poniedziałek, 29 listopada 2010

Barbórka - M. Pieprzyca

Film z okazji święta górników i ich patronki – Barbary. Oryginalny pomysł, na pokazanie w nietypowy sposób braci górniczej, tym razem na galowo i od strony pielęgnowanych przez nich zwyczajów i tradycji. Dyrekcja pewnej kopalni zaprasza na obchody Barbórki popularnego aktora serialowego – Jakuba (Marcin Dorociński), który kompletnie nie wie (i nie ma na to ochoty), jak się odnaleźć w roli chałturnika, jaka mu przypadła z powodu braku innych propozycji filmowych. Popełnia on wiele błędów, niezręczności, co wytyka mu bezlitośnie Basia, solenizantka, która pracuje na kopalni. Basia jest wielbicielką Jakuba, bardzo przeżywa wizytę aktora, tym bardziej, że jest oddelegowana do „komitetu powitalnego” ekipy z Warszawy . Niestety, postawa jej idola bardzo ją rozczarowuje. Aktor nie ukrywa swego znudzenia, rozdrażnienia, że musi odwalać tak niewdzięczną robotę. Tym bardziej, że górnicy, co rusz, płatają im jakiegoś psikusa, usprawiedliwiając się górniczą tradycją. Jakub nie może się odnaleźć w środowisku prostych ludzi ciężkiej pracy, lecz znających swą wartość i nie dającym sobie wcisnąć żadnej ciemnoty. Dochodzi do konfrontacji Basi i Jakuba, podczas której dziewczyna nie żaluje mu słów gorzkiej prawdy o tym, jak bardzo się na nim zawiodła. Ta szczera lecz ostra rozmowa z dziewczyną oraz niefortunny początek występu na akademii górniczej sprawiają, że idol kobiet zaczyna inaczej patrzeć swoje życie i co ważne - zauważać i rozumieć ludzi wokół siebie. Porzuca stereotypy myślowe na temat górników czy zwyczajnych niepozornych dziewczyn. Między znanym i przystojnym aktorem a skromną robotnicą z kopalni zawiązuje się autentyczna, choć wydaje się zupełnie magiczna, nieprawdopodobna, nić sympatii. Odnajduję wspólny język, cieszą się sobą jak para nastolatków. Basia nigdy nie zapomni tych imienin, ani Jakub swej barbórkowej chałtury, która nauczyła go wartości bycia autentycznym, nie tylko na scenie życia.

Mały skromny film, może baśń, kolejny bardzo dobry z serii świąt polskich. Wyjątkowo udany cykl.

sobota, 20 listopada 2010

Rublowka. Droga do szczęścia - reż. Irene Langemann

Tak się jakoś składa, że ostatnio najlepsze dokumenty o współczesnej Rosji kręcą inostrancy, a przynajmniej takie trafiają na nasze ekrany.  Na przykład: "Wódka - produkt narodowy"  to produkcja francuska,  "Rosyjska wściekłość" - również, czy "Rublowka - droga do szczęścia", ktorej chciałabym poświęcić kilka słów, wyreżyserowała Niemka Irene Langemann. Rublowka - to przedmieście Moskwy, za czasów komuny, eksluzywne  miejsce wypoczynku moskiewskiej, czy w ogóle państwowej elity, począwszy od polityków, a na artystach kończąc. Dzisiaj, po ustrojowych przeobrażeniach, i tutaj zaszły pewne zmiany, głównie takie, że wyeliminowano elitę intelektualną, na rzecz przede wszystkim  najbogatszych dorobkiewiczów stolicy. Jedną z niewielu wysp - dowodów dawnej świetnosci dzielnicy jest rodzina i dom małżeństwa Romanowów (ona - architekt, on - fizyk), pewnie jedyni żyjący w Rosji potomkowie ostatniego z carów Rosji.   To ich kilkunastoletni syn, uczeń gimnazjum,  jest narratorem filmu, oprowadzając nas swym komentarzem zarówno po Rublowce, jak i po współczesnej rosyjskiej rzeczywistości.  Dom państwa Romanowów, jak wspomniałam, mieści się na Rublowce, no bo właściwie, gdzież indziej miałoby być jego miejsce, lecz jakże różni się od pozostałych domostw. Głównie tym, że ciągle jest w budowie, której końca nie widać, ludzie ci po prostu, nie dysponują taką gotówką, jak ich nowobogaccy sąsiedzi. A przede wszystkim różni się formą. Jest wyjątkowo oryginalny w swych bryłach, liniach oraz wielu poziomach – w planach jest nawet podziemny tunel (czyżby obawiali się kolejnego pogromu)?

