji "WCK", tej poniżej.

Właśnie, tak sobie myślę, że muszę chyba niektórych przestrzec przed tym filmem. Skoro chwalę muzykę, pisząc, że na szczęście mało w filmie prawdziwego punka, a uzupełnienie do niego stanowi ploomkająca muzyka pana Blooma. Na dodatek podoba mi się zielony, naiwny plakat do filmu, i uważam go za jak najbardziej adekwatny do treści – to znak, że ci, którzy liczą na prawdziwe punkowskie klimaty, prawdziwie rozwrzeszczane, podlewane w dużych ilościach jabolem czyli winem patykiem pisanym, to się zawiodą.

Tak jak zawiódł się jeden z moich ulubionych felietonistów kulturalnych GW, prowadzący swój Kajet Konesera w DF - Krzysztof Varga (felieton ""Punkowe Landrynki" DF 3/20010) Rzeczywiście – nie ma tu brudnego punka, jaki autorowi znany jest z jego młodości, kiedy to chadzał po szkole ze swymi kolegami pić wino truskawowe na warszawskie skarpy, a wieczorami łapali czarnego doła słuchając do upadłego najnowszych nagrań zachodnich punkowych kapel, przysyłanych im przez znajomych znajomych z Anglii. Jasne, jeśli ktoś oczekiwał po Borcuchu, że zrobi film na miarę „Control”, czy „Wściekłość i brud” to się rozminie z tym na co liczył. Borcuch nie ogłaszał przecież, że zrobił hagiografii polskiego punka, a pan Varga (mieszkaniec Warszawy, bywalec przodujących klubów i konsument najnowszych ówczesnych trendów muzycznych) musi pamiętać, że punk rodził się także na polskiej prowincji, a poród tam bywa cięższy i bardziej opóźniony niż w stolicy.

Wszak Borcuch, ze swoim temperamentem, obrał sobie za cel, ukazanie historii młodych ludzi, mieszkających gdzieś w małym miasteczku, którzy żyjąc w kraju za żelazną kurtyną mogą ratować się przed nudą, wizją życia jakie prowadzą ich rodzice, tylko uciekając w muzykę, bo tylko ona tak naprawdę dawała im tę szansę i mieli do niej dostęp. Nowinki z Zachodu docierają do nich jednak z poslizgiem, żaden z chłopaków nie wspomina o rodzinie czy znajomych zagranicą. Radzą sobie więc jak umieją, śpiewając utwory polskich zespołów, takich jak np. WC. Od nich też chyba wzieli nazwę zespołu, dodając „K” na końcu. Może i dla niepoznaki, nie chcąc się przyznawać się przed otoczeniem, ściemniają, że chodzi o „Wszystko Co Kocham”, a nie WC-Klozet. To taka moja dygresja i fantazja, bo ja też, podobnie jak K. Varga dziwiłam sie, że taka subtelna i pełna miłości nazwa dla punkowego zespołu.

WCK nie jest jeszcze do szpiku kości zbuntowanym, wykrzykującym wszystkim w twarz swą nienawiść do świata, zespołem. Oni dopiero zaczynają. Tak naprawdę, dopiero pierwszy raz spotkali się z prawdziwym życiem, jego brudem i zakłamaniem. Wcześniej śpiewali tylko dla fasonu, bo cóż tak naprawdę miało ich wkurzać? Że mieli odrabiać lekcje i chodzić do szkoły? Na to jako antidotum uzywali wina na nadmorskiej plaży. Dopiero konflikt z komisarzem stanu wojennego, a wcześniej doświadczenie seksualne Janka z sąsiadką, naprawdę ich boleśnie doświadczył. To był ten kamyczek, który być może poruszył lawinę. Być może. Bo tak naprawdę nie wiemy, czy zespół nie rozpadnie sie po maturze, gdy każdy z chłopaków pójdzie w swoja stronę. Ale na pewno, tamto doświadczenie z zakonczenia roku szkolnego, pozostawi w nich jakiś ślad, dostali prawdziwą szkołę życia. I teraz, albo nadal pozostaną buntownikami na swoja miarę, albo poddadzą sie i będą trybikiem w maszynie, który trzeba oliwić na przykład alkoholem, albo uciekna na zachód. Tego już nie wiemy.

Bardzo lubię pana Vargę, ale myśle, że niepotrzebnie obraził się na Jacka Borcucha, że zrobił film, o którym felieton zatytułówał „punkowe landrynki”. To jest spojrzenie reżysera na punkową młodzież, z perspektywy prowincji (Borcuch pochodzi z Kwidzynia). Varga – może mieć swoje, wielkomiejskie, warszawskie i nikt też do niego nie ma o to pretensji.
"Wszystko co kocham" – opowiada w bezpretesjonalny sposób o tysiącach młodych, z setki małych miast w Polsce, którzy radzili sobie jak umieli z życiem, a że muzyka jest lekiem na całe zło – jedni jej słuchali, drudzy zakładali swe małe szkolne zespoły, umierające pewnie najczęściej wraz z opuszczeniem szkolnych murów.