Przykład ich domu, czy domu Szostakowicza, który zamieszkuje jeszcze jego córka, jest wielkim kontrastem w porównaniu z "pałacami" nowobogackich. Domy ludzi z prawdziwym szlacheckim czy arystokratycznym, rodowodem różnią się od pałaców należących do ludzi mających głównie pieniądze, przede wszystkim tym, że te domy, tak jak ich właściciele, mają nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim duszę. To widać, to się czuje, tego nie można skopiować i nie można opowiedzieć na czym to polega. Upiorny jest kadr, jaki w pewnym momencie widzimy z helikoptera lecącego nad Rublowką – osiedle takich samych domów stylizowanych na jakieś pałacyki, zameczki, twierdze etc., jedne podobne do drugich, bez żadnych cech indywidualnych, jak ci ich gospodarze milionerzy, bogaci jak diabli, ale nudni i tacy sami, bo zainteresowani tylko i wyłącznie kasą i szpanem. Zresztą to widać także i u nas, w mniejszej skali, ale jednak. Jak grzyby po deszczu rosną nam naokoło same domki - dworki, każdy przed wejściem ma kolumny, wieżyczki,  balkoniki i inne duperele bez ładu i składu.  To charakterystyczne, że buduję sie teraz tak ludzie, którzy wyrośli z biedy.

Polecam ten film bardzo, ogląda się go z przeróżnymi uczuciami – zgrozą, politowaniem, niesmakiem ale i  rozrzewnieniem – nad ludźmi będącymi dziś już jak jakieś eksponaty w muzeum - babcia sprzedająca przy drodze miotły do bani (łaźni) za 50 rubli, czy córka Szostakowicza z jednego z ostatnich domów z duszą na Rublowce.

piątek, 12 listopada 2010

Droga do Guantanamo - reż. M. Winterbottom

Atak na WTC do dnia dzisiejszego nie doczekał się konkretnego wyjaśnienia, kto za nim stoi. I podejrzewam, że się nie dowiemy, przynajmniej za życia administracji Busha i jego samego.  Czy Osama Ben Laden żyje czy nie, kto go tam wie, nikt go nie widział, a nie ma to jak ganianie za duchem - fajny pretekst, by wkroczyć do kraju w którym potencjalnie może się ukrywać. Czasem, w mediach, pojawi się jakaś mrożąca krew w żyłach informacja, że oto planuje on nowy zamach na społeczeństwo chrześcijańskie (pamiętacie czasy wąglika?), po czym przechwytuje się w jakimś samolocie tajemniczy ładunek wybuchowy, nadany gdzieś na Bliskim Wschodzie (ostatnio Jemen jest w modzie). Ale kim tak naprawdę jest osoba, ktora go nadała, myśle, że też się nie dowiemy (a czy tak naprawdę kogokolwiek to interesuje? Grunt, że była akcja).  Tak jak nie dowiemy się, kto kilka lat temu wysadził kilka bloków na moskiewskim osiedlu, na rachunek Czeczenów, rzecz jasna. Polityka, jeśli chodzi o zyski trzymających jej ster, nie zna i nie ma litości, nawet nad swoimi najbliższymi bliźnimi, czego przykład dał nam ojczulek Stalin, czy rzeź w Rwandzie.

Szkody ataku są oczywiste, te ludzkie i  moralne. A korzyści, bo przecież ktoś go dla nich uczynił, jakie i dla kogo? Kontrola obywateli, całego świata, przybywających w progi jakże gościnnych bram USA, o tym wiemy. Jak również obywateli tam żyjących, ku radosnej uciesze ich samych, rzecz jasna, bo to przecież dla ich dobra i bezpieczeństwa.  A najważniejsze, to podzielenie świata na dwa obozy - źli islamiści i dobrzy chrześcijanie świetnie rokuje na długoletnie podżeganie do wojen i sianiu strachu czy nienawiści oraz na długie rządy Ameryki w świecie, a co za tym idzie błogie samopoczucie potentatów od przemysłu zbrojeniowego, narkotykowego i innych rozkwitających w czasie wojen.

"Droga do Guantanamo" - film dobry, ale nie robi już takiego piorunującego wrażenia, po filmach amatorskich, robionych przez amerykańskich żołnierzy znęcających się nad więźniami w irackim Abu Graib. Winterbottom nie postawił na szokowanie widza scenami przemocy, bardziej skupił się na metodach, które i tak tu były dość łagodnie i oględnie przedstawione, mających uwięzionych skłonić do podwyższenia wskaźnika skuteczności amerykańskich służb śledczych w Guantanamo. Bo przecież w tym wszystkim, w tej całej pogoni za króliczkiem, nie chodzi o prawdę, o znalezienie winnych zamachu, współpracy z Ben Ladenem, etc. Chodzi o wykazanie się skutecznością, statystykami mającymi zadowolić Biały Dom i Amerykanów, że rząd tak pięknie walczy z muzułmanami.
Film stracił już trochę na atrakcyjności, sprawa chwilowo nieaktualna, USA mają nowego prezydenta, prawie czarnego, mającego na drugie imię Hussein, który zamknął więzienie w Guantanamo, a w pobliżu zburzonego WTC nie przeciwstawia się pomysłowi, by postawić tam meczet... Pożyjemy zobaczymy, jak długo się utrzyma... i jak długo on pożyje. Zobaczymy czy Amerykanie są naprawdę wolnym narodem, czy tylko ulegają złudzeniu wolności, którą im sie wmawia. Póki co, jego partia mocno straciła w ostatnich wyborach do Kongresu.
A poza tym, film jest pięknie realizowany - zdjęcia, montaż. Ładna była scena z amerykańskim strażnikiem, który prosi jednego z więźniów by dla niego zarapował, albo zabicie przez niego tarantuli, mogącej zagrozić życiu pakistańskiego więźnia - taki małe przejawy przyjaźni między wrogami ustanowionymi odgórnie przez rząd USA.

Właśnie, na dniach nasz bohater od wydawania gabinetowych decyzji ważących o losie całego świata, pochwalił się swoją autobiografią, której nadał tytuł: "Decision Points" George W. Bush. Przyznaje w niej, m.in, że nie żałuje żadnych swych decyzji politycznych, także tych o torturowaniu więźniów, mimo iż teraz już wie (ha, ha!) , że z tym Irakiem i bronią nuklearną chowaną w szufladach Saddama Husseina, to była ściema. I jeśli by była taka potrzeba, podjąłby je powtórnie, a nawet je ciągle zaleca, gdy idzie o ratowanie ludzkości.  Oczywiście w momencie zamachu na WTC z niewinną minką czytał książeczki dzieciom w amerykańskim przedszkolu oddalonym o setki kilometrów od Washingtonu, a jego coś dobrotliwego, na kształt uśmiechu, gdy dowiedział się o faktach, był jeno  sprytnym  kamuflażem, żeby w narodzie nie wzbudzić popłochu, że czuje się zagrożony. Dobry, troskliwy, wujek Jurek.