Pan Varga pisze w swym felietonie:
„Pozostaje mi czekać, aż ktoś zrobi wreszcie prawdziwy brudny film o polskim punku. Mógłby to zrobić Wojciech Smarzowski, u ktorego w „Domu złym” leci przecież inny klasyk tamtych czasów „Spytaj milicjanta „ Dezertera.”
No, fajnie by było, pewnie. Moglibyśmy porównać, a nawet pofantazjować, że oto Janek z WCK nie zaprzepaścił swoich ideałów, także muzycznych, rozwinął się, rozbuntował jeszcze bardziej, nabrał odwagi, porzucił grzeczne ułożone życie u babci (na które się zanosiło) i proszę – wyrósł na prawdziwego rasowego punka, a może nawet się prawdziwe rozpił (tu talent Smarzowskiego miałby zapewne pole do popisu), rozhulał, stał sie legendą, autentycznym punkowym wyrobnikiem. Czemu nie? Bywało przecież i tak. Póki co, pożegnaliśmy go na rozdrożu jego życiowych wyborów.

piątek, 22 stycznia 2010

Wszystko, co kocham - reż. J. Borcuch

"Rewers”, „Dom zły” i „Wszystko co kocham” – trzy polskie filmy w jednym roku rozliczające się z minionym mrocznym okresem współczesnej, powojennej Polski. I aż dwa z nich opowiadające o przełomowym stanie wojennym, ogłoszonym przez polityka klasy, jaką nie może się poszczycić żaden z obecnie rządzących – Wojciecha Jaruzelskiego. „Dom zły” i „Wszystko, co kocham” – jakże różne obrazy tej samej epoki. Dwie zupełnie przeciwległe perspektywy spojrzenia, dwa sposoby radzenia sobie z życiem. I to nawet nie chodzi o to, że „Dom zły” to wieś, a „Wszystko, co kocham” – małe miasto. Bohaterowie dnia codziennego co prawda nie rodzą się na kamieniu, ale miejsce i czas ich zaistnienia nie ma ograniczeń. Można, tak jak to zrobił Smarzowski skupić się na apatii, bierności, narzekaniu na system, obwinianie go za wszelkie zło. A można,  jak Borcuch – pokazać, że życie o każdej historycznej porze może być piękne, pulsujące, pod warunkiem, że się je weźmie autentycznie w swoje ręce. I nieważny jest kaliber naszych poczynań, grunt by były one szczere i naznaczone miłością oraz taką naiwną, lecz jakże zbawienną, radością życia.
Wszystkie te trzy filmy łączy jeden wątek – każdy przyzwoity człowiek żyjący w socjalistycznych czasach skazany był na prowadzenie, z jakże różnym skutkiem, swych małych prywatnych wojen i wojenek z "nimi".

Borcuch porusza ciekawą sprawę - czym jest patriotyzm, poczucie wolności. Para głównych bohaterów – Janek i Basia /skąd ja to znam? /wywodzą się z dwóch, jakże odmiennych rodzin. Janek jest synem mundurowego, dokładnie oficera marynarki wojennej, czyli pochodzi ze sfery jakże pogardzanej w ówczesnym czasie, zresztą przez filmową rodzinę jego dziewczyny także. Ojciec Basi, jak się domyślamy, jest działaczem Solidarności. Na kilka miesięcy przed wybuchem staniu wojennego zostaje aresztowany, z czego cała rodzina jest bardzo dumna.
Wraz z upływem fabuły, nabieramy jednak wielkiego szacunku do ojca Janka (Andrzej Chyra - jak zawsze świetny). Okazuje się być on człowiekiem godnym zaufania, mającym honor, spokój, zdecydowany w imię wolności stracić cały swój dotychczasowy dorobek zawodowy. Natomiast działacz Solidarności po wyjściu z krótkiego aresztu, postanawia szukać wolności poza zachodnimi granicami ukochanej ojczyzny,  dokładnie w Niemczech. I teraz pytanie - która wolność jest mocniejsza i prawdziwsza? Ta, którą nosimy w sobie, zawsze i wszędzie, czy ta zagwarantowana prawnie? Kto bardziej kocha ojczyznę, ten kto zostaje z nią na dobre i na złe, czy ten, który w chwili zawieruchy dziejowej bierze nogi za pas i ucieka, gdzie żyje się dostatniej, łatwiej i swobodniej.   Piękny i ważny wolnościowy motyw, i bardzo subtelnie ukazany. A przy okazji przypomnienie – nie sądźmy ludzi po pozorach, po przysłowiowych sukniach czy mundurach.
Ale oczywiście, najważniejsza jest tu historia młodości, pożegnania z niewinnością  – przełom dziejowy łączy się z przełomem dojrzewania, a najważniejsze - zawsze być wiernym sobie, nie porzucać swoich ideałów i być zawsze wolnym, nawet jeśli się nie jest. Amen.

Film, wydaje mi się wart Złotego Klakiera w Gdyni 2009, trzymam kciuki za uhonorowanie go czymś na festiwalu Sundance. Pochwała dla młodych aktorów, starych nie trzeba już chwalić, tylko potwierdzać, że  jak zawsze nie zawodzą (A. Chyra, K. Herman i cała reszta). Miło było zobaczyć, i posłuchać (co za głos! sama Faithfull by się nie powstydziła) Ewy Kolasińskiej, którą pamiętam głównie ze "Spotkań z balladą".  No i cóż, pozostaje mi tylko teraz zobaczyć "Tulipany" Borcucha i czekać na kolejny jego film. Acha, początek "Wszystko, co kocham" nie porywa za mocno, ale warto poczekać aż się chłopaki z zespołu WCK rozkręcą, nie tylko na scenie. Poza tym świetnie, że film ilustruje nie tylko muzyka punkowa, bo bym chyba nie ścierpiała. Dawka, którą nam zaserwowano jest w sam raz. Później uzupełnia ją, raz mocniejsze raz słabsze, ploomkanie pana Blooma, ogólnie więc muzyczny bilans wychodzi na zero i jest dobrze.