niedziela, 7 listopada 2010

Lokator - R. Polański

Powtórzyłam, po długich latach. Film absolutnie ponadczasowy, bardzo poruszający - prawdziwe studium schizofrenii paranoidalnej. Ale nie tylko.  Jakże słaba jest ludzka psychika człowieka wrażliwego, jak łatwo mogą nią zawładnąć i zniszczyć inni. Chciałabym zwrócić uwagę na przeciwieństwo Trelkovskiego, jego kumpla z pracy, Scope'a, granego (świetnie) przez Benarda Fressona. W jaki sposób on podchodzi do życia, ot, choćby na przykładzie sąsiadów, przychodzących do niego ze skargami na hałas dobiegający z jego mieszkania. Niestety, albo na szczęście dla niego, nie są to ciche uniżone pertraktacje, jakie prowadzi Trelkowvsky ze swoimi sąsiadami. Jak więc wyważyć uprzejmość i wrażliwość na komfort życia drugiego człowieka, ze swoją wrażliwością i potrzebą swojego komfortu życia. Gdzie jest ta granica grzeczności, którą czasem trzeba  przekroczyć, i być nieprzyjemnym, a może nawet chamskim, by nie pozwolić  na naruszenie naszego terytorium, by czuć się człowiekiem uprawnionym do takich samych przywilejów życia jak sąsiad, czy inny człowiek.

Niestety, żyjemy w świecie ludzi, z których wielu, jeśli nie każdy, dąży do dominacji, zajęcia dla siebie jak największej przestrzeni, zarówno tej fizycznej, dosłownej, jak i w przenośni, - duchowej, psychicznej, dającej władzę nad drugim. Słabszy psychicznie skazany jest na różnego rodzaj klęski (poczucie niższej wartości, osamotnienie, etc.). Trelkovsky już na wstępie, z powodu swego nazwiska, zdradzającego jego pochodzenia, skazany jest na nieufność, i tak mu już obcego, społeczeństwa, czuje się wyizolowany, nie ma tej swobody bycia, jaką mają jego znajomi. Do tego dochodzą pewne cechy psychofizyczne: nieduży facet, nieśmiały (widzimy, jak zachowuje się w relacjach z kobietami), zapewne "dobrze wychowany" w domu - to znaczy tak, żeby nikomu broń boże nie przeszkadzać własną osobą, każdemu usuwać się z drogi, absolutnie nie roszczeniowy, cichy i pokornego serca- jednym słowem, taki człowiek nie zjednuje sobie szacunku, a tym bardziej szacunku podszytego strachem, taki osobnik, nie ma cech dominatora, to jest potencjalna ofiara, którą można zaszczuć i zniszczyć.

Być może, nie wiem, jak to było faktycznie, nie czytałam żadnych recenzji filmu ostatnio, z biografii Polańskiego nie pamiętam, żeby coś na ten temat wspominał... Być może Polański zobaczył w Trelkovskim faceta, jakim w żadnym wypadku nie mógł się stać, żeby nie zginąć w świecie, a już tym bardziej na Zachodzie. Być może miał on wszystkie jego cechy, które reżyser musiał zwalczyć, żeby przeżyć. I chyba mu się udało. Ludzie, po śmierci Sharon Tate, myśleli, może nawet liczyli na to, że on zwariuje, zabije się, zaszyje w jakiejś samotni, przestanie pracować, a on nie! By nie przegrać ze śmiercią, rzucił się w wir życia, a nawet erotyki, podniósł wysoko, hardo głowę i... przeżył i ciągle żyje i tworzy.  Wielu się to nie spodobało. Pamiętają mu to do dziś.

Film daje mocno do myślenia, a przynajmniej powinien dawać, także przyszłym rodzicom -  jak nie wychowywać swoich pociech, by nie wyrosły z nich w przyszłości potencjalni Trelkovscy.
I...  bądźcie ostrożni!  Może, sami nie wiedząc, i wy wynajmujecie mieszkanie jakiemuś tajemniczemu wewnętrznemu lokatorowi, który tylko czyha na odrobinę waszej nieuwagi, by was wyrzucić i zawładnąć waszym domem.

niedziela, 17 października 2010

Liverpool - reż. Lisandro Alonso

Po film sięgnęłam z ciekawości i dla eksperymentu - ile kontemplacyjnego minimalizmu jestem w stanie znieść. Okazuje się, że sporo. Film można by streścić jednym zdaniem. Farrell, prawie 50-letni mechanik okrętowy, dopłynąwszy ktoregoś dnia w pobliże miejsca skąd pochodzi (Ziemia Ognista, okolice miasta Ushuaia), postanawia zejść na ląd i odwiedzić matkę, której bardzo, bardzo długo nie widział. Od tego momentu zaczyna się parada powszednich czynności, zobrazowanych w dużej części w czasie rzeczywistym - ubieranie się, zakładanie butów, ich sznurowanie, jedzenie, popijanie, najczęściej alkoholem. Niestety, wizyta w taniuchnym lokalu z tańcem na rurze, do jakiego po drodze wstępuje Farrell (w końcu jest mężczyzną) została skrócona do maksymalnego minimum, zarówno jeśli chodzi o czas (chyba ze 2 minuty), jak i o obraz - jedno krótkie ujęcie pani w ruchu na rurze i jeden rzut na Farrela pochłoniętgo konsumpcją, tym razem wzrokową.

Nie będę już więcej wspominała o treści.  Raz, że nie ma o czym, a dwa, że może jednak ktoś odważy się i spojrzy na film, choćby z zainteresowania jakżeż też mieszka się na krańcu Ziemi, tam gdzie diabeł naprawdę mówi dobranoc, i nie chcę uprzedzać, czy może sie zawieść czy nie. Chcę tylko powiedzieć, że takie filmy to można robić bez zaciągania większego kredytu - zero dialogów, obsada - kilka osób, naturszczyków, które niewiele mają do powiedzenia (w sensie kwestii); fabuła - żadna, kostiumy - żadne (z pierwszego lepszego ciucholandu), scenografia - tu by trzeba trochę poszukać gdzieś na prowincji jakiegoś podupadłego baru piwnego (to znaczy można zjeść tanio jak w barze i popić piwem), plenery - takie jak wszędzie, sceny - to czynności, jakie każdy wykonuje na co dzień. Sama się dziwię, i zastanawiam, jak to się stało, że wytrzymałam te 80 minut przed ekranem. O bohaterze filmu nie wiemy nic od samego początku, nic ponad to, co widzimy, że jest przeciętnym mężczyzną w średnim wieku, średnio zadbanym, całodziennie popijającym alkohol z gwinta, małogadatliwym. Nie znamy jego przeszłości. Liczymy, że dowiemy sie czegoś więcej, ale właściwie, czy jest on ciekawym człowiekiem? Trudno powiedzieć. W każdym razie, towarzyszyłam mu w tej jego wędrówce do matki, rozmyślając sobie, dla zabicia czasu, co też mogło go kiedyś spotkać i co go jeszcze spotka. I o to chyba chodziło, że patrzymy na film i  sami dopowiadamy losy jego bohatera. Sprytne i wygodne, szczególnie dla twórców. Ale, żeby wpaść na taki pomysł filmu, to trzeba też mieć łeb. A jeszcze większy, zrobić to tak, by to jakoś zadziałało. Pełen szacun, panie Lisandro Alonso. 
 
Jakże ten film wyróżnia się od pozostałych. Żadnych wielkich nazwisk, żadnej rozdmuchanej promocji, żadnego wpadającego w ucho soundracku, żadnej akcji,  żadnej ładnej buzi, wyrzeźbionej doskonale klaty, tudzież prężnego biustu. A i tak ten film zapamiętam. I mysle, że nie tylko  z powodu podziwu jak z takiego "nic" można było zrobić takie duże "coś", co zatrzymało mnie przed ekranem. Bo może było i chwilami nudno, jak to w życiu, ale chciało się oglądać, tak jak się chce żyć, mimo wszystko.
A juz zakończenie, odnoszące sie wprost do tytułu, to mnie całkiem rozwaliło, było tak zaskakujące, że aż zabawne, w zestawieniu z tym wielkim na nie oczekiwaniem. I oczywiście inspirowało do kolejnych pytań o Farrela - dlaczego?, skąd? od kogo?

Nieczęsto zdarza się taki  film i reżyser, który zamiat sam się popisać, daje pole do popisu widzowi i jego fantazji. Brawo.

piątek, 10 września 2010

Mała Wiera - reż. W. Piczuł

Całkiem niezły film osadzony w czasie pieriestrojki w ZSRR. Obraz porażenia społeczeństwa, skazanego na wieczną niemoc na własne życzenie, obezwładnionego marazmem, zaściankowością, zawężeniem horyzontów, zapijającego wszelkie problemy, także te które wynikają ze zderzenia się z nowym, dający nadzieję na lepsze, życiem. Przeobrażenia, bowiem, wymagają minimum wysiłku, a na ten Rosjan nie stać, najprościej jest się napić i zapomnieć.

Wiera to młoda dziewczyna, tuż po skończeniu obowiązkowej edukacji, wpadająca w ciągle zatargi z rodzicami. Rodzice bardzo ją kochają, lecz nie potrafią zrozumieć nowych wyzwań, przed jakimi stoi córka. Boją się panicznie o jej przyszłość, nie umieją z nią o tym porozmawiać, poza tym potworne zmęczenie fizyczne i psychiczne związane z walką o byt, sprawiają, że rozmowy najczęściej kończą się krzykiem i wzajemnymi wymówkami. Co z tego, że się w tej rodzinie kochają, skoro nie potrafią tego nijak okazać. Jeśli córka zaopiekuje się pijanym ojcem, to on nawet o tym nie wie, bo wtedy wlaśnie jest pogrążony w głębokim śnie.
Pewnego razu Wiera poznaje studenta, mieszkającego w akademiku. Zakochuje się w nim natychmiast, odstaje bowiem od jej dotychczasowych kolegów. Jest przystojny, zadbany (chyba nawet wydepilowany pod pachami), ma fantazję, jest oczytany, a przede wszystkim NIE PIJE. Jak się okazuje, w tym jest najwiekszy problem, rodzice Wiery, odkrywając ten jakże przecież chwalebny fakt przy rodznnej kolacji, podejerzewają, że chłopak, ten student, nimi gardzi. Podobne zresztą zdanie mają o swej synowej. Syn Wiktor, lekarz, mieszka w Moskwie, tam się ożenił i jest największym autorytetem dla swoich rodziców, niestety, w odwiedziny zawsze przyjeżdża sam, beż zony i córki.

Rodzice Wiery nie lubią jej nowego chłopaka, są drażliwi na jego punkcie, swoim wizerunkiem odstaje, co by nie mówić, od wizerunku przeciętnego młodego Rosjanina, do jakiego zdążyli się już od wieków przyzwyczaić. Między ojcem a narzeczonym ich małej Wiery dochodzi do naprawdę ostrej sprzeczki, wręcz tragedii. Chłopak zostaje uziemiony, sytuacja wraca do normy, cała rodzina pogrąża się w marazmie, tym co Rosjanie "lubią" najbardziej.
Szansa na lepsze jutro dla Rosjan w postaci kategorycznego odcięcia się od "wczoraj", zostaje ciągle marnowana. Niszczą ją stare kompleksy i pijackie nawyki, nowocześni, symbolicznie rzecz ujmując - "niepijący" budzą nieufność. Szanse na godne przetrwanie do jutra ma w filmie jedynie syn Wiktor, który odcina się od pogrążonej w starych nawykach rodziny. Jest to przykre, ale niestety, każda przemiana, generalny remont w domu, wymaga kosztów i poświęceń.

środa, 1 września 2010

Trylogia zlodowacenia - M. Haneke (Siódmy kontynent, Benny's Video, 71 fragmentów)


Przez wszystkie filmy trylogii przewija się, jak to u Hanekego, motyw osamotnienia, wyobcowania, znieczulenia, a w końcu - przemocy. A wszystko to w poświacie ekranu telewizyjnego, z ktorego codziennie, od świtu do nocy, bohaterowie są bombardowani scenami gwałtu, zniewolenia, agresji, wszelkich wojen, konfliktów, ludobójstw, zamachów. Tak jakby wszystkie problemy świata można było rozwiązać jedynie przemocą. To i nic dziwnego, że w wypadku jakichś zaburzeń osobowościowych, czy realcji z otoczeniem, pojawiających się w obszarze pojedynczego człowieka, i on decyduje się na ich rozwiązanie za pomocą broni, agresji. 

Każdy z tych filmów poraża sugestywnie przedstawioną codziennościa, jaka jest udziałem każdego z nas. Oglądamy zwyczajne rodziny, składające się z męża, żony, dzieci, gdzieś tam funkcjonują dziadkowie, o których się pamięta i pisze do nich regularne listy. Mężowie i żony utrzymują  swe domy, chodzą przykładnie do pracy, po pracy robią zakupy, później spożywają wspólnie posiłki, oglądają telewizję.  Dzieci uczęszczają grzecznie do szkoły, na studia,  są zadbane, ale niestety...  czują się nieco samotne. Próbują więc w jakiś sposób zwrócić na siebie uwagę, zarówno rodziców jak i otoczenia. Benny zainspirowany dokumentem o uboju świń kręci amatorską kamerą drastyczny film ze świeżo poznaną koleżanką w roli głównej. Dziewczynka z "Siódmego kontynentu" - mając matkę okulistkę, udaje, że traci wzrok. Dzieci w " 71 fragmentach" są bohaterem zbiorowym, jest ich tu więcej i są bardziej zróżnicowane pod względem wieku, pochodzenia, zajęcia - mamy tu bezdomnego imigranta z Rumunii, Anne z domu dziecka, kilku studentów, w tym jednego szczególnego  - Maxa, grającego wyczynowo w ping ponga - wszyscy choć otoczeni ludźmi, często nawet im przyjaznymi czują się nieszczęśliwi i opuszczeni. Podobnie zresztą jak dorośli, którzy w każdym z tych filmów, nawiązują między sobą dialogi (co nie znaczy, że z sobą rozmawiają), krzątają się wspólnie wokół domowych obowiązków, a jednak... niektorzy decydują się na desperackie kroki w swoim życiu. Przerażająca konkluzja wycieka z tej trylogii, niech nam się nie wydaje, że żyjąc ileś lat pod jednym dachem, znamy się nawzajem. Układne, przyzwoite zachowania, wzajemne uprzejmości, uśmiechy, wspólne wydatki, pytania i odpowiedzi przy niedzielnym obiedzie,  cotygodniowe telefony do mamusi, listy pisane regularnie do teściów, to tylko gesty, jedne mniej lub bardziej wyuczone, one nie budują bliskości, nie stanowią gwarantu szczęścia, bezpieczeństwa. Samotnie, niczym planety krążymy wokół swoich osi, wpadając od czasu do czasu na siebie, a chwilowy, przypadkowy często, kontakt, budzi, bezowocnie, jeszcze wieksze pragnienie zatrzymania się na dłużej. A na dodatek ta świadomość, na której kształtowanie składają się współczesne media,  wtlaczając nam w mózgi całe 24 godziny na dobę, informacje iż zyjemy na beczce prochu, w ciągłym zagrożeniu. Jeśli do tego dodać jeszcze nieustajaco rosnace  wymagania, jakie galopujący ku szczęśliwości świat narzuca nam  wobec siebie i innych, to nie ma się czemu dziwić, że co słabsi albo inaczej mówiąc, wrażliwsi, nie wytrzymują tego ciśnienia i...  pękają